Żołądek a depresja. Moja smutna historia

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Re: Żołądek a depresja. Moja smutna historia

przez -asia- 23 wrz 2010, 21:30
Powiem Ci, że ja się już niejednokrotnie na własnej (i nie tylko) skórze przekonałam, że pacjent musi być często bardziej oczytany i wyedukowany niż lekarz, żeby nie dać sobie wcisnąć kitu. :lol: :pirate: To jakaś paranoja... :roll: Dobrze, że w końcu trafiłaś na dobrego fachowca i wszystko się wyjaśniło!
-asia-
Offline

Re: Żołądek a depresja. Moja smutna historia

Avatar użytkownika
przez MARIAN1967 23 wrz 2010, 22:00
-asia- napisał(a):MARIAN1967 - podczas wstawania (zwłaszcza, gdy dłużej leżę bądź siedzę) mam uczucie, że krew mi całkiem odpłynęła z ciała, uczucie dziwnej słabości, zaburzenia równowagi itd. Nie wiem czy te kłopoty z krążeniem nie mają też żadnego związku z wypadaniem płatka zastawki mitralnej serca, bo niestety mam tą wadę. A dlaczego pytasz?
Panuje na tym forum dość powszechna opinia ,że zawroty głowy to objaw nerwicy. Ludzie łykają jakieś tam tabletki od psychiatry ,co niewiele im pomaga. Trzy lata temu próbowałem radzić sobie z zawrotami ,tak jak i nerwicą ,ale nic mi to nie pomagało.Natomiast usprawnianie krążenia dość skutecznie likwiduje ten problem.Dlatego tak często zwracam na to uwagę i na różne objawy ,które się z tym wiążą.
О белые розы ,что с ними сделал снег и морозы ... Don't worry ,be happy ...Всё будет хорошо ...it's a beautiful life .......
Avatar użytkownika
Offline
Posty
614
Dołączył(a)
03 sty 2009, 20:32
Lokalizacja
Ostrzeszów

Re: Żołądek a depresja. Moja smutna historia

Avatar użytkownika
przez eligojot 23 wrz 2010, 23:45
Pewnie, ze nie skierowano. Lepiej wciskac kit, że to przez poronienie i żal po dziecku. Każdy powinien być odpowiedzialny za swoją pracę, szczególnie jeżeli ma ona wpływ na życie innych, a nie tylko kroić kasę i z drwiną mówić "nerwicę, depresja, problemy emocjonalne". Uważam, że powinnaś coś z tym zrobić.
Bóg zawsze odpowiada na prośby. Czasem jednak odpowiedź brzmi: "Nie".
Avatar użytkownika
Offline
Posty
710
Dołączył(a)
09 paź 2007, 17:05

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Żołądek a depresja. Moja smutna historia

przez -asia- 24 wrz 2010, 06:54
MARIAN1967 napisał(a):Panuje na tym forum dość powszechna opinia ,że zawroty głowy to objaw nerwicy. Ludzie łykają jakieś tam tabletki od psychiatry ,co niewiele im pomaga. Trzy lata temu próbowałem radzić sobie z zawrotami ,tak jak i nerwicą ,ale nic mi to nie pomagało.Natomiast usprawnianie krążenia dość skutecznie likwiduje ten problem.Dlatego tak często zwracam na to uwagę i na różne objawy ,które się z tym wiążą.



Zgadzam się w 200%!!! Gdy przebywam dużo na świeżym powietrzu (nie ważne czy w ruchu czy nie) to czuję się o niebo lepiej, bo krążenie jest lepsze. Duży problem pojawia się, gdy przebywam w pomieszczeniach zamkniętych, gdzie ciągłego nie ma dostępu do tlenu. Wtedy po 15 min. przebywania w takim pomieszczeniu moje krążenie "siada" - robią mi się zimne stopy i dłonie, nos, policzki, często sinieją mi uda, pojawia się derealizacja (zapewne z niedotlenienia mózgu), jestem potwornie zmęczona, czuję się niedotleniona, nie mogę sobie nic przypomnieć itd. :( No ale co z tym zrobić? :why: Wkróce skończy mi się przebywanie na naprawdę świeżym powietrzu, bo przeprowadzam się do Warszawy, i szczerze mówiąc nie wiem jak to będzie - chodzę tam jak we śnie, wciąż niedotleniona. Wiem na 100%, że moim ratunkiem jest tlen. Postanowiłam go sobie aplikować w kroplach po konsultacji z moją lekarką, która uważa tak samo, czekam tylko aż go sprowadzi.

[Dodane po edycji:]

eligojot napisał(a):Pewnie, ze nie skierowano. Lepiej wciskac kit, że to przez poronienie i żal po dziecku. Każdy powinien być odpowiedzialny za swoją pracę, szczególnie jeżeli ma ona wpływ na życie innych, a nie tylko kroić kasę i z drwiną mówić "nerwicę, depresja, problemy emocjonalne". Uważam, że powinnaś coś z tym zrobić.


Niestety masz rację. :( Owszem, nerwica, depresja, problemy emocjonalne - to dość powszechne schorzenia, ale lekarze ostatnimi czasy zdecydowanie nadużywają tych diagnoz. :pirate:
Ja znam lekarkę rodzinną (oczywiście już się od niej daaawno wypisałam), która nie chce dawać ludziom nawet skierowania na zwykłe podstawowe badania krwi! Nie mówiąc już o rtg, nawet, gdy ktoś miał podejrzenie skręcenia kończyny. A gdy ktoś w średnim wieku przyjdzie do niej i mówi, co mu dolega to ta mu odpowiada, że w tym wieku musi coś boleć, to znak, że się jeszcze żyje. :pirate: No i weź z nią gadaj! :roll: Ja nie wiem za co niektórzy lekarze biorą pieniądze. :(
-asia-
Offline

Re: Żołądek a depresja. Moja smutna historia

przez Zachmurami 24 wrz 2010, 10:33
-asia- napisał(a):
Zgadzam się w 200%!!! Gdy przebywam dużo na świeżym powietrzu (nie ważne czy w ruchu czy nie) to czuję się o niebo lepiej, bo krążenie jest lepsze. Duży problem pojawia się, gdy przebywam w pomieszczeniach zamkniętych, gdzie ciągłego nie ma dostępu do tlenu. Wtedy po 15 min. przebywania w takim pomieszczeniu moje krążenie "siada" - robią mi się zimne stopy i dłonie, nos, policzki, często sinieją mi uda, pojawia się derealizacja (zapewne z niedotlenienia mózgu), jestem potwornie zmęczona, czuję się niedotleniona, nie mogę sobie nic przypomnieć itd. :( No ale co z tym zrobić? :why: Wkróce skończy mi się przebywanie na naprawdę świeżym powietrzu, bo przeprowadzam się do Warszawy, i szczerze mówiąc nie wiem jak to będzie - chodzę tam jak we śnie, wciąż niedotleniona. Wiem na 100%, że moim ratunkiem jest tlen. Postanowiłam go sobie aplikować w kroplach po konsultacji z moją lekarką, która uważa tak samo, czekam tylko aż go sprowadzi.
. :(


-asia - ! rany boskie, tlen w kroplach. To chyba ostateczność. Czy to lekarz internista tak leczy? Naprawdę nie ma innej możliwości? Lepsza diagnostyka? (he, he, mówię jako mądry Polak po szkodzie - mogę służyć jako antyprzykład ;) :why: ) Może tak jak u mnie, zbadać przepływ krwi w tętnicach (USG doppler?). Taka reakcja musi z czegoś wynikać, przecież wszyscy żyjemy w tych spalinach i jakoś oddychamy.


Czy próbowałaś się leczyć lekami przeciwhistaminowymi typu Zyrtec? Rozmawiałaś z jakimś sensownym alergologiem?
Zatkanie nosa, suchość śluzówek, wydzielina - to wszystko układa się w całość. Ja miałam alergię tylko raz, po pojawieniu sie w domu drugiej kotki. Dusiłam się od kaszlu, miałam wysypkę. Pomógł Zyrtec, brałam tylko 3 tyg. samo przeszło, a kotka mieszka u nas.

[Dodane po edycji:]

eligojot napisał(a):Pewnie, ze nie skierowano. Lepiej wciskac kit, że to przez poronienie i żal po dziecku. Każdy powinien być odpowiedzialny za swoją pracę, szczególnie jeżeli ma ona wpływ na życie innych, a nie tylko kroić kasę i z drwiną mówić "nerwicę, depresja, problemy emocjonalne". Uważam, że powinnaś coś z tym zrobić.


No właśnie. Co pacjent może z tym zrobić? Procesować się o utratę zdrowia psychicznego i fizycznego? Gdy wspomnę o tym szpitalu - MSWiA na Wołoskiej, przypomina mi się koszmar.
Łaskę mi zrobili przyjmując mnie tam, z ostrego dyżuru, bez skierowania i na każdym kroku dawali mi to odczuć. Inna sprawa, że mieli tam niezły kocioł.
W mojej sali dwie starsze panie umierały na raka, a ja miałam opinię symulującej neurotyczki. Kto zawinił? Lekarz prowadzący, który nie zlecił dodatkowego badania rtg? No ale lekarze, którzy mnie dalej leczyli ambulatoryjnie, też mieli dostęp do wyników badań.

Jeszcze jedno.
Uważajmy, aby badania USG wykonywał fachowiec, a nie jakiś rutynowy odbębniacz.

To bardzo pożyteczne badanie, ale trzeba je umieć zrobić. W ciągu 1,5 roku USG miałam robione... 5 razy!
Tylko raz lekarz zwrócił uwagę na dużą ilość gazów w jelitach, ale ocenił, że to pewnie aerofagia. Nie brzmiało to groźnie w opisie, więc nikt nie zwrócił na to uwagi. W pozostałych przypadkach opisy były zgodne z normą, chyba mają jakiegoś gotowca i stosują kopiuj/wklej.
Offline
Posty
228
Dołączył(a)
20 gru 2009, 22:12

Re: Żołądek a depresja. Moja smutna historia

przez -asia- 24 wrz 2010, 12:17
Brałam kiedyś Zyrtec – nie pomógł. I jeszcze jakiś inny, nawet nie pamiętam jaki. Mogłabym dalej wypróbowywać kolejne leki przeciwalergiczne licząc, że może w końcu trafię, ale to będzie tylko leczenie objawu. I TO NIE POMAGA!!!!
Wiem co mi jest i wyniki badań to potwierdziły – męczy mnie chlamydia pneumoniae i mycoplasma pneumoniae. Sporo się naczytałam o tych bakteriach i one wywołują przeróżne problemy, również z krążeniem (uszkadzają naczynia). A bardzo uciążliwe problemy z oddychaniem zaczęły się właśnie po dziwnej aczkolwiek bardzo silnej infekcji w zimę prawie 2 lata temu. Od tamtej pory uczuliłam się prawie na wszystko – na jakąkolwiek chemię, kosmetyki, spaliny, pyły, roztocza, wszystkie produkty żywnościowe przetworzone itp itd. ... Najgorzej jest z zanieczyszczeniami, chemią. I wciąż brakuje mi tlenu.
Miałam robionego dopplera tetnicy szyjnej – wszystko ok. Kapilaroskopia – nieliczne zatory, liczne pola niedokrwienne. Cierpię na objaw Raynauda, który niestety nie ogranicza się jedynie do dłoni, stóp i nosa, ale dotyczy naczyń całego ciała. Moje naczynia nadmiernie reagują nawet na najmniejsze ochłodzenie, to jest koszmar, zwłaszcza jeśli chodzi o głowę (migreny).
Wiesz, czasem wchodzę sobie na forum chlamydiozy i mycoplasmy, żeby się podbudować, pocieszyć, że nie tylko ja się borykam z przeróżnymi objawami. Bo nikt w otoczeniu mnie nie rozumie. :(
Leczę się całościowo... Inaczej musiałabym oddzielnie leczyć: migdałki, zatoki, błony śluzowe, gardło, dziąsła, jamę ustną, przełyk, stawy, układ nerwowy, trzustkę, tarczycę i w ogóle układ hormonalny, fibromialgię, skórę, jelita i kilka innych narządów. Już tak próbowałam. Próbowałam leczyć się kawałkami nie docierając do głównej przyczyny, która powoduje rozwalanie mi organizmu po całości. Ni cholery z tego nie wyszło. Leczenie całościowe daje efekty, choć bardzo powolne, co mnie często zniechęca. Ale ja się tak łatwo nie poddaję. ;)
Leczenie ozonem przy tych bakteriach jak również przy problemach z kandydozą przynosi dużą ulgę. Czekam też wciąż na protokół Buhnera (alternatywa dla kuracji protokołami antybiotykowymi)...

[Dodane po edycji:]

Ciekawe jest jeszcze jedno – gdy przebywam w miejscach, gdzie nie ma ciągłego dostępu do tlenu (nawet gdy jest wysprzątane, nie ma starych mebli itd.), albo gdzie są zanieczyszczenia i nie jest go dostatecznie dużo (czyt. miasto) to już po krótkim czasie palą mnie wszystkie błony śluzowe, robi mi się zapalenie migdałków, bolą zatoki, nawet skóra jest taka papierowa, cała wysuszona, pieką mnie oczy i dziwnie się błyszczą, staje mi krążenie czego skutkiem jest m.in. osłabienie sprężystości zwieracza przełyku i dostaję zgagi, na zębach pojawia się warstwa płytki bakteryjnej, podobnie na języku, na migdałkach pojawiają się potem małe ropne czopy, mam dziwne napięcia mięśni, pojawia się migrena okoporaźna, w jamie nosowej i ustnej dziwna wydzielina.
Ewidentnie tlen musi mieć coś z tym wspólnego, bo gdy przebywam w miejscu, gdzie jest do niego dostęp to nawet kurz mi aż tak strasznie nie przeszkadza. A raczej coś, co nie lubi tlenu i silniej atakuje, gdy go nie ma dostatecznie dużo.

[Dodane po edycji:]

Coś Wam pokażę tylko proszę się nie śmiać :P . Tak wyglądają moje plecy po terapii MRT (wyciąganie toksyn z organizmu), pokrywają się one wybroczynami. Dość intrygujące jest to, że gdy usuwam kolejne amalgamaty z zębów po tej terapii jest dużo więcej wybroczyn. Dodam, że normalnie moje plecy są głaciutkie, bez żadnych krost.
Nie masz wystarczających uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego postu.
-asia-
Offline

Re: Żołądek a depresja. Moja smutna historia

przez Zachmurami 24 wrz 2010, 14:48
-asia- współczuję, straszne to jakieś cholerstwo. Trzymaj się! :(
Czy te świnstwa w ogóle reagują na jakieś leczenie?

A o tej terapii pierwszy raz słyszę. Czy taka reakcja jak wybroczyny na plecach to normalny objaw?
Przyznam, że pierwszy raz widzę taki efekt detoksykacji.
Offline
Posty
228
Dołączył(a)
20 gru 2009, 22:12

Re: Żołądek a depresja. Moja smutna historia

przez -asia- 24 wrz 2010, 15:24
Tak tak, to jak najbardziej normalne. To wychodzą toksyny w postaci różnych syfów na skórze. Zabieg MRT to, cytuję: "próżniowy masaż ssący powodujący podciągnięcie do powierzchni skóry krwi obciążonej toksynami i produktami przemiany materii; powstające w ten sposób wybroczyny stymulują układ odpornościowy organizmu."

A te bakterie zagnieżdżają się na dobre w organizmie i go powoli rujnują przy osłabionej odporności, wybija się je głównie (żeby było śmieszniej jeśli chodzi o odporność) wielomiesięczną kuracją protokołami antybiotykowymi. Wiadomo, że nie jest to do końca skuteczne, bo odporność jeszcze bardziej spada, a że bakterie te bardzo łatwo złapać, gdyż przenoszą się one drogą kropelkową to zaczyna się znowu błędne koło tyle, że bakteria ma jeszcze większe pole do popisu i niszczy coraz to nowe partie organizmu. No i nie w każdym przypadku człowiek może wytrzymać takie porcje antybiotyków przez kilka miesięcy. Nie mówiąc już o szczęśliwej candidzie. Niektórzy próbują pozbyć się tych bakterii za pomocą ziół, np. protokołu Buhnera, jest on coraz bardziej powszechny, nie niszczy odporności, a jest skuteczny. Niestety w Polsce niedostępny, trzeba importować. W czasie kuracji zarówno antybiotykami jak i ziołami przez wiele miesięcy co pewien czas występują silne herxy tak jak i przy leczeniu boreliozy – silne zaostrzenia objawów chorobowych.
-asia-
Offline

Re: Żołądek a depresja. Moja smutna historia

przez Zachmurami 24 wrz 2010, 16:30
Aha, czyli działa to trochę na zasadzie stawiania starych, dobrych baniek! :smile: Czytałam, że też wtedy następuje stymulacja odporności, bo przy takich wybroczynach, układ odpornościowy traktuje własne krwinki jak obce byty, namnażają się białe krwinki i wzrasta odporność. Przy okazji organizm podejmuje walkę z innymi 'obcymi'.

Więc jeżeli u Ciebie problemem jest obniżenie odporności, to taka stymulacja jest dobrym pomysłem


Wielomiesięczne kuracje antybiotykowe to chyba jakieś totalne nieporozumienie. Przecież to rozwala cały organizm. Tak przy okazji: zaglądałam kiedyś na forum boreliozy, gdzie stosowane są wielomiesięczne kuracje do leczenia późnej boreliozy niepotwierdzonej przez żadne badania (odradzam zaglądanie tam! mottem tego forum jest chyba: 'Wszyscy mamy boreliozę, Ty również, tylko o tym jeszcze nie wiesz' :twisted: )... i złapałam sie za głowę. Bo dobrze dobrany antybiotyk działa od razu: po 1, 2 dniach - i przez kilka(naście) dni stosuje się go, dla podtrzymania efektu.

Nie wiem, czy ktoś w ogóle wyleczył z choroby stosując abxy przez wiele miesięcy...
Offline
Posty
228
Dołączył(a)
20 gru 2009, 22:12

Re: Żołądek a depresja. Moja smutna historia

przez -asia- 24 wrz 2010, 16:58
Zachmurami napisał(a):Aha, czyli działa to trochę na zasadzie stawiania starych, dobrych baniek! :smile: Czytałam, że też wtedy następuje stymulacja odporności, bo przy takich wybroczynach, układ odpornościowy traktuje własne krwinki jak obce byty, namnażają się białe krwinki i wzrasta odporność. Przy okazji organizm podejmuje walkę z innymi 'obcymi'.

Więc jeżeli u Ciebie problemem jest obniżenie odporności, to taka stymulacja jest dobrym pomysłem


No dokładnie, coś na tej zasadzie. :D

'Wszyscy mamy boreliozę, Ty również, tylko o tym jeszcze nie wiesz' - powaliłaś mnie tym tekstem. :lol: No ja nie pamiętam, żeby mnie kiedykolwiek ugryzł kleszcz, więc boreliozą się nie zajmuję, na szczęście. ;) Ale chlamydia ma niestety bardzo zbliżone objawy do niej. :pirate:
-asia-
Offline

Re: Żołądek a depresja. Moja smutna historia

przez _Pete_ 25 wrz 2010, 01:42
Zachmurami, dobrze słyszeć! Upartość i konsekwencja jak widać się zawsze opłacają. Fajnie, że niedługo będziesz mieć problem z głowy.

Tak to właśnie jest z lekarzami w tym kraju-jak nie przyczołgasz się pod drzwi umierająca to nie chce im się drążyć, dochodzić. Po co? Co ich to obchodzi... Przecież wyglądasz nie tak źle, a podstawowa morfologia wychodzi dobrze więc problem jest w głowie. Mi się wydaje, że w tym kraju za duże pobłażanie panuje wobec takich partaczy, którzy swoimi decyzjami (albo brakiem decyzji, drążenia) już niejednego do grobu wprowadzili. Powinna być większa odpowiedzialność karna, a w tym środowisku panuje duża tendencja do życia w jakimś dziwnym, niekoniecznie dobrym dla pacjenta samouwielbieniu.

I do tego ta dezinformacja-to my pacjenci wiemy więcej o "nowościach", nierzadko edukując Panów lekarzy. Kto w naszym ciemnogrodzie słyszał o problemach z przepuszczalnością jelita, dającą inne choroby w organiźmie?

I ja odczuwam wściekłość i frustrację - 2 lata temu "wyleczono" mnie antybiotykami. Dzisiaj momentami mam ochotę zajrzeć do tego lekarza i strzelić mu w pysk. Rok czasu zajęło mi chodzenie po konowałach i zbieranie kolejnych wyników badań. Położone jedne na drugim, jak skrupulatnie odnotowałem, dają kupkę o wysokości 30 cm. W Wawie znam po kilku lekarzy w zasadzie z większości specjalizacji. W międzyczasie słyszałem, że "problem jest w głowie", ewentualnie moje problemy z funkcjonowaniem to "maska depresji", a psychiatrzy wciskali mi kolejne antydepresanty. W międzyczasie straciłem bardzo dobrze płatną pracę, bo przez problemy związane z otępieniem miałem problemy z rozumieniem co się do mnie mówi i czytaniem ze zrozumieniem. Nienawidzę tego uczucia, gdy ono przychodzi. Ja który byłem kiedyś najlepszym uczniem całej szkoły miewałem/miewam problemy z przyswajaniem prostych rzeczy. Przez ten czas zarzuciłem oglądanie filmów, czytanie książek , było to bez sensu. Gdzieś tam jednak głęboko w środku wierzyłem, że musi być coś co jest odpowiedzialne za ten stan zidiowacenia, a nie tylko depresja/nerwica. Ludzie moi kochani dobrze, że jesteśmy tak uparci!

Obecnie jestem na huśtawce nastrojów. Odstawiłem tydzień temu antydepresanty. Niby słabe, ale coś tam jednak pomagały i maskowały to i owo. Dopiero teraz widzę jak źle momentami się czuję po posiłkach, które mi szkodzą. Wczoraj trafiła mi się kaczka (niby bezglutenowa) specjalnie dla mnie. Odchorowywałem ją pół dnia. Później kolejny błąd - chudy kebab z baraniny. Jeszcze większa depresja i rozdrażnienie.... A tak się łudziłem, że podanie mi tylko mięsa bez sosu z sałatką będzie ok.

Dzisiaj wziąłem xanax sr (zawiera laktozę, przyjąłem go świadomie), bo już nie dawałem rady. Co ciekawe nawet taka durna laktoza wywołała uczucie beznadzieji po 10 minutach od przyjęcia. Dopiero gdy xanax się rozkręcił po 2 h to ślicznie wykilował to uczucie. Nawet taka pierdołowata ilość składnika wywołuje u mnie takie reakcje. Dramat.... To jelito przecieka po prostu jak sito.

Dobrze, że połapałem się w końcu i to dodaje mi sił. Niestety zdrowie idzie w dół przez cały czas zaniechań - od 3 miesięcy systematycznie pojawiają się nierówne momenty bicia serca (głównie po posiłkach). Wczoraj byłem na ekg i wyszło bez rewelacji.

Cóż, jakoś to muszę przejść wszystko nim ustabilizuje dietę i uszczelnię jelito. Nie dajmy się, wyjdziemy z tego! Musimy mieć nadzieję!
_Pete_
Offline

Re: Żołądek a depresja. Moja smutna historia

przez -asia- 25 wrz 2010, 07:23
_Pete_, no ja też mam po posiłkach nierówne bicia serca. :shock: Myślałam, że może to być u mnie w jakiś sposób związane z niedomykalnością zwieracza przełyku, co stwierdzono mi w gastroskopii (może cofanie się jedzenia po posiłku daje takie wrażenie? Już nie mam pomysłu. Tak mi powiedział gastrolog - że sporo dolegliwości może być od tej wady. Leczenie - operacyjne. :pirate: ). A Ty miałeś robioną gastroskopię? Ja się mam zgłosić jesienią na kolejną, żeby skontrolować czy ta nieszczelność się nie powiększa, ale jakoś mi nie po drodze... :roll:
We wtorek mam echo serca. Jako małe dziecko miałam robione, wyszło mi wypadanie płatka zastawki mitralnej serca i oczywiście potem już mnie nie badano, uznano, że niektórzy ludzie tak mają i tyle. Bo i w sumie to prawda, tyle, że ta wada wadzie nierówna. Od dzieciństwa bardzo szybko się męczyłam, nie mogłam biegać, musiałam mieć zwolnienie z wuefu, bo przy nawet niewielkim wysiłku zaraz piekło mnie w klatce, miałam nierówne bicia i walenie serca jakby mi miało zaraz wyskoczyć, robiło mi się słabo. Z roku na rok dolegliwości coraz silniejsze. W końcu postanowiłam to znowu sprawdzić, dokładniej, w dobrej przychodni.

[Dodane po edycji:]

Piszesz bardzo często o złym samopoczuciu po mięsie. Może odstaw je na tydzień i zobacz jak będziesz się czuć? Zamiast tego jedz np. ryby. I dużo kasz (gryczana, jaglana). Warzywa podgotowane.
Ja mięso ogólnie kiepsko trawię, szkodzi mi. Jedynie po swoim drobiu (kurczak, indyk) jest ok.

[Dodane po edycji:]

Próbowaliście kiedyś mleka ryżowego? Ja wczoraj piłam i stwierdzam, że jest pyyyyyszne!!! :mrgreen: I mogę je spokojnie pić, jako dodatek do kawy też jest super. Mój repertuar żywieniowy coraz bardziej się rozszerza. :D :yeah:
-asia-
Offline

Re: Żołądek a depresja. Moja smutna historia

przez Zachmurami 26 wrz 2010, 13:02
No tak. Z badaniami to jest tak, że nie każdy potrafi je odczytać właściwie. Ja też mam pełną teczkę. Tyle, że u mnie nie wszystkie idealne (vide: rtg klatki piersiowej sprzed roku, USG z dużą ilością gazów) - mądre głowy nie wyciagnęły żadnych wniosków i bujałam się z tym przez wiele miesięcy.
I tak, większości lekarzy nawet tych, przyjmujących prywatnie tez się, najnormalniej w świecie, nie chce. :( Przykre!
Myślą schematami zerojedynkowymi. Po co robić np. tomografię jamy brzusznej, skoro parametry watroby i trzustki w normie? Jeżeli przeciętna wizyta u specjalisty trwa 15 minut, z tego 5 minut lekarz przegląda dotychczasowe badania (a w przypadku dużej ilości tychże, pewnie i nie zdąży) - kolejne 5 minut wypisuje recepty, to ile zostaje czasu na wymyślenie czegoś nowego? Pięć minut max?! No to mamy odpowiedź: system jest do bani i tyle! :evil: Nie motywuje lekarzy, nie poczuwają sie do odpowiedzialności. No bo co oni biedni mogą zrobić w ciągu tak krótkiego czasu?
A poza tym, trzeba być geniuszem, by w ciągu tych 5 minut wpaść na coś mądrego.
No i suma summarum jesteśmy ofiarami tego genialnego systemu. A psychiatrom przybywa pacjentów odsyłanych przez bezradnych specjalistów od wizyt -pętnastominutówek.

-asia - ma dobry pomysł z tym niejedzeniem baraniny itp.
_Pete_ ja namawiałabym Cię na niejedzenie mięsa w ogóle. ;) Może faktycznie, ryby, jeżeli musisz?

Też biorę antydepresant, Mirzaten (1/4 tabletki, więc dawka poniżej terapeutycznej). Dzięki temu odpływam i zasypiam, nawet taka ilość przymula równiuteńko. Nie odstawię na razie, boję się, że nie dam rady... po tych kilkunastu miesiącach bezskutecznego leczenia moje nerwy są w proszku i bezsenność mam jak w banku. Muszę jakoś funkcjonowac, pracować, mieć siłę na to, żeby sie wyleczyć.

Pociesza mnie to, że już nie patrzą na mnie jak na symulatnkę. Bezcenne, prawda? tylko ile to mnie kosztowało, ech...marna to pociecha
Offline
Posty
228
Dołączył(a)
20 gru 2009, 22:12

Re: Żołądek a depresja. Moja smutna historia

przez martinita 26 wrz 2010, 19:38
Zachmurami napisał(a):Pociesza mnie to, że już nie patrzą na mnie jak na symulatnkę. Bezcenne, prawda? tylko ile to mnie kosztowało, ech...marna to pociecha


na mnie wciąż patrzą jak na dziwadło. 'dostała Pani leki? to powinno przestać boleć!" "znowu biegunka?to niech Pani dalej je marchewkę z ryżem i zapycha się stoperanem!"

po wszystkich loperamidach,stoperanach itp jest mi wciąż niedobrze, chodzę jak w 6tym miesiącu ciąży. od stycznia ciągnie się za mną biegunka. teraz zaczynam studia i po prostu trzęsę się ze strachu co będzie, gdy w ciszy będę siedzieć z ludźmi w jednej sali i mój żołądek będzie dawał 'koncert'.. na poprzednim kierunku tak się ciągle kompromitowałam wychodzeniem z zajęć,wykładów, wszystkich imprez.. że w końcu je rzuciłam. i teraz ryczę, że i tu będzie tak samo. mam dopiero 20 lat,a czuję się jak staruszka.
never a failure, always a lesson.
Offline
Posty
18
Dołączył(a)
22 cze 2010, 00:23
Lokalizacja
Szczecin

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 19 gości

Przeskocz do