Moje życie...

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Moje życie...

Avatar użytkownika
przez Oceany Samotności 07 kwi 2012, 02:04
Cześć... nie wiem, czy dobrze trafiłam, ale chciałabym opisać swoje życie, żeby ktoś komu się będzie chciało to wszystko przeczytać, może wpadł na pomysł co mam ze sobą zrobić. Nie mogę iść do terapeuty, bo mnie na to nie stać...
Jeżeli za długo, to przepraszam.
Moi rodzice mieli 19 (mama) i 23 (tata) lata. Obydwoje ze średnio zamożnych rodzin (tata raczej mniej niż bardziej). Nagle okazało się, że będą mieli dziecko. Kiedy wpadka się urodziła, już coś poszło nie tak. Moja mama zamiast ślicznego noworodka, zobaczyła małego pełzaka z rozpołowioną twarzą. Okazało się, że miałam rozszczep wargi i podniebienia. Starała się bardzo, aby zapewnić mi wszystkie warunki bytu, potrzebne operacje. Mój ojciec również bardzo się tym przejął. Musieli się ulokować u mojej mamy i jej rodziców, gdzie ojciec przyszedł z jedną reklamówką swoich rzeczy. Chwytał się różnych prac, od założenia własnego sklepu doszedł do posiadania dużej firmy. Nie pływamy w kasie, ale jest bardzo dobrze. Problem w tym, że rozkręcanie interesów mój tata przypłacił ogromnym stresem. Bardzo często pił alkohol i kłócił się z mamą. Z moich obserwacji wynika, że oni w ogóle nie potrafią się ze sobą dogadać - od zawsze tylko oskarżają się wzajemnie, piorą brudy, wytykają sobie nieistotne wady - a okraszają to bardzo głośnymi awanturami. Kiedy miałam ok. 10 lat doszło do sytuacji, kiedy chcieli się rozwieźć, ale bardzo na nich naciskałam, żeby tego nie robili. Właściwie to bardzo tego żałuję od niedługiego momentu po tym wydarzeniu. Moje dzieciństwo było więc średnio szczęśliwe. Niby miałam rodziców, którzy mnie z osobna może kochali, ale siebie nienawidzili, co bardzo mnie bolało. Dodatkowo w szkole zawsze byłam odsunięta na bok. Dzieci mnie wyśmiewały ze względu na moją wadę wrodzoną. Jej skutkiem był po prostu przekrzywiony nos. Często mnie pytały albo ze złośliwością, czemu tak mam, właściwie żeby mi dogryźć, a czasem z ciekawością, ale ja tego nie odróżniałam. Bardzo dużo czasu zajęło mi przełamanie się, aby w ogóle mówić o tym. Przy każdym usłyszanym słowie "nos" robiło mi się wstyd, smutno. Nawet nie potrafiłam wymawiać tego słowa. Często płakałam i rzucałam w przestrzeń pytania "czemu nie mogę być normalna", a właściwie miały wydźwięk - czemu nikt mnie nie akceptuje. Rodzice i dziadkowie oczywiście wmawiali mi takie bzdury, że wygląd jest nieistotny, próbowali oczerniać ludzi, którzy byli dla mnie źli. Jednak często dochodziło do konfrontacji tych "pokrzepiających" słów z rzeczywistością i skoro okazywały się być fałszem, prawda lokowała się po drugiej stronie, moich "oprawców". W gimnazjum chyba było jeszcze gorzej. Ciągle słyszałam wyzwiska, właściwie tylko na temat swojego wyglądu. W domu natomiast mój ojciec był dla mnie tyranem. Nigdy nie okazywał mi miłości, nie przytulał mnie, nie wyrażał swoich uczuć. Twierdził, że trzeba do mnie podchodzić z twardą ręką, niestety nie wyszło mi to ani mi ani jemu na dobre, ponieważ byłam niezwykle wrażliwym dzieckiem i czułam, że po prostu mnie tym krzywdzi. Często nie pozwalał mi wychodzić z domu, chodzić z innymi dziećmi w ciekawe miejsca, przez co też byłam odrzucana w towarzystwie w moim wieku. Zawsze starałam się znaleźć tylko jedną osobę, która by o mnie dbała, by nie zostać na lodzie, kiedy nie mogę wyjść z domu lub czegoś zrobić. W czasie, kiedy siedziałam w domu, musiałam np. przepisywać książki. Jeżeli zrobiłam jakiś błąd ortograficzny, rozlał mi się kleks lub wyglądało to nieestetycznie, musiałam zaczynać od nowa. Kiedy szedł na wywiadówkę, zawsze miałam biegunkę lub wymioty z nerwów. Gdy przychodził, udawałam że śpię. Zawsze na mnie okrutnie wrzeszczał, zupełnie bez powodu, bo miałam dobre oceny i dobre zachowanie. Do końca gimnazjum, z 1 wyjątkiem - zawsze czerwony pasek. To mnie nauczyło, że cokolwiek nie zrobię, nieważne jak dobrze - spotka mnie kara (co do nich, często miałam szlabany, za jakieś zupełne głupoty, ja naprawdę z perspektywy czasu nie widzę dla nich usprawiedliwienia poza chęcią poczucia władzy nad biednym, grzecznym dzieckiem). Po jakimś czasie przyzwyczaiłam się do odizolowania mnie od świata wewnętrznego, bo wciągnęło mnie siedzenie przy komputerze. Komputerami zainteresował mnie brat mojej mamy (ukochany wujek) i w końcu kupił mi jeden na urodziny. Zaszczepił we mnie tą "elektroniczną ciekawość". Szukałam w internecie wiadomości na temat programów graficznych, bo szczególnie mnie to interesowało. Niestety również zamknęłam się przez to na realne kontakty z innymi ludźmi. Od tamtej pory jedynym sposobem na poznanie kogoś rozmawiając z nim pozostał mi internet. Miałam tak kilku wirtualnych chłopaków. Pierwszym moim realnym facetem był przyjaciel mojej ówczesnej przyjaciółki, którego też poznałam przez internet. Byłam tak speszona spotkaniem z nim, dopóki nie okazało się, że on również nie jest jakimś wysportowanym przystojniakiem. Nie byliśmy jednak ze sobą długo, ponieważ ja unikałam kontaktów z nim, nie chciałam go nawet całować. Miałam taką okropną blokadę, przez kompleksy i moje przygnębienie, strach przed tym, że może mnie nie zaakceptować. Na szczęście do dzisiaj jesteśmy bardzo bliskimi przyjaciółmi, bo jest naprawdę mądrym i wartościowym człowiekiem. Przez okres następnych lat czułam ogromną samotność i nacisk rodziców, ich bezsensowne wychowania. Oni się wykłócali, że się buntuję przez wiek, nie mogłam być tego do końca pewna, więc z tym nie polemizowałam. Teraz wiem, że jednak to nie była kwestia wieku, a ich "metod wychowawczych", po prostu niedostosowanych do mojej osobowości. Psuli mnie coraz bardziej z każdym dniem. Nienawidziłam ich, nienawidziłam mojego domu, mojego życia, siebie samej. Nie dość, że byłam brzydka, nigdy dostatecznie zgrabna (ojciec mi to wmawiał, próbując zmotywować mnie do uprawiania sportu. Niestety skutecznie mnie to zniechęciło jak i również wydarzenia na lekcji WF w szkole), ciągle ktoś miał do mnie jakieś zastrzeżenia. Jedyna osoba, która nawet mnie lubiła, to chyba mój wychowawca w gimnazjum - jednak jego nikt nie lubił przez specyficzny sposób bycia (a był bardzo otwartą i kreatywną osobą), bo przecież gimnazjaliści wiedzą lepiej co to lans. Przez to też byłam wytykana palcami, że się z nim spotykam po lekcjach i że go lubię (przygotowywał mnie do olimpiady - pomagał mi osiągnąć jakiś sukces! To było dla mnie bardzo ważne). W liceum czułam się również wyobcowana, chociaż ludzie nie byli już tak wredni, dostałam się do najlepszej szkoły w moim mieście. Wszyscy byli przyjaźni, ambitni, nastawieni na sukces. W pierwszej klasie czułam się źle, bo nie pasowałam do żadnej osoby. Przepisałam się na profil kulturoznawczy. Chciałam się wtedy przepisać do liceum plastycznego, lecz ojciec oprotestował mój pomysł jako "chwilowy kaprys". Oczywiście pomylił się i przeszkodził mi w osiągnięciu sukcesu. Myślę, że zmiana szkoły byłaby dla mnie wtedy bardzo korzystna, patrząc z perspektywy czasu. W nowej klasie nie miałam żadnych przyjaciół, ale przytrafiło mi się kilku znajomych, z którymi mogłam normalnie porozmawiać. Oceniali mnie jako osobę skrytą, ale sarkastyczną. Od nieśmiałej, zakompleksionej osoby, która nie odzywa się, bo jej wstyd i nie potrafi, do osoby która ma "wyjebane na wszystko", w liceum niedaleko, wystarczy kilka ironicznych, powiedzmy - zabawnych, komentarzy. W każdym razie Ci ludzie byli inteligentni w porównaniu do tego dna i patologii w gimnazjum. W połowie liceum poznałam (oczywiście przez internet) chłopaka. Nie byłam nim specjalnie zauroczona. Chodził na imprezy, pił i palił, czyli coś co mnie wręcz odrzucało. Rozmawiałam z nim, żeby podbudować swoją ocenę, bo przez internet jest to łatwe. Wysyła się kilka zdjęć z dobrej pozycji, lekko przerobionych, ktoś Ci mówi, że jesteś atrakcyjny. Szczegół tkwił w tym, że był 9 lat ode mnie starszy. Ja wtedy miałam niecałe 16, a on 25 lat. Podświadomie dążyłam do tego, żeby taki "dorosły i dojrzały facet" zobaczył we mnie coś wartościowego. Nie trudno było to osiągnąć, bo jak na swój wiek byłam rozwinięta umysłowo, na wszystko miałam swoją opinię, miałam też ogrom wiedzy (na nudy leczyłam się encyklopedią...). Zauroczył się mną. Ja nie chciałam się z nim spotkać z powodu moich kompleksów. Akurat szykowała mi się operacja nosa, na którą naprawdę długo czekałam. Miałam nadzieję, że w końcu będę wyglądać NORMALNIE. W ogóle nie bałam się długiej podróży, narkozy, bólu. Liczyło się tylko to, że nie będę odstawać od innych ludzi. Przez pewien czas dochodziłam do siebie. Po ściągnięciu gipsu w mojej opinii praktycznie niewiele się zmieniło. Nadal byłam tak samo brzydka. Miałam duży i krzywy nos. Załamałam się wtedy. Płakałam i mdlałam na przemian przez kilka dni. To stanowiło dla mnie niewielką terapię, bo od tego czasu już tak bardzo nie przejmuję się moim wyglądem. Po prostu straciłam nadzieję. Spotkałam się z chłopakiem, który się we mnie zakochał. Pojechałam do innego miasta, poszliśmy na lody, tam przeżyłam pierwszy pocałunek, a później do niego do łóżka. To się nazywa desperacja. Kiedy moja mama dowiedziała się o tym, że spotykam się z 9 lat starszym mężczyzną, właściwie zabroniła mi tego. Jednak ja się tym zbytnio nie przejmowałam i kontynuowałam znajomość. Kręciło mnie to, że ktoś mnie akceptuje i że udało mi się w końcu przełamać. Przez kolejne 2 lata jeździłam do niego w każdy weekend, mając wymówkę - lekcje rysunku. Lubiłam obie sprawy, poza tym, że od zakończenia lekcji w piątek do późnej nocy w niedzielę byłam na nogach. Nie miałam czasu nawet się uczyć, robiłam to na bieżąco np. przed sprawdzianami, oceny mi się pogorszyły (choć nie jakoś drastycznie). Ojciec w tym momencie trochę spasował, bo widział, że darciem twarzy nic nie wskóra, jeśli chodzi o moje stopnie. Za to zabraniał mi jeździć na rysunek... tylko po to, żebym nie spotykała się z chłopakiem. Nie mogłam doczekać się studiów. Bardzo chciałam studiować na ASP. Przygotowywałam się do tego długo, ale generalnie nie miałam pojęcia jak wygląda rekrutacja, na co zwraca się uwagę. Zawaliłam maturę przez rysunek, a rysunek przez maturę. Napisałam tylko podstawowe przedmioty (dobre wyniki, ale to wciąż tylko podstawa...), jako dodatkowy wybrałam historię sztuki, którą ledwo zadałam na 30%, co jest progiem. Załamałam się tym, w końcu mam maturę, ale tak jakbym jej nie miała, bo z takimi papierami nie mogę iść ewentualnie na żadne inne studia. Starałam się dostać na najbardziej oblegany kierunek, nie przeszłam nawet pierwszego etapu. W tym momencie bardzo się zdołowałam, bo jak najszybciej chciałam wyprowadzić się z domu. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Byłam bardzo zdenerwowana tą sytuacją. Od tamtej pory mam syndrom nieudacznika, widzę w swoim życiu same porażki. Nie odniosłam żadnego znaczącego sukcesu. Poszłam na prywatną uczelnię, gdzie studenci to chodząca porażka i większość z nich studiuje chyba tylko po to, aby przedłużyć młodość. Przyjmowali tam każdego, kto przyniósł kilka rysunków i porozmawiał z komisją. Nie wyobrażałam sobie nie iść na studia. Każdy kto odznaczał się wyjątkową pasją lub jej brakiem po prostu rezygnował ze studiów po roku. Ja postanowiłam zostać, pewnie z niepewności i lenistwa, bo znowu musiałabym przyłożyć się bardzo do pracy aby startować na ASP, a rok poszedłby w plecy. Znalazłam na studiach przyjaciółkę, chociaż nie była nią od początku. Wyprowadziła się do innego miasta, studiuje tam na ASP. Piszemy do siebie długie listy i wymieniamy się spostrzeżeniami nt. życia i swoimi problemami. Jest mi bliska ze względu na zrozumienie mnie, bo jej problemy rysują się podobnie. Z tym że ona jest pracoholiczką, a mnie brakuje motywacji. Mimo tego, że sztuka jest całym moim życiem i naprawdę oddycham nią i cały czas o niej myślę, nie mogę znaleźć w sobie czegoś, co pozwoli mi usiąść i tworzyć prace. Tak po prostu. Odwalam tylko projekty na zajęcia. Mój związek z mężczyzną, który trwa już 4 rok, rysuje się dosyć dziwnie. Kiedy mieliśmy się przeprowadzić do wspólnego mieszkania gdy zaczynałam studia, miałam pewne wątpliwości. Już wtedy chciałam go zostawić. Bałam się zobowiązania, że przestanę być wolna, gdy już razem zamieszkamy. Z drugiej strony, właśnie tę wolność mogłam mieć mieszkając tylko z nim - mogłam nadal chodzić nago po mieszkaniu, gadać do siebie, robić co chcę, trzymać swoje rzeczy w ulubionych miejscach. Przy obcej koleżance raczej nie miałabym takiej swobody, przy mieszkaniu podzielonym na "jej" i "moją" część. Poza tym, nie miałam nikogo na tyle bliskiego, żeby z nim zamieszkać. Jestem jedynaczką i ciężko byłoby mi się z kimś dogadać na "moim terytorium". Tak więc zamieszkałam z chłopakiem. Na początku było ok. Mało się kłóciliśmy (tak jest do teraz), spędzaliśmy ze sobą miło czas. Co prawda coś z dawnego związku już dawno uleciało, ponieważ przez poprzedzający ten czas rok pisał pracę magisterską, a raczej robił wszystko aby jej nie pisać... tylko nie spędzał czasu ze mną. Czułam się odrzucona. Nie układało nam się nawet w łóżku, on nie rozumie moich potrzeb i mojej subtelności, ja jego uległości i prostego traktowania kochania się jako coś mechanicznego a zarazem cieszenia się z tego że robi się to z drugą osobą…
Muszę wspomnieć tutaj o jeszcze bardzo ważnej osobie w moim życiu. Tuż przed maturą poznałam kolegę, który mieszkał na drugim końcu Polski. Zaprzyjaźniliśmy się ze sobą. Rozmawialiśmy praktycznie codziennie, przez godziny, dzieliliśmy się muzyką. On odrodził we mnie to zainteresowanie, które porzuciłam jakiś czas wcześniej (nie wiadomo czemu). Czułam się z nim dobrze. On zwierzał mi się z problemów ze swoją chorą na białaczkę dziewczyną, a ja jemu z moich perypetii. Obydwoje cierpieliśmy i byliśmy samotni. Dawno nie poznałam takiej osoby. Właściwie, to chyba nigdy, nie licząc kumpla z paczki z gimnazjum, przyjaciela tego mojego przyjaciela do dzisiaj, ale z tamtym nie miałam takiej więzi. Ta jego dziewczyna była dla niego zła. Wykorzystywała swoją chorobę żeby go trzymać przy sobie, a on trwał przy niej jak pies. Starałam się mu to uświadomić. Może odrobinę podświadomie też, jako kobieta, która rozmawia z mężczyzną. Zawsze czułam do niego rodzaj szczególnej sympatii. Niestety przerodziło się to w przygodę erotyczną. Kiedy mój chłopak zabrał mnie na wakacje do miasta, gdzie mieszkał mój przyjaciel, oczywiście musiałam się z nim spotkać. Do niczego wielkiego między nami nie doszło, parę pocałunków. Ale muszę przyznać się przed sobą przed jednym ważnym uczuciem. Przenigdy nie czułam się tak bardzo "tu i teraz", jak z nim. To było jak orzeźwienie, jak sen po ciężkim dniu. Niesamowite uczucie. Patrzyłam w jego oczy i czułam że jestem żywa, czułam że ktoś mnie rozumie! Pierwszy raz w całym życiu. Nawet pomimo tego, że obydwoje jesteśmy nieśmiali i nie za bardzo się kleiła rozmowa... Inne pozytywne uczucia pominę w tej historii. Ale również były pierwsze i ostatnie.
Mój chłopak został przeze mnie skrzywdzony, ponieważ powiedziałam mu wtedy, że go nie kocham. Naprawdę czułam się od niego oddalona. Było mi łatwiej znieść tę świadomość, bo myślałam o kimś innym. Od zawsze wiedziałam, że nie mogę być z moim przyjacielem, że on mnie nie chcę, poza tym to byłby związek bez przyszłości, ale chyba hormony pozwalały mi krzywdzić drugą osobę, która ciągle była przy mnie. Ustaliliśmy, że jeśli zerwę kontakt z moim przyjacielem, to będziemy razem. Wyjaśniliśmy sobie pewne sprawy, uzmysławiając jak wyglądał nasz związek przez ostatni rok, przyznając się do winy po obu stronach. Długo dotrzymywałam słowa. Było ciężko, ale nie rozmawiałam z przyjacielem przez długi czas. Kiedy mój mężczyzna gdzieś wyjechał i znowu mnie zostawił, odezwałam się do tamtego. Nie wiem czemu, tęskniłam. Moja głupota, musiałam nadrobić cały stracony czas, wysyłając mu swoje zdjęcia i kontynuując niewybredne dialogi. Oczywiście to wyszło na jaw... Mój związek został zerwany, przyjaciel ograniczył kontakt. Zostałam sama. Jednak mieszkałam nadal ze swoim chłopakiem. Przez przywiązanie i niewiarę w to, że sama nie poradziłabym sobie w dużym mieście, starałam się go odzyskać. Udało mi się to. Z przyjacielem do dzisiaj staram się zerwać kontakt na różne sposoby. Niestety raz jest lepiej, a raz gorzej. Pewnego dnia podzielił się ze mną wiadomością o jego bujnym życiu seksualnym, co mną wstrząsnęło i sama nie wiem dlaczego. Poczułam się oszukana z różnych względów. Powiedziałam mu w ostrych słowach, żeby mi już dał spokój. Gdy on nie rozumiał, o co mi chodzi (w końcu sama mam faceta...), nalegał na rozmowę. Spróbowałam sztuczki, która zawsze na niego działała, mianowicie: gdy ja się przybliżałam, to on się oddalał i na odwrót. Powiedziałam mu, że czuję do niego coś więcej. Udało się na chwilę, nie odzywał się. Później jednak, chyba z nudów znowu do mnie napisał. A ja się czuję okropnie, jak przegrana. Dziś powiedział mi, że kogoś ma. Już mnie to bardzo nie załamało, ale chciałabym o nim zapomnieć i wymazać go ze swojego życia. Do niego jednak to nie dociera, że nie chcę utrzymywać z nim kontaktu. Jest we mnie ogromna tęsknota za kimś, kto by mnie rozumiał, on był najbliżej tego ideału, poza tym, że był zimnym sukinsynem. Przez ostatni czas stosunki z moim mężczyzną się ociepliły. Powiedzmy. Uważam go za człowieka, który ma dosyć prostą budowę. Był taki okres czasu (tydzień?), kiedy codziennie mnie irytował swoim zachowaniem, robiąc mi np. na złość, co skutkowało przykrością we mnie i odrzucaniem go. Pod koniec tygodnia przełamałam się, aby mu to wybaczyć. Postarałam się i chciałam załagodzić sytuację w wiadomy sposób. On wywołał kłótnię o naprawdę błahą rzecz. Zostałam ponownie odrzucona, mimo starania. Kiedy starał się dociec, dlaczego płaczę, zaczęłam wyrzucać z siebie wszystko... a on począł tłumaczyć jak działa piec grzejący wodę. Tego już nie wytrzymałam. Poczułam tak ogromny ból wywołany niezrozumieniem mnie, moich uczuć, ignorowaniem mojej osoby, że wpadłam w agonię. On, zamiast uspokoić mnie, przeprosić, cokolwiek - zdenerwował się na mnie i przeniósł na inne łóżko. Dobiło mnie to kompletnie. Kolejnego dnia próbowałam z nim porozmawiać... zapytałam, dlaczego on mnie tak bardzo odrzuca, czemu siedzi obok a ciągle bawi się telefonem, nie podejmując rozmowy ze mną, nie słuchając mnie, czemu okazuje mi brak szacunku wychodząc z domu w połowie mojego opowiadania mu o czymś... Uważał, że to nic takiego, próbując uzasadnić to tym, ze ja robię tak samo (bo nie odpowiadam mu kiedy prosi żebym coś zrobiła - co się nie równa temu jak on ignoruje mnie). Stanęło na tym, że jego w ogóle nie interesuje człowiek, jego psychika. Nigdy nie analizuje tego, jak otoczenie wpływa na osobowość. Nie obchodzi mu jakie skutki ma powiedzenie lub zrobienie czegoś. Sama nie wiem, czy to ja odbieram rzeczywistość nazbyt metaforycznie, czy on jest tak prostym człowiekiem, że nie zastanawia się nad własnym życiem, wegetując z dnia na dzień... Usłyszałam od niego najbardziej bolące słowa - "nie rozumiem"... Kocham go, bardzo go kocham, nie umiem bez niego żyć, ale nie widzę cienia porozumienia nie fizycznego między nami. Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Wpadłam w częstą pułapkę, bo znalazłam prostą, nie duchową osobowość, jak mój ojciec. W tym momencie czuję się przegrana na całej linii. Nie chcę go zostawiać, żeby go nie skrzywdzić. Z drugiej strony uważam, że egoistyczne jest trzymanie go przy sobie, mimo tego, że on mnie bardzo kocha. Chciałby mieć rodzinę, której ja nie mogę mu zapewnić. A ja chciałabym mieć psychiczne oparcie, którego nie może mi dać on. Jest jeszcze jedna kwestia. Ostatnio zaczęłam być bardzo chorowita. Mam problemy z układem moczowym, przeszłam zapalenie nerek. Mam torbiel na jajniku, przez które miałam problemy lub ona była wywołana problemami hormonalnymi. Często odczuwam bóle kręgosłupa, szyi i ramion, kości, mam jakieś alergie i ostatnio migreny które uniemożliwiają zrobienie czegokolwiek. Do tego dochodzi jakby depresja (nigdy nie stwierdzona, ale właściwie w życiu byłam szczęśliwa tylko raz... i to w głupi sposób, o którym napisałam wcześniej - hormony), samonapędzająca się, przez to że mam problemy ze sobą, jestem chora no i jestem chora bo mam problemy... Mam wrażenie, że całe moje dotychczasowe życie po prostu wychodzi ze mnie. Że to całe niepoukładanie w głowie daje o sobie wyraz w zdrowiu fizycznym. Kiedy wracam do rodzinnego domu, jak najszybciej chcę uciec znowu do siebie. Słyszę tylko hałas, awantury bez znaczenia. Nieporozumienia, brak miłości, złośliwości, a przy tym ograniczenie. Brak wiedzy. Czuję, że bardzo tu nie pasuję i to mnie męczy. U siebie tworzę też własną atmosferę, ciszy, więc wygląda to nieco inaczej. Mój facet wtedy wydaje się być naprawdę dobry, bo nie zachowuje się tak okropnie jak mój ojciec. Ale jak wracam i on jest w domu, czuję się uwięziona. Uwięziona w miejscu w którym przebywamy i w miłości, jaką go darzę. Ale to jest taka miłość dziecka do rodzica... Której nie miałam okazji wcześniej doświadczyć. On się mną opiekuje. Ale też nie dał mi nic w rozwoju psychicznym. Czuję się równie samotna, po prostu atmosfera jest dużo lepsza. Nikt nigdy nie może zrozumieć mojej wrażliwości. Z tego powodu bardzo często miewam myśli samobójcze, ale to nie jest fantazjowanie o zabijaniu się. Moją głowę BEZUSTANNIE ogarnia myśl "nie chcę tutaj być, nienawidzę świata, nienawidzę życia". Wiem, że nie potrafiłabym się zabić, ironicznie z tego samego powodu, z którego bierze się chęć niebytu.
Podsumowując… mam okropnie niską samoocenę spowodowaną gnębieniem mnie przez całe życie przez rodziców oraz innych ludzi, jestem w związku z człowiekiem, który zupełnie nie rozumie mojego spojrzenia na życie, nie mam nikogo kto stanowiłby dla mnie oparcie psychicznie. Moi przyjaciele są dla mnie nikim poza ludźmi, z którymi mogę porozmawiać o problemach. Nie potrafię nikogo pokochać szczerą i bezwarunkową miłością, która nie wiązałaby się z moimi problemami psychicznymi. Nie potrafię nawet znaleźć osoby, która byłaby podobna do mnie, z którą mogłabym się dogadać, która byłaby blisko mnie i tylko dla mnie, na wyłączność. Nie potrafię się uwolnić od osoby, którą darzę zbyt dużą sympatią, która jest dla mnie szkodliwa. Nie osiągnęłam w życiu żadnych sukcesów, ale też nie napracowałam się, bo nie mogę znaleźć motywacji, czuję się zgaszona. Nawet małe sukcesy (jak stypendium dla 1 z 2 osób na moim kierunku), dają się wytłumaczyć ogólnym kiepskim poziomem innych osób. Marzę o tym, aby spędzić życie samotnie, tylko dlatego, żeby nikogo nie obarczać moją „nienormalnością”. Bardzo wiele osób twierdzi, że odstaję od reszty. Dla tych, którzy mnie bliżej poznają to pewnie zaleta, jednak przez moją nabytą osobowość mam trudności w nawiązywaniu znajomości, kontaktów, niezobowiązującej rozmowy, w znalezieniu pracy. Nie wiem, jaka jestem naprawdę. Ile z tego, co mnie opisuje jest pierwotnie moim charakterem, a ile jest nabyte przez cierpienie. Czasem mam wrażenie, że dopóki nie jestem w stanie pogodzić się ze swoim wyglądem i przeszłością, nie istnieję. Ale nie wiem też, co mogłabym na tym wszystkim zbudować. Przez moment czułam, że mogę zagłębić się w tworzenie, że chcę poświęcić się temu w całości i nie zwracać uwagi na inne rzeczy. Ale nawet tego nie potrafię zrobić. Moje migreny ściskają mi mózg, zasłaniają oczy, nie pozwalają wpadać na świetne pomysły. Brakuje mi tego. Ciągle myślę nad czymś i nie mogę wymyślić do końca, to takie uczucie jak ma się „słowo na końcu języka”, i cały mój świat w ten sposób wygląda, że mam „rozwiązanie na końcu języka”…
Ostatnio edytowano 07 kwi 2012, 02:19 przez Artemizja, łącznie edytowano 1 raz
Powód: wydzielono z innego wątku
Posty
17
Dołączył(a)
07 kwi 2012, 01:56

Moje życie...

Avatar użytkownika
przez tahela 07 kwi 2012, 02:41
Oceany Samotności,
fajny nick , kojarzy mnie sie z pewna ksiązką
Kto utraci raz będzie zawsze czekać
Zatrzymujesz czas i zaglądasz w przepaść
Zostaje smutek i tylko smutek
Ostry jak nagły serca głód
Wiatr co zwala z nóg
Smutek i ty
Avatar użytkownika
Offline
Posty
10995
Dołączył(a)
09 sty 2011, 23:22

Moje życie...

Avatar użytkownika
przez Vian 07 kwi 2012, 04:46
Przeczytałam, odstępy między akapitami pomogłyby znaleźć właściwe fragmenty tekstu do cytowania, ale trudno - lecimy bez cytowania.

W kwestii malarskiego zaparcia twórczego - trochę strzelam, ale podejrzewam, że to dlatego, że jesteś perfekcjonistką. Chcesz malować, ale jednocześnie boisz się, że nie będzie to dość dobre, więc nie malujesz w obawie przed kolejną porażką. Ale może się mylę i doszukuję analogii na siłę, bo ja tak swego czasu miałam. Wiesz co pomogło? Malowałam nawet nie do szuflady, malowałam i niszczyłam. Nie dlatego, że nie było to dość dobre, tylko dlatego, że zwyczajnie NIE CHCIAŁAM znać niczyjej opinii, chciałam malować dla siebie, z wewnętrznej potrzeby. Cóż, pewnie pomogło też trochę to, że malowałam w zamkniętej pracowni, do której nikt poza mną nie miał wstępu. Nienawidziłam, kiedy malowałam, a ktoś zaglądał mi przez ramię i komentował, albo zadawał debilne pytania w stylu "A czemu takim kolorem? A czemu to smutne takie? A namaluj coś wesołego". Jeśli masz podobnie to może jest coś na rzeczy. :)
Sporo o tym mogłabym pisać (dlaczego tak mam, co było później itd), ale w sumie to nie mam w tym momencie ochoty na publiczne wywnętrzanie się, więc po skończonym poście podrzucę Ci na pewu namiary.

W sumie tu miałam skończyć, ale co mi tam...
Nauczona przykładem dziadków podaruję sobie gładkie sformułowania i napiszę konkretnie, bez owijania bułki w bibułkę.

Oceniając po tym jednym poście - dziewczyno, wszystko z tymi uczuciami pokręciłaś.
Człowieka, do którego czujesz to, co czuje się do partnera, nazywasz przyjacielem, a tego, do którego żywisz uczucia przyjacielskie, partnerem.

Możesz kochać swojego aktualnego faceta, ale dlaczego go kochasz? Bo jest dla Ciebie skałą, opoką, gruntem pod nogami, schronieniem, do którego możesz uciec z toksycznej atmosfery rodzinnego domu. Jest solidny, pewny, daje Ci bezpieczeństwo. Sama napisałaś, że uczucia masz do niego bardziej jak do rodzica - generalnie masz rację. Albo starszego brata. Albo starszego przyjaciela, do którego biegniesz po ochronę. Ale nie kochanka, nie mężczyznę. O związku z nim piszesz tak samo mechanicznie i bezemocjonalnie jak o Waszym seksie. Jest.

Natomiast o swoim przyjacielu pisałaś kompletnie inaczej - widać, że było między Wami nie tylko platoniczne porozumienie, ale i swoista pasja, napięcie. Zresztą dałaś temu wyraz w swoim zachowaniu a la pies ogrodnika - sama miałaś partnera, ewidentnie nie chciałaś ryzykować, opuścić go i zawalczyć o tamten związek, a jednak wściekłaś się za jego romanse, bo on był TWÓJ. Poczułaś się zdradzona. Z innymi dzielił to, co w sumie powinien z Tobą. No tak, ale z Tobą nie dzielił. Nie mógł.

Chcesz jednego i drugiego. Chcesz pasji, namiętności i emocjonalnego porozumienia z relacji z "przyjacielem" i jednocześnie stabilizacji, pewności, lojalności z relacji z "partnerem" i ciskasz się, bo tego nie masz. Jednocześnie chciałabyś to mieć bez ryzyka jakim byłoby opuszczenie bezpiecznej przystani aktualnego związku i związania się z "przyjacielem" albo po prostu kimś innym, a do tego jedyną opcją jest zmienić swojego obecnego "partnera" na taką modłę, jaka Tobie odpowiada. No, ale wychodzi na to, że on zmieniać się nie chce i macie problem.

Do tego po drodze wyszła kolejna kwestia czyli to, że nadajecie na kompletnie innych falach i możecie do siebie mówić, ale się nie odbieracie. Nie rozumiecie. Powtarzanie tu "nie rozumiesz mnie!" jak zarzutu nic Ci nie da. No nie rozumie. Jak chcesz, żeby zrozumiał, musisz spróbować sama się z nim porozumieć. Reprezentujecie różne wizje dobrego związku, na właściwie każdej płaszczyźnie poza stabilizacją i poczuciem bezpieczeństwa poczynając od seksu. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek powiedziałaś mu o Waszym seksie to, co nam dziś i tak jak nam dziś. I co Ci odpowiedział. Jeśli nie powiedziałaś mu tego wprost, a potem równie wprost nie powiedziałaś, czego byś chciała, nie POKAZAŁAŚ mu tego, to nawet nie dałaś mu szansy się do tego ustosunkować.

Musicie wzajemnie spróbować poznać i zaakceptować Wasze światy, bo Wy jesteście razem, ale osobno. Jak długo będziecie po prostu ODRZUCAĆ wzajemnie swoje światy jako niewłaściwe i wymagające zmian, jak długo będziecie oczekiwać, że on dostosuje się do Ciebie (a on zapewne oczekuje, że Ty dostosujesz się do niego i jego potrzeb), tak długo będzie źle i nie będziecie się czuć spełnieni.

I na koniec - napisałaś w pewnym momencie, że chciałabyś kogoś NA WYŁĄCZNOŚĆ. Oceany Samotności, tak się raczej nie da. A nawet jeśli się da, to jest bardzo ale to bardzo niezdrowe. Mieć kogoś na wyłączność i być dla kogoś na wyłączność (bo bez wzajemności, kiedy jedna strona jest na wyłączność, a druga nie to zwyczajnie toksyczny układ) to stworzyć zamknięty, hermetyczny światek, który wprawdzie jest bardzo przytulny i bezpieczny, kiedy jest dobrze, ale kiedy tylko coś się z tą sypie, sypie się wszystko, bo ta osoba to cały świat. Wystarczy jedna kłótnia, żeby poczuć, że grunt usuwa się spod nóg.

Moim zdaniem z tą potrzebą wyłączności przemawia przez Ciebie strach przed opuszczeniem, kompleksy wyniesione z rodzinnego domu, wieczne poczucie niedostatku uwagi, miłości. To musisz przezwyciężyć, bo to Cię w tym momencie ogranicza.
"Niewiele można sobie wyobrazić zagrożeń, którym porządny młotek nie mógłby zaradzić."
Lisbeth Salander
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2282
Dołączył(a)
23 lip 2011, 03:25
Lokalizacja
Warszawa

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Moje życie...

Avatar użytkownika
przez Oceany Samotności 07 kwi 2012, 09:45
Przepraszam za te odstępy, pisałam w notatniku i coś mi się porobiło dziwnego ze wszystkimi odstępami.
Bardzo dziękuję Ci za odpowiedź. Tego właśnie potrzebowałam. Większość słów naprawdę była sednem sprawy.

Zwłaszcza o malowaniu, choć napisałam dość pobieżnie. Owszem, mam problem z tym samym. Niestety nie mam zamkniętej pracowni, chyba, że w szkole, ale tam nie mam z kolei warunków i czuję się źle. Nie potrafiłabym też zniszczyć własnego obrazu, bo wszystko, co wychodzi spod mojej ręki staje się automatycznie częścią mnie i to by mnie bardzo bolało. Z tego powodu, że mieszkam z facetem, nie mam jak malować sama w domu. On też zagląda przez ramię, a w dodatku kompletnie nie zna się na sztuce, tym bardziej nie rozumie, że mogę malować tylko po to, aby przelać swoje emocje (po co?) albo opowiedzieć o czymś (jaki sens?).

Tak, kocham mojego faceta, bo jest dla mnie bezpieczny. Kiedy pomyślę o tym, że miałoby go nie być, wpadam w lekką panikę. Choć tak naprawdę jest od niedawna, bo wcześniej bywał mi obojętny. Po prostu ta sytuacja z ograniczaniem dostępu do innych ludzi, zwłaszcza ówcześnie najważniejszej osoby, zamknęła mnie na niego. Potrzebowałam przez to jego uwagi, żeby pomógł mi z tą sytuacją. Ale on uważa, że go zdradziłam i chciał nawet jechać przez całą Polskę i rozliczyć się z tamtym (faceci...). Nie zrozumiał tego, że dostałam bliskość, której bardzo potrzebowałam, a on nie chciał mi jej dać (nie chcę aby zabrzmiało to jak oskarżenie). Znowu zostałam sama. Chciałam, żebyśmy więcej czasu spędzali razem, kiedy odpadły mi godziny rozmów. Niestety tak się nie stało, poza tym nasze rozmowy wyglądają tak, że opowiada mi co było w pracy. Mnie to średnio interesuje, ale z szacunku słucham i staram się rozumieć, jednak kiedy jest odwrotnie i ja opowiadam, on potrafi wyjść nagle z domu, później tłumacząc się że go to nie interesowało. Czasami brakuje mu kultury i to mnie boli, bo zwracam na to ogromną uwagę, staram się być zawsze bardzo taktowna.

Hmm w sumie nie chciałam rozwijać tematu seksu, no ale. Ja od zawsze próbowałam mu mówić co jest na rzeczy. Bo pokazywanie średnio dawało. Ja swoje, a on swoje. Ciężko się mówi podczas takich sytuacji, jeszcze tak, aby kogoś nie urazić. Myślałam, że wystarczy kiedy zakomunikuję niewerbalnie o co chodzi, jednak on nigdy, ani w tej kwestii ani w żadnej innej w życiu nie odczytuje znaków ciała, gestów, mimiki. Kiedyś powiedział mi, że widać po mnie wszystkie uczucia. To go zgubiło, bo właśnie grałam, a to była pochwała dla mojej aktorskiej części. Musiałam się tego nauczyć w życiu, żeby nie być postrzeganą jako zimną i bezduszną osobę, bo nigdy nie okazywałabym emocji. Rzadko się śmieję, a ludzie tego nie lubią.
Wracając do tematu, jesteśmy razem nie od miesiąca czy dwóch, ale od 4 lat. Włożyłam naprawdę mnóstwo starań w to, aby się z nim dopasować, on jednak wydaje się być kamieniem. Jeśli coś raz robi dobrze i mówię mu, że naprawdę mi się podoba, zdaje się zapominać o tym następnym razem i znowu robi mi krzywdę albo co najmniej nieprzyjemność. Aż mi się znudziło gadanie w tym temacie. Podczas tej "szczerej rozmowy" po wakacjach, kiedy sobie o wszystkim powiedzieliśmy, przyznaliśmy że nasz seks to tak naprawdę masturbacja. Nie kochamy się ze sobą, tylko po prostu załatwiamy potrzebę (ściślej: on załatwia).

Mam pełno ciepłych uczuć w stosunku do przyjaciela, ale on najwyraźniej do mnie nie i zachowuje się często tak, że bardzo mnie krzywdzi. Ten związek od zawsze był destrukcyjny. czułam, jak mnie pochłania. Starałam się zerwać z nim kontakt już miesiąc po poznaniu go, bo był bardzo irytujący, ale ciągle nie mogłam. Wzbudzał we mnie tyle emocji, pozytywnych i negatywnych, jak nigdy dotąd. To było bardzo pociągające i uzależniające.
Poza tym mam pewną skłonność do kochania kogoś na odległość. Tak się przyzwyczaiłam. Ja jestem sama, wolna, w swoim świecie, ale mam kogoś na kogo zawsze mogę liczyć, że powie mi miłe słowo. Ciągle ktoś taki jest w moim życiu. Starałam się zostawić jego, to mam tę przyjaciółkę od listów. Ją też kocham w ten sam sposób co jego (poza aspektem erotycznym). Z tym, że ona mnie nie krzywdzi.

Niestety z ostatnimi zdaniami moja świadomość nie może się zgodzić. Zapewne jest coś z tego prawdy, jako że bardzo dobrze zinterpretowałaś resztę moich słów.
Chcę "pasji i namiętności" i tego bezpieczeństwa, ale wcale nie chcę i jestem świadoma tego, że nie da się zmienić kogoś. Sądziłam, że może da się mojemu mężczyźnie otworzyć oczy na jakiś głębszy sens życia, ale on jest jakby zablokowany. Nie padło oskarżenie "nie rozumiesz", to on przyznał, że nie rozumie. Ale odebrałam to bardziej jakby nie chciał zrozumieć.
Ja z jednej strony rozumiem jego świat, właściwie nie ma tutaj nic skomplikowanego. Żyje z dnia na dzień. Jest bardzo rodzinny i przywiązany do swojej matki i do mnie. Jest prostym człowiekiem. Dobrze sobie radzi w życiu, ale nie ma tego pierwiastka duchowego. Może właśnie przez niego cierpimy. On nie cierpi w jakiś szczególny sposób, tylko wtedy, gdy coś się stanie... Odczuwa złość lub strach.
To, czego w nim nie rozumiem, to właśnie zamknięcie się i odcięcie od tego, aby zrozumieć mój świat. Często mówi, że by chciał, ale kiedy próbuję go trochę wprowadzić, zaczyna mnie bardzo ranić. Przyłapał mnie w dniu, kiedy cały dzień płakałam. Zapytał o powód. Stwierdziłam: ok, gorzej być nie może. Na moje wytłumaczenie odparł "ale nie jest tak", po czym zupełnie zmienił temat, jakby ta sytuacja nie miała w ogóle miejsca... I tak jest zawsze, kiedy ja cierpię, on się od tego odcina i nie zauważa tego (stara się nie zauważać?).
Mam tyle żalu o niego o to, a z drugiej strony zapewnia mi naprawdę wygodne życie i jestem mu bardzo wdzięczna. Myślę, że gdyby był taki jak ja, w dodatku nieporadny życiowo, bo właśnie to wynika z mojego życia, to byłoby mi z nim źle. Dlatego nie myślę na serio o tym, aby go zostawić.
Mam wrażenie, że on jest jakby pionkiem w grze, osobą postawioną specjalnie w moim życiu, ale wyłączoną z niego. Tak bardzo mechanicznie i przewidywalnie się zachowuje. Jakby był tam od zawsze, jak cień.

Chcę kogoś na wyłączność, bo poza tym strachem szukam osoby która byłaby taka jak ja, a skoro miałaby taką osobowość, to by jej to odpowiadało. Ja się nie kłócę z ludźmi, którzy mnie rozumieją, w takim normalnym sensie. Wtedy zawsze jest ta nić porozumienia, która mówi "i tak będziemy razem"...
Posty
17
Dołączył(a)
07 kwi 2012, 01:56

Moje życie...

Avatar użytkownika
przez bittersweet 07 kwi 2012, 17:42
Oceany Samotności,

poruszyłaś dużo problemów, trudno się ustosunkować do wszystkiego.
Odnoszę wrażenie ze jesteś depresyjna, a to często przekłada się na złe samopoczucie fizyczne - stąd może Twoje problemy zdrowotne, migreny ?
Kolejna rzecz która mnie uderzyła, to Twój nick, nie spodziewałam się że taki nick ma osoba, która jest w związku.. a tak a propos związku: jesteś z niego niezadowolona, ale daje Ci poczucie bezpieczeństwa. Pomyslałaś, co będzie dalej ? zapewne prędzej czy później wpadniecie i wtedy dopiero padaka ... będziesz pisać jako sfrustrowana mężatka. Tego oczekujesz od przyszłości ?
kto walczy, czasami przegrywa - kto sie poddaje, przegrywa zawsze
Avatar użytkownika
Offline
Posty
5143
Dołączył(a)
21 lut 2012, 21:03

Moje życie...

Avatar użytkownika
przez tahela 07 kwi 2012, 19:54
I tak jest zawsze, kiedy ja cierpię, on się od tego odcina i nie zauważa tego (stara się nie zauważać?).
Mam tyle żalu o niego o to, a z drugiej strony zapewnia mi naprawdę wygodne życie i jestem mu bardzo wdzięczna. Myślę, że gdyby był taki jak ja, w dodatku nieporadny życiowo, bo właśnie to wynika z mojego życia, to byłoby mi z nim źle. Dlatego nie myślę na serio o tym, aby go zostawić.
Mam wrażenie, że on jest jakby pionkiem w grze, osobą postawioną specjalnie w moim życiu, ale wyłączoną z niego. Tak bardzo mechanicznie i przewidywalnie się zachowuje. Jakby był tam od zawsze, jak cień.

On mi zapewnia wygodne zycie, gdyby był nieporadny zyciowo to było by mi znim źle to co cie trzyma tylko wygodne zycie ej nie o to chodzi, ty jestes z nim bo masz wygodne zycie a co sie stanie jak np. z jakiegos powodu wygodne zycie sie skończy to nie o to chodzi w zyciu, to co napisłaś mowi jasno ze nie ma miedzy wami porozumiena, zainteresowań, masz do niego pretensje ze jest z byt prosty halo nie w tym rzecz , to nie na tym ma polegac . Ty masz chciec z nim byc nawet jak on by nie był ci w stanie zapewnić wygodnego życia, wypadki chodża po ludziach wygodne zycie moze sie skończyc kiedys a cżłowiek zostanie pomyślałaś o tym.

-- 07 kwi 2012, 18:57 --

No i sie dołaczam do powyższch stwierdzeń ,, zestes chyba depresyjna i to sie moze przekształcać w somaty np. bóle głowy,
Kto utraci raz będzie zawsze czekać
Zatrzymujesz czas i zaglądasz w przepaść
Zostaje smutek i tylko smutek
Ostry jak nagły serca głód
Wiatr co zwala z nóg
Smutek i ty
Avatar użytkownika
Offline
Posty
10995
Dołączył(a)
09 sty 2011, 23:22

Moje życie...

Avatar użytkownika
przez Oceany Samotności 09 kwi 2012, 13:37
Moim zdaniem ta "depresja" nie jest chorobą, bo nie pojawiła się tak sobie, że miałam szczęśliwe życie, a później byłam smutna, i przez to wszystko się zawaliło.

Byłam konsekwentnie krzywdzona przez całe życie i taką już mam osobowość. Sednem sprawy jest to, że ta osobowość tworzy teraz komplikacje rzutując na związki z innymi ludźmi i z tym nie mogę sobie poradzić.
Żadne leki mi nie pomogą, bo samo poczucie przygnębienia jest mi na tyle znane, że nawet je lubię. A na terapię - jak napisałam, nie stać mnie.
Objawy somatyczne typu migrena wynikają z gospodarki hormonalnej. Kiedy nie zażywam hormonów, objawy ustępują.
Posty
17
Dołączył(a)
07 kwi 2012, 01:56

Moje życie...

Avatar użytkownika
przez bomba21 09 kwi 2012, 19:12
troche masło maślane, widać skutki braku rodzeństwa, nie wspomniałaś nic o matce tylko o ojcu, jednak miałaś facetów to znaczy że nie jest źle, moja rada - idz do psychologa twoje patrzenie na świat jest niekorzystne dla twojej psychiki i zupełnie niepotrzebne, może praca by coś pomogła czymś się trzeba zająć no i gdzieś na narty w zimie albo na wakacje gdzieś i będzie super, możesz się z tego wyleczyć nie będzie łatwo z racji że nie miałaś kontaktu w dzieciństwie z dziećmi, dusiłaś w sobie różne paskudztwa i kreowałaś je w sobie przez to masz troche inny..... świat, jeżeli znalazła byś sobie takiego faceta jak ty to hmmm... raczej nie byłby dla ciebie oparciem, tylko wzajemnie byście się zatruwali.
psycholog pomaga, jeżeli się na to godzi, to można brać leki, ale ja bym leki omijał z daleka.

ja mam straszną depresje, z tego co przeszedłem wynika że tego się nie wyzbędę, są tylko lepsze i gorsze dni, powinno się do tego przyzwyczaić i wtedy może być.
ostatnio jak nie jestem w domu, mniej się przejmuję a decyzje podejmuje sam, jest jakoś przyjemniej, jednak wyczekuję wyjazdu za granicę gdzie będę pracował i wtedy zobaczę jak będę się czuł :smile:

a co do migreny polecam ibuprom max

pozdrawiam trzymaj się :)
Będzie dobrze!
Avatar użytkownika
Offline
Posty
58
Dołączył(a)
23 gru 2011, 00:22

Moje życie...

Avatar użytkownika
przez Oceany Samotności 09 kwi 2012, 20:36
No cóż, wierzę Ci, że masz o wiele większą depresję, ja wcale nie twierdzę że ja ją w ogóle mam, w sensie chorobowym.
Nie wspomniałam o matce, ponieważ była zbyt uległa aby wywrzeć na mnie wpływ i nie była zbyt rozgarnięta. Uznałam ją za wątek poboczny, poza tym ona na własne życzenie również była i jest nadal poddana temu nadużywaniu psychicznemu, myślę że się już do tego przyzwyczaiła.
Miałam facetów, ale z żadnym mi nie wyszło. Może dlatego, że żaden mnie nie widział na żywo oprócz dwóch, z czego jeden jest naprawdę porządnym człowiekiem, a drugi już nie miał wyjścia mnie nie zaakceptować i był zakochany w mojej osobowości (czy jakoś tak).
Do psychologa nie mogę iść, powód podałam wcześniej.
"Skutki braku rodzeństwa"? Myślę, że gdybym miała rodzeństwo i byłoby wychowywane w ten sposób co ja, to nie byłoby korzystne. Wiesz co, ja sama nie mogę / nie chcę mieć dzieci, między innymi z tego powodu. Bo wiem jak bardzo wychowanie siedzi w środku w podświadomości i nie chciałabym żeby ŻADEN człowiek, nawet mój wróg, był tak tłamszony, spychany na bok i poniżany. Ani moje domniemane rodzeństwo ani hipotetyczne dzieci. Moi rodzice po prostu nie nadają się do swojej roli, dlatego że nie analizują, są nieco ograniczeni, nigdy nie interesowali się ani wychowywaniem dziecka w sensie teoretycznym, ani nie chcieli zauważyć czego moja psychika potrzebuje aby się prawidłowo rozwijać.
Może łatwo czyta się o tym, że mój ojciec taki i owaki, hehe, no fajnie, miałaś problem młoda. Ale codzienne znoszenie upokarzania, karania za pierdołę lub w ogóle za nic, nie chwalenie w chwili ewentualnego sukcesu, wymaganie ode mnie cudów, ciągłe wygarnianie wymyślonych wad i błędów, potrafi skutecznie zniszczyć człowieka od środka. (Istnieje taka tortura - sadza się człowieka na krześle, a z sufitu spada mu co chwilę na głowę kropla. Podobno jest nie do zniesienia.) Napisałeś swój post tak jakbyś mnie obwiniał o to jaka jestem... O bagatelizowaniu tego co napisałam nie wspomnę. Nie mam Ci tego oczywiście za złe. Ale główne przesłanie z tego co napisałeś to "idź sobie do psychologa bo wpakowałaś w siebie same złe wspomnienia".
Otóż jako dziecko nie miałam na to wpływu. To rodzice są od tego, aby wspierać, pomagać, kochać. Ja tego nie dostałam i nie miałam się tego nawet jak nauczyć.
Myślisz że nie szukam pracy? Szukam jej od 2 lat i nie mogę sobie poradzić. Kiedy pomyślę o mojej motywacji, czuję w środku ogromny ból i wszystkie żądania bym była perfekcyjna opętują moją głowę. Po prostu nie daję rady się skupić. Nawet na tym co kocham w gruncie rzeczy robić.
Ty może pogodziłeś się ze swoją depresją jako chorobą, ale ja mam po prostu problemy z samoakceptacją, motywacją, samooceną. Szukam osób które poradziły sobie z tym i wiedzą jak to zrobić. Wiesz, "zajęcie się czymś" może pozwala na chwilę nie myśleć o problemie, ale go nie rozwiązuje. Poza tym, jak wynika z tego co piszę, niekoniecznie daję radę się zająć. Myślisz, że siedzę całymi dniami w kącie i myślę o tym jaki świat jest zły? Nie, całymi dniami siedzę w szkole, bo zajęcia rozpoczynają się rano a kończą wieczorem, a pomiędzy nimi muszę wykonywać projekty. Nie mam czasu na bezczynność.

"A co do migreny", to jeżeli miałeś kiedykolwiek i ibuprom max Ci pomaga, to bardzo się cieszę z Twojego szczęścia. Poza tym ból to najmniejszy problem...
Dziękuję Ci jednak za poświęcony czas.
Posty
17
Dołączył(a)
07 kwi 2012, 01:56

Moje życie...

Avatar użytkownika
przez bomba21 11 kwi 2012, 00:14
nie bagatelizuję tego co napisałaś, depresja to straszna rzecz, mając rodzeństwo miałabyś oparcie, nie zwracałabyś uwagi na otaczający cię świat w takim stopniu, rodzice dzielili by uwagę, nie było by "córuni" i dziwnych planów wychowania, prawda, twoi rodzice spaprali sprawe ale nie są może aż tak domyślni bo pewnie nigdy nie przechodzili czegoś takiego i nie mieści im się to w głowach, powiem ci jak było u mnie może coś wyniesiesz nie wiem, moi rodzice traktowali mnie jeszcze gorzej, miałem więcej problemów, ale nie obwiniam ich za to, może starali się, urodzili mnie, też mieli problemy, a to że nie pomagali mi i mnie nie wspierali uznaję jako wiarę we mnie, ojciec może wie że sobie poradzę bo sam pewnie sobie z tym też poradził, chłop miał problemów masę. mnie wychowały babcie, wujki, ciotki, podwórko ale wydaje mi się ze to lepiej, nie przydam się do ojca, i moim zdaniem wyszedłem na ludzi (oprócz tego lenistwa - naprawde dokuczliwa rzecz) bo w sumie mogło być gorzej, mogłem siedzieć na murku albo w piwnicy i walić flache razem z byłymi kumplami z pod bloku :twisted:
gdybym nie miał brata było by na pewno źle, bo kiedy rodzice kłócili się my opowiadaliśmy sobie żarty albo coś majstrowaliśmy albo się biliśmy, będąc sam patrzyłbym na nich i słuchałbym.
współczuję ci bardzo nie wiem może dokładnie jak się czujesz ale wiem co to jest wszechogarniający smutek, chęć spokoju, odpoczynku (mowa o śmierci) ale wiem że nie czas na to, muszę jeszcze poznać trochę świata.
myślę że kobiety gorzej to przeżywają, trzymaj się i szukaj jakichś pozytywów, spróbuj zaakceptować swoje wady, poznaj siebie
ja potrafię wypisać wszystkie swoje wady ale nie potrafię ich naprawić (przynajmniej część) dlatego zostaje mi wegetacja puki nie wyjadę do pracy, nie doświadczę czegoś nowego.
co do chłopaka kiedyś znajdziesz odpowiedniego nie goń czasu i nie spiesz się samo przyjdzie do ciebie.
trzymaj się

co do migreny to biore 2 czasem 3 ibuprom max i pomaga, może teraz nie mam takiej intensywnej jak kiedyś ale kiedyś to mi łeb tak pulsował że myślałem że mi żylka pęknie nic nie pomagało, są też specjalne leki w proszku dla desperatów po 15zł /szt
Będzie dobrze!
Avatar użytkownika
Offline
Posty
58
Dołączył(a)
23 gru 2011, 00:22

Moje życie...

Avatar użytkownika
przez Oceany Samotności 11 kwi 2012, 17:47
Dzięki, to trochę lepiej zabrzmiało (;
Ale widzisz, Ty byłeś "normalny" - miałeś znajomych, wujków, babcie. Ja miałam tylko przez chwilę resztę rodziny, kiedy chodziłam do przedszkola. Później wyprowadziliśmy się.
Ja rozumiem mojego ojca. Też miał mnóstwo nerwów, kłopotów, zdarzyły się nawet konflikty z prawem. Co więcej, rozumiem nawet czemu zachowuje się tak a nie inaczej, znam jego osobowość o wiele lepiej niż matki. Jedyne czego nie rozumiem to jego krótkowzroczność i gwałtowność.
Ja wcale nie byłam "córunią". Nie jestem rozpieszczona, nie poświęcano mi uwagi. Bałabym się, że przez moje odrzucenie w świecie, gdyby rodzicom urodziło się drugie, zdrowe dziecko, byłoby faworyzowane. Jestem wręcz pewna, że każdy taki przejaw odbierałabym bardzo boleśnie..
Masz jednak rację co do tego, że takie zostawianie samemu sobie może być przejawem myślenia, że dziecko sobie poradzi. Owszem, jest to całkiem możliwe, jeżeli otrzymuje wsparcie od kogokolwiek. Ty je otrzymałeś - ja nigdy. Wręcz przeciwnie. Byłam zawsze kozłem ofiarnym w szkole. Na podwórku nikt nie chciał ze mną przebywać. Nawet jakbym chciała pić w piwnicy ze znajomymi, to bym ich nie miała. Myślę, że to nie do końca przez moją wadę, ale generalnie całokształt.
Przez to że przeżyłam tak 19 lat, dopóki się nie wyprowadziłam z domu, po prostu przyzwyczaiłam się. Można to nazywać losem, tak jak ktoś kto ma ciągle pecha. Ale nawet gdy idę pewnie ulicą, wydaję się sobie atrakcyjna na miarę swoich możliwości (tj. staram się sobie wmówić, że w końcu nie jestem obiektywnie jakimś maszkaronem, bo mija mnie wiele paskudnych wizualnie, niezadbanych kobiet), nikt nie zwraca na mnie uwagi (: ok, raz mi się zdarzyło, kiedy byłam naprawdę smutna, zamyślona. Jechałam tramwajem i patrzyłam przez szybę. Zobaczył mnie pewien chłopak, podszedł do tej szyby kiedy tramwaj stał na przystanku i przystawił do niej dłoń oczekując tego samego ode mnie. Zrobiło mi się niezwykle miło. Ale to był jeden, jedyny epizod w życiu. Tych negatywnych jestem sobie w stanie przypomnieć naprawdę dużo.

Ja sobie zrobiłam plan na życie... Tj. nie wiem czy on wypali, ale jest alternatywny do naturalnego toku rzeczy. Chcę skończyć studia na których jestem, później przez pół roku pracować, może się uda. Później wyjechać do innego miasta, zrobić magistra, spędzając ten czas sam na sam. Równocześnie spełniać się artystycznie, zrobić to na co nigdy nie miałam odwagi. Chcę sobie zrobić tatuaż, który przypieczętuje moją osobowość, mam w głowie jego projekt i naprawdę nie mogę się doczekać. Później zacznę ćpać aż w końcu przedawkuję (:

Alternatywna wersja, która jest trudniejsza, to naprawa mojego obecnego związku. Jestem już po jednej rozmowie, która była bardzo oczyszczająca. Mam nadzieję, że to wypali. Najtrudniej jest się w pełni otworzyć na drugą osobę, kiedy od zawsze było się bardzo zamkniętym. Boję się tylko że ta osoba mnie zrani, bo jednak nie pojmie kim jestem.

Ok nie mówiłam tego do Ciebie, tak sobie pieprzę głupoty.
Jeszcze raz dzięki za odpisanie, życzę Ci wszystkiego dobrego!
Posty
17
Dołączył(a)
07 kwi 2012, 01:56

Moje życie...

Avatar użytkownika
przez bomba21 16 kwi 2012, 21:28
ja mam kolejny problem, nie zdaję matury w tym roku tylko w następnym
oj czuje że życie wiele mnie nauczy
Będzie dobrze!
Avatar użytkownika
Offline
Posty
58
Dołączył(a)
23 gru 2011, 00:22

Moje życie...

przez Łazarz 17 kwi 2012, 06:39
Oceany Samotności,

za bardzo nie wiem jak Ci doradzić bo nigdy nie byłem w stałym związku. Na pewno dużo przeszłaś, życie bardzo Cię doświadczyło, miało to niewątpliwie późniejszy wpływ na Twoje relacje z ludźmi.
Może i nie jestem ekspertem w sprawach sercowych, ale wydaje mi się, że nieco wykorzystujesz swojego partnera, trwasz z nim pomimo, że wiele Cię z nim dzieli i nie odnajdujesz z nim wspólnego języka. To jednak Twoja sprawa.
Wiem, że cierpisz, dobrze, że zdecydowałaś się podzielić swymi problemami z nami, to czasem pomaga.
Co do myśli samobójczych powiem Ci jedno, regułą jest, że ma się je w depresji, tak więc wniosek wydaje się być oczywisty, myślę, że łagodny antydepresant bardzo poprawiłby jakość Twojego życia, jestem wręcz o tym przekonany.
Moje przedmówczynie i przedmówca napisali wiele trafnych spostrzeżeń, zgadzam się z nimi.
Uważam, że bardzo przydałyby Ci się wizyty u psychologa, on profesjonalnie podejdzie do Twoich problemów, można się zapisać tam w ramach NFZ.
Dostrzegłem jednak pewną zależność, mianowicie za wiele swoich dysfunkcji obarczasz kogoś innego, uwierz mi, nie Ty jedna miałaś spaprane dzieciństwo, ale to nie oznacza, że można nim wytłumaczyć wszelkie negatywne aspekty Twojego życia.
Jeszcze raz gorąco namawiam Cię do zasięgnięcia fachowej pomocy, uwierz w medycynę bo ona nie zawsze, ale często nam pomaga.
Bardzo chciałbym byś realizowała się jako artystka, chętnie obejrzałbym Twoje prace, może wkleiłabyś Tu ich zdjęcia, jest szansa, że spotkają się z pozytywnymi komentarzami.
Pozdrawiam
Offline
Posty
255
Dołączył(a)
14 sty 2012, 18:56

Moje życie...

Avatar użytkownika
przez Oceany Samotności 25 kwi 2012, 01:07
@bomba21
Może potraktuj to jako szansę na czas by popracować nad sobą. W końcu po maturze - co dalej?...

@Łazarz
Dziękuje Ci bardzo za napisanie. Masz we wszystkim rację. Nie obwiniam jednak wszystkich, może w taki sposób to zabrzmiało, po prostu chciałam umotywować moje samopoczucie, wyjaśnić dlaczego jest tak a nie inaczej. Wiem, że tego co było już nie da się zmienić, tkwię tylko w tym martwym punkcie, gdzie to wszystko wylazło i nie mogę sobie z tym poradzić. Były takie momenty, że widziałam jak przypominam rodziców i robiłam wszystko by to zmienić. Ale to było tylko moje zachowanie i sposób myślenia, który był schematem. Tej pieczątki we mnie nie umiem naprawić na żaden sposób.

Boję się iść na NFZ, na inną wizytę mnie nie stać. Słyszałam dużo przykrych historii o funduszu. Byłeś może w takiej sytuacji?

Co do prac, wolałabym nie dzielić się już niczym poza historią mojego życia, nie chciałabym aby ktoś znajomy mnie tutaj znalazł, bo piszę bardzo osobiste przemyślenia (:
Posty
17
Dołączył(a)
07 kwi 2012, 01:56

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 19 gości

Przeskocz do