pustka - pomocy

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

pustka - pomocy

przez Stonka 05 mar 2012, 19:02
Mija 10 lat odkąd zaczęły się jakieś problemy....chociaż "jakieś" to ja miałam chyba od dziecka - na pewno miałam nerwicę.W domu nie było wesoło, poza tym jak to w życu różne neiszczęścia się zdarzały, ale jakos z nich wychodziliśmy, po cieprieniu następowała ulga, radość. Byłam świetna w szkole i na studiach. W dziecinstwie byłam nieśmiała i zahukana,ale już na studiach wynormalniałam, miałam kilku facetów.W końcu z jednym planowaliśmy ślub, ale do tego trzeba było odstawić leki. Zapomniałam powiedzieć, że przedtem jedna lekarka zapisywała mi przez 7 lat leki, jak sama teraz przyznaje - niepotrzebnie. Po tylu latach rzucednie leków było prawie niemożliwe - skutki odstawienne były nie do przejścia, do tego atmosfera w domu cały cxzas niespokojna i presja, by czasem nie iść na zwolnienie. Dodam, że wtedy juz goniłam resztką sił. Nie mogłam spać od lat, lekarka zapisywała mi na sen neuroleptyki przez które byłam tak zmęczona jak po narkozie, ograniczałam aktywnoć do niezbędnego minimum, moje życie towarzyskie ległow w gruzach. Ale potem pojawił się ON. Jak juz wspomniałam po pewnym czasie mówiło się o ślubie i dzieciach. Bardzo chciałam rzucić leki, bo często mówiłam lekarce, że już ich nie potrzebuję, tylko nie mogę przejść przez efekty odstawienne, ale ona mi nie pomogła, tylko kazała jeść dalej. Byłam w końcu szczęśliwa, zakochana, libido szalało, życie miało sens. Poszłam do innej lekarki, a ta mi zmieniła lek na citalopram. Wkrótce zaczęły się dziać dziwne rzeczy - zaczęłam odczuwać uczucia jakby za szybą i zupełnie znikło mi libido. Po czasie czułam jakbym w ogole nie kochała mojego faceta. Lekarka powiedziała, że to niemożliwe, że to poe leku i zapisała inny. Ja jej mówiłam, że ten nastepny bardzo xle toleruję, ale ona się uparła. To mnie dobiło.Lek spowodował epizod klinicznej ciężkiej depresji. Po jakimś czasie wróciłam do stergo leku, ale NIGDY, nigdy juz nie wróciłam do siebie.Moje odczuwanie radości było mizerne. W ogóle moje odczuwanie było mizerne. Za to niewyobrazalnie czułam lęk z tego powodu co sie w ogóle dzieje. Po niedługim czasie zdałam sobie sprawę, że ja nie odczuwam uczuć wyżsych takich jak miłość, przywiązanie, tęsknota. Cały czas miałam myśli samobójcze. Lekarka zaprzeczała, że to po leku. Ja jeszcze wtedy wierzyłam. Szukałam winy w sobie, chodziłam po psychologach. W skrócie pisząc przez 3 lata próbowałam najróżniejszych terapii, wypróbowałam kilkadziesiąt leków. diagnozy oscylowały wokół depresji, zaburzeń osobowości. Z czasem stany depresyjne tylko sie nasilały. Ja nie myślałam o niczym innym jak tylko o tym, że odzyskać przezywanie, bo związek, miłość, rodzina, uczucia zawsze były dla mnie najważniejsze. Codziennnie budziłam się bólem i lękiem, ale przez pierwszy rok jeszcze jakos sobie radziłam, choć już wówwczas moi rodzice określili, że był "straszny". Odczuwanie uczuć dalej spadało. Przestałam czuć więź z rodziacmia, choć bardzo chciałam czuć. Pojawiło się uczucie pustki w okolicy serca, na początku delikatne, potem coraz bardziej dotkliwe. W pierwszym roku odczuwałam jeszcze przynajmniej zadowolenie np. ogladając TV albo bedąc na łonie przyrody. Zmieniał mi się nastrój. Z reguły uzalezniony od był od pogody. W drugim roku, szczególnie po próbie z rispoleptem nastąpiło całkowite tąpnięcie,a żyhcie stało się nie do zniesienia. Bralam rispolept tylko kilka dni, więc nie wiem czy to on winien, ale od wtedy pojawiło się uczucie niewypowiedzianego cierpienia i mysli samobójcze na potęgę. Nie dało się wytrzymać chwili. Szukalam pomocy w szpitalach, u znanych profesorów. W międzyczasie trochę próbowałam pracować, ale zawsze poległam, bo ile się da pracować czując ciągłe cierpienie, pustkę, anhedonię, zmęczenie, zmulenie, otępienie, nie czując żadnej radości, zadowolenia. I cały czas udając przed znajomymi. Że też się gdzieś wychodzi, że ma się jakieś zycie - podczas gdy w rzeczywistosci wiekszosc dni upływala na zwijaniu się z cierpienia, napięciu, płaczu, pragnieniu zabicia się (wstrzymuje mnie lek przed piekłem i nie chcę tego robić rodzicom). Wykorzystałam chyba już wszystkie mozliwe opcje, spróbowałam większości dostępnych leków. Nic nie pomogły, ale za to miałam makabryczne skutki uboczne - zaburzenia neurologiczne, wyczerpanie na granicy padnięcia, omdlenia, zmiany w EEG a ostatanio także groźne dla życia torsade de pointes. Nikt kto nie przeżył akatyzji czy czegos w rdozaju dyskinez nie wie co to za ciepienie. I jaki koszmarny strach dla bliskich. I tak ciągle w kółko od 3 lat. Próba odstawienia wszystkiego także sie nie powiodła, bo mój organizm jakby nie odczuwa sennosci i nie zasnę bez leku. A po każdym mam skutki uboczne. Generalnie uważam, że lekarze to gn..ojki i nie przjemują sie bardziej skomlpikowanym przypadkiem. Wpakują byle jaki lek, skasują 100 z albo wyslą do szpitala, gdzie też nikt się nie przejmuje ( te torsade de pointes miałam w szpitalu i w ogóle nie zareagowali, nawet nie zalecili kontroli ekg, że w ogóle takie cos miałam dowiedziałam sie z wypisu, choć często skarzyłam się, że xźe mi na sercu).
Podejrewałam u siebie schizofrenię prostą, ale nikt mi tego nie stwierdził. Ostatnio pojechałam do IPINU na konsylium kilku lekarzy w tym jednego profesora od ciężkich depresji i najpierw mówili, że prawdopodobnie zaszkodziło mi zbyt dlugie przyjmowanie leków ( prof. od depresji potwierdził moje obawy, że NA PEWNO brakuje mi dopaminy i stą anhedonia i brak uczuć. W końcu mówili o lekoopornej depresji, a na końcu na kartce dostałam diagnozę dystymia.
Dodam, że te 3 lata temu byłam o krok od zamążpójścia, mieliśmy wybrane imiona dla dzieci, myslało sie o kupie działki i wybudowaniu chałupy z ogródkiem, robiłam wtedy kurs CAE, byłam na konferncji naukowej zagranicą i w ogóle prpoponowano mi karierę naukową. A teraz cieszę się jak jestem w stanie napisać tak długi tekst jak ten albo przeczytać gazetę ( raz na pół roku). Wiadomoci w ogóle nie oglądam. A najgorszym piekłem jest, że przez brak zaintersowań nie mogę się NICZYM zająć...każda minuta mi się wlecze, ta pustka w sercu tak strasznie boli... w ogóle tak sobie wyobrażam piekło - kompletma anhedonia, niemozność odczuwania Radosci i Miłosci i niemożność zajęcia się czymkoliek - potworna bolesna nuda.
Poza tą oficjalną " z wysokiego szczebla" diagnozą mam w swojej kolekcji całą masę diagnóz depresji, która w sumie wyparła z czasem diagnozę zaburzeń osobowości.
Swój długi wywód skończę kluczowym dla mnie pytaniem - czy ktoś z Was odczuwał TAKĄ PUSTKĘ, brak uczuć, brak więzi z ludźmi itd. w depresji? Czy to może trwać 3,5 roku? I co robić jak zostało to określone jako lekooporne, a dodam, że żadne terapie nie pomagają, bo jak sie nic nie przeżywa to rozmowa z terapeutą jest jak ze ślepym o kolorach.
Mój swiat ze świata inteligenta uległ dosłownie zezwierzęceniu - żadnych uczuć, potrzeb, dążeń, marzeń... do tego takie rodzaje inteligencji i umiejętności jak wyobraźnia przestrzenna, tworzenie, pamięć - leżą. Nie umiem o siebie zadbać. Gdyby nie rodzxice - zginełabym. Nie poszłabym na arcyażną wizytę do np. endokrynologa, bo nie miałambym siły psychicznej na to. Moja wola też nie istnieje. Nie istnieje jakieś " ja chcę, ja postanawiam". zupełnie sie izoluję, bo nie mam ludziom NIC do powiedzenia.
Aha - i czuję się strasznie zagubiona. Tak jakby moja osobowość uległa drastycznej zmianie, jakby moja tożsamość, moje ego - nie ostniało. Czy to nie przypomina tego co się czyta o schizofrenii?
Offline
Posty
448
Dołączył(a)
05 mar 2012, 17:47

pustka - pomocy

Avatar użytkownika
przez mephion 05 mar 2012, 20:14
Jakie leki brałaś przez te 7 lat? To był jeden medykament czy kilka różnych? Bezsenność pojawiła się nim zaczęłaś go/je brać czy później?

Jak rozumiem próbowałaś też psychoterapii? - jedno podejście czy kilka u różnych psychoterapeutów? Jak długo trwała terapia?
Avatar użytkownika
Offline
Posty
187
Dołączył(a)
24 lis 2011, 14:35

pustka - pomocy

przez Stonka 05 mar 2012, 20:40
Przez 7 lat głównie seroxat. Potem po tym zaniku uczuc z 45 innych - oczywiscie zapisywali mi je lekarze.
Na terapie chodziłam jedna 2,5 roku (przed zanikiem uczuc, ale ten terapeuta tylko pogorszył moje funkcjonowanie), potem po zniaku uczuc kilka kilkusmiesiecznych, ale one juz niewiele dawaly ze wzgl na nieodczuwanie.
Nie bede wypisywac wszystkich leków które bralam, bo były to prawie wszystkie dostepne w psychiatrii, ale wypróbowałam wszystkie SSRI, wiekszosc TLPD, weelbutrin, moklobemid, wiekszosc łączona z neuroleptykami na sen.
Offline
Posty
448
Dołączył(a)
05 mar 2012, 17:47

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

pustka - pomocy

Avatar użytkownika
przez mephion 06 mar 2012, 11:56
... :( przykra sprawa

a próbowałaś wrócić do Seroxatu?
Avatar użytkownika
Offline
Posty
187
Dołączył(a)
24 lis 2011, 14:35

pustka - pomocy

przez Stonka 06 mar 2012, 12:00
tak, to nic nie daje
Czy naprawdę nikt nie miał podobnie?
Offline
Posty
448
Dołączył(a)
05 mar 2012, 17:47

pustka - pomocy

przez logik 06 mar 2012, 22:24
czesc brak uczuc. poznaje cie po twojej historii. tu z@w!l!nsk!. mowilem ci, ze to dopamina. a diagnoza dystymia jest za lekka na tak ciezka chorobe. moim zdaniem to schizofrenia prosta, ktora mam jako diagnoze. nie zrozumie tej choroby nikt kto jej nie przezyl. probowalem ketrel, ale po nim mialem opoznienie reakcji i odrealnienie jednym slowem syf, bralem jeszcze abilify, ale po nim bylo pobudzenie jak po amfetaminie wiec spac sie nie dalo, biegunka, slinotok wiec odstawilem. jestem teraz na solianie 200mg 19:00. stonka na czym ty jestes? niema syrena dawna topie-lica teraz ma nowego chlopaka i podobno wszystko sie jej uklada. nie wiem jak ty, ale u mnie sie nic nie zmienilo czyli nic nie robie, nic mnie nie interesuje, zero impulsu do dzialania, wszystko wymuszone i caly czas mi rodzice mowia i dziwia sie, ze mi sie nic nie chce, ze to moj wybor, ze nie pracuje, ze nie chce isc do pracy. i co pojde do pracy jako portier albo pracownik dozoru na 2 zmiany i po kilku dniach zrezygnuje, bo nie bede w stanie wytrzymac, bo jestem niewyspany, co samo przez sie wyczerpany, nie umiem sie skupic, bo nic mnie nie interesuje i wszystko mam gdzies. nie daje rady, a rodzice mnie dobijaja zmuszajac mnie do robienia roznych rzeczy.
Offline
obserwowany
Posty
501
Dołączył(a)
08 lut 2012, 19:56

pustka - pomocy

przez DddMan 07 mar 2012, 12:23
Stonka,

Twoja historia bardzo przypomina moją, ale z jednym zastrzeżeniem. Ja już straciłem jakiekolwiek wsparcie (śmierć Mamy, ojciec z drugą żoną). Znalazłem się z moimi problemami i z walizką na ulicy. Przez ten czas kondycja fizyczna i psychiczna uległa drastycznemu pogorszeniu.

Oszczędzam tutaj pisania o szczegółach bezdomności. Co prawda nie sięgnąłem jeszcze takiego dna, żebym spał po dworcach. Bronię się przed tym i często zastanawiam się skąd mam tyle siły, że jeszcze całkowicie się nie poddałem.

Piszesz, że gdyby nie rodzice, to zginęłabyś. U mnie było podobnie. Wraz ze śmiercią Mamy zaczęło się moje staczanie. Ale szczęściem w nieszczęściu jest jeszcze jakiś instynkt samozachowawczy, który pozwala walczyć o przetrwanie.

Dziękuję, że opisałaś swoją historię i mam prośbę. Walcz do końca. Może to pusto brzmi, ale ile trzeba cenić zdrowie ten tylko się dowie, kto je stracił. Wielu ludziom mnie szkoda, że z przystojnego (podobno) faceta zrobił się bezzębny, owrzodzony i chory psychicznie wrak człowieka.
I mnie samego siebie też szkoda, mimo że szacunek do siebie mam ograniczony do minimum. Jestem w grupie osób o bardzo wysokim ryzyku zagrożenia bezdomnością (taką typową stereotypową) i mimo bardzo brutalnych przeciwności losu walczę.

Wszystko bym oddał, by mieć wsparcie kogoś bliskiego, bym mógł jeździć na sympozja lekarzy, którzy by zainteresowali się mną, w końcu gdyby stać mnie było na drogie efektywne leczenie.

Całkiem niedawno byłem właśnie blisko poddania się i chciałem po raz kolejny uciec do szpitala. Ale co dalej? Co ze stancją?

Często upadam, ale powstaję. Ja nie idę przez życie, ja się "czołgam" przez ciernie. Również do mnie pasują wszystkie objawy schizofrenii prostej, dlatego - jak pisałem - w mojej osobie masz zarówno zrozumienie, ale i czerwone światełko = motywację do działania.

Bo chyba nie chcesz skończyć jak bezdomna szczerbata owrzodzona chora psychicznie stara panna?


I jeszcze jedno. Szczególnie wychwyciłem z Twojej wypowiedzi to: "nie mam ludziom NIC do powiedzenia".
Rozumiem, mam podobnie. Całe życie szukałem sobie towarzystwa metodą prób i błędów i w żadnym się nie odnalazłem.
Pozostało jeszcze do sprawdzenia towarzystwo schizofreników prostych. Gdy uda mi się odłożyć pieniądze, to jestem skłonny pojechać nawet do innego miasta, by spotkać się z takimi osobami.
Osobiście nie znam nikogo, kto cierpi na schizofrenię prostą, dlatego ludzie z tego forum z podobnymi objawami są dla mnie szczególnie cenni. Może kiedyś będzie sposobność, by poznać ich na żywo.
Depresja
Dystymia
Dorosłe Dziecko rodziny Dysfunkcyjnej
Osobowość chwiejna emocjonanie
Osobowość zależna
Zaburzenia osobowości mieszane
Fobia społeczna
Zaburzenia adaptacyjne
Offline
Posty
131
Dołączył(a)
29 mar 2011, 10:30

pustka - pomocy

przez Stonka 07 mar 2012, 15:39
Właśnie walczę z przemozną chęcią zabicia się. Mam też e rózne dolegliwości co Ty Logik. Pustka, wyczepranie, do tego uczucie strasznego cierpienia, które mnie prawie nie opuszcza, niemozność zajęcia się czymkolwiek. DO tego uzależniłam się od benzo, bo tylko one mi ulgę dają. staram się od nch uwolnic, ale w ogóle mi to nie wychodzi. Do tego dochodza rózne skutki odstawienne jak scisk w zołądku itd. Zlądowałam znów u rodziców. Do tegood kilku tygodni jest mi cały czas niedobrze. Ostatni pobyt w szpitlu to porazka. wyszłam z dyskienzami i froznymi zaburzeniami rytmu serca (torsade de poites), dopbrze, ze to mineło. Nie mam nadziei, ze bedzie lepiej. Wczoraj był wieczór, ze sobie lezałam u rodziców i nic nie robiłam, bo mi się nie chciało, ale przynajmniej nie czułam cierpienia. Choć obawiam się,że to zasługa lorafenu. W kazdym razie lezałam i czułam, ze jest mi w miare dobrze. To było wspaniałe. Niestey potem moja mama, zaczeła mnie gnębic dlaczego ja nie moge isc do rpacy i ze ma przyniesc zaswiadczenie od lekarza, ze nie mgoe pracowac. Moja mama nie ma wyczucia i potrafi zupelnie zgnebic człowieka. Dzis od rana to samo było z ojcem. Trochę się opanowałam u lekarki, ale zaraz potem zadzwoniła matka i od nowa to samo. a oni wiedzą, że ja marzę o smierci i ze jestem na granicy zabica się ( ale nie zrobię tego, bo boje się piekła). Nie ma siły nawet opisać co dziś przechodzę. Cała sie trzesę, bo za 3 miesiące skonczy mi sie zwolnienie, w szpitalu potwierdzili moim rodzicom, ze absolutinie nie jestem zdolna do pracy, ale moi rodizce to beton. Wiec teraz sie trzęsę cała. walczyłam długo, żeby nie wziąć relanium ale jak tu nie wziąć jak do całego cierpienia dochodzi jeszcze strach co będe jadła za 3 miesiące? Powiedziałam o tym ojcu, że przeciez nie chodzi o wiele, o to, zeby jesc mi dali -a ojciec na to, ze mam przestac na nich wymuszac. Oni sa nienornalni. Tak się zalewaja łzami nad moim zmarnowanym życiem, a po pierwsze całe zycie zyłam w strachu i awanturach i nawet teraz gdy jeste tak chora to odamwiają mi utrzymania. więc ja naprawdę nie wiem co zrobić? Podobno nawet za DPS trzeba płacic 1450 zł. Po prostu nie rozumiem jak mozna tak jebać kogos w takim stanie jak ja. Nie rozumiem moich rodziców. Chyba nie ma instytuacji która by pomogła takim ludziom jak my.Oczywiscie takie awantury jak dziesijsza a przede wsystkim poczucie ze nie bede miała za co zyc pogarszaja mój stan psychiczny potowrnie i to na długie tygodnie. Ale moi rodizce mówią, ze ich to nie obchodzi. Nie mam zadnej babci, cioci, wujka, kuzynki, nikogo do kogo bym się mogła zwrócic o pomoc.
Offline
Posty
448
Dołączył(a)
05 mar 2012, 17:47

pustka - pomocy

przez logik 07 mar 2012, 16:49
DddMan nie chcialbys towarzystwa schizofrenikow prostych. dlaczego? bo tylko by ci narzekali na swoj stan zdrowia jak Stonka albo by sie w ogole nie odzywali.

Stonka wiec widzisz, ze mamy przekichane. na DPS trzeba sobie zapracowac rente albo emeryture jak sama mowisz 1450zl, a gdzie ubrania, gdzie leki i inne rzeczy.

bedzie zle wieszam sie i tyle. tylko jak zwykle jakis glupek w przyplywie tzw. dobrej woli bedzie mnie probowal ratowac przez co zostane kaleka. iwec sam juz nie wiem co mam robic.
Offline
obserwowany
Posty
501
Dołączył(a)
08 lut 2012, 19:56

pustka - pomocy

przez Stonka 07 mar 2012, 17:49
Nie miałam zamiaru wywołać u Ciebie myśli samobójczych. Jak masz schizofrenię prostą to możesz czekać na nowy lek rg 1678, podobno jest już w bardzo zaawansownej fazie badań.
Ty przynajmniej możesz mieszkać u rodziców, żywią Cię i dają dach nad glową.
Smutne jest, że w takich chorobach ludzie myślą, że jesteśmy leniwi albo mamy słaby charakter. Kto tego nie przeżył, ten raczej nigdy nie zrozumie. Moi rodzice po tylu latach rozumieją już niby dużo, ale czasem się załamuję, że jendak nic nie kumają. Jak dziś powiedziałam do Mamy, że chcę spac jak najdłużej, bo wtedy nie cierpię, to mi powiedziała, że mam wstać, bo każdy powinien się rozwijać. Rozwijać? Bez uczuć? Jak mozna się rozwijać nie czująć najmniejszej satysfakcji? Ja mogbłabym Nobla dostać to i tak bym czuła głównie pustkę. Mi się już czasem tłuamczyć nie chce.
Co do schizofrenii to widziałam w szpitalach parę osób z objawami neagtywnymi, ale żadna nie miała tego tak nasilone jak ja. No może nie licząc jednego faceta koło 50-tki, który przez 2 mce spał. Ciagle. Ale przynajmniej nie cierpiał. Poza tym poznalam 2 osoby z depresją z pustką. Jedna (lekarka) twierdziła,że jej sie to zrobiło po lekach. Ja też tak twierdzę. I jednego chłopaka, który miał depresję, dostał antydepresant i benzodiazpinę, brał je i było lepiej, ale którego dnia zasnął z uczuciami, a obudził się bez uczuć. I dali mu diagnozę "zaburzenia adaptacyjne" - że to niby psychologiczne u niego było.
Aha - i jedną facetke z zab. schizoafektywnymi z pustką i jedną babkę z dystymią. Czyli już nie wiem jak tę pustkę tłumaczyć.

-- 07 mar 2012, 21:01 --

Przepraszam jeszcze jeśli zasiałam nastrój beznadziei. Fakt, że sama tak czuję. I do tego mam kryzys światopoglądowy, bo odką przestałam przechodzić piękne stany, to zupełnie nawet nie umiem sobie wyobrazić, że Bóg jest Miłoscią, Radością, Szczęsciem. Jak się tak mocno i długo cierpi i do tego wszystko jest takie obojętne to Wiara staje się jakaś nierealna itd. Przynajmniej mi tak się stało i nie tylko mi. I człowiek myśli o samobójstwie, bo myśli, ze może piekła rzeczywiście nie ma i że cierpienie nie ma sensu. Ja też często przchodzę takie stany. Nie chcę wydłużać, bo nie chodzi mi o nawracanie nikogo na siłę, bo tego nie cierpię.Chcę Wam tylko powiedzieć, że jak małam dobry nastrój po stilnoxie albo po moklobemidzie to czułąm zachwyt Bogiem i wszystkim co piękne.Więc, że my tego nie czujemy to wina choroby,a nie tego, ze Szczęście nie istnieje. Poza tym chciałam Wam napisać, że w szpitalach poznałam osoby innej wiary - i one zwróciły uwagę na rzecz trochę zapomnianą, że za cieprienie, choroby i zło odpowiada generalnie szatan, a nie Bóg. No i czasami sam człowiek. Piszę to wszystko, bo się martwię, ze swoim postem mogłam kogoś zupełnie zdołować i odebrać resztki nadziei. Proszę, wytrzymajmy jakoś w nadziei, że na tamtym świecie będzie lepiej.I na tym skończę - nie chcę wszczynać dyskusji światopoglądowej i nie chcę na siłę nawracać tych, którzy w Boga nie wierzą.

-- 08 mar 2012, 21:35 --

I dodam jeszcze, co dziś znalazłam:
ycie-po-mierci-t34892.html
Offline
Posty
448
Dołączył(a)
05 mar 2012, 17:47

pustka - pomocy

przez conscious 08 mar 2012, 23:58
Stonka - przez ile lat brałaś paroksetynę?? Ja brałam to gów..no 9 miesięcy i odczułam paskudne jej skutki, m.in. właśnie takie jak zanik uczuć wyższych, odstawiłam ją ponad rok temu i dopiero teraz zaczynam wracać do siebie, tzn. powoli zaczynają wracać mi normalne emocje ale nadal mam problemy np. z płaczem - bardzo rzadko płaczę i to nie dlatego, że nie mam powodów, tylko dlatego, że juz tak nie potrafię jak kiedyś, tak jakby powstała jakaś blokada, która mi blokuje wypływ łez(uczuć).
Paroksetyna to najsilniejszy z SSRI, ja bym szukała w niej przyczyn zaniku emocji wyższych, bo u mnie tak właśnie było.

Myślę, że wchodzenie w kolejne leki to błąd, ja na Twoim miejscu spróbowałabym odstawić wszystko, ewentualnie jakieś uspokajacze zostawić doraźnie w razie czego, ale na stałe to bym stopniowo odstawiła ten cały szajs, bo jak widać nie pomaga, a pogarsza Twój stan.

A z jakiego powodu zaczęłaś brać leki? co się działo takiego w Twoim życiu te 7 lat temu, że podjęłaś taką decyzję??
Offline
Posty
48
Dołączył(a)
16 mar 2011, 00:17

pustka - pomocy

przez Stonka 09 mar 2012, 11:56
:( Brałam paroksetynę 7 lat - ona SPŁYCIŁa mi emocje, ale jeszcze je miałam. Byłam zdolna się zakochać itd. Zupełnie wyniszczył mnie citalopram, choć brałam go tylko 3 mce. Ja wtedy nie wiedziałam, że leki mogą tak działać. Tzn poszłam do lekarki i powiedziałam, że tak mi się stało po tym leku, a ona - krowa,że to niemożliwe, że mam szukać przyczyn psychologicznych. I ja głupia uwierzyłam - szukałam winy w sobie, szwędzałam się po szpitalach, brałam wiele, wiele innych leków, które niby miały mi pomóc. Czuję sie strasznie zniszcozna przez psychiatrię i moi bliscy też tak to postrzegają - że znisczyły mnie leki i psychiatrzy. To tylko pogłębia depresję. Nie dość, że nic nie czuję oprócz cierpienia, to jak wspomnę te szpitale, tych lekarzy, te głupie diagnozy, te skutki uboczne leków, przez które mało kaleką nie zostałam. Nie jest prawdą, że co cię nie zabije to cię wzmocni - może cię zniszczyć tak bardzo, że już nie będziesz w stanie żyć. Ja się czuję jakbym obóz koncentracyjny przeżyła. A co się stało, że sięgnęłam po leki wiele lat temu? No stało się coś strasznego i pewnie lek był potrzebny ale nie 7 lat! A tak wciskała mi krewna lekarka i jej koleżanka. Dziś otwarcie mówią, że popełniły błąd, ale co z tego? Najbardziej jestem nieszczęśliwa dlatego, że uczucia były dla mnie najważneijsze w życiu, marzyłam o założeniu rodziny, a teraz mogę tylko wegetować.

-- 09 mar 2012, 12:50 --

Właśnie dostałam wyniki testu inteligencji i okazało się, że nadal mam niezłą inteligencję. Wyniki w zasadzie nie zmieniły się od 2 lat. I psycholog powiedział, że moje trudności wynikają z depresji, a funkcje poznawcze jako takie mam w porządku. No to dobra wiadomość.

-- 09 mar 2012, 12:55 --

Właściwie to się aż zszkokowałam, że mam aż takie wysokie wyniki, bo robiono mi ten test w totalnej depresji, gdy cierpienie było nieznośne. I powiedział, że gdybym była zdrowa to bym miała jeszcze wyższe wyniki. Ale to w sumie smutne, że jestem tak uzdolniona, a się nei moge realizować.
Offline
Posty
448
Dołączył(a)
05 mar 2012, 17:47

pustka - pomocy

przez logik 10 mar 2012, 21:11
no i co z tego, ze ja jestem inteligentny kiedy nie mam sily odpyskowac komus albo sie po prostu boje, motam sie w tym co mowie. nie wiem jak ty stonka, ale mi emocje wygasly w wyniku choroby, a nie lekow - leki dobily moje emocje calkiem wiec uwazam, ze leki to tez syf, zwlaszcza SSRI, SNRI. leki na depresje to najgorsze swinstwo jakie powstalo. jakbyscie sobie poczytali ulotki to jest napisane i sam tego doswiadczylem, ze leki przeciwdepresyjne wywoluja mysli samobojcze i dola. testuje teraz solian wczoraj bylem na 150mg solianu 19:00, dzisiaj sprobuje 100mg solianu 20:00, a biore solian ze wzgledu na sen i lęki czyli musze brac cos na uspokojenie, ale jak wiadomo leki sa cholernie mocne wiec trzeba brac male ich dawki. probowalem solian z rana, ale to jest bez sensu, bo po co brac uspokajacz z rana kiedy sie wyspalem, a mam przed soba dzien do przetrwania wiec lek niepotrzebnie mnie otumania, a spania nie ma, a wtedy nie bralem na spanie leku i dlatego ciezko bylo zasnac wiec juz wole na noc brac solian. solian i sulpiryd to chyba jedne z niewielu neuroleptykow, ktore maja stosunkowo malo skutkow ubocznych. z kolei stonka nawet na 50mg solianu dostaje akatyzji. mnie lęki zaczynaja się na 200mg solianu, dlatego biore mniej niz 200mg. lekarce nie mowie jakie dawki biore tylko mowie, zeby taka a taka dawke przepisala i tyle. a co jej bede mowil, ze dzisiaj biore 150mg, a jutro do niej zadzwonie, ze jednak na 100mg lepiej sie czuje wiec juz jej doopy nie chce zawracac i sobie testuje, bo nic innego w tym zasmarkanym zyciu mi nie zostalo. stonka dziwie ci sie, ze bez powodu zaczelas brac leki na glowe kiedy nic ci nie bylo. ja jakbym byl zdrowy psychicznie to za cholere bym sie do psychiatry nie wybral, bo wiedzialem wtedy jak sie ludzi chorych psychicznie postrzega i wiem jak teraz sie postrzega ludzi chorych psychicznie i powiem, ze nic a nic sie nie zmienilo. na solianie mam sennosc co ulatwia mi spanie i mam zaparcia, bisacodylem lecze zaparcia tzn. jest to lek srodek przeczyszczajacy, biore 1 tabletke o 20 czy 21, wstaje rano, cos tam porobie, chce mi sie, strzele kloca i ma spokoj przez 2 dni. biore bisacodyl co 2 dni albo rzadziej jak potrzeba, ale nie czesciej niz co 2 dni.

stonka jaki byl prawdziwy powod, ze zaczelas zabawe z lekami na glowe?
Offline
obserwowany
Posty
501
Dołączył(a)
08 lut 2012, 19:56

pustka - pomocy

przez Stonka 10 mar 2012, 22:23
Przezyłam naprawde straszną rzecz, która się bardzo długo ciągnęła, a ja bym młodziutka. To nie była rzecz w stylu "rzucił mnie chłopak", albo "zawaliłam studia" tylko recz naprawde straszna. Jak moja psychiatra o tym usłyszała, to powiedziała, że ona też w takiej sytuacji by sie rozwaliła, a była 2 razy starsza ode mnie. Więc na tamten moment leki mnie uratowały, choć może lepsza byłaby jakaś terapia zorientowana na PTSD. Tylko ze to było PTSD to ja się dowiedziałam wiele lat pozniej. A potem coraz to inne rzeczy mi się zwalały na głowę, naprawdę trudne dla młodziutkiej wrazliwej dziewczyny, nie miałam wsparcia, poczucia bezpieczeństa, lekarz kazał zreć leki, to żarłam.
Logik, ja akatyzji dostałam na 200mg solianu. Na 50 to nie wiem bo brałam z akinetonem. Ale radzę Ci spróbować odstawić wszystko moze, co? Ja własnie próbuję, tylko też z tym spaniem mam problem. WIELKI. Choc były już dni, że prawie spałam na melatoninie.
Logik, na zaparcia swietny jest alax ( 2 tabletki) albo rzewien - ale nie mozna brac codzien, bo sie odzwyczaja jelita od pracy i potem juz nic nie pomoze.
Co do tego, ze lekarze to gnoje, to mi znajoma lekarka opowiadała jak lekarz traktuje lekarza - WREDNIE. I z zawiscią. Więc co tu mówić o pacjencie tym bardziej z zaburzeniami psychicznymi.
Ale mnie dziś spotkało parę fajnych rzeczy. Poczułam się kochana i akceptowana przez rodzinę - i to takie osoby, ktore do tej pory odnosiły się z dystansem lub wrednie. Poza tym rozmawiałam sobie z kolega z z branży o sprawach zawodowych...powiew normalnosci... do minusów nalezy, że 3/4 dni przelezalam. przesiedzialam zmeczona, bez checi do niczego i z permanentna checia zrzygania sie po relaniaum, ktore odstawiam...sorki za doslownosc
Lgik, a jak u CIebie rozwijała się choroba i od czego zaczeła? Bo wiesz, ta schizofrenia prosta to sliska diagnoza. Całkiem mozliwe, że niepotrzebnie o sobie myslisz w tych kategoriach. Może Twój organizm po porstu nie wytrzymał stresu albo coś. A, że antydepresanty to syf to się zgadzam. NAwet w podręczniku do psychiatrii prof. Wciórki jest napisane, że SSRI spłycają emocje.
Offline
Posty
448
Dołączył(a)
05 mar 2012, 17:47

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Bagatelka i 17 gości

Przeskocz do