17 lat i ani dnia więcej - pomocy

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

17 lat i ani dnia więcej - pomocy

przez p169 03 wrz 2011, 02:13
Witam wszystkich serdecznie. Wstyd mi jest, że muszę pisać na takim forum, jednak po prostu nie mam z kim porozmawiać ani się do kogo zwrócić. Uważaj, tekst jest bardzo długi, pisałem go też długo i jeśli nie masz czasu, albo ochoty słuchać moich wypocin, po prostu tego nie czytaj. Jeśli chcesz mi dokuczyć, a dokucz, mnie to już jest obojętne. Pokrótce coś o sobie.

Mam 17 lat, jestem licealistą, usytuowany jestem średnio, nie jestem biedny, ale nie sram pieniędzmi, lubię... nic nie lubię, nie wiem co robić w przyszłości, nie mam znajomych, z nikim się nie spotykam. Uwielbiam być miły dla ludzi oraz sprawiać przyjemność innym, ale przepraszam Was, że nie sprawiam takiego wrażenia - nie mam po prostu siły. Charakter mam dziwny, często lubię (odwrotnie niż mówiłem) dokuczyć komuś. Prócz tego co napisałem wcześniej, mogę porównać mój charakter do Karola Krawczyka, postaci z serialu Miodowe Lata. Nieudacznik, cham i prostak. Po głębszym przemyśleniu, doszedłem do wniosku, że nie mam kompletnie żadnych zainteresowań. Nie lubię grać w piłkę, nie lubię tańczyć, śpiewać, budować modeli, malować, biegać oraz wszystkiego innego, co robią normalni ludzie. Kompletnie nic nie sprawia mi przyjemności, a co za tym idzie nic nie robię. Ale może po kolei.

Moje załamania nerwowe zaczęły się na początku gimnazjum. Prawda, zwykłe załamania związane z chodzeniem do szkoły, dziecięca gadka i tego typu sprawy, które dla kazdego dorosłego człowieka są błahe. Jakiś czas potem zacząłem przejmować się swoim wyglądem. Jestem tego świadomy, że wygląd nie jest najważniejszą wartością, ale patrząc dookoła, widzę, że ludzie ładni, wysportowani, uczesani i dobrze ubrani żyją lepiej, mają więcej znajomych, przyjaciół, większe powodzenie u płci przeciwnej. A ja? Nigdy nie lubiłem grać w piłkę, biegać, wyjść na spacer - po prostu mnie to nudziło. Spowodowało to, że moja sylwetka lekko się zaniedbała. Olałbym to, gdyby większość dookoła była podobna do mnie, lecz tak nie było. Większość była taka jak opisałem wcześniej, wszyscy się spotykali, mieli powodzenie u innych, byli widać od razu, szczęśliwsi. To mnie, że tak powiem, podłamywało. Ale, dochodząc do wniosku, że wygląd mój jest jaki jest i nic większego na to nie poradze, postanowiłem pomyśleć, jaki jestem wewnątrz. I wtedy doszedłem do wniosku, że jestem w zasadzie nikim. Nie mam żadnych zainteresowań, jak wspomniałem, żadnych umiejętności, wtedy trudnością dla mnie było nawet ugotowanie chińskiej zupki. Moje życie polegało na wędrówce ze szkoły do domu i na odwrót. Wiem, ze tak ma większość, ale chyba normalni ludzie wyjdą czasami na dwór pograć w piłkę, wyjść z psem, kupić coś do sklepu. Ja jednak, poza felernym obowiązkiem, nic innego nie robiłem. Spędzanie wolnego czasu polegało na klikaniu z WP w google i na odwrót. Ludzie mądrzejsi, zazwyczaj mnie nie lubili, stwierdzali że jestem natrętny, nudny i że mają lepsze rzeczy do roboty, niż zadawanie się ze mną. Szczerze powiem, na ich miejscu też się bym z taką osobą nie zadawał. Przez pewien czas byłem oszukiwany przez, że tak powiem, klasową piękność. Zostałem ośmieszony na łamach całej klasy, poprzez ujawnienie listu miłosnego, który do niej wysłałem. Szczerze powiem, czułem do tego obojętność, zamiast jakiejś złości, czy rozdrażnienia. Zaniepokoiło mnie to.

Kończyłem gimnazjum z ogromną nadzieją na sukces i 'zawodowy' i towarzyski w liceum. Lecz to co mnie spotkało, było zupełnie odwrotne od oczekiwań. Trafiłem na grupę ludzi, potrafiącą uprzykrzyć życie każdemu. Śmiało powiem, była to banda oszustów, gotowych wbić ci nóż w plecy, uśmiechając się przy tym. Zmieniłem szkołę po 1 semestrze. Niedługo potem zmieniłem też miejsce zamieszkania, dostosowując i miejsce szkoły i domu. W dniu, kiedy klasa dowiedziała się, że się wyprowadzam, napisała do mnie jedna koleżanka, której wzrok miałem przez cały semestr na plecach. Nie będę owijał w bawełnę, ona została moją pierwszą miłością. Zresztą, czy można to nazwać miłością... Mimo utrudnień z powodu przeprowadzki, udało nam się spotykać. Jednak, po krótkim czasie stwierdziłem, że uczucia moje do niej, są nieszczere. Cały czas bałem się stwierdzić, że jej nie kocham. Była to jedyna osoba na świecie, która zaakceptowała mnie, mój wygląd i mój cholernie trudny charakter. Nawet nie wyobrażałem sobie, że druga osoba może tak zaangażować się w związek i dbać o drugą osobę. Czując to, że jej nie kocham, czułem, jakbym miał na barkach 200kg. W końcu, w przykrych dla niej i dla mnie okolicznościach, wykorzystałem sytuację i zakończyłem związek. Odkryłem wtedy, że nie dość, że nie mam zainteresowań i nie jestem 'charakterny', to jeszcze nie potrafię kochać. Poczułem się, jakbym skrzywdził własną matkę. To było coś okropnego, tak potraktować osobę, która tak się angażuje i dba o moje dobro. Moje ciało było rozdarte na 2 części - fizjologiczną, która decydowała o tym, że widząc ją, nogi mi się niestety nie uginały z radości, oraz tą drugą, która pragnie, by z nią być i odwzajemnić uczucie. Ta pierwsza jednak o wszystkim decyduję, za co kompletnie siebie nie lubię. Jednak miłość to nie jest największy powód moich rozterek. Co do kontaktu, ona wie o moich przeżyciach, zaakceptowała i zrozumiała wszystko to, co teraz mówię, stara mi się w tym pomóc, naprawdę dziwie się, że spotkałem tak dobrą osobę jak ona. Jednak czasami jak piszę, mam okropne uczucie przerwać pisanie, gdyż po prostu nie chce mi się z nią rozmawiać, co dodatkowo mnie boli, gdyż od wewnątrz chciałbym być zupełnie innym czlowiekiem, a niestety jestem jaki jestem.

W nowej szkole, ludzie są lepsi i przyjaźniejsi, jednak tam, że tak powiem, byłem wkupiony, a tutaj od stycznia do dzisiaj, nie potrafię dogadać się z większością osób, zresztą i tak mówią na mnie świr, czy coś w tym stylu. Żyjąc i wśród tych i tamtych ludzi, z gimnazjum, jak i z obu liceów, cały czas widzę, jak ludzie się spotykają, gadają, piją, śmieją się ze sobą, spędzają wspólnie czas. Ja siedzę sam w domu, nikt mnie nie zaprosi, smutek pogłębia się. Teraz w wakacje, obserwując fb, widzę, jak ludzie dzielą się nieograniczonymi wrażeniami z wycieczek i spotkań. Ja nie byłem nigdzie, gdyż po prostu nie chciałem wyjechać, tym bardziej znowu być wśród obcych ludzi. Tak mam od lat.

Cofnę się troche wcześniej. Cały 2010 rok poświęciłem na odchudzanie. Dzięki męczącym ćwiczeniom, oraz diecie Dukana, schudłem 15 kilogramów. Bylem bardzo zadowolony. Jednak przeprowadzka, ciągłe załamanie nerwowe na pocżątku tego roku, doprowadziły do tego, że w ciągu miesiąca-dwóch, cały rok starań poszedł się j*bać. Jeśli pomyślę sobie teraz, że tak się stało, że w grudniu byłem wreszcie normalny, jak inni, wyglądałem jak człowiek, a teraz obżeram się niemiłosiernie i tyję jeszcze bardziej, żyć mi się odechciewa. To była jedyna, taka wielka inicjatywa w moim życiu. Zmienił mi się tryb życia, zaczałem o siebie dbać. Jednak wszystko przepadło, to tak jakbym ciężką robotą zarobił na dom, a potem ten dom stracił i spowrotem mieszkał na ulicy. To pogłębiło mój smutek.

Mówiąc o sobie, nie wspominałem o moim stanie psychicznym. Wśród ludzi, rodziców i znajomych, założe się, że NIKT nie podejrzewałby u mnie depresji, gdyż po prostu sprawiam wrażenie bardziej 'zwariowanego' niż załamanego. Jednak, kiedy usiądę sam w pokoju, wracają wspomnienia, wraca to, że w zasadzie nikt mnie nie lubi, nic nie osiągnąłem w życiu, wyglądam jak kretyn, zachowuje się jak kretyn. Moje życie towarzyskie leży, moje zainteresowania leżą, kondycja również. Lenistwo uważam za okropną chorobę, gdyby nie to, być może coś bym osiągnął. Towarzyszy temu też ogromna prokrastynacja, której po prostu nie umiem opanować. W szkolę sobie radzę jako-tako bez jakiegokolwiek przyłożenia się, wiele osób kiedyś mówiło, że jestem zdolny i potrafię myśleć logicznie. Uważam to za swoją jedyną zaletę, choć myśląc o tym, że leży to w mojej głowie niewykorzystane, zamienia się to w wadę. Wewnątrz chciałbym być typem sportowca, przystojnym, umięśnionym blondynem, co ma osiągnięcia jakieś, ma paczkę znajomych oraz powodzenie u dziewczyn. Lecz jest kompletnie odwrotnie. Chciałbym wyrwać się z tego ciała, być docenionym wreszcie przez innych ludzi, kochanym i wrażliwym.

Fascynuje mnie tematyka samobójstwa, wypadków i ogólnie śmierci. Być może niedostatecznie się opisałem, jako osobę beznadziejną, jak to potrafią inne osoby na tym forum. Jednak kiedyś postanowiłem jedno. Popełnie samobójstwo. Patrząc perspektywicznie - jestem w połowie liceum. Czeka mnie trudna matura. Po maturze jeszcze trudniejsze studia. Po studiach, jeśli jakimś cudem bym je zdał, czeka mnie kilkadziesiąt lat zapie*dalania. A po tym czeka mnie leżenie odłogiem, czekając na śmierc. Dokladając do tego brak zainteresowań, zanik życia towarzyskiego, wieczną samotność oraz śmierć moich bliskich, wolę skończyć życie na tym etapie, jakie jest teraz. Dobrze wiem, że matura, że studiowanie, praca, to wszystko i tak pójdzie na marne, bo i tak umrę. Jeśli temu wszystkiemu ma towarzyszyć takie samo życie towarzyskie, jak do tej pory, to ja dziękuję. Wolę się nie męczyć i umrzeć teraz. Po cholerę się męczyć, dawać komuś zarobić na sobie, a potem wracać do pustego domu i tak w kółko. Patrząc na moje 'zdolności', prędzej czy później popadłbym pewno w alkoholizm lub narkomanie, a co za tym idzie, bym się stoczył na samo dno. Chociaż... czy ja na nim już nie jestem?
Z pewnością nie rozmawialibyśmy tutaj, gdyby nie moja matka. Na pewno zabiłbym się wcześniej, ale nie potrafię zrobić jej tego. Dlaczego? Moja mama nie jest już młoda, kiedyś miała inna rodzinę. Jednak 1 mąż zmarł jej w wieku 20-kilku lat, a 2 lata później zmarła jej nastoletnia córka. Rok po tym, do nich dołączył mój dziadek. Jeśli straciłaby mnie, z pewnością by sobie nie poradziła, a tego, co ja teraz czuję, nie życzę najgorszemu wrogowi. Ja poczekam, poczekam aż może coś się jej stanie, jeśli będzie miała swój kres, wtedy będzie odpowiedni moment na założenie pętli i ulżenie sobie, oraz innym.

Ja nie wiem co mam robić. Skończyły się wakacje, które były dla mnie towarzyską męczarnią, ale z drugiej strony nikt ode mnie nic nie chciał i miałem święty spokój. Nikt mi nie dokuczał, nie patrzyłem na innych. Przez całe 2 miesiące ani razu nie wyszedłem z domu i w sumie bardzo mnie to cieszyło. Ale teraz zaczął się rok szkolny. Ja nie potrafię sobie wyobrazić tego jeżdżenia na 8 rano, przez 5 dni w tygodniu. Wczoraj był jeden, krótki dzień w szkole, z lekcjami organizacyjnymi, a tak mnie zmęczył, jak nigdy. Jeśli tak ma być przez cały tydzień, ja w końcu wysiądę. Nie wytrzymam psychicznie, zapominając o rodzinie po prostu skoczę pod auto i nawet nie bd wiedział co robię.
Ja tak marzę, o mieszkaniu w takiej dżungli z paroma osobami, tak jak Cejrowski jeździ i opowiada. Świat z dala od kapitalizmu, depresji i problemów życia codziennego. Nikt nie patrzy na wygląd, życie polega na zdobyciu jedzenia, a nie na wyścigu szczurów. Ale tu jest Polska, a co za tym idzie, życie jest do dupy. Do tego dochodzi to, że ja jestem do dupy.

Zrobiłem sobie test Becka na skalę depresji. Przykro mi mówić, ale wszystkie najgorsze punkty tego testu to jest odzwierciedlenie mojego życia - nic mi nie sprawia przyjemności, czuje się winny za skrzywdzenie mojej dziewczyny oraz moich rodziców tym, kim jestem, wiem, że należy mi się rak, lub kalectwo, za to co zrobiłem. Dobrze wiem, ze jestem ohydny, jestem gotów się zabić, wszystko jest dla mnie obojętne, decyzji nie umiem żadnej podjąć, gdyż nie potrafię ocenić sytuacji oraz po prostu nie chcę, siedzę i nie jestem w stanie nic zrobić, ciągle odczuwam zmęczenie, odczuwałem też w wakacje, mimo, że spałem 14h dziennie, mam bardzo nadmierny apetyt, po za tym myślę o zdrowiu i mam nadzieję, że po ostatnich badaniach coś u mnie wykryją i trafi mnie szlag. Ja się będę cieszył, a w zasadzie nie będzie to z mojej winy.

Nikt z mojej rodziny nie wie o moim stanie psychicznym, choć wiele razy się zdarzyło, że uslyszałem, że zachowuję się tak, że muszę iść do psychologa, lecz to był element kpiny z mojej osoby. Nie mam żadnych doświadczeń z lekami, ani lekarzami. A to dlatego, że aby pójść do kogoś, musialbym powiedzieć o tym moim rodzicom, a to nie wchodzi kompletnie w rachubę. Wole cierpieć sam w pokoju, niż żyć ze świadomością, że ktoś jeszcze nad tym myśli, a co gorsza użala się nade mną. Proszę Was wszystkich, co ja mam zrobić, ja już dłużej tak nie wytrzymam, nie mam żadnych perspektyw na przyszłość, a jak myślę o niej, to wolę umrzeć teraz szybciej, gdyż przyszłość uważam za powolne, bolesne umieranie. Proszę, poradzcie mi coś, co ja mam robić, jakie leki kupić, ja nie chcę, by ktoś się o tym dowiedział, bo jeszcze bardziej powiększy się wstyd nad moją osobą. Podzielenie się o tym z moją byłą dziewczyną było dla mnie ogromnym przeżyciem, do dziś czuję ciężar, że ktoś o tym wie i, cholera wie, czy się nie śmieje. Co mam zrobić? Zaczynam mieć takie dziwne stany, tzn. ciągle mam wrażenie, ze ktoś mnie podgląda przez okno i podsłuchuje, że starzy za ścianą wymawiają moje imię, w szkolę, że w grupkach obgadują moją osobę. Pomóżcie mi, jakies leki, spotkania anonimowe, cokolwiek, bylebym się czuł odrobinę lepiej.

Czytelniku, jeśli dotrwałeś dotąd, wiedz, że należą Ci się serdeczne gratulacje za wytrwałość, oraz podziękowania za wysłuchanie mojej żałosnej historii żałosnego życia. Ten post zostanie, mam nadzieję, jako pamiątka, gdyż może czytając to pare miesięcy/lat po wrześniu 2011 roku, być może nie ma mnie już na tym świecie. To jest taka iskierka, taki spadek po moim nędznym życiu. Jedno jest pewne - jeśli odczuwasz smutek, nie lekceważ tego.

Serdecznie dziękuję i proszę o odpowiedzi.
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
03 wrz 2011, 00:47

17 lat i ani dnia więcej - pomocy

Avatar użytkownika
przez speedy13 03 wrz 2011, 09:47
Mój stan nie odzwierciedla dokładnie Twojego, ale jednak jest trochę podobnie. Jestem w 3 liceum i mam klasę dokładnie taką o jakiej opowiedziałeś do której chodziło jako pierwszej. "Trafiłem na grupę ludzi, potrafiącą uprzykrzyć życie każdemu. Śmiało powiem, była to banda oszustów, gotowych wbić ci nóż w plecy, uśmiechając się przy tym." Oni obgadują mnie, śmieją się i nie wiem co jeszcze, jest to pewnie spowodowane tym bo nauczanie indywidualne miałem. Moje kontakty towarzyskie tez ograniczają się do minimum, widzę jak klasa razem gdzieś wychodzi razem, na piknik albo coś podobnego, mnie nikt nie zaprasza jestem takim odludkiem siedzącym w domu. Boję się szkoły, ich. zainteresowanie tematyką śmierci i samobójstw też mam. Nieraz myślałem czy nie lepiej byłoby skoczyć czy coś, ale na razie się trzymam. Ja nie chcę siedzieć cicho z tym, bardzo chciałbym, żeby ktoś mi pomógł tylko, że ja krzyczę w sobie szukam pomocy, ale tacie mówiłem o fobii szkolnej czy nerwicy, depresji to zdecydowanie to zbagatelizował i na tym się kończy, próbuję cały czas jakoś to wytłumaczyć, ale ciężko z tym jest. Widać też po mnie, że nie mam na nic ochoty, do szkoły idę ze łzami w oczach i chciałbym siedzieć w domu. Nie powiedziałem Ci nic odkrywczego bo ja te potrzebuję pomocy, ale tez coś powiedziałem.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
162
Dołączył(a)
04 paź 2010, 12:45

17 lat i ani dnia więcej - pomocy

przez p169 03 wrz 2011, 15:22
Witaj, ciesze się, że odpowiedziałeś. Tak, właśnie, mam to samo. Bagatelizowanie przez rodziców, gadanie, że ma tak miliony dzieci, że sami to wytrzymali, oni nie wiedzą, co ja czuje...
Co do tematyki śmierci, nie wspomniałem, że fascynują mnie katastrofy lotnicze i bardzo bym chciał w takiej zginąć. W każdym razie przy życiu trzyma mnie matka, którą jakoś kocham i nie mam serca zrobić jej takiej krzywdy. Gdyby nie ona i jej przeżycia, na pewno leżałbym w grobie i miał ten pieprzony, święty spokój. Ach, święty spokój...
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
03 wrz 2011, 00:47

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

17 lat i ani dnia więcej - pomocy

przez Alaerion 04 wrz 2011, 02:57
Witaj, p169.

Fascynujące... jesteś bardzo interesującym obiektem moich mrocznych poszukiwań. Ale o tym może później.
Widzisz... surfuję (choć nienawidzę tego określenia) po Internecie od paru godzin i czytam o ludzkich problemach. Czytam wypociny panów doktorów psychologii i wypociny ich obiektów badań. Czasem nachodzi mnie na takie akcje... zaznaczałeś kiedyś w google opcje wyszukiwania na "najnowsze", albo w "w ciągu ostatniej godziny" i wpisywałeś "samobójstwo" lub inne tego typu frazy? Zastanawiałem się ostatnio, czy jest jakaś ekipa ludzi, która to robi regularnie i ma jakąś stałą wartę, albo program, który to robi za nich z budzikiem w razie odpowiednich sum wyszukiwania. Jeśli ktoś na coś tak durnego wpadł, to pewnie tylko w U.S.A. - kraju głupot.

Pierwszą sprawą, którą chciałem poruszyć w moim wywodzie jest gruntowne odniesienie do Twojego tekstu. Dlaczego? Bo będziesz to czytał z chęcią. Fakt, że będziesz to czytał dalej potwierdzam bo osobistych doświadczeniach. Chcę, żebyś to czytał z tą samą poznawczą chęcią, którą kiedyś miałem czytając odpowiedzi na moje posty na najlepszym forum jakie powstało, choć nie dotyczyły one nigdy samobójstwa, oprócz jednego.

Ponieważ nie cierpię żadnych nowoczesnych form wypowiedzi, nie użyję funkcji quote ani, żeby zaostrzyć mój bunt przeciwko temu, nawet nie przepiszę kawałków Twojego tekstu w cudzysłowu aby je opisać - to jakby kogoś rozbierać po kawałku do naga i opisywać.

Gotowy? Do dzieła!

W poście opisujesz swoją niepewność co do tego, czy masz po co żyć. Powiem Ci szczerze, że na razie nie masz po co, i wiele osób w Twoim wieku czuje coś podobnego i nie ma się czemu dziwić. Choć w porównaniu do Ciebie i mnie, nie są w stanie tego opisać słowami, ani nie wybierają takiej formy. Bo jesteśmy wyjątkowi, Ty i ja - ale o tym później. Masz dopiero 17 lat, w porywach do 18, co chciałbyś w tym wieku osiągnąć? Wśród całej ludzkości jest naprawdę niewielki procent osób, które coś w tym wieku osiągnęły czy to zawodowo, czy emocjonalnie - a jeśli osiągnęli, to nie zawsze mieli potem kolorowe i szczęśliwe życie. Nie musisz być gwiazdą ludzkości. Wśród sukcesywnych i bogatych ludzi, nie znajdziesz wielu szczęśliwych.

Piszesz o dziewczynie, którą rzuciłeś bo nie jej nie kochałeś. Tu po raz pierwszy poddam w wątpliwość prawdziwość Twojej wypowiedzi. Skoro akceptowała w Tobie wszystko, rozumiała Cię w jakiś sposób... to powodem rzucenia jej nie mogło być po prostu "nie kochanie". Związek z nią musiałaś w jakiś sposób sprawiać Ci przykrość. Choć zabrzmi to cholernie pusto, mogła Ci się po prostu nie podobać - i omijasz ten temat z potrzeby pokazania się jako osoba, dla której wygląd się nie liczy. To bzdura. Powiem Ci życiową prawdę - wygląd nie musi mieć, ale zwykle ma kolosalne znaczenie w życiu i choć nawet anonimowo na forum ludzie próbują to ukryć, zawsze wygląd ma znaczenie. Leży to w naszej naturze i genach - "szukanie najlepszego partnera do spłodzenia potomstwa" i te sprawy - nie wyrwiesz się z tych instynktów nawet jeśli uważasz, że jesteś wstanie, nawet jeśli uważasz, że Twoja inteligencja zwycięży hormony - zawsze będzie Cię dręczyć, że masz dziewczynę, która Ci się fizycznie nie podoba. To pierdolenie, że wygląd się nie liczy, to romantyczny wymysł ludzi, którzy nie potrafią o siebie zadbać albo osób, które bronią brzydkich. Prawda jest taka, choć rzadko się o tym wspomina: jak nie jesteś ładny, to musisz czymś nadrabiać, a jak i tego nie będzie, to akceptujesz bytowanie i seks z brzydkimi, bo MUSISZ. Ale pamiętaj, że sama inteligencja niekoniecznie wystarczy, by znaleźć towarzyszkę życia, która Ci odpowiada i wyglądem, i umysłem. Jak jesteś paskudny musisz nauczyć się rozmowy, stać się mistrzem kontaktów międzyludzkich żeby coś osiągnąć. Każdy może to osiągnąć jakąś pracą nad sobą - niektórzy nawet do tego mają talent i nie muszą nic w tym kierunku robić - ale można się tego nauczyć

Inna sprawa, jeśli Ci na tym nie zależy, bo uważasz, że nie potrafisz czuć. Powiem Ci - potrafisz. Udowadniasz to twierdząc, że nie zabijesz się ze względu na swoją matkę. Kochasz ją. Uczucie, które może połączyć Cię z dziewczyną jest podobne, tylko to Ty i ona je nawiązujecie i utrzymujecie. I dochodzi seks i zakładanie rodziny itd.. Czujesz też żal, że zrobisz jej przykrość, że jej skopiesz życie swoją śmiercią jeszcze bardziej i nie chcesz tego robić. Jest to dobry początek zrozumienia faktu, że jesteś potrzebny światu. Nawet, gdyby Twoja matka umarła i przez pewien czas byłbyś nikomu niepotrzebny - w przyszłości znajdzie się ktoś inny. Jeszcze nie wiesz, ilu ludziom byś sprawił przykrość swoją śmiercią. Tylko jeszcze ich nawet nie poznałeś.

Może myślisz sobie: "nieprawda, bo i tak nie będę nikomu potrzebny". Bzdura. Gówno prawda. Jeśli tak zdecydujesz, to będziesz żył sobie te kilkadziesiąt lat w gównie i nikomu nie potrzebny. Masz pełną władzę nad swoim życiem. Możesz po prostu sprawić, żeby ludzie Cię lubili i chcieli się z Tobą spotykać, pić alkohol i bawić się z Tobą w jakikolwiek inny sposób. Możesz jeszcze szukać swoich zainteresowań, masz kupę czasu żeby się czymś zająć i ruszyć dupsko z domu. Nawet jeśli oglądasz tylko seriale, filmy i grasz w Baldur's Gate II czy coś innego (tak jak ja uciekałem przed światem grając i słuchając muzyki, dopóki się nie wyrwałem ze szkoły pełnej kretynów), jest masa ludzi, którzy też to robią i sam fakt robienia czegoś tak banalnego jak wspólne granie czy oglądanie tych samych seriali może być powodem zdobycia i utrzymania jakiejś znajomości, dzielenia się wrażeniami. Dzielenie się wrażeniami, choćby z durnych rzeczy jest bardzo cenną towarzysko formą spędzania czasu.

Wszystko to osiąga się klasyczną do bólu metodą prób i błędów. Sam byłem kiedyś słabo uspołecznionym indywiduum. Jacyś losowi ludzie mnie z tego wyrwali - ktoś, jakiś kolega uświadomił mi pewien fakt - nawet jeśli nie czuję nic, kompletnie nic i życie nie ma dla mnie sensu, mogę sobie wyznaczyć za cel poszukiwanie tego sensu. Nawet tak romantyczny cel można ująć logicznie, skoro logika jest Twoją domeną. Jeśli nic nie ma smaku, to po prostu próbuj wszystkiego, aż coś będzie miało smak. Narkotyki, alkohol? To są rzeczy, których warto spróbować, choćby po to żeby się nauczyć czegoś o świecie. Popadanie w nałogi to inna sprawa. Z tego, co... "czuję" w Twoim tekście, jestem w stanie określić, że nie popadniesz w nałóg, więc tego się nie musisz tego obawiać. Poza tym, moim zdaniem na pewne nałogi można sobie pozwolić, jeśli się je kontroluje. Ja często piję i palę dość dużo. To drugie jest trochę trudniejsze do opanowania więc nie polecam próbowania; ale ostatecznie nie umiera się od tego od razu, a od czegoś i tak kiedyś umrzesz. Wiele sławnych osób paliło. Einstein palił jak smok. To jest właśnie to, carpe diem. Jeśli nie możesz znaleźć sensu, próbuj wszystkiego.

Może nie warto tego mówić, bo nie zachęci Cię to do przeżycia jeszcze paru dobrych lat, ale mi też nie chce się żyć i Twoją "znieczulicę" opisywaną przez tak wielu mądrych doktorów w Internecie sam mam w stopniu bardzo zaawansowanym. Jednak często budzą się we mnie uczucia. Każde z nich, czy smutne, czy radosne, chłonę całym sobą. Bycie człowiekiem i smakowanie życia, jakiekolwiek by ono nie było, samo w sobie fascynuje mnie i daje mi energię do wstawania każdego dnia.

Tylko pomyśl, że tak naprawdę jeszcze nie miałeś okazji sprawdzić, czy życie ma sens. Masz jeszcze tyle czasu, by się o tym przekonać. Po co to kończyć, tak bez większego sensu? Liczysz, że coś Cię czeka po śmierci? Chyba w żadnej religii poza jakimiś sektami samobójstwo nie jest akceptowalne, więc albo jesteś ateistą, albo wierzysz w jakieś gówno, albo myślisz, że skoro Twoje życie nie ma sensu, to nie obchodzi Cię, co będzie potem. Wiedz jednak, bo zakładam z tego co napisałeś, że jesteś niewierzący, jak ja - że najbardziej opłacalne jest dla Ciebie wykorzystanie całego czasu, jaki masz na naszej planecie, żeby chociaż pobawić się trochę życiem, spróbować w nim wszystkiego.

Nie chciałem nadawać temu tekstowi formy rozprawki, którą Cię męczyli w gimnazjum ani eseju, tudzież innego barachła podług jakiegoś kanonu; starałem się, głównie z lenistwa, nie motywować swoich wypowiedzi potwierdzonymi badaniami, cytatami, linkami i innymi bzdurami. Bo to co napisałem to moja osobista opinia.

Przez pewien czas zastanawiałem się nad prawdziwością Twojego tekstu. Czy aby nie jesteś jednym z tych plugawych studentów-badaczy forumowych, podszywających się pod nieszczęśliwą osobę, aby zbadać reakcję społeczności na zagrożenie samobójstwa, albo coś w tym stylu? Po wnikliwym przemyśleniu, trudno powiedzieć. Niestety tylko na 57% procent Twój wywód jest prawdziwy.
Muszę to powiedzieć - masz talent pisarski, kolego. Swoją drogą, masztrochę podobną do mojej lekkość pióra. Kimkolwiek jesteś, oczywiście.

Chciałem napisać więcej, ale nie mam czasu.
Dobranoc.
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
04 wrz 2011, 01:26

17 lat i ani dnia więcej - pomocy

przez p169 04 wrz 2011, 04:22
Witaj. Dzięki człowieku, że odpisałeś i przejąłeś się jakoś moim tekstem, z całą pewnością mogę powiedzieć, ze jest prawdziwy. Jeśli ktoś bazuje na czyichś uczuciach, chęcią zdobycia magistra, nie jest wart nawet dyplomu kończącego zerówkę. Tym bardziej pisząc o takich rzeczach...
Rzeczywiście, widzę jakieś podobieństwo, choć niepełne.
Dalej coś o sobie. Tak, jestem ateistą. Dobrze wiem, że jeśli bym uwierzył w Boga, byłoby mi dużo lżej, ale jeszcze bardziej wiem, że go nie ma i wiara jest jak strzał w łeb i łażenie z kulą we łbie po ulicy.
Wiele osób też 'wypominało' mi lekkie pióro, więc również brawa za spostrzegawczość.

To co napisałeś o mojej byłej dziewczynie, cholera, coś w tym jest. Nie to, że mi się nie podobała, ma idealną figurę, czarne długie włosy, ciągle musi odpierać zalotników. Jednak przyznam, że brunetki nie są w moim typie. Ale, jeśli jakiś czas temu pomyślałbym, że muszę odmówić chudej, wysokiej, pięknej brunetce, która chce się mną zaopiekować, gotować, przytulać, urodzić mi dziecko, pomagać, wspierać, prać mi śmierdzące skarpetki bezinteresownie. Nie, ja tak bym nie pomyślał, a przynajmniej dałbym sobie uciąć przyrodzenie, za to, że tak nie powiem. Niestety... Teraz mam wyrzuty sumienia, choć dziś zrobiłbym to samo. Jestem wkurzony na własne ja, na moje wnętrze, które postąpiło tak, a nie inaczej. Jak ją mogłem tak potraktować? Związek po prostu mnie męczył. Męczył, mimo, że czekałem całe gimnazjum na miłość (wiem, że gimnazjum to okres przedmiłosny), a kiedy po długim czasie ktoś mnie pokochał, ja mu wbiłem nóż w plecy. Coś okropnego. Coś, czyli ja.

Co do życia. Skoro życie jest nudne i nie widać w nim celów, właściwie, w pełni mojego życia, pełni nastolatka, który i ma marzenia, i teoretyczną sprawność, i napalenie i wszystko, o czym starsi marzą, to po jaką cholere jest życie? Nie mam po co żyć? To po co mam żyć? Na co czekać? Na to, aż będę miał rodzine (w co bardzo wątpię, gdyż nikt ze mną nie wytrzyma), dzieci, które będą karykaturą mojej nędznej osoby? Mam innym robić krzywdę, jaką jest życie? Nie nie nie... Skoro w pełni życia nie ma sensu ani ochoty życia, wtedy, gdy jeszcze prawdziwa rutyna i monotonia nie wtrąca się w życie, to co? Mam czekać na to, aż będę przez 50 lat harować jak wół w robocie, za nędzne grosze? Jaki jest wtedy cel? Emerytura? Godne dogorywanie? Po czym, po samym zapier*alaniu w robocie? Ja chce mieć coś z życia, a skoro mnie ani dziewczyna nie odpowiada, ani życie, ani możliwość nauki, ani właściwie pogodne perspektywy na rozwój (które zdrowego człowieka cieszą, a mnie wku*wiają), to po co mam się jeszcze męczyć? Nie zaznałem smaku życia i kończenie go jest bezsensowne? Ja mam szkołę, której zazdrości wielu dorosłych, pracujących ludzi. Kiedy ja zaznam przyjemności, jak będę miał coraz mniej czasu na życie?

Piszesz o poszukwianiu sensu. A po cholere go szukać, skoro i tak się umrze? Jakbym na końcu życia dostał jakąś nagrodę za to, to może bym się starał. A jeśli idę i dorzucam sobie kamyczków do buta, potem się potykam i uderzam łbem w krawężnik, to czemu bez zbędnych ceregieli mogę teraz po prostu się o ten krawężnik uderzyć? Dobrze wiem, że życie nie ma sensu, a skoro nie czuje jeszcze w dodatku z niego radości, to tym bardziej jest ono zbędne.
Co do nałogów to powiem, że nawet one się mnie nie trzymają. Palę często, ale jak mi się nie chce iść do kiosku, albo mnie nikt nie poczęstuje, to po prostu o tym zapomne i mi się nie chce. Pić do lustra? Juz piłem i dziękuję bardzo. Ćpać, nie ćpam, bo nie mam z kim, ani nie mam pieniędzy, ani nie mam warunków. A i tak nie będę sobie tego stawiał jako cel.
A ja wiem co ma smak. Smak ma nieistnienie. Stan przed narodzinami, był najlepszym stanem, jaki zaznałem i bardzo bym chciał to powtórzyć. Całe to szukanie, bawienie się w przyjaźń i miłość, nauka, praca, pierdzenie w fotel, gotowanie obiadków, oglądanie tv, wszystko to, co każdy człowiek przeżywa, prowadzi i tak do stanu sprzed narodzin - wiecznej pustki. A po co mam się męczyć, wciskać sobie wiedzę do głowy, pracować i wydawać pieniądze, zawodzić się na kimś, skoro bez tego mogę o, w tej chwili, tak jak tu stoję, ten cel osiągnąć? Może to się komuś podoba, mi ta zabawa nie odpowiada.

A co do samobójstwa. A może zabiję matkę, może zabiję Monikę, nikt nie będzie po mnie płakał i będę miał spokój? Wiem, że to idiotyczne, ale jak widać, jest wyjście z calej tej sytuacji.

Może niezbyt dużo napisałem, ale jak chcesz to pytaj o wszystko. Zauważyłem nawet, że przez cały ten wywód, pieprzę o tym samym i nic z tego nie wynika. Ach tam, pytaj o co chcesz. Możesz mnie nawet wziąć do laboratorium, zbadać i pociąć mnie na kawałki. Chociaż tak mogę się przydać. Wiem, że jestem wyrzutkiem i bardzo bym chciał, by ktoś mnie 'odkrył', nawet obca osoba, przez neta.
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
03 wrz 2011, 00:47

17 lat i ani dnia więcej - pomocy

przez 37925149 04 wrz 2011, 11:37
Jeśli nie masz z kim porozmawiać zapraszam-37925149, pomogę, mogę porozmawiać na każdy temat i pomóc.
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
04 wrz 2011, 11:32

17 lat i ani dnia więcej - pomocy

Avatar użytkownika
przez Amon_Rah 05 wrz 2011, 01:51
p169, wiesz co? nie bede Cie glaskal po glowie i mowic, ze jestes wyjatkowy. Piszac wiecznie o tym swoim samobojstwie jestes po prostu cholernym EGOISTA. Pomyslales o matce? O innych osobach, ktorym zrobisz krzywde tym co chcesz zrobic? Myslisz tylko o samym sobie. I nie wierze, ze nie mozna sobie znalezc celu w zyciu, to jakas totalna bzdura. Zastanow sie nad tym co piszesz!
Inne osoby moze beda w stanie Cie zrozumiec, ale tak sie sklada, ze moj przyjaciel sie zabil i zrobil tym krzywde bardzo wielu osobom. I dlatego wlasnie nie mam tolerancji dla ludzi, ktorzy pisza, ze "popelnie samobojstwo, bo zycie jest nudne i bez sensu". Wybacz moze nieco zbyt ostry wydzwiek tego posta, ale normalnie sie zdenerwowalem, czytajac to co napisales.
ObrazekObrazekObrazekObrazek
KOCOBO JE CPБИЈА!
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1867
Dołączył(a)
28 sty 2006, 00:35
Lokalizacja
Ultima Thule

17 lat i ani dnia więcej - pomocy

przez p169 06 wrz 2011, 23:40
Powiem jedno. Gdybyś był jego prawdziwym przyjacielem, dobry człowieku, wiedziałbyś o jego problemach i potrafiłbyś mu pomóc. Nikt o mnie nie wie i nie ma mi kto pomóc, dlatego zwracam się tutaj.
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
03 wrz 2011, 00:47

17 lat i ani dnia więcej - pomocy

Avatar użytkownika
przez depresyjny86 10 wrz 2011, 01:03
Gdybyś był jego prawdziwym przyjacielem, dobry człowieku, wiedziałbyś o jego problemach i potrafiłbyś mu pomóc.

Wooow,wyobraż sobie że samobójcy często nawet przyjaciołom nie mówią o swoich problemach to raz,a dwa nie jest lekarzem,nie potrafiłby mu pomóc.
Wybacz,że tak odpisałem,ale nie masz prawa uderzać w ten deseń do drugiego człowieka.
Natomiast Ty drogi P169 jesteś egoistą,skoro myślisz tylko o sobie...(spójrz na dokładną definicję słowa "Egoista" i porównaj sobie z tym co tu piszesz o samobójstwie).
czekałem całe gimnazjum na miłość
- hm a to mnie trochę rozbawiło :mrgreen: (wybacz,nie mogłem się powstrzymać...przypomniały mi się moje lata gimnazjalne....)
:)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
6839
Dołączył(a)
12 wrz 2006, 15:58
Lokalizacja
Gdańsk

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 17 gości

Przeskocz do