Jak ruszyć z miejsca?

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Jak ruszyć z miejsca?

przez nadii 31 paź 2010, 21:38
Moje problemy zaczęły się około 2 lata temu. Rozwaliłam swoje życie, po prawie 7 latach narzeczeństwa odeszłam od mojego partnera. Powód - nie byłam do końca szczęśliwa, on racjonalista i materialista, ja idealistka i marzycielka. W sumie zabezpieczał moje potrzeby, na nic mi nie brakowało, czułam się bezpiecznie przy nim, ale czasem potrafił podciąć bardzo boleśnie skrzydła. A do tego nie iskrzyło z mojej strony. Samo rozstanie było długie i bolesne - nie chciał się wyprowadzić, próbował (z dobrym skutkiem) przekonać moją rodzinę żeby na mnie wpłynęła. Trwało to kilka miesięcy, aż w końcu w tej wielkiej miłości do mnie zrobił dziecko innej. Boże, jak ja to wszystko przeżyłam. Zostałam sama w wielkim mieście, w którym nie miałam przyjaciół, bo wszyscy znajomi jakich miałam byli jego znajomymi więc lojalnie odeszli razem z nim. Wielki pusty dom, w którym każdy kąt wiał chłodem i straszył. I w chili obecnej, choć sama przed sobą nie chcę tego przyznać, żałuję że odeszłam.
Zaczęłam spotykać się z pewnym mężczyzną. Zakochał się we mnie a ja w nim. Bratnie dusze, rozumieliśmy się bez słów, widzieliśmy w świecie te same wartości, kochaliśmy te same rzeczy. Postawiłam całe swoje życie na niego. Ale niestety, miał (i nadal ma) żonę i dzieci.
Ze mną było z dnia na dzień coraz gorzej. Ciągle płakałam, bałam się obejrzeć za siebie, byłam nieznośna, krzyczałam, kłóciłam się... a nawet zaczęłam bić... Wtedy poszłam do psychiatry, który stwierdził że mam depresję. Zaczęłam brać leki, początkowo pomagały, przestałam się bać i zaczęłam wierzyć w siebie i świat. Już nie chciałam się zabić, nawet zaczęłam się uśmiechać. Niestety musiałam przerwać leczenie z innych względów zdrowotnych. Do tej pory lekarze nie umieją mnie zdiagnozować i mi pomóc. Zaczęło się wszystko od tego że miałam duszności, kołatanie serca, ból w klatce. Oczywiście usłyszałam że to normalne w moim wieku, że to pewnie hormony powodują że raz lepiej raz gorzej się czuję. Teraz, po ponad roku, okazało się że przechodziłam ostre zapalenie osierdzia i moje serce pracuje tylko na 58%. Potem doszły straszne zawroty głowy, które powaliły mnie na dwa tygodnie. Dostałam silne leki i zaczęło się bieganie od lekarza do lekarza - wstępne diagnozy - guz mózgu, stwardnienie rozsiane. Przeżywałam koszmar. I znowu byłam z tym wszystkim sama. Niestety mój facet nie miał dla mnie czasu, ale w każdym smsie i każdej rozmowie tel. zapewniał że będzie mnie wspierał. A ja pytałam, jak chce mnie wpierać przez tel??? Zostałam sama ze swoim przerażeniem i oczekiwaniem na wyniki badań. Modliłam się aby to był guz a nie SR. I wymodliłam. Mam torbiel w mózgu, na razie do obserwacji. Neurolog twierdzi że jej lokalizacja, struktura i wielkość nie mogły dać takich objawów jakie się pojawiły. Tysiące innych badań i nadal wielki znak zapytania.
Ale nie o tym chciałam pisać. Ja po prostu nie chcę już żyć. Nie wiem jak stanąć na nogi, nie wiem jak i w jakim kierunku zrobić pierwszy krok. Nie mam tu nikogo, rodzinę mam bardzo daleko od siebie i właściwie widujemy się 2-3 razy do roku. Ze wszystkim muszę sama sobie radzić, a już naprawdę nie mam na to siły. Czuję się jakbym wpadła w jakiś kołowrotek i przeżycie każdego dnia jest dla mnie wyczynem niemal bohaterskim. Codziennie myślę o tym jak będzie cudownie jak będę mogła stąd odejść, jak już nic mnie nie będzie trzymało przy życiu. Niestety do tego momentu jeszcze trochę czasu mi pozostało...
Kompletnie nie ufam mojemu partnerowi, ale jednocześnie przez to że tak bardzo boję się zostać totalnie sama, nie potrafię od niego odejść. I tak nie mam z niego większego pożytku, cały czas nie ma dla mnie czasu, cały czas coś jest ważniejszego, bądź przeszkodą nie do pokonania jest zepsuty samochód - tak jakby MPK nie było a nas dzieliły setki km. Ciągle podejrzewam go o oszustwo, o to że nie odszedł od żony, że nadal z nią mieszka, bo nie mam możliwości zweryfikowania tego. Od miłości doszłam do nienawiści - szczerej nienawiści!!!
I nadal nie umiem zrobić kroku naprzód. Bo niby jak miałby wyglądać ten krok? W jakim miałby być kierunku? Ja już nie marzę, już nie potrafię wierzyć w to że może kiedyś się coś zmieni. Nie mam siły na nic, nie mam siły dłużej udawać że sobie radzę, tylko po to żeby się mnie nie czepiali. Nie mam siły znosić dłużej tego świata, samej siebie i swojego życia. Czasem mam takie zrywy, że chcę coś zmienić, że chcę stanąć na nogi, ale zanim zbiorę się do tego to już nie widzę w tym sensu, bo wiem że za chwilę znowu spadnę na dno. Nie wierzę w to że może być dobrze, że mogę być szczęśliwa. Marzę tylko o tym żeby zniknąć... ale tak naprawdę.
Offline
Posty
5
Dołączył(a)
31 paź 2010, 20:29

Re: Jak ruszyć z miejsca?

przez ppm511 01 lis 2010, 20:05
Nie byłem nigdy w takiej sytuacji, więc napiszę to co przyszło mi do głowy po przeczytaniu tego co napisałaś. Postaram się w jakiś sposób pomoc.

To, że musiałas zerwać ze swoim chłopakiem to jest "+", podjęłaś się tego mimo tego, że jego znajomi rownież się od Ciebie odwrócili. Za 1 zamachem zmieniłaś swoje życie . Zauważ ile dookoła Ciebie było osób, którym na Tobie nie zależało. Takich "udawaczy" jest na pęczki. Odkryłaś również prawdziwe oblicze twojego niedoszłego męża ... . Moim zdaniem jestes bardzo silna osobą. Brakuje Ci jedynie wsparcia kogoś komu mogłabyś zaufać. Zrobiłaś juz 1 krok w przód . Teraz musisz pomyśleć w jaki sposób możesz znaleść jakichś przyjaciół. Zapisz sie na jakies kursy, poszukaj jakiejś pracy jest wiele opcji ( wiem, że łatwo mówić też mam z tym problem ale ja wlasnie sie zapisalem na 1 z kursow zobaczymy co z tego wyniknie). Moim zdaniem drogą do pokonania depresji jest znalezienie sobie jakiegoś, zajecia, które bedzie zabierało Ci duzo czasu,sprawiało Ci przyjemność, abyś nie myślała jaka to ty jesteś samotna i słaba w co czytając twoja wypowiedzc nie wierze.
A apropos sprawy z 2 chłopakiem ... . Wydaje mi się, że musisz zaryzykować i zagrać z nim w otawrte karty. Jeżeli Cię naprawde kocha to udowodni Ci, że już niczego nie czuje do żony i jedynie zależy mu na dzieciach. Powinnaś to zrobić, bo po co zrywałaś z 1 chłopakiem skoro możliwe ze trafiłas na 2 takiego samego . Kazdy zasługuje na kogoś kogo bedzie dażył uczuciem ze wzajemnością, będzie troskliwy, szczery i będzie o nas dbał jak o najcenniejszą rzecz na świecie !
Nie poddawaj się ! Wiesz ile ludzi ma podobne problemy. Nie jest sztuką odpuścić, stać w miejscu i marnować życie. Sztuką jest pomęczyć się przez pewnien czas i dotrzeć do obranego celu, który dla każdego może być inny.
Ostatnia rada nigdy się nie poddawaj choćby nie wiem co. Przecież życie wcale nie jest takie długie, a tonąc w łzach i zamartwiając się i cierpiąc niepotrzebnie niczego nie wskurasz.

P.S pogadaj z tym chłopakiem jak najszybciej bo jeżeli to kolejny frajer to nie ma co na niego tracic twojego cenne czasu !
Offline
Posty
14
Dołączył(a)
13 paź 2010, 17:01

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: kiniuszka i 19 gości

Przeskocz do