moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

Avatar użytkownika
przez tyryryry 11 cze 2012, 21:44
Gdy czytam o waszych problemach i lekach, jakie przyjmujecie to mam wrażenie, że ja sobie moją nerwicę wymyśliłam.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
14
Dołączył(a)
04 cze 2012, 17:53

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

przez Łazarz 14 cze 2012, 16:08
Wymyślenie sobie choroby psychicznej to też właściwie jest jej pewnym przejawem :P
Offline
Posty
255
Dołączył(a)
14 sty 2012, 18:56

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

Avatar użytkownika
przez nieboszczyk 21 cze 2012, 16:35
kaczanov napisał(a):Jak spotkam kiedyś Boga to mu oficjalnie zajebie z liścia, po pierwsze za to, że zesłał mnie nie pytając mnie o zdanie, czy chcę uczestniczyć w jego pojebanej szopce. Po drugie za to, że ma wyjebane na wszystko i ma wszystkich w dupie. Po trzecie za to, że się nie ujawnia i nie mówi o co mu k..wa chodzi. Jeżeli człowiek jest podobieństwem Boga to ten Bóg musi mieć konkretnie nasrane pod kopułą, ten świat jest chyba odzwierciedleniem jego skrzywionej psychiki.

było by tak gdyby ten "bóg"rzeczywiście tworzył ludzi i po śmierci można było by mu nawrzucać aż by mu buty spadły i wyjebać mu z liścia przy wszystkich.jednak sądzisz że stworzył cię "pan bóg"?nikt nie prosił się na ten wstrętny świat a los nie rozdaje po równo(jeden sie rodzi brzydki drugi ładny jeden się rodzi w wysoko postawionej rodzinie inny sierotą).po drugie wiele "matek" się tłumaczy swoim dzieciom na ich pytanie jak przyszły na świat:a bo kondon pękł,a bo tabletka nie działa,a bo byłam pijana i nie wiedziałam co robie...dzieci takie zwykle mają wieczny żal do swoich rodziców o ich nieodpowiedzialność a takie matki powinny czuć się winne do końca życia.jeśli chodzi o przyjemności życiowe...można cieszyc się z wakacji zagranicznych,lotem samolote,zbieraniem pamiątek...jednak większości zamulonym hormonami nastolatkom wystarczy sobie zatkać dupę pindolem i są szczęśliwe bez końca.no tak...korek w dupie lekarstwem na wszystkie problemy...
psychicznie chorzy i upośledzeni intelektualnie umierają samotnie.podobnie jak narkomani.narkomani umierają w jakimś śmierdzącym sraczu a psychicznie chorzy i upośledzeni intelektualnie umierają za murami obozów psychiatrycznych we własnych odchodach.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
7867
Dołączył(a)
29 wrz 2008, 20:28
Lokalizacja
z trumny z peryskopem

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

przez Łazarz 14 gru 2014, 14:16
Witajcie,

nie pisałem od ponad 2 lat. Od tamtego momentu sporo się wydarzyło.
Z nerwicą jest jak z bumerangiem- zawsze do niej wracasz.
Nie odwiedzałem tego forum bo miałem dosyć już pisania o chorobach psychicznych i czytania o ludzkich problemach, uznałem, że wystarczy mi już przykrych doświadczeń i należy zapomnieć o złym i skoncentrować się na świecie zdrowych.
I tak rzeczywiście było.
Niestety do czasu. Zrobiłem najgłupszą rzecz jaką mogłem popełnić- odstawiłem leki.
Nie będę zagłębiał się w szczegóły dlaczego. Miałem prawie półtoraroczny okres remisji, uznałem, że jak będzie działo się coś złego to uda mi się zareagować na czas i wrócić do terapii.
Ketrel wywoływał u mnie amnezję, po powrocie na studia miałem problemy z nauką. Jakoś sobie jednak radziłem jednakże brak wspomnień był bardzo dokuczliwy zważywszy na dodatek fakt iż poznałem tam wspaniałą dziewczynę i tym bardziej zależało mi na tym by pamiętać nasze rozmowy.
Dopóki byłem na lekach nie byłem w stanie się w niej zakochać.
Myślałem, że to takie romantyczne, że dla niej odstawię leki i zaznam miłości choć na krótki czas.
Było tak ze 3 miesiące do chwili gdy zaczynałem wpadać w manię.
Po około 6 miesiącach od odstawienia prochów byłem już w psychiatryku.
Wtedy zaczęła się czarna seria.
Po około 2 tygodniach pobytu udało im się wyciszyć moją manię końskimi dawkami neuroleptyków (20 mg olanzapiny, 800 mg solian).
Z manii przebiegunowało mnie w b. ciężką depresję, coś co już kiedyś doświadczyłem. Nie byłem w stanie sklecić zdania, nie miałem emocji, mimiki, kompletna anhedonia, autyzm. Każda sekunda była nieznośna bo nie mogłem się na niczym skupić bo nic do mnie nie docierało. Ani rozmowa, ani telewizja, ani książka nie były w stanie mnie w ogóle zaabsorbować.
Wtedy zadzwoniła do mnie dziewczyna, którą mimo choroby kochałem nad życie i powiedziała mi, że z nami koniec. Z dnia na dzień skreśliła mnie ze swojego życia na zawsze, nie chciała się ze mną nawet przyjaźnić ani widywać, zupełny bojkot.
Jakby tego było mało wiedziałem, że nie mam szans by ukończyć licencjat i że to koniec moich marzeń o Warszawie, wyższym wykształceniu, dobrej pracy, kontaktach z przyjaciółmi których tam miałem.
Moje życie legło w gruzach, a jedną jedyną przyczyną tej katastrofy była głupia, lekkomyślna decyzja o zaprzestaniu leczenia.
Nienawidzę siebie za to do dziś. Jak nad tym myślę to zastanawiam się czy aby bycie pod wpływem ketrela, które zmieniło moją osobowość na zimnego, pewnego siebie drania lecz nieco stępiałego nie wpłynęła na moją głupotę.
Obwiniałem się strasznie, nie mogłem się z tym pogodzić.
Jeszcze kilka miesięcy przed tym, po udanej sesji zimowej byłem jednym z najszczęśliwszych ludzi na ziemi.
Po horrorze który przeżyłem między 2010, a 2012 w końcu zacząłem wierzyć, że los się do mnie uśmiechnął.
Powrót do nauki, odzyskanie zdrowia, perspektywy, kobieta- wszystko to przekonywało mnie, że teraz będzie już dobrze i raz na zawsze mogę zapomnieć o przeszłości.
Od grudnia 2011 do marca 2013 miałem pełną remisję.
Pisałem wówczas właśnie na nerwicy co jest we wcześniejszych postach, opisałem wtedy ze szczegółami moje doświadczenia z chorobą.
Taka krótka dygresja to była.
Wracając do głównego wątku jak już wcześniej wspomniałem zawaliło mi się całe życie.
Depresja ustąpiła dopiero w lipcu tego roku czyli po 13 miesiącach.
Przez ten czas każdy dzień wyglądał tak samo.
Leżałem w łóżku, jadłem, spałem, chodziłem od okna do okna, unikałem dalszej rodziny jak ognia by nie zdradzić się z chorobą. Jak ktoś przychodził to zamykałem się w pokoju i nawet nie mówiłem cześć.
Nie odbierałem telefonów.
Usunąłem facebooka.
Gdy byłem w manii wyczyściłem wszystkie zdjęcia z aparatu.
To samo zrobiłem z telefonem.
W psychiatryku ukradli mi komórkę tak więc straciłem wszystkie kontakty jakie miałem tam zapisane.
Jakoś udało mi się odzyskać potem numer.
Oczywiście nie pamiętałem nawet co jadłem wczoraj na śniadanie. Każda sekunda mojej wegetacji była torturą,
złamane serce, gorycz, pustka, beznadzieja, pustka, pustka, wstyd, upokorzenie, hańba.
Przez ten okres przytyłem z 75 kg do 90 kg. Oczywiście gdy wylądowałem w szpitalu byłem wychudzony bo mało co jadłem i ważyłem wtedy 68 kg przy 184 cm czyli w sumie przybrałem 22 kg.
Byłem w stanie podciągnąć się na drążku nachwytem 20 razy teraz 4.
Trafiałem jeszcze do szpitala z własnej inicjatywy do psychiatryka wierząc, że tam mi pomogą (ambulatoryjne leczenie nie pomagało) jeszcze we wrześniu 2013 i grudniu 2013 roku. Trochę tam posiedziałem za każdym razem, niestety tam mi też nie pomogli.
Diagnoza była następująca- depresja poschizofreniczna.
Obchody były codziennie, zapytałem zastępce ordynatora, który je prowadził, że nie jestem sobą, jestem otępiały, mam bardzo obniżony intelekt i czy to wróci kiedyś do normy.
Odpowiedział, że za wiele oczekuję.
Kolejny lekarz powiedział mojej siostrze, że nie mogą mi pomóc i zostanie mi tak do końca życia.
Mówię to na poważnie.
Matka powtarzała mi, że muszę się z tym pogodzić, znaleźć jakąś łatwą pracę i żebym zapomniał o studiach.
Chodziłem wówczas prywatnie do ordynatorki przez rok , nic mi nie pomogła.
Byłem u innego lekarza to przepisywał mi te same leki tylko w innych kombinacjach.
Będąc zdesperowany za moją namową przepisał mi klozapol.
Wziąłem ze 2 razy, spękałem jednak bo wiecie co to za specyfik.
Zacząłem poważnie zastanawiać się nad elektrowstrząsami, ten sam lekarz jakoś specjalnie nie oponował nad tą sugestią. Na szczęście postanowiłem się na to jeszcze nie decydować.
Przerobiłem prawie wszystkie neuroleptyki nowej generacji przez ten czas.
W końcu w czerwcu wróciłem do swojej doktorki u której leczyłem się ambulatoryjnie od stycznia 2012 do września 2012. Byłem wtedy w remisji po pierwszym rzucie choroby.
Oczywiście słyszeliście pewnie, że drugie rzuty są zdecydowanie bardziej poważne od pierwszych bo choroba niszczy jeszcze więcej i jeszcze trudniej ją wyleczyć.
Dodatkowo ma zwyczaj rozwijać się w coś innego np. z chadu w schizę.
Czytałem w karcie, że jestem autystyczny i mam silne objawy negatywne czyli tzw. no hope.
Moja lekarka przepisała mi lamitrin, wenlafaksynę i abilify.
Mówiła, że był ze mnie słupek.
Po miesiącu przyszedł pewien dzień.
W ciągu jednej godziny gdy leżałem jak to zwykle na łóżku i bezmyślnie gapiłem się w sufit jakby za dotknięciem zaczarowanej różdżki wszystkie objawy choroby ustąpiły.
Tak, w ciągu jednej godziny.
Wróciły myśli, mogłem mówić, czuć, cieszyć się, czytać- wszystko wróciło do normy tak jakbym w ogóle nigdy nie zachorował.
Wracam do lekarki, a ona takie oczy robi, ,,jak to w ciągu jednej godziny'' - pyta.
Mnie też to dziwi- odpowiedziałem.
Czyli znów błędna diagnoza była, chad, chad, jeszcze raz chad.
Nie wiem kurde kto tym konowałom ze szpitala i w ogóle większości lekarzy w moim mieście dał prawo do wykonywania zawodu. Mieszkałem wtedy w mieście wojewódzkim.
Kto wie i tego doświadczył domyśla się, że znów mnie przebiegunowało.
Tyle, że akurat wypośrodkowało.
Nie wiem czemu gdy trafiłem do szpitala odstawili mi stabilizator lamitrin, który brałem prawie przez 2 lata.
Dziwne, że po miesiącu od jego przyjmowania z wenlą znów mogłem cieszyć się zdrowiem.
A powiem wam, że brałem wcześniej inne antydepresanty np. anafranil, który jest znacznie mocniejszy od wenlafaksyny.
Hmm, wtf?
Abilify w innym combo też brałem i wtedy też nie pomogło.
Dlaczego i co pomogło tym razem- nie wiem, może to była złota kombinacja (wenla, lamitrin, abilify) mega antydepresyjny wykurwiac.z w górę.
Jednak jestem stabilny bo lamitrin przyjmuję.
I tak to znów od października jestem znów na III roku europeistyki na UW. A mam 26 lat. Mam współlokatora w wieku 19 lat, drugi ma 20.
Fejsa założyłem, kontakty w większości odzyskałem, życie towarzyskie się układa.
Nawet mi 600 zł renty przyznali :)
Ten świat jest po.jebany. Poważnie, on na prawdę ma coś z głową.
Mój pierwszy post w tym wątku także był długi, też kończył się optymistycznie, pisałem wtedy by brać leki i nie poddawać się.
Co bym teraz powiedział?
No już nie byłbym takim optymistą, przez ten czas byłem świadkiem koszmarów innych ludzi, który trwa i będzie trwał prawdopodobnie do końca ich życia.
Oni nie mają konta na nerwicy i nie żalą się.
Są na to zbyt chorzy.
Ja wtedy też nie pisałem, może jeden, dwa posty lakoniczne skrybnąłem w dziale schizofrenii.
Czy się cieszę, że wróciłem do zdrowia (czy mówiąc poprawnie do remisji)?
Tak, cieszę się, a raczej odczuwam ulgę.
Tyle, że jak za pierwszym razem po ciężkiej chorobie wróciłem do zdrowia miałem zdecydowanie większy optymizm i przepełniała mnie radość, że udało mi się z tego wyjść to teraz już specjalnie dupy mi to nie urywa.
Bardziej wdzięczny jestem losowi za tą ulgę, że już tak nie cierpię.
Wtedy byłem młodszy, teraz jestem już starszy i sporo jestem w tyle za rówieśnikami.
Za 4 lata stuknie mi magiczna 30stka.
Mała dygresję tylko wtrącę.
Ciągle palę papierosy, była to moja jedyna uciecha w trakcie choroby.
Od nowego roku zamierzam rzucić, poproszę psychiatrę by mi przepisał jakiś dobry lek na to bym nie odczuwał głodu nikotynowego.
Bo wcześniej nawet nie chciałem rzucać i nie mogłem. Teraz chcę, a nie mogę.
Palić oczywiście zacząłem w trakcie mojego pierwszego pobytu w psychiatryku.
Kto był ten wie dlaczego.
Wracając do tematu szczerze mówiąc i wiem jak to zabrzmi to jestem i mówię to z ręką na sercu- jestem zmęczony życiem.
Oczywiście nie ma mowy o jakimś samobójstwie. Nie mam jaj na to i jestem zbyt uparty by zrezygnować z marzeń.
Tyle, że wizja nawet ich spełnienia już tak nie zachwyca jak kiedyś.
Ktoś inny powie- ciesz się chłopie z czego masz, inni mają gorzej.
Tak, zgadzam się. Nie mam zamiaru użalać się nad sobą ani nikogo zatruwać moimi humorami.
Jestem po prostu zmęczony życiem (nie nie chcę pocieszenia ani współczucia czy dobrych rad).
Czuję się wypalony. Obojętny.
Nie nie mam anhedonii.
To coś głębszego.
Chyba jakiś syndrom pourazowy. Albo się starzeję.
Odliczam po prostu czas do końca mojego życia. Chciałbym aby było ono zdrowe i długie ale po to bym już więcej nie cierpiał i nie było mi źle.
W zasadzie to na niczym już specjalnie mi nie zależy, byle miał co jeść, gdzie spać, dach nad głową i internet.
Oczywiście mam pragnienie samorealizacji, ale to wynika z mojego zaparcia, chęci uniknięcia wstydu w razie porażki życiowej w oczach społeczeństwa.
Nie nie jestem hedonistą choć kiedyś próbowałem.
Byłem ateistą i antyklerykałem, teraz modlę się codziennie do mojego anioła stróża.
W sumie nie wiem po co ale sprawia mi to małą ulgę i uspokaja.
Przestałem pisać wiersze, brak mi weny.
Już nie jestem tak rozmowny jak kiedyś.
Nie to, że niby bym nie mógł. Po prostu nie przychodzą mi już nowe pomysły do głowy.
Już nie mam takiego poczucia humoru jak kiedyś. A może byłem najzwyczajniej dziecinny?
Rzadko kiedy szczerze się śmieję. Raczej z tego co wspominam i doświadczyłem.
Z nowych zabawnych rzeczy można usłyszeć ode mnie tylko cichy rechot.
Mam nieco opadnięte dolne kąciki ust, przez co wyglądam czasem na ponuraka.
Jest tak od czasu mojej pierwszej remisji i zostało mi do dziś.
Mimika też już nie ta sama, kiedyś występowałem na apelach w szkole i zawsze zbierałem oklaski czy salwy śmiechu, teraz raczej by mnie wygwizdano.
Gdy spojrzysz komuś w oczy przez dłuższy czas i wasz wzrok się połączy to ujrzysz, że tęczówki tej drugiej osoby lekko poruszają się co chwila to w lewo to w prawo, nie patrzą ciągle w to samo miejsce.
Ja niestety patrzę prosto. Nic się nie rusza, brak tego odruchu bezwarunkowego, też tak jest od czasu pierwszej remisji.
Oczywiście gdy z kimś rozmawiam, zastanawiam się nad czymś to patrzę spontanicznie w różne strony, ale nie wtedy gdy zaglądam w oczy nawet dziewczyny, która mi się podoba.
Najzwyczajniej się beznamiętnie gapię.
Nie nie chcę przyjmować pozy zblazowanego, doświadczonego życiem samotnego wilka.
Nie chcę być jak Poniedzielski choć bardzo go lubię i cenię.
Ucieszyłbym się tylko jakby ktoś docenił moją chęć walki, to, że wbrew wszystkiemu nie pogodziłem się z losem, że mimo braku jakichkolwiek nadziei trwałem przy swoim. Że nie odpuściłem.
Każdy jest odrobinę próżny i lubi uznanie w oczach innych, a ja specjalnie nie mam innych atrybutów godnych zachwytu.

Brakuje mi energii. Może te nowe leki mnie tak osłabiają.
Chciałbym się znowu zakochać, tak do końca życia.

Pozdrawiam
Tomek
Już nie Łazarz raczej ofiara jakiegoś nekromanty z kiepskim poczuciem humoru

P.S. Chciałbym podziękować wszystkim tym, którym udało się wytrwać do tego momentu, mam nadzieję, że może komuś ten tekst odsunie myśli by odstawić leki albo wywołał cokolwiek innego. Jak nie to trudno, przynajmniej jakoś podsumowałem okres w karcie historii mojego życia.
A w internecie nic nie ginie. Coś po mnie zostanie :)
Offline
Posty
255
Dołączył(a)
14 sty 2012, 18:56

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

Avatar użytkownika
przez Arhol 14 gru 2014, 14:23
Łazarz napisał(a):Witajcie,

nie pisałem od ponad 2 lat. Od tamtego momentu sporo się wydarzyło.
Z nerwicą jest jak z bumerangiem- zawsze do niej wracasz.
Nie odwiedzałem tego forum bo miałem dosyć już pisania o chorobach psychicznych i czytania o ludzkich problemach, uznałem, że wystarczy mi już przykrych doświadczeń i należy zapomnieć o złym i skoncentrować się na świecie zdrowych.
I tak rzeczywiście było.
Niestety do czasu. Zrobiłem najgłupszą rzecz jaką mogłem popełnić- odstawiłem leki.
Nie będę zagłębiał się w szczegóły dlaczego. Miałem prawie półtoraroczny okres remisji, uznałem, że jak będzie działo się coś złego to uda mi się zareagować na czas i wrócić do terapii.
Ketrel wywoływał u mnie amnezję, po powrocie na studia miałem problemy z nauką. Jakoś sobie jednak radziłem jednakże brak wspomnień był bardzo dokuczliwy zważywszy na dodatek fakt iż poznałem tam wspaniałą dziewczynę i tym bardziej zależało mi na tym by pamiętać nasze rozmowy.
Dopóki byłem na lekach nie byłem w stanie się w niej zakochać.
Myślałem, że to takie romantyczne, że dla niej odstawię leki i zaznam miłości choć na krótki czas.
Było tak ze 3 miesiące do chwili gdy zaczynałem wpadać w manię.
Po około 6 miesiącach od odstawienia prochów byłem już w psychiatryku.
Wtedy zaczęła się czarna seria.
Po około 2 tygodniach pobytu udało im się wyciszyć moją manię końskimi dawkami neuroleptyków (20 mg olanzapiny, 800 mg solian).
Z manii przebiegunowało mnie w b. ciężką depresję, coś co już kiedyś doświadczyłem. Nie byłem w stanie sklecić zdania, nie miałem emocji, mimiki, kompletna anhedonia, autyzm. Każda sekunda była nieznośna bo nie mogłem się na niczym skupić bo nic do mnie nie docierało. Ani rozmowa, ani telewizja, ani książka nie były w stanie mnie w ogóle zaabsorbować.
Wtedy zadzwoniła do mnie dziewczyna, którą mimo choroby kochałem nad życie i powiedziała mi, że z nami koniec. Z dnia na dzień skreśliła mnie ze swojego życia na zawsze, nie chciała się ze mną nawet przyjaźnić ani widywać, zupełny bojkot.
Jakby tego było mało wiedziałem, że nie mam szans by ukończyć licencjat i że to koniec moich marzeń o Warszawie, wyższym wykształceniu, dobrej pracy, kontaktach z przyjaciółmi których tam miałem.
Moje życie legło w gruzach, a jedną jedyną przyczyną tej katastrofy była głupia, lekkomyślna decyzja o zaprzestaniu leczenia.
Nienawidzę siebie za to do dziś. Jak nad tym myślę to zastanawiam się czy aby bycie pod wpływem ketrela, które zmieniło moją osobowość na zimnego, pewnego siebie drania lecz nieco stępiałego nie wpłynęła na moją głupotę.
Obwiniałem się strasznie, nie mogłem się z tym pogodzić.
Jeszcze kilka miesięcy przed tym, po udanej sesji zimowej byłem jednym z najszczęśliwszych ludzi na ziemi.
Po horrorze który przeżyłem między 2010, a 2012 w końcu zacząłem wierzyć, że los się do mnie uśmiechnął.
Powrót do nauki, odzyskanie zdrowia, perspektywy, kobieta- wszystko to przekonywało mnie, że teraz będzie już dobrze i raz na zawsze mogę zapomnieć o przeszłości.
Od grudnia 2011 do marca 2013 miałem pełną remisję.
Pisałem wówczas właśnie na nerwicy co jest we wcześniejszych postach, opisałem wtedy ze szczegółami moje doświadczenia z chorobą.
Taka krótka dygresja to była.
Wracając do głównego wątku jak już wcześniej wspomniałem zawaliło mi się całe życie.
Depresja ustąpiła dopiero w lipcu tego roku czyli po 13 miesiącach.
Przez ten czas każdy dzień wyglądał tak samo.
Leżałem w łóżku, jadłem, spałem, chodziłem od okna do okna, unikałem dalszej rodziny jak ognia by nie zdradzić się z chorobą. Jak ktoś przychodził to zamykałem się w pokoju i nawet nie mówiłem cześć.
Nie odbierałem telefonów.
Usunąłem facebooka.
Gdy byłem w manii wyczyściłem wszystkie zdjęcia z aparatu.
To samo zrobiłem z telefonem.
W psychiatryku ukradli mi komórkę tak więc straciłem wszystkie kontakty jakie miałem tam zapisane.
Jakoś udało mi się odzyskać potem numer.
Oczywiście nie pamiętałem nawet co jadłem wczoraj na śniadanie. Każda sekunda mojej wegetacji była torturą,
złamane serce, gorycz, pustka, beznadzieja, pustka, pustka, wstyd, upokorzenie, hańba.
Przez ten okres przytyłem z 75 kg do 90 kg. Oczywiście gdy wylądowałem w szpitalu byłem wychudzony bo mało co jadłem i ważyłem wtedy 68 kg przy 184 cm czyli w sumie przybrałem 22 kg.
Byłem w stanie podciągnąć się na drążku nachwytem 20 razy teraz 4.
Trafiałem jeszcze do szpitala z własnej inicjatywy do psychiatryka wierząc, że tam mi pomogą (ambulatoryjne leczenie nie pomagało) jeszcze we wrześniu 2013 i grudniu 2013 roku. Trochę tam posiedziałem za każdym razem, niestety tam mi też nie pomogli.
Diagnoza była następująca- depresja poschizofreniczna.
Obchody były codziennie, zapytałem zastępce ordynatora, który je prowadził, że nie jestem sobą, jestem otępiały, mam bardzo obniżony intelekt i czy to wróci kiedyś do normy.
Odpowiedział, że za wiele oczekuję.
Kolejny lekarz powiedział mojej siostrze, że nie mogą mi pomóc i zostanie mi tak do końca życia.
Mówię to na poważnie.
Matka powtarzała mi, że muszę się z tym pogodzić, znaleźć jakąś łatwą pracę i żebym zapomniał o studiach.
Chodziłem wówczas prywatnie do ordynatorki przez rok , nic mi nie pomogła.
Byłem u innego lekarza to przepisywał mi te same leki tylko w innych kombinacjach.
Będąc zdesperowany za moją namową przepisał mi klozapol.
Wziąłem ze 2 razy, spękałem jednak bo wiecie co to za specyfik.
Zacząłem poważnie zastanawiać się nad elektrowstrząsami, ten sam lekarz jakoś specjalnie nie oponował nad tą sugestią. Na szczęście postanowiłem się na to jeszcze nie decydować.
Przerobiłem prawie wszystkie neuroleptyki nowej generacji przez ten czas.
W końcu w czerwcu wróciłem do swojej doktorki u której leczyłem się ambulatoryjnie od stycznia 2012 do września 2012. Byłem wtedy w remisji po pierwszym rzucie choroby.
Oczywiście słyszeliście pewnie, że drugie rzuty są zdecydowanie bardziej poważne od pierwszych bo choroba niszczy jeszcze więcej i jeszcze trudniej ją wyleczyć.
Dodatkowo ma zwyczaj rozwijać się w coś innego np. z chadu w schizę.
Czytałem w karcie, że jestem autystyczny i mam silne objawy negatywne czyli tzw. no hope.
Moja lekarka przepisała mi lamitrin, wenlafaksynę i abilify.
Mówiła, że był ze mnie słupek.
Po miesiącu przyszedł pewien dzień.
W ciągu jednej godziny gdy leżałem jak to zwykle na łóżku i bezmyślnie gapiłem się w sufit jakby za dotknięciem zaczarowanej różdżki wszystkie objawy choroby ustąpiły.
Tak, w ciągu jednej godziny.
Wróciły myśli, mogłem mówić, czuć, cieszyć się, czytać- wszystko wróciło do normy tak jakbym w ogóle nigdy nie zachorował.
Wracam do lekarki, a ona takie oczy robi, ,,jak to w ciągu jednej godziny'' - pyta.
Mnie też to dziwi- odpowiedziałem.
Czyli znów błędna diagnoza była, chad, chad, jeszcze raz chad.
Nie wiem kurde kto tym konowałom ze szpitala i w ogóle większości lekarzy w moim mieście dał prawo do wykonywania zawodu. Mieszkałem wtedy w mieście wojewódzkim.
Kto wie i tego doświadczył domyśla się, że znów mnie przebiegunowało.
Tyle, że akurat wypośrodkowało.
Nie wiem czemu gdy trafiłem do szpitala odstawili mi stabilizator lamitrin, który brałem prawie przez 2 lata.
Dziwne, że po miesiącu od jego przyjmowania z wenlą znów mogłem cieszyć się zdrowiem.
A powiem wam, że brałem wcześniej inne antydepresanty np. anafranil, który jest znacznie mocniejszy od wenlafaksyny.
Hmm, wtf?
Abilify w innym combo też brałem i wtedy też nie pomogło.
Dlaczego i co pomogło tym razem- nie wiem, może to była złota kombinacja (wenla, lamitrin, abilify) mega antydepresyjny wykurwiac.z w górę.
Jednak jestem stabilny bo lamitrin przyjmuję.
I tak to znów od października jestem znów na III roku europeistyki na UW. A mam 26 lat. Mam współlokatora w wieku 19 lat, drugi ma 20.
Fejsa założyłem, kontakty w większości odzyskałem, życie towarzyskie się układa.
Nawet mi 600 zł renty przyznali :)
Ten świat jest po.jebany. Poważnie, on na prawdę ma coś z głową.
Mój pierwszy post w tym wątku także był długi, też kończył się optymistycznie, pisałem wtedy by brać leki i nie poddawać się.
Co bym teraz powiedział?
No już nie byłbym takim optymistą, przez ten czas byłem świadkiem koszmarów innych ludzi, który trwa i będzie trwał prawdopodobnie do końca ich życia.
Oni nie mają konta na nerwicy i nie żalą się.
Są na to zbyt chorzy.
Ja wtedy też nie pisałem, może jeden, dwa posty lakoniczne skrybnąłem w dziale schizofrenii.
Czy się cieszę, że wróciłem do zdrowia (czy mówiąc poprawnie do remisji)?
Tak, cieszę się, a raczej odczuwam ulgę.
Tyle, że jak za pierwszym razem po ciężkiej chorobie wróciłem do zdrowia miałem zdecydowanie większy optymizm i przepełniała mnie radość, że udało mi się z tego wyjść to teraz już specjalnie dupy mi to nie urywa.
Bardziej wdzięczny jestem losowi za tą ulgę, że już tak nie cierpię.
Wtedy byłem młodszy, teraz jestem już starszy i sporo jestem w tyle za rówieśnikami.
Za 4 lata stuknie mi magiczna 30stka.
Mała dygresję tylko wtrącę.
Ciągle palę papierosy, była to moja jedyna uciecha w trakcie choroby.
Od nowego roku zamierzam rzucić, poproszę psychiatrę by mi przepisał jakiś dobry lek na to bym nie odczuwał głodu nikotynowego.
Bo wcześniej nawet nie chciałem rzucać i nie mogłem. Teraz chcę, a nie mogę.
Palić oczywiście zacząłem w trakcie mojego pierwszego pobytu w psychiatryku.
Kto był ten wie dlaczego.
Wracając do tematu szczerze mówiąc i wiem jak to zabrzmi to jestem i mówię to z ręką na sercu- jestem zmęczony życiem.
Oczywiście nie ma mowy o jakimś samobójstwie. Nie mam jaj na to i jestem zbyt uparty by zrezygnować z marzeń.
Tyle, że wizja nawet ich spełnienia już tak nie zachwyca jak kiedyś.
Ktoś inny powie- ciesz się chłopie z czego masz, inni mają gorzej.
Tak, zgadzam się. Nie mam zamiaru użalać się nad sobą ani nikogo zatruwać moimi humorami.
Jestem po prostu zmęczony życiem (nie nie chcę pocieszenia ani współczucia czy dobrych rad).
Czuję się wypalony. Obojętny.
Nie nie mam anhedonii.
To coś głębszego.
Chyba jakiś syndrom pourazowy. Albo się starzeję.
Odliczam po prostu czas do końca mojego życia. Chciałbym aby było ono zdrowe i długie ale po to bym już więcej nie cierpiał i nie było mi źle.
W zasadzie to na niczym już specjalnie mi nie zależy, byle miał co jeść, gdzie spać, dach nad głową i internet.
Oczywiście mam pragnienie samorealizacji, ale to wynika z mojego zaparcia, chęci uniknięcia wstydu w razie porażki życiowej w oczach społeczeństwa.
Nie nie jestem hedonistą choć kiedyś próbowałem.
Byłem ateistą i antyklerykałem, teraz modlę się codziennie do mojego anioła stróża.
W sumie nie wiem po co ale sprawia mi to małą ulgę i uspokaja.
Przestałem pisać wiersze, brak mi weny.
Już nie jestem tak rozmowny jak kiedyś.
Nie to, że niby bym nie mógł. Po prostu nie przychodzą mi już nowe pomysły do głowy.
Już nie mam takiego poczucia humoru jak kiedyś. A może byłem najzwyczajniej dziecinny?
Rzadko kiedy szczerze się śmieję. Raczej z tego co wspominam i doświadczyłem.
Z nowych zabawnych rzeczy można usłyszeć ode mnie tylko cichy rechot.
Mam nieco opadnięte dolne kąciki ust, przez co wyglądam czasem na ponuraka.
Jest tak od czasu mojej pierwszej remisji i zostało mi do dziś.
Mimika też już nie ta sama, kiedyś występowałem na apelach w szkole i zawsze zbierałem oklaski czy salwy śmiechu, teraz raczej by mnie wygwizdano.
Gdy spojrzysz komuś w oczy przez dłuższy czas i wasz wzrok się połączy to ujrzysz, że tęczówki tej drugiej osoby lekko poruszają się co chwila to w lewo to w prawo, nie patrzą ciągle w to samo miejsce.
Ja niestety patrzę prosto. Nic się nie rusza, brak tego odruchu bezwarunkowego, też tak jest od czasu pierwszej remisji.
Oczywiście gdy z kimś rozmawiam, zastanawiam się nad czymś to patrzę spontanicznie w różne strony, ale nie wtedy gdy zaglądam w oczy nawet dziewczyny, która mi się podoba.
Najzwyczajniej się beznamiętnie gapię.
Nie nie chcę przyjmować pozy zblazowanego, doświadczonego życiem samotnego wilka.
Nie chcę być jak Poniedzielski choć bardzo go lubię i cenię.
Ucieszyłbym się tylko jakby ktoś docenił moją chęć walki, to, że wbrew wszystkiemu nie pogodziłem się z losem, że mimo braku jakichkolwiek nadziei trwałem przy swoim. Że nie odpuściłem.
Każdy jest odrobinę próżny i lubi uznanie w oczach innych, a ja specjalnie nie mam innych atrybutów godnych zachwytu.

Brakuje mi energii. Może te nowe leki mnie tak osłabiają.
Chciałbym się znowu zakochać, tak do końca życia.

Pozdrawiam
Tomek
Już nie Łazarz raczej ofiara jakiegoś nekromanty z kiepskim poczuciem humoru

P.S. Chciałbym podziękować wszystkim tym, którym udało się wytrwać do tego momentu, mam nadzieję, że może komuś ten tekst odsunie myśli by odstawić leki albo wywołał cokolwiek innego. Jak nie to trudno, przynajmniej jakoś podsumowałem okres w karcie historii mojego życia.
A w internecie nic nie ginie. Coś po mnie zostanie :)

Daawno cię tu nie było,choć kojarzę z 2012.
Gratuluje upartości i woli życia.
"Whoever fights monsters should see to it that in the process he does not become a monster. And when you look into the abyss, the abyss also looks into you"
Why was it I seeing more beauty in death rather than life?
Avatar użytkownika
Offline
Moderator
Posty
32444
Dołączył(a)
16 lis 2012, 22:09

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

przez on123 15 gru 2014, 10:57
Ta historia to dobry scenariusz na film...Wtedy zostałoby coś więcej.
Offline
Posty
13
Dołączył(a)
10 lis 2014, 10:35

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

Avatar użytkownika
przez bittersweet 15 gru 2014, 11:30
hej Tomek, fajnie ze wróciłes do żywych :P i nie łap doła, za pól roku mozesz być już w lepszym stanie ;) i pisac z nowej perspektywy
kto walczy, czasami przegrywa - kto sie poddaje, przegrywa zawsze
Avatar użytkownika
Offline
Posty
5143
Dołączył(a)
21 lut 2012, 21:03

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

przez Łazarz 15 gru 2014, 19:14
Cieszę się, że ktoś to czyta.
Dzięki za słowa otuchy, może rzeczywiście się to jakoś wyklaruje.
Heh, scenariusz na film, główny aktor nie miałby specjalnie trudnej roli bo nie musiałby przez większość czasu okazywać żadnych emocji :P
Offline
Posty
255
Dołączył(a)
14 sty 2012, 18:56

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

Avatar użytkownika
przez _Jack_ 15 gru 2014, 22:00
Siemanko Łazarz. Pamiętam Cię z 2012 roku. Mieliśmy organizować stowarzyszenie. Tak się właśnie zastanawiałem dlaczego zniknąłeś i co się z Tobą dzieje. Ważne ,że jest w miarę ok.
F33 Zaburzenia Depresyjne Nawracające
10 mg Escitalopram
https://www.youtube.com/watch?v=IMZFvs-qy44
Avatar użytkownika
Offline
Posty
652
Dołączył(a)
05 cze 2011, 18:22
Lokalizacja
okolice WWA

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

przez Łazarz 17 gru 2014, 08:06
_Jack_,
Witaj!
Muszę Ci coś powiedzieć. Brałem ketrel od października 2011 do maja 2013r.
Powodował on we mnie permanentną amnezję, ledwo co pamiętałem co robiłem dzień wcześniej, a to co było tydzień wcześniej to w ogóle nie wiedziałem czego nie pamiętałem bo nie pamiętałem. I popadałem w pętlę zapomnienia.
Gdy 2 lata temu prowadziłem ten wątek to często musiałem czytać go wstecz by przypomnieć sobie co było wcześniej i móc sensownie kontynuować dyskusję.
Gdy pisałem z Tobą na gg czy z innymi z nerwicy (głównie o stowarzyszeniu) to musiałem czytać archiwum by wiedzieć o kogo chodzi i o czym rozmawialiśmy wcześniej by nie skompromitować się powtórzeniami czy pomyłkami bądź głupimi pytaniami.Za każdym razem by iść dalej musiałem tę czynność powtarzać, a trwała ona coraz dłużej im dłuższa konwersacja jbyła rozłożona w czasie. Mówiąc w skrócie- przerosło mnie to.
Nie zdawałem sobie sprawy, że tak to może wyglądać i nie wybierałbym się z motyką na słońce (stowarzyszenie).
Choć wtedy bardzo tego pragnąłem (miałem ochotę zbawiać świat przesłaniem farmakoterapii depresyjnych osób, bądź pomaganiu im w wyjściu z problemu w inne sposoby)to może to był mesjanizm, objaw hipomanii?
A może taki po prostu byłem i chciałem pomagać innym oraz znaleźć sobie zajęcie na przyszłość w którym bym się realizował.
Niezależnie od motywacji, które mną kierowały- nie udało mi się.
Zaniechałem mojego pomysłu gdy wróciłem na studia, potem miałem drugi rzut choroby. Tak czy owak nie ogarnąłbym zarejestrowania tego stowarzyszenia z pamięcią staruszka.
Cieszę się, że mnie kojarzysz. Zapamiętałem Twój nick i wiedziałem, że pisaliśmy wcześniej na nerwicy i przez gg- chociaż tyle, ale o czym to niestety nie wiem.
Dopiero teraz zacząłem czytać pierwsze posty z tego wątku i na nowo odkrywam o czym pisałem z ludźmi.

bittersweet,

Cudaczko!!!

Zmieniłaś nick! :) Dowiedziałem się przez przypadek z początku tego wątku gdy Cię tak nazwałem, a obok widniało bittersweet. Czemu mi się nie przypomniałaś starym nickiem?
Jak to fajnie, że Jesteś na forum, będzie z kim popisać jeśli chcesz oczywiście.
Pisaliśmy też ze sobą w wątku o twórczości gdzie zamieszczaliśmy nasze wypociny, pamiętasz? ;)


Co u Was słychać?
Wiecie może co u Intela? Jeśli nie kojarzycie to pisze on na pierwszych stronach tego tematu. Wiem, że chciał ze sobą skończyć i miał problemy z wymiarem sprawiedliwości i ciekaw jestem jak to się potoczyło.
A może sam mi odpiszesz Intelu?

Pozdrawiam


P.S. Dodam na koniec, że nie biorę ketrelu, a abilify i mam teraz bardzo dobrą pamięć, niestety posiadam tylko częściowe wspomnienia z okresu październik 2011- maj 2013. Ogólnie wiem co się działo ale pewnie o wielu sprawach nie zdaję sobie sprawy. Przeraża mnie to np. gdy oglądam zdjęcie na którym byłem,czytam swoje posty sprzed 2 lat bądź gdy ktoś mi opowiada co się działo w tym okresie.
Offline
Posty
255
Dołączył(a)
14 sty 2012, 18:56

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

Avatar użytkownika
przez Arhol 17 gru 2014, 09:46
Łazarz, Intel nadal jest na foro,głównie w dziale Chad.
"Whoever fights monsters should see to it that in the process he does not become a monster. And when you look into the abyss, the abyss also looks into you"
Why was it I seeing more beauty in death rather than life?
Avatar użytkownika
Offline
Moderator
Posty
32444
Dołączył(a)
16 lis 2012, 22:09

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

Avatar użytkownika
przez bittersweet 17 gru 2014, 10:05
Zmieniłaś nick! :) Dowiedziałem się przez przypadek z początku tego wątku gdy Cię tak nazwałem, a obok widniało bittersweet. Czemu mi się nie przypomniałaś starym nickiem?
Jak to fajnie, że Jesteś na forum, będzie z kim popisać jeśli chcesz oczywiście.
Pisaliśmy też ze sobą w wątku o twórczości gdzie zamieszczaliśmy nasze wypociny, pamiętasz? ;)
Zmieniłam nick bo i ja sie troche zmieniłam, wyszłam z tego paskudnego doła ktory mnie gnebił. Hah, razem z deprecha znikneła tez i wena twórcza, już nie tworze dalszych wypocin :mrgreen: zwarzywniałam troche, ale to i dobrze.
Powodował on we mnie permanentną amnezję, ledwo co pamiętałem co robiłem dzień wcześniej, a to co było tydzień wcześniej to w ogóle nie wiedziałem czego nie pamiętałem bo nie pamiętałem. I popadałem w pętlę zapomnienia.
ja tak mam i bez ketrela ;)
kto walczy, czasami przegrywa - kto sie poddaje, przegrywa zawsze
Avatar użytkownika
Offline
Posty
5143
Dołączył(a)
21 lut 2012, 21:03

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

przez depresja24h 30 gru 2014, 21:34
Duzo podobienstwa.
Offline
Posty
402
Dołączył(a)
22 maja 2014, 22:24

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

przez 5a01a2015 04 sty 2015, 03:02
Naprawdę nie wiesz jak wiele znaczy dla mnie twój post, mam wręcz takie same objawy jakie ty miałeś - w towarzystwie żarty mnie nie śmieszą itd. Jednak mysle ze szpital psychiatryczny to dal mnie obecnie zbyt duzo jak i sama porada psychiatry - sam strach ze wystawia mi bledna diagnoze i beda faszerwoac lekami
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
04 sty 2015, 02:29

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 9 gości

Przeskocz do