Samotność

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Samotność

przez ixi 12 lut 2009, 20:01
Z zaburzeniami depresyjno-nerwicowymi walczę już kilka lat. Leki (ostatnio velafax) i terapia. Kończę teraz studium, nauka nie przychodzi mi łatwo. Ciężko się zmobilizować, brak mi motywacji do tego by siąść nad książkami.
I wogóle nic się nie chce. Nie chce się wyjść. Nie ma siły rano wstać. Każda czynność- choćby umycie się, jest jak wspinaczka górska. Nogi i ręce ważą tony.Grawitacja działa x6.
Wiem, wiem. To typowo depresyjne.
Zastanawia mnie jednak to, że są momenty kiedy chce mi się żyć. Chce mi się uczyć,zdobywać świat, poznawać ludzi, i mam wrażenie że jeszcze moge nadrobić stracone lata. To krótkie chwile.I kiedy te chwile się pojawiają? Zazwyczaj po rozmowie z osobą, która ma jakiś cel, do czegoś dąży. Lub po obejrzeniu filmu czy programu, który mnie pozytywnie nakręci do życia. Lub kiedy nagle wstępuje nadzieja że jakiś krok przeze mnie zrobiony może dać ukojenie.
np ostatnio po takiej rozmowie z dawno nie widzianą koleżanką szłam spowrotem niepamietając całkiem o tym że nie mam siły. W głowie były plany, co zrobić i jakie działanie podjąć by żyć podobnie jak ona ( fajne studia, praca), i było ok. Wystarczy że doszłam do mojej stancji, wszystko prysło.Znowu dół. I spać. To moja ucieczka.
Na stancji mieszkam z 4 dziewczynami. Dogaduje się z nimi dobrze, ale każda ma swoje życie, razem nigdzie nie wychodzimy, każda studiuje na innej uczelni, rozmowy są tylko przy przypadkowych spotkaniach w kuchni czy korytarzu.
Dobija mnie to. Czy ja nie potrafię żyć sama? W sumie niby człowiek jest stworzeniem stadnym...
Usłyszałam ostatnio że lekarstwem dla mnie była by miłość. Być może wtedy miałabym motywację by wstawać rano , dążyć do czegoś, chciałoby mi się ładnie ubrać , umalować, może świat by zakwitł, ale chyba ciężko było by znalesć kogoś kto zaakceptował by to że dwa razy leżałam w szpitalu na nerwicę, i to że musze byc na lekach bo bez nich to wogole nie da sie funkcjonować.
NAjgorsze jest to że nie jestem raczej osobą zamkniętą i smutną. Jeśli komuś ufam to naprawde potrafię sie otworzyć. Ale wszyscy jakoś mają swoje życie a ja cały czas zostaję sama. Rodzice ciągle kibicują mi żeby mi się udało, hmm może to jest dla mnie taka poprzeczka nie do przeskoczenia i tym sie przejmuje?
Chciałabym mieć grupkę przyjacioł. To jest to czego teraz najbardziej potrzebuje. TYlko jakoś tak sie nie uklada cały czas. Moze sobie jeszcze nie zapracowalam na przyjaźń.
Chciałam iść po studium na studia, chociaz mam 24 lata. Ale z moją siłą psychiczną i fizyczną, nie wiem nawet czy skoncze studium.
Czuję się samotna. Mimo miłości rodziców (którzy tak na marginesie sami się nienawidzą).
Uhhh.. Ulżyło mi jak to wszystko napisałam. Pozdrawiam.
ixi
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
12 lut 2009, 19:29

Re: To chyba samotność....

przez basior 13 lut 2009, 15:24
musisz sobie znalesc chłopaka,on bedzie najlepszym lekarstwem na twoje wachania nastroju...
basior
Offline

Re: To chyba samotność....

przez Paweł21 15 lut 2009, 15:49
hej:)Czytając twój post tak jakbym czytał o sobie dużo się pokrywa chętnie wymieniłbym się doświadczeniami i poprostu z kimś pogadał kto umie się wczuć w sytuacje drugiego człowieka.Jakbyś miała ochotę pogadać napisz tu na forum pod tym postem a ja CI podam numer gg pozdraiwam
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
15 lut 2009, 15:40

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: To chyba samotność....

przez chloe 15 lut 2009, 17:11
No cóż, ja jako osoba z (wstępnie rozpoznanymi) zaburzeniami depresyjnymi i podejrzeniem borderline mam problemy w relacjach z ludźmi. Czuję się tak jak Ty, i tak samo jak Ty potrafię poczuć się dobrze przy osobie, która ma podejście do życia, o którym ja mogę tylko marzyć. I czasem też pojawia się iskierka, która sprawia, że sama chciałabym spróbować się zmienić dla kogoś. Ale zwykle wychodzi na to, że ta osoba miałaby gdzieś moje starania i wszystko znów wraca do normy, tzn. ogólnej doliny/wqrwa. Otóż to, uczucie jest dobrym lekarstwem - chociaż tylko doraźnym i nieco niebezpiecznym - niestety leczy tylko skutki, a nie przyczyny, i objawy odstawienia są koszmarne.
(...) Jest ciemno
jest ciemno jak najciemniej
mnie nie ma
nie ma spać
Nie ma oddychać
Żyć nie ma (...)
Offline
Posty
217
Dołączył(a)
09 gru 2008, 18:19
Lokalizacja
Poznań

Re: To chyba samotność....

przez ixi 20 lut 2009, 12:58
DZisiaj pani psycholog powiedziała że dobrym pomysłem było by poszukanie jakiejś terapii grupowej. Może faktycznie pomogło by to zrozumieć mi samą siebie i bardziej poznać swoje uczucia, zachowanie, granice.

Paweł21-> chętnie pogadam. Czekam na Twoje gg.
ixi
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
12 lut 2009, 19:29

Samotność

Avatar użytkownika
przez never1337 23 lut 2009, 16:16
witam. od jakiegos czasu dokucza mi poczucie samotnosc, ale jest to troche sprzeczne z tym co sie naprawde dzieje, moja psychika mnie niszczy. jestem jedynakiem. mam wielu znajomych, kilku przyjaciol, i zawsze bylem kontaktowy, wszyscy w moim otoczeniu (szkola, osiedle itp.) zawsze mnie znali i lubieli, zawsze jest i bylo o czym z nimi porozmawiac, jednak ciagle czuje sie samotny, mimo iz mam tych znajomych. czasami sie z nimi spotykam, ale jakos nie daje mi to szczescia, wracam do domu i znow czuje sie samotny. jestem pesymista i wmawiam sobie, ze i tak nie bede mial co do roboty kolejnego dnia, beda siedzial sam i pograzal sie w swoich myslach. najgorzej sie czuje, kiedy siedze wieczorami sam w domu, nie mam sie do kogo odezwac, a mam swiadomosc ze inni ludzie cos robia, spotykaja sie,a ja siedze tak bierni i traca kolejny dzien. nawet nie chce mi pisac do nikogo czy sie spotka. Kiedys mialem dziewczyne i bylem z nia dlugi okres, to nie odczuwalem czegos takiego ale od ponad roku, kiedy jestem sam to wlasnie tak jest.
dodam ze mam nerwica lekowa i fobie spoleczna. mam 20 lat. tutaj link do mojego tematu odnosnie nerwicy:
moja-nerwica-t15445.html
Avatar użytkownika
Offline
Posty
74
Dołączył(a)
19 lut 2009, 13:25
Lokalizacja
Kraków

Re: Samotność

przez samotnica 23 lut 2009, 23:23
hej wiesz ja też mam podobny problem z jednej strony mam swoją rodzinę a z drugiej wydaje ma się .ze jestem za młoda jeszcze na to by zamknąć się w domu z dziećmi bo wiem że życie umyka obok i wiesz że też czuje się samotna z tym wszystkim.Natomiast Ty może jeszcze do końca nie pogodziłeś się z utratą tamtej dziewczyny. W każdym razie musisz koniecznie wyjść do ludzi przełamać niechęć , jesteś młody masz duże pole do popisu, może jakieś hobby???nie poddawaj się a napewno spotkasz bratnią dusze powodzenia
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
23 lut 2009, 15:34

Re: Samotność

Avatar użytkownika
przez never1337 24 lut 2009, 00:56
wychodze czesto do ludzi, a z powodu rozstania z tamta dziewczyna to nie cierpialem i nadal nie cierpie. problem jest taki, ze wychodze dosc czesto,a mimo to i tak nie daje mi to satysfakcji, jestem pesymista i czuje sie samotny jak tylko siedzie sam ;<
Avatar użytkownika
Offline
Posty
74
Dołączył(a)
19 lut 2009, 13:25
Lokalizacja
Kraków

Re: Samotność

przez chloe 25 lut 2009, 20:23
Wrażliwi ludzie czują się samotni nawet w pokoju pełnym ludzi... co więcej - czasem czuję się przez to jeszcze bardziej samotni... to się chyba mieści w ramach "bólu egzystencjalnego" czy jak to zwą.

Hm, piszesz że masz fobię społeczną, a jednocześnie spotykasz się z ludźmi bez problemów? Czyli jak to się objawia?
(...) Jest ciemno
jest ciemno jak najciemniej
mnie nie ma
nie ma spać
Nie ma oddychać
Żyć nie ma (...)
Offline
Posty
217
Dołączył(a)
09 gru 2008, 18:19
Lokalizacja
Poznań

Re: Samotność

Avatar użytkownika
przez never1337 25 lut 2009, 21:43
problemy sa takie,ze czuje sie skrepowany, mam bole brzucha,biegunki i jestem spiety, ale ogolnie jak juz sie przelamie to wszystko jest w porzadku. potrafie duzo mowic, mam wielu znajomych i nie mam problemu z nawiazywaniem nowych kontaktow, jednak zawsze mnie to krepuje i moja nerwica sie odzywa. moze dlatego czesto wyrazam nie chec do wielu czynnosci.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
74
Dołączył(a)
19 lut 2009, 13:25
Lokalizacja
Kraków

Re: To chyba samotność....

przez mjp 13 mar 2009, 20:46
Ja również dołączę się do grupy osób piszących w tym wątku, którym bliski jest rodzaj problemów z jakimi Ty się zmagasz, Ixi.

Nie zagłębiając się w szczegóły chciałem tylko napisać, że wydajesz się być fajną dziewczyną :) Zauważasz swoje problemy i szukasz rozwiązań. Ja Ci życzę żebyś je znalazła i była szczęśliwa.

Pozdrawiam i powodzenia :)
Ogólnie, to bym chciał żeby było dobrze.
mjp
Offline
Posty
276
Dołączył(a)
08 cze 2008, 13:49

Samotność, łzy, ból i zero pomocy

przez Dumb00 12 maja 2009, 16:43
Cześć wszystkim! Mam 15 lat i nie radzę sobie z niczym. Mam wiele problemów i trudnych chwil w życiu zatem postanowiłam komuś w końcu o tym opowiedzieć. 5 lat temu umarł mój ojciec. Mieszkam obecnie z chorą babcią i mamą, miałam też siostrę, ale ona odeszła - po prostu uciekła.. Od dziecka w moim domu był alkohol, każdy z każdym się kłócił, każdy zachowywał pozory, ale to była tylko gra. Moja mama pije prawie w każdy wolny dzień od pracy czasem nawet ją zawala. Moja babcia jest przewlekle chora i na wszystko narzeka. Nie mamy już rodziny, bo wszyscy się pogniewali na wszystkich i obecnie moja rodzina to tylko matka i babka. Ja już sobie nie radzę, to co dzieje się w moim życiu jest nie do opisania. Kiedyś chyba napiszę książkę. Jak mama nie pije to z kolei drze się na wszystko i wszystkich, jest straszną złośnicą, ciągle jest coś nie po jej myśli. Dość często w ostatnim czasie mamy problemy z pieniędzmi, mamy coraz więcej długów, a znikąd pomocy. Mama kupiła sobie auto, bo razem z babcią myślałyśmy, że przestanie pić tak jednak się nie stało, a auto przecież dużo kosztuje. Ja chodzę do gimnazjum, do szkoły i klasy której nienawidzę. Te wszystkie dzieci są strasznie głupie i próżne, strasznie się chwalą, a ja nie bardzo mam czym się chwalić, a poza tym nauczyciele też są źli, nie umieją uczyć tylko wymagają, czuję się tam okropnie i nie chcę przez to chodzić do szkoły, chciałam ją zmienić, ale moja mama jak zawsze powiedziała, że nie ma to sensu, że już muszę się przemęczyć. Nie mogę powiedzieć, że mieszkam w melinie czy coś takiego, ale nie jest dobrze. Matka myśli, że jak zarabia i kupuje mi żarcie to spełnia się całkowicie, ona patrzy na swój czubek nosa, a babka na swój ja jestem gdzieś na końcu. Mama rzadko kiedy daje mi jakieś pieniądze dla mnie jak je da to albo je wymusiłam albo zaraz następnego dnia mi je zabierze, bo już nie mam kasy.. Od kilku miesięcy dość często boli mnie głowa, nie mam chęci do niczego, za każdym razem kiedy mam gdzieś z kimś wyjść to odwołuję to, bo czuję się gorsza od innych, bo nigdy nie mam takich fajnych ciuchów jak te wszystkie paniusie z mojego gim, bo nie mam ani grosza, bo wszystko zabiera mi mama.. Sądzę, że każdy kto znałby całą prawdę o mnie nie chciałby się ze mną przyjaźnić/kolegować. Nikt prócz mojej rodziny i mnie nie wie co u nas się dzieję. Strasznie boje się przyznać do tego co czuję/widzę/słyszę. Ostatnio tzn. wczoraj moja matka znów zaczęła pić, a ja z tego wszystkiego dostałam ataku i zaczęłam krzyczeć i wszystkim rzucać, myślałam, że ona zaraz zadzwoni po psychiatryk, boje się samej siebie, nienawidzę siebie. Wiem, że już nic miłego mnie nie spotka, będzie tylko coraz gorzej. Mam kilka przyjaciółek, ale one nic nie wiedzą , nigdy im nie powiem, wstydzę się. Bardzo mi przykro kiedy mówią co robiły z mamą, co sobie nowego kupiły, nawet moje "przyjaciółki" chwalą się wszystkim. Dlatego od pewnego czasu nigdzie nie wychodzę z nimi, rzadko gadamy. Po każdym piciu mojej matki próbuję z nią gadać abyśmy poszły do klubu AA, do jakiegoś lekarza, błagam żeby ze mną poszła do psychologa, bo ja sama sobie już nie dam rady.. Ale ona się tylko śmieje, mówi że chcę się zamienić w moją babkę - lekomankę. Matka wstydzi się przyznać, że ma problem z alkoholem. Ja nie umiem jej pomóc, a przede wszystkim sobie. Czasem sięgam po coś ostrego i przejadę sobie tym kilka razy po rękach, myślę o zabiciu się, ale boje się że jak ludzie którzy mnie znają dowiedzą się tego to do końca życia będą się ze mnie śmiać. Ja chciałam od dziecka być tylko szczęśliwa, nie piję, nie palę, nie biorę narkotyków, nienawidzę tych świństw. Nie jestem złym dzieckiem, sądzę, że zasługuję na lepsze życie, nie mam pomysłów co mogę z tym wszystkim zrobić.. Najchętniej bym uciekła z Polski gdzieś daleko gdzie nikt mnie nie zna, a jak nie to chcę umrzeć, wczoraj jak pokłóciłam się z matką powiedziałam, że się zabiję, a ona: dobrze zabij się jak jesteś głupia, w końcu będę mogła robić co mi się podoba, a bachor nie będzie mi zakazywał! Myślałam, że to jakiś żart .. Moja mama, która niby mnie kocha mówi takie słowa? Ona się niby stara, niby czasem jest trzeźwa, ale to tylko czasem, ja nie mogę żyć w niepokoju. Każdego dnia boje się , że wróci z piwem/wódką/winem i się zacznie.. Ja boje się wszystkiego i wszystkich boję się przyszłości. Nie będę już nic więcej pisać, bo tak bym pisała i pisała, to coś już jest napisane jest wystarczając długie i nikt nie zechcę czytać jakiś smutków bachora/śmiecia itede.. :(
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
12 maja 2009, 15:55

Re: Samotność, łzy, ból i zero pomocy

Avatar użytkownika
przez scrat 12 maja 2009, 17:20
Dumb00 napisał(a):Te wszystkie dzieci są strasznie głupie i próżne, strasznie się chwalą, a ja nie bardzo mam czym się chwalić

Graj, udawaj. Szkoła to taki syf że trzeba czasami udawać kogoś kim się nie jest żeby przetrwać. Smutne ale tak to jest.

a poza tym nauczyciele też są źli, nie umieją uczyć tylko wymagają

Normalne, rzadko jest inaczej. Może nie powinienem tak pisać, bo to niewychowawcze, ale jak dla mnie to szkołę trzeba przeżyć, przekombinować, jakoś przejść z klasy do klasy i tyle, już nigdy w życiu do niej nie wracać (oprócz koszmarów i ulgi rano, kiedy okazuje się, że nasz powrót do szkoły to tylko zły sen...).

Sądzę, że każdy kto znałby całą prawdę o mnie nie chciałby się ze mną przyjaźnić/kolegować.

Tego nie możesz wiedzieć. Mam znajomych w gorszym stanie. Te znajomości naprawdę dużo mi dają - bo to fajni ludzie, po prostu... Ich stan, to co się dzieje w domu czy w głowie, nie ma znaczenia. Może jedynie takie że czasami mnie potrzebują, częściej niż gdyby mieli inną sytuację - ale ja wtedy jestem, bo wiem że oni też będą, jak ja będę ich potrzebował. Na tym to polega...

Mam kilka przyjaciółek, ale one nic nie wiedzą , nigdy im nie powiem, wstydzę się.

Dla prawdziwego przyjaciela twoja sytuacja życiowa nie ma najmniejszego znaczenia. Ale w tym wieku trudno o prawdziwego przyjaciela. Ty musiałaś szybciej dorosnąć, ale ze strony rówieśniczek przyjaźń to pewnie tylko nazwa...

Przyjaźni ze starszymi nie polecam, mimo wszystko może będą cię lepiej rozumieli ale często (częściej niż się wydaje) łatwo można zaufać komuś niewłaściwemu, kto będzie udawał twojego przyjaciela, żeby cię skrzywdzić. Dzieciaki z dysfunkcyjnych rodzin to łakomy kąsek dla różnych zboli, bo potrzebują ciepła, opieki, uwagi, oni to wyczuwają i wykorzystują, traktując jak kolejne zabawki. Z takiej "przyjaźni" możesz wyjść dużo gorzej niż jest teraz.

To nie przesada ani paranoja, tak niestety jest. Nie mamy gwarancji że nawet tutaj, na forum, nie ma kogoś takiego. Uważaj na dużo starszych "przyjaciół".

Po każdym piciu mojej matki próbuję z nią gadać abyśmy poszły do klubu AA, do jakiegoś lekarza

Jeżeli ona sama nie zauważy problemu i nie dojdzie do tego wniosku, że chce coś z tym zrobić, to szkoda czasu, absolutnie nic to nie da. Nawet jak pójdzie to tylko żebyś dała jej spokój i będzie piła tak jak pije. Musisz jakoś sprawić żeby sama zobaczyła co się dzieje - nie groźbami tylko pokazywaniem faktów, tego jak to wszystko wygląda, wnioski niech wyciągnie sama. Łatwo nie będzie, ale jak najbardziej się da.

błagam żeby ze mną poszła do psychologa, bo ja sama sobie już nie dam rady..

A macie w szkole pedagoga? Może najpierw do niego idź i on jakoś będzie w stanie pomóc. Na pewno do psychologa lepiej, ale pewnie do pedagoga łatwiej będzie ci iść samemu niż do psychologa.

Generalnie dorosłym poleca się żeby się usamodzielnili, mama nie chce iść z nimi - niech idą sami. Tobie nie wiem co powiedzieć... Jesteś młoda, nie powinnaś się jeszcze usamodzielniać. I tak bardzo szybko musiałaś dorosnąć. Ale jeżeli nie ma innego wyjścia to chyba trzeba będzie iść samemu...

Jak zdecydujesz się na pójście do psychologa samemu to powiedz - dowiem się co trzeba ze sobą mieć (nie wiem, bo ze mną było inaczej, ja raz że chodziłem prywatnie a dwa że byłem już pełnoletni). Albo linka656 odpisze - kiedyś ją pytałem i wymieniła jakieś rzeczy, teraz już nie pamiętam jakie - bunny podpowiada że dowód tożsamości (czyli legitymacja szkolna) i dowód ubezpieczenia (czyli książeczka zdrowia mamy). Najlepiej zapytaj się psychologa przy zapisywaniu się, bo wszędzie może być inaczej.

Zgody mamy z tego co wiem nie musisz mieć. Ale też głowy nie dam, niech inni napiszą jak wiedzą.

Ale ona się tylko śmieje, mówi że chcę się zamienić w moją babkę - lekomankę.

Psycholog nie ma uprawnień do przepisywania leków, psychiatra ma. Tobie (tak myślę) bardziej pomoże psycholog.

Matka wstydzi się przyznać, że ma problem z alkoholem.

Wstydzi się sama przed sobą...

Wiesz, może to nie zabrzmi optymistycznie, ale czasami ktoś musi osiągnąć dno żeby się od niego odbić. Nie zawsze tak jest, dużo zależy od jego bliskich, no ale niestety najważniejszą decyzję podejmuje sam uzależniony. To mama musi chcieć.

Najchętniej bym uciekła z Polski gdzieś daleko gdzie nikt mnie nie zna

Jeszcze parę lat i pewnie wyrwiesz się z tego miasta. Ale od siebie nie uciekniesz. Tak się nie da, wielu próbowało. Zmienisz otoczenie, na początku będzie ulga ale twoje podejście do siebie zostanie, poczucie niższości będzie kształtowało stosunki w nowym otoczeniu i będzie jak w klatce, inni ludzie, ale sytuacje, traktowanie cię, takie samo. Nasze myśli, nastroje, otoczenie, a nawet objawy organizmu, są ze sobą ściśle połączone (i to nie tylko puste słowa, naprawdę tak jest - szczególnie widać to we wszystkich zaburzeniach...). Pozytywne jest to że żeby zmienić jedno można zacząć od zmiany drugiego.

Już się trochę usamodzielnisz, skończysz jakoś tą szkołę, to wiele rzeczy się wyprostuje i uprości - na tyle że będziesz w stanie sama iść do lekarza, może też na jakąś terapię? W sumie wszystko zależy od ciebie, jeżeli czujesz że jesteś na to teraz gotowa, to jasne, jak najszybciej. Ale jeżeli nie jesteś to nic nie szkodzi, mało kto by był (ja nie byłem, dopiero przed maturą stwierdziłem że albo terapia albo śmierć - wybrałem terapię, niestety niewłaściwy rodzaj, ale to już dłuższa historia - w każdym razie gdyby wtedy istniało to forum to pewnie bym się tu zapytał, poszukał i wybrał odpowiedni rodzaj terapii).

wczoraj jak pokłóciłam się z matką powiedziałam, że się zabiję, a ona: dobrze zabij się jak jesteś głupia, w końcu będę mogła robić co mi się podoba, a bachor nie będzie mi zakazywał!

To odruch obronny z jej strony, nie bierz tego do siebie. Zresztą z twojej strony też - myślenie o śmierci uspokaja. Czujesz że zawsze jest wyjście. Ale to nie jest dobry sposób. W takiej sytuacji jak ty jest dużo ludzi, widziałem dużo takich którzy z tego wyszli. Szybko ani łatwo nie było, ale najważniejsze że chcieli i wierzyli że można. I się udało.

Widziałem też dużo (jeszcze więcej) takich co woleli tylko płakać że życie jest niesprawiedliwe, ale nie robili z nim nic. Ty chcesz iść do psychologa, to już bardzo dużo. To tak naprawdę najtrudniejszy krok - przyznać się samemu przed sobą że coś jest nie tak, że potrzebujemy pomocy.

nikt nie zechcę czytać jakiś smutków bachora/śmiecia itede.. :(

To tylko twoje zdanie o sobie, a nie nasze (a przynajmniej moje) o tobie. Ja chętnie bym poczytał więcej i pewnie inni też...

W sumie skojarzył mi się jeden element pewnej terapii (akurat behawioralno-poznawczej) - nauka oddzielania faktów od przypuszczeń. Faktem jest to że masz zaniżone poczucie własnej wartości, że czujesz się jak śmieć. Ale to że inni (my) będziemy tak cię traktowali to jest tylko przypuszczenie, nie możesz tego wiedzieć.

To że być może często ludzie cię tak traktują to inna sprawa, wynika z twojego podejścia do samej siebie. Są różne (naprawdę proste!) sztuczki wpływania na ludzi, żeby zmienić ich podejście do nas - ale najskuteczniejszą (niestety nie najprostszą) jest psychoterapia, która zmieni nasze podejście do nas samych, nauczy nas dużo o sobie.

Jakbyś jeszcze chciała coś napisać to nie bój się że będzie za dużo, że nikt nie będzie chciał czytać. Tu są fajni ludzie :)

Jeszcze jedno - cięcie się. Czy mówić o tym psychologowi czy nie. Sam nie wiem, są różne zdania. Koleżanka (17 lat) jak o tym powiedziała to psycholog wezwała mamę na rozmowę, w domu była potem masakra. W sumie zrozumiałe, to ze strachu o pacjenta - ale nie każdy rodzic potrafi rozmawiać z dzieckiem. Może inni napiszą co o tym myślą, czy mówić czy nie.

W każdym razie powodzenia :)
Avatar użytkownika
Offline
Przyjaciel forum
Posty
2093
Dołączył(a)
17 lip 2007, 16:44
Lokalizacja
Warszawa

Re: Samotność, łzy, ból i zero pomocy

Avatar użytkownika
przez kolorowa 12 maja 2009, 22:00
Słuchaj, to strasznie trudna sytuacja w której się znalazłaś, nie jesteś niczemu winna, i tak jak piszesz zasługujesz na lepsze życie, rodzinę itp. I może tak być! Jeżeli zawalczysz w tym wszystkim o samą siebie, o swoje własne dobro. Ja szkoły też nie cierpiałam, widziałam tam samych wrogów, ale musisz i każdy musi przez to przejść, bo to otwiera Ci drogę do dalszej edukacji, zawodu, życia... Nie jesteś winna za to wszystko co się dzieje, więc masz prawo walczyć o swoje własne JA. Pomyśl jakie masz marzenia i dąż do nich. Jesteś młoda, masz 15 lat, jesteś czysta i niewinna, nie palisz, nie pijesz, nie jesteś uzależniona i TAK TRZYMAJ! Naprawdę podziwiam Cię. O psychologu, terapii bym pomyślała, zrób to dla samej siebie, na pewno Ci pomoże. Trzymam kciuki
Zacząć jest łatwo, wytrwać jest sztuką.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
29
Dołączył(a)
18 kwi 2009, 18:20

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Baidu [Spider] i 10 gości

Przeskocz do