depresja a wiara

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

1 trzy wierzysz ze BOG POMAGA

Ankieta wygasła 27 wrz 2006, 12:23

tak
9
69%

nie
4
31%

 
Liczba głosów : 13

Avatar użytkownika
przez Ania1987 05 lut 2007, 13:53
Ja uważam, że wiara bardzo pomaga, to ona trzyma nas przy życiu i dzięki niej wierzymy, że życie tu na ziemi jest tylko przejściem do lepszego świata. To tu przez pomoc innym swoją dobroć zasługujemy na życie wieczne. Poza tym, kto naprawdę wierzy w Boga i go się boji nie popełni samobójstwa, tylko będzie walczył z przeciwnościami losu.


A co do wypowiedzi samtosa to czegoś tu nie rozumiem?! Jak można być ateistą z wyboru i zazdrościć wierzącym- to trochę sprzeczne? I nie ma czegoś takiego, że jeden umie wierzyć, a drugi nie-po prostu albo się chce albo nie. Każdy ma prawo wierzyć w Boga. Więc nie ma, co zazdrościć tylko zacząć wierzyć, dzielić się swoimi problemami z Bogiem i dziękować za to co się ma, bo przecież nigdy nie jest tak żeby nie mogło być gorzej!!! Wystarczy spojrzeć na swoje życie tak jakby nic nie działo się bez przyczyny. Bo przecież może to Bóg wystawia nas na próbę?? Może nasza choroba ma coś zmienić?? Komuś pomóc??? A wtedy to wszystko nabiera sensu...
Avatar użytkownika
Offline
Posty
421
Dołączył(a)
30 sty 2007, 14:11

Avatar użytkownika
przez blackwitch 09 lut 2007, 16:11
Ja na nowo odkryłam wiarę. Między innymi, i chyba głownie dzięki swojej nerwicy. Mam wrażenie że przed tym wszystkim jakoś oddaliłam się, zagubiłam, teraz staram się pamiętać żę Bóg istniej i że warto się modlić. W moim przypadku jest to modlitwa o to przekonanie że On zawsze jest i o to żeby kierował moimi myślami i moim działaniem. Chcę Mu na nowo zaufać i prosić o odzyskanie dawnej równowagi. I o pozbycie się pesymistycznych myśli:).
Avatar użytkownika
Offline
Posty
107
Dołączył(a)
21 lis 2006, 22:50

Acedia - ósmy grzech główny

przez anioł światłości 11 lut 2007, 11:18
Natura acedii

Ewagriusz z Pontu, który usystematyzował doświadczenie duchowe Ojców pustyni, tak definiuje acedię: „Acedia jest umiłowaniem sposobu życia demonów". Definicja ta jest tyleż prosta i szokująca, co niejasna, ujmuje jednak niezwykle trafnie sedno sprawy. Spróbujmy się więc jej przyjrzeć i ją rozjaśnić.
Bóg stworzył człowieka na swój obraz i prowadzi go przez historię zbawienia, aby się stał na podobieństwo Jego Syna. Prowadzi go do przebóstwienia poprzez umiłowanie sposobu życia Boga, który jest Miłością. Człowiek realizuje swoje człowieczeństwo przez miłość i w miłości. Drogi Boga zawsze są drogami miłości. Demon przeciwnie-jest źródłem nienawiści i zawiści. Nie może jednak pozyskać człowieka na tych drogach, gdyż człowieka nienawiść i zawiść nie pociągają. Dlatego będąc kłamcą i ojcem kłamstwa, symuluje miłość i troskę o człowieka, i tak prowadzi go do „umiłowania" swego sposobu życia. Stopniami na tej drodze są kolejne grzechy główne od pychy począwszy. Każdy z nich jest kłamliwą obietnicą szczęścia. Człowiek jednak nie widzi ani tych grzechów, ani tym bardziej samej acedii, w której na koniec się znajduje. Co więcej, może ten stan uważać za swoistą cnotę, rodzaj krzyża, który przyszło mu nieść. To prawdziwy majstersztyk złego ducha, iż można przez długie lata iść jego drogami, usprawiedliwiając siebie na różne sposoby i nie widząc potrzeby głębokiego nawrócenia serca. Acedia jest swoistą perwersją duchową, w której „kocha się", a raczej traktuje jako zwyczajne i normalne to, do czego powinno się czuć wstręt, nie uświadamiając sobie demoniczności tego stanu.
Życie demonów to esencja sprzeczności i wewnętrznego rozdarcia. Jak wszystkie byty rozumne stworzone przez Boga do miłości, żyją one w jej zaprzeczeniu. Tak też jest z acedią. Również ten stan jest pełen sprzeczności i rozdarcia. Stąd też tak trudno go opisać z precyzją, jakiej oczekuje człowiek Zachodu.
Oprócz niewiary w miłość Boga stan ten cechuje utrata nadziei chrześcijańskiej. Człowiek taki nie liczy na wielkie obietnice Boga, a jego horyzont myślowy ograniczony jest do szarej codzienności, z której, owszem, jest niezadowolony, ale z której jedynie wyssać można jakieś resztki życia. Poddaje się więc rozlicznym impulsom swej zmysłowości, szukając drobnych pocieszeń, gdzie się da. Ewagriusz, opisując stan mnicha w acedii, przedstawia go jako siedzącego w oknie i wypatrującego nowości, niepotrafiącego się skupić na niczym, gadatliwego, nienawidzącego pracowitości, dogadzającego sobie w czym tylko się da. Oczywiście takie zachowanie nie dotyczy tylko mnicha. Dzieje się tak z każdym, kogo opanowała acedia. To człowiek uciekający od jakiejkolwiek ofiary dla innych, dbający tylko o siebie i swoje bezpieczeństwo. Po co ma rezygnować z siebie? Co będzie z tego miał? Takie postawy znamy także z naszych rodzin i miejsca pracy.
Inną bardzo ważną cechą człowieka w stanie acedii jest wstręt do posłuszeństwa. Podobnie jak brak nadziei, tak i nieposłuszeństwo stanowi istotę sposobu życia demonów. Pogrążony w acedii nie cierpi posłuszeństwa. Już sam widok osób, którym winien jest posłuszeństwo, jest dla niego przykry. Nie musi to oznaczać, że taki człowiek jest otwarcie nieposłuszny, bo mogłoby go to zbyt wiele kosztować, a przecież zależy mu na ludzkich względach także swoich przełożonych. Więc zagłębia się w sieć kombinacji, manipulacji i samowoli. Przy zewnętrznym posłuszeństwie i lojalności tkwi w krętactwach i mniejszych czy większych kłamstwach. Dlatego ludzi, którzy mogą to odkryć, odbiera jako zagrożenie. Żyje więc w zalęknieniu i rozdrażnieniu, w wielu dostrzega swoich wrogów i próbuje na różne sposoby się przed nimi zabezpieczyć, nierzadko stosując intrygę. I te postawy znamy bardzo dobrze. Do pewnego stopnia nawet może wydają się nam normą.
Kolejną cechą człowieka w acedii jest rozdarcie. By znów użyć tu słów samego Ewagriusza: „Kto ulega acedii, nienawidzi tego, co jest, pożąda zaś tego, czego nie ma". Jest pełen buntu wobec rzeczywistości, która go otacza, z sobą samym włącznie, i tęskni za rzeczami nieosiągalnymi. Nienawidzi tego, co Bóg mu dał i daje, ma zamknięte oczy na dary Boga, a zapatrzony jest w to, co jego zdaniem przyniosłoby mu szczęście, lecz tego nie ma, „kocha" więc pustkę, zwykle przybraną w piękne ramy marzycielstwa. Ewagriusz powie, że acedia jest snem obracającym się wokół siebie. To marzycielstwo jednak miast człowieka uszczęśliwiać, jeszcze bardziej oddala go od rzeczywistości i rodzi w nim nieustanne pretensje.
Oczywiście taki stan powoduje w człowieku ogarniętym acedią smutek. To kolejna cecha acedii. Według Ewagriusza acedia jest wspólniczką smutku i smutek jest jej nieodłącznym towarzyszem. Z czasem pogłębia się, niszcząc osobowość człowieka i prowadząc do różnorakich jej zaburzeń: od różnych form depresji do schorzeń jeszcze poważniejszych. Ewagriusz nazywa też acedię brzemieniem szaleństwa, zapewne to mając właśnie na myśli. To już ewidentnie najbardziej gorzkie owoce acedii. W takich stanach nieobce stają się myśli samobójcze ujawniające w sposób jasny działanie złego ducha, który ostatecznie jest zabójcą. Krótko mówiąc, w miarę postępu acedii życie człowieka zamienia się stopniowo w rodzaj piekła na ziemi aż po ostateczne tego konsekwencje.


Spojrzenie na świat


Zdechrystianizowany świat dzisiejszy czy zeświecczone szerokie kręgi chrześcijan nie zdają sobie sprawy, jak niezwykłą mądrością i przenikliwością dysponowali Ojcowie pustyni. Nie znali oni wprawdzie metod dzisiejszych nauk szczegółowych, ale posiadali niezwykle bogate doświadczenie w sprawach duchowych i, co najważniejsze, patrzyli na człowieka w sposób całościowy w świetle Objawienia Bożego. To światło objawienia, czyli Duch Jezusa Chrystusa, było im słońcem, dodać trzeba, słońcem miłości. Patrzyli więc na człowieka jako pragnącego i potrzebującego zbawienia we wszystkich wymiarach swej egzystencji. My patrzymy dziś na człowieka fragmentarycznie. Każda nauka widzi i analizuje tylko jakiś wybrany i to wąski jego aspekt. Całość ginie z pola widzenia. W medycynie specjalizacja posunęła się tak daleko, iż niewiele brakuje, że z każdą chorobą trzeba będzie chodzić do innego lekarza specjalisty. Niezwykle szczegółowa wiedza, jaką dysponuje człowiek dzisiejszy sam o sobie, wprost uniemożliwia całościowe spojrzenie. W pewnym sensie sprawdza się tu stwierdzenie biblijnego Koheleta: „Kto przysparza wiedzy - przysparza i cierpień" (por. Koh 1, 17), gdyż ten rodzaj wiedzy rzeczywiście je powoduje. Dziś żadna dziedzina ludzkiej wiedzy szczegółowej nie jest w stanie zmierzyć się z fenomenem acedii, który, jak widzieliśmy, nie tylko obejmuje człowieka jako całość w sensie jego ciała, duszy i ducha, ale też ogarnia całe etapy jego rozwoju psychicznego i duchowego. Są podstawy, by sądzić, że acedia dotyka nie tylko poszczególne osoby, ale i całe społeczeństwa. Depresja, jeden z ostatnich gorzkich owoców acedii, stała się już chorobą społeczną cywilizacji zachodniej. Problem ten jest tak poważny, że w wielkich metropoliach Europy w wodach ściekowych i rzecznych natrafia się na coraz większe ilości prozacu, podstawowego leku używanego w leczeniu depresji. Oczywiście nie można przyczyn depresji sprowadzić wyłącznie do acedii, ale też postrzeganie jej wyłącznie przez pryzmat medyczny i nieuwzględnianie jej korzeni duchowych jest dużym błędem. Kilka lat temu wielką furorę zrobiła na Zachodzie książka francuskiego socjologa Alaina Ehrenberga pod wiele mówiącym tytułem: Wyczerpanie byciem sobą. Depresja i społeczeństwo". Widać więc, że i naukowcy zaczynają dostrzegać szersze niż tylko medyczne aspekty tego problemu.
Jest też rzeczą bardzo ważną, aby zobaczyć, że acedia, podobnie jak i pozostałe grzechy główne, dosięga nas wszystkich: naszych społeczności, wspólnot zakonnych, naszych rodzin i nas samych. Jest ona fenomenem tym boleśniejszym, im dalej postąpiło się na drogach ducha. W świecie duchowym bowiem nie ma odwrotu. Im bardziej ktoś rozbudził swą wrażliwość duchową, im szersze pola ducha użyźnił, tym więcej będzie przynosił owoców: albo dobrych, gdy prowadzi go Duch Boży, albo złych, gdy - najczęściej nieświadomie - daje się prowadzić złemu duchowi ku „umiłowaniu sposobu życia demonów", czyli ku acedii, i trwa w niej.


Środki zaradcze


Jak i w przypadku pozostałych grzechów głównych, tak i w przypadku acedii odpowiedzią i lekarzem jest dla nas Jezus Chrystus. On swoim słowem, ale nade wszystko swoim życiem dostarcza nam oręża do walki z tą - wydawać by się mogło po ludzku - niemal doskonałą pułapką demona. Jezus sam był kuszony i, jak mówi List do Hebrajczyków, poddany próbie pod każdym względem podobnie [jak my] - z wyjątkiem grzechu (4, 15). Wszystko po to, abyśmy także w naszych najtrudniejszych, po ludzku wprost beznadziejnych doświadczeniach mogli być na Jego podobieństwo, czyli abyśmy tak jak On nie weszli w grzech i jego zgubną logikę.
Jezus sam był osaczany przez demona i wciągany w pułapki, które, gdyby się zatrzasnęły, stałaby się pułapkami acedii. Nigdy jednak nie przyjął argumentacji złego ducha, która zmierzała w trzech kierunkach: podważyć Jego relację z Ojcem, oderwać Go od posłuszeństwa Ojcu, a dalej do budowania wszystkiego na sobie i dla siebie, stawiając bałwochwalczo w centrum siebie, a nie Ojca. W sposób wyjątkowo jasny widać to w kuszeniu Jezusa na pustyni, o którym opowiadają nam Ewangeliści: św. Mateusz (por. 4,1-11) i św. Łukasz (por. 4, 1-13), a o którym wspomina ogólnie także św. Marek (por. 1,12-13).
Szatan, przystępując do kuszenia Jezusa, stara się najpierw wzbudzić wątpliwość odnośnie do Jego relacji z Ojcem. Nie mówi: „Jesteś Synem Bożym, więc...", ale mówi: „Jeśli jesteś Synem Bożym...", innymi słowy: Sprawdź, czy aby jesteś nim na pewno? Nie wierz na słowo, bo może się okazać, że nim nie jesteś... To jest zawsze pierwsza i podstawowa pokusa także dla nas: Czy Bóg rzeczywiście jest twoim Ojcem? A może cię nie kocha, skoro dopuszcza takie rzeczy? Może Go w ogóle nie ma. Rzecz w tym, by zasiać ziarno wątpliwości, by obudzić cały łańcuch dręczących myśli, zachwiać nadzieję w spełnienie się obietnic Bożych.
Wzbudzenie wątpliwości co do relacji z Ojcem, zachwianie nadziei, umożliwia pokusę nieposłuszeństwa. Nie można być bowiem posłusznym i przy tym zachować swą godność, jeśli nie jest się posłusznym z miłości. Inaczej człowiek staje się niewolnikiem, a niewola wcześniej czy później zrodzi frustrację i bunt. Szatan, kuszący do nieposłuszeństwa, mówi: Działaj na własną rękę, radź sobie sam, przecież masz swój rozum. Czyż ten rozum nie jest darem Boga? Co więcej, wykorzystuje nawet Pismo Święte, aby uwiarygodnić swą przewrotną taktykę. W jednej z pokus Jezusa, zachęcając Go do rzucenia się w dół z narożnika świątyni, mówi: Jest przecież napisane: Aniołom swoim da rozkaz co do ciebie, żeby cię strzegli, i na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień (Łk 4, 10). To bardzo pokrętna interpretacja tekstu z Psalmu 91, który jest wezwaniem do pełnej ufności Bogu, ile w ustach złego ducha staje się zachętą do nieposłuszeństwa i nieakceptacji działania Boga w swej historii. W pokusie tej bowiem chodzi o to, aby Jezus realizował ludzki, a nie Boży plan bycia Mesjaszem, i „zmuszał Ojca do pełnienia swej woli", zmuszał Go do tego, co Biblia nazywa „kuszeniem Boga". Ostatecznie taktyka ta zmierza ku temu, by Jezus został sam i walczył o swoje, wykorzystując wszystko, czym dysponuje, stając się z czasem coraz większym zakładnikiem demona. Jezus wszedł w tę sytuację kuszenia i osaczania przez szatana, aby pokazać nam drogi zwycięstwa.
Pierwszą z nich jest prosta wierność dziecka. Pan ani na chwilę nie daje się wciągnąć w machinacje szatana. W ogóle nie wchodzi z nim w dyskusję. Jako oręż służą mu słowa przymierza z góry Synaj. Nie jest to nawet żadna argumentacja biblijna, zakładająca już jakąś interpretację tekstu biblijnego. Są to słowa, które Bóg przez Mojżesza przekazał Izraelowi, czyniąc go swoim ludem i nawiązując w ten sposób fundamentalną relację Miłości. To proste i wierne trwanie w relacji z Ojcem wyraża się także w tym, że nie używa On własnych słów (poza jednym: Idź precz, szatanie, por. Mt 4,10) i nie przedstawia własnych argumentów, nie odwołuje się do własnej mocy czy inteligencji. W tej chwili próby całą, jedyną Jego mocą i inteligencją jest Ojciec.
Jezus jest kuszony trzykrotnie, a liczba „trzy" w Biblii to liczba symboliczna, oznaczająca, iż trzykrotnie powtarzająca się czynność czy wydarzenie osiągnęło maksimum swej intensywności. Jezus zatem był kuszony najintensywniej, jak to tylko możliwe. Mimo naporu pokus ze strony złego ducha Pan nie odstąpił od wierności i miłości Ojca. Autor Listu do Hebrajczyków mówi: Z głośnym wołaniem i płaczem za dni doczesnych zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. I chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają (5, 7-9). Tekst ten ukazuje nam niewyobrażalną skalę pokus, na które narażony był Jezus, ciężar zmagania, które toczył, aby pozostać wiernym i posłusznym Ojcu. Przez to stał się dla nas ekspertem od wytrwałości i posłuszeństwa.
Ojcowie mówią, że jedyną skuteczną bronią przeciwko acedii jest wytrwałość i miłość. Jezus jest tu pierwszym przewodnikiem. Za Nim idą Jego naśladowcy, nasi bracia i siostry, których Kościół wyniósł do chwały ołtarzy jako zwycięzców. Zwyciężyli dzięki krwi Baranka. Moglibyśmy tu bez końca wyliczać świętych Wschodu i Zachodu, bo każdy z nich przeszedł przez pokusy i pułapki zastawiane przez złego ducha. Wielu z nich też głęboko doświadczyło tego demonicznego osaczenia, jakim jest acedia. Pokonali ją ufną wiernością i wytrwałością w codziennych modlitwach i praktykach pokutnych oraz dziecięcym posłuszeństwem Panu w Kościele. W uświęceniu nas Panu Bogu bowiem nie przeszkadzają nasze słabości, co więcej, to one właśnie stają się miejscem Jego zwycięstwa w nas. To, co najbardziej Mu przeszkadza, to nasza niewiara, zwątpienie w Jego Miłość i wynikające z nich nieposłuszeństwo, gdyż to właśnie one prowadzą nas w objęcia acedii.
Błogosławieństwem rzuconym jako wyzwanie acedii jest formuła kończąca Osiem Błogosławieństw i niejako podsumowująca je: Błogosławieni jesteście, gdy wam urągają i prześladują was i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe o was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie (Mt 5, 11-12). Pan chce nam powiedzieć: Nawet jeśli z powodu mego imienia sprzysięgnie się przeciw wam całe zło tego świata, nawet jeśli osaczą was wszyscy wrogowie: ci ziemscy i ci podziemni, nawet jeśli ze wszech stron spotka was kłamstwo, kiedy nie będziecie mieć żadnych innych argumentów, by się obronić, jak tylko mój krzyż i moje zmartwychwstanie, nie bójcie się, nie smućcie się, ale przeciwnie, cieszcie się, bo wielka jest wasza nagroda w niebie... Także w tych sytuacjach jesteście błogosławieni. Spójrzcie na całą historię zbawienia. Tak doświadczani byli prorocy Starego Testamentu, tak było z Janem Chrzcicielem, tak było ze Mną, z męczennikami pierwszych wieków i dalej aż po wiek XX, najkrwawszy ze wszystkich. Owszem, przychodzą godziny ciemności, sytuacje po ludzku bez wyjścia. Ojciec to dopuszcza, aby na tle ciemności tego świata jaśniej jeszcze rozbłysła moja światłość, aby w waszym słabym, śmiertelnym ciele objawiło się moje życie nieśmiertelne.
Jezus, jak zapowiadał prorok Izajasz, rzeczywiście w miejsce ducha acedii daje nam pieśń chwały, pieśń, która brzmi przez wieki, stając się zadatkiem wieczności i przebóstwienia.
Kogo Bóg darzy wielką miłością, w kim pokłada wielkie nadzieje, na tego zsyła wielkie cierpienie, doświadcza go nieszczęściem.

Bóg jest pierwszym źródłem radości i nadziei czlowieka.
Posty
5
Dołączył(a)
13 lis 2006, 14:17
Lokalizacja
Wzniesienia Łódzkie

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Avatar użytkownika
przez hyte 11 lut 2007, 14:20
Wiesz ladnie piszesz moze to i prawda chcial bym w to uwierzyc ,ale takie osoby jak zwolennicy radia maryja i ojca rydzyka odpychaja mnie od tego wszystkiego jeszcze dalej! :roll:
THE ONLY WAY IS UP!!!!!!
Avatar użytkownika
Offline
Posty
246
Dołączył(a)
14 lis 2006, 21:39
Lokalizacja
londyn

przez Aruns 14 lut 2007, 01:32
Zgadzam się z Hyte. Człowiek w depresji zwykle szybciej wychwyci obłudę, więc tym łatwiej odejść w tym stanie od każdego wyznania. Nie mamy zresztą obowiązku być religijni. To powinien być własny wybór każdego człowieka i nikomu nic do tego. Najbliższym również.
Offline
Posty
47
Dołączył(a)
07 wrz 2006, 01:25
Lokalizacja
znad morza

Avatar użytkownika
przez DarkAngel 14 lut 2007, 03:48
Hyte, myślę że tacy zwolennicy nie odpychają tylko Ciebie....Mnie odpycha fanatyczna wiara i wszędobylski Kościół.... I zgadzam się z arunsem że każdy powinien dobrowolnie dokonywać wyboru w co wierzy i nie być z tego powodu szykanowany...
Obrazek
Avatar użytkownika
Offline
ExModerator
Posty
1538
Dołączył(a)
24 wrz 2005, 01:59
Lokalizacja
z babcinej kołdry

Avatar użytkownika
przez Mona75 27 mar 2007, 09:56
Ja nie jestem katoliczką, wyznaję magię chaosu i nie mieszam do tego moich bogów.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
601
Dołączył(a)
24 mar 2007, 12:19
Lokalizacja
Wrocław

przez edurbi 27 mar 2007, 19:16
Wierze, ze Bog mi pomaga w trodnych chwilach a modlitwa mnie wycisza.
"Jesli sie skupisz na tym co zle,zabraknie miejsca na to co dobre"
Offline
Posty
85
Dołączył(a)
02 mar 2007, 09:30
Lokalizacja
slask

Avatar użytkownika
przez kasztan 29 mar 2007, 17:34
uważam że wiar pomaga ale jak się ma natręctwa to się szybko saypie mnie się posypała przez 2 lata nie mogłem się spowiadać i odszedłem trochę od Kościoła niestety...
http://siemianswir.blog.onet.pl/
zapłodnij mnie szczęściem jak wiatr swym podmuchem zapładnia kwiaty...
Avatar użytkownika
Offline
Posty
75
Dołączył(a)
26 mar 2007, 15:11

przez stephanus 26 kwi 2007, 22:27
blackwitch napisał(a):Ja na nowo odkryłam wiarę. Między innymi, i chyba głownie dzięki swojej nerwicy. Mam wrażenie że przed tym wszystkim jakoś oddaliłam się, zagubiłam, teraz staram się pamiętać żę Bóg istniej i że warto się modlić. W moim przypadku jest to modlitwa o to przekonanie że On zawsze jest i o to żeby kierował moimi myślami i moim działaniem. Chcę Mu na nowo zaufać i prosić o odzyskanie dawnej równowagi. I o pozbycie się pesymistycznych myśli:).


Też przechodzę w tej chwili taki proces. Z powodu nerwicy moja wiara właściwie zamarła, zakopałem ją gdzieś głęboko w sobie i dopiero niedawno zacząłem ją na nowo z siebie wydobywać. Akurat zbiegło to się w czasie ze znaczącą poprawą mojego samopoczucia. Od tego czasu jest mi łatwiej podnieść się na nogi po kolejnym upadku.
stephanus
Offline

Avatar użytkownika
przez ashley 30 kwi 2007, 19:11
Ja wierzę w Boga. Ale nie dlatego, że ktoś mi to wdrukowal, czy po to żeby bylo mi latwiej. Ja wierzę w Boga bo On już dawno temu pokazal mi, że jest. Nie w kościele. Przy mnie, wtedy kiedy go potrzebuję. I wiem, że jest przy mnie nawet jak o tym nie myślę. Bóg jest wspanialy, pelen milości do ludzi. Czasem ludzie jak cierpią to obwiniają o to Boga, albo mówią, że jest nie fair. Pomyślcie wtedy, ile razy On Wam wybaczal. Ile razy dawal szansę. Ja wiem, że świat jest niesprawiedliwy, że jedni mają więcej szczęscia inni mniej. To nas przerasta. Ale Bóg jest mądrzejszy niż my. Może On widzi w tym jakis sens. Ja czasem jak widzę zlo nie tylko w miom życiu ale też na calym świecie, i nachodzi mnie myśl, dlaczego Bog tak robi, dlaczego na to pozwala to nie znam odpowiedzi i nigdy jej chyba nie poznam. Ale jak przypominam sobie Jego cieplo i milość jestem spokojna. Ufam Mu.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
786
Dołączył(a)
06 lut 2007, 18:04

hej !

przez Carla 23 cze 2007, 22:45
Ja ma problem z mówieniem modlitwy, ze skupieniem się nad słowami do Boga. Często "dukam bezmyślnie" słowa modlitwy.
Rozmawiałam o tym z księdzem, stwierdził, ze to nie moja wina tylko choroby, nie mam się tym przejmować, Bóg to rozumie. Może.. ja jednak myślę, iż Bóg już o mnie zapomniał. Żartuję czasem, że zgubili moje papiery i moje powołanie gdzieś tym samym zniknęło. Żyję bez żadnego planu, z dnia na dzień, coraz bardziej pogrążam się, nadzieję już dawno straciłam...
Offline
Posty
33
Dołączył(a)
22 maja 2007, 01:20
Lokalizacja
Toruń

przez smutasek43 24 cze 2007, 21:05
U mnie z wiarą bywa różnie ma ona swoje wzloty i upadki, kiedyś wierzyłam naprawdę mocno czułam Jego obecność w swoim życiu w każdej sekundzie życia. A teraz... teraz nie wiem czy jeszcze wierze, nie potrafiłam się modlić więc przestałam... może to był błąd... Nadal uczestniczę we mszach świętych właściwie to nie wiem dlaczego.. może żeby nie martwić rodziny... boję się tak całkowicie o Nim zapomnieć, przecież kiedyś byłam tak blisko Niego a dzisiaj..., chciałabym jeszcze kiedyś być tak blisko.. może kiedyś będe....
Offline
Posty
36
Dołączył(a)
04 lut 2007, 20:13

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 13 gości

Przeskocz do