czy ludzie lubią ludzi z depresją ?

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

czy ludzie lubią ludzi z depresją ?

przez mmBB 01 sie 2010, 16:02
Witam,

Jest to mój pierwsz post. Na forum trafiłam przypadkiem, szukałam miejsca, gdzie można opisać swój problem i gdzie znajdą się osoby chętne by mi pomóc.

Przez kilka lat cierpiałam na depresję przez co zawaliłam szkołę, pracę, życie osobiste.
Całe szczęście otrzymałam darmową pomoc terapeutyczną i wyszłam na prostą.
Od dłuższego czasu jestem naprawdę szczęśliwa i odkrywam siebie. Mam odwagę być sobą i udowadniać, że mogę dokonać wszystkiego tego, czego nie mogłam dokonać podczas choroby.
Jednakże moim problemem jest samotność.
Moja depresja była podzielona na dwa etapy:
-pierwszy, kiedy już zaczęłam się psuć od środka, ale jednak na wierzchu zatrzymałam pozory normalności stając się nad wyraz potulna, miła i uczynna
- drugi, kiedy zamknęłam się w domu i przestałam się odzywać do kogokolwiek
W pierwszym okresie mojej choroby zawiązałam wiele "przyjaźni". Ludzie mnie uwielbiali, interesowali się mną, zapraszali mnie w różne miejsca, a przede wszystkim zawsze o mnie pamiętali. Było to dla mnie czymś strasznym, ponieważ wciąż i wciąż musiałam się wykręcać, ponieważ nie miałam ochoty nigdzie wychodzić. W dodatku nigdy nie byłam sobą. Nie wyjawiałam przed nikim swoich osądów, chociaż wewnątrz byłam krytyczna jak każdy normalny człowiek.
W końcu coś pękło i zerwałam z wszystkim. Z całą przeszłością. Przez jakiś czas ludzie mnie szukali. Był to długi czas. Wciąż usiłowali się ze mną skontaktować, telefon nie przestawał dzwonić. Z upływem czasu telefonów było coraz mniej i mniej, a teraz nie ma ich wcale. Dawni znajomi przestali dzwonić, bo nie wiedzieli nic o depresji i po prostu poczuli się urażeni, że ich ignoruję. Nowych znajomości nie nawiązałam. Z początku nie nawiązałam żadnej znajomości, bo po prostu jeszcze byłam chora. Natomiast teraz... I tutaj właśnie jest problem. Teraz czuję, że jestem gotowa by nawiązywać nowe znajomości, by być blisko ludzi.
Wyszłam z założenia, że nie będę odkopywała przeszłości, bo to byłoby dla mnie zbyt trudne. Nawet jeśli kiedyś się na to zdecyduję to nie teraz. Dlatego też nie dzwonię do moich dawnych znajomych.
Jednak kilkoro spotkałam przez przypadek ... I okazało się, że już nie patrzą na mnie tak jak kiedyś... Nie widzą tej niewinnej dziewczynki, którą zapamiętali i po jednym spotkaniu urywa nam się kontakt. Kiedyś te same osoby potrafiły wydzwaniać do mnie kilka razy dziennie, a teraz ... po prostu nic, cisza. Mogłabym wymienić naprawdę wiele przykałów. Dwa najbardziej jaskrawe to przykłady dwóch chłopców, którzy zakochali się we mnie, kiedy byłam w depresji, a po wszytkim po prostu zobaczyłam w ich oczach, że niczego już do mnie nie czuję- tak po prostu!
Pozostaje też temat nowych znajomości. Staram się jak mogę nawiązywać nowe znajomości, ale.. nie wychodzi. Rozmawiam, ludzie mnie lubią, śmiejemy się, ale to np. w pracy. Po pracy każdy ma swoje życie pełne przyjaciół i swoich spraw i już nikt do mnie nie dzwoni, nikt mnie nigdzie nie zaprasza. Kiedy ja wychodzę z inicjatywą najczęściej kończy się na tylu spotkaniach ile ja zainicjuję, ale czuć, że brak "tego czegoś" i brak odpowiedzi i brak zaangażowania ze strony drugiej osoby.
Boję się, ponieważ naprawdę nie rozumiem tego co się stało... Kiedy przypomnę sobie siebie widzę fałszywą szarą myszkę, która potrafiła nienawidzić osób, którym mówiła tysiące miłych rzeczy. Natomiast w oczach moich dawnych znajomych widzę tęsknotę do tego co było i do mojej osoby.
Teraz kiedy w końcu potrafię się śmiać i być szczęśliwa, szczerze szczęśliwa nie mogę zawiązać żadnej owocnej relacji ...
I jasne, nie uważam się za osobę idealną. Ja po prostu myślałam, że właśnie na tym to polega, że wystarczy chcieć, wystarczy szczerze troszczyć się o innych by nawiązywać z nimi relacje i kompromisy i że prawdziwe przyjaźnie nie polegają na ocenianiu ...

Bardzo prosiłabym o Waszą pomoc. Byłoby cudownie, gdzyby okazało się, że ktoś miał/ma podobny problem i chciałby się tym podzielić.

pozdrawiam i z góry dziękuję

Marta
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
01 sie 2010, 15:33

Re: czy ludzie lubią ludzi z depresją ?

Avatar użytkownika
przez TheGrengolada 01 sie 2010, 16:27
Ze mną jest podobnie. Tyle, że ja po okresie izolacji próbowałam odzyskać stare znajomości, ale okazało się, że nie ma czego odzyskiwać. Pamiętam, że miałam okres w życiu, kiedy byłam bardzo nakręcona, lgnęłam do ludzi i lubiłam przebywać z nimi, ale coś się we mnie wypaliło, tak jak to napisałaś, ja też zaczęłam się psuć od środka. Utrzymywałam oczywiście pozory normalności, które były dla mnie mordęgą. Potem nastąpił okres izolacji, ale nagle - coś się stało i poczułam się lepiej. Byłam wtedy w stanie zmierzyć się z przeszłością, a właściwie ratować ją. Ale kiedy okazało się, że tam już nikt na mnie nie czeka, że z powodu mojego dziwnego zachowania jestem postrzegana jako ktoś inny, zaczął się kolejny ciężki okres dla mojej psychiki.
Nie wiem, czy da się jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy ludzie lubią ludzi z depresją. Na pewno mądry i wrażliwy człowiek nie będzie brał pod uwagę Twojej przeszłości, będzie Cię cenił za to, jaka teraz jesteś, za siłę, którą masz w sobie i która pomogła Ci wyjść z depresji, na pewno nie nazwie Cię ,,psycholem". O resztę chyba nie warto się martwić, warto otaczać się tylko tymi mądrymi znajomymi. Sama nie jestem gotowa na rozpoczęcie takich poszukiwań, trochę mnie szczerze mówiąc zmartwił Twój post, bo nasunęła mi się myśl, że dla ludzi po depresji nie ma już powrotu do normalności. Ale często słyszę, że życie to ciągłe szukanie, może tak jest i w Twoim przypadku, może nie napotkałaś jeszcze na wartościowych ludzi.
Optymistycznej konkluzji wysnuć nie umiem, w każdym razie chciałabym Ci powiedzieć, że nie jesteś sama z takimi emocjami, jak opisałaś powyżej.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
535
Dołączył(a)
28 maja 2010, 22:52
Lokalizacja
Warszawa

Re: czy ludzie lubią ludzi z depresją ?

przez mmBB 02 sie 2010, 13:55
dokładnie tak - ludzie, którzy byli mi wtedy "bliscy" uznali, że zachowuję się dziwnie, jestem "inna". Mam wrażanie, że nie ma od tego odwrotu. W momencie, kiedy widzą cię już osobą "normalną", chyba wyobrażają sobie, że grasz im na nosie, że coś udajesz, że chcesz im coś zademonstrować...
Ale wiesz TheGrengolada, nie jestem pewna czy wzięłaś pod uwagę kontekst w jakim zdawałam pytanie "czy ludzie lubią ludzi z depresję?". Bo mi chodziło o ten moment, kiedy zaczynasz psuć się od środka, ale jeszcze jesteś wśród ludzi. Bo mi się wydaje, że wielu ludzi z depresją zaczyna się zmagać z wieloma kompleksami "ja nie dam rady", "jestem gorsza", "nie mam siły" , a przez to zaczynają właśnie jakby podporządkowywać się "silniejszym" i za to są lubiani. Ale będąc w depresji nigdy nie jesteś do końca sobą chyba ...

Wiesz ja też mam mało optymistyczne spojrzenie na "wychodzenie z depresji". Tak prawdę mówiąc to mam wrażenie, że z depresją się urodziłam, na depresję zapadłam, z depresji wyszłam i dalej z depresją żyję. Zawsze czułam się trochę inna, trochę bardziej "problematyczna". Nawet jeśli mówię, że jestem szczęśliwa to w podświadomości mam wrażenie, że to tylko przemawia przeze mnie ta duma, że stawiam czoła rzeczywistości, ale czy to prawdziwe szczęście zrodzone z emocji i z serca kiedyś przyjdzie- nie wiem.

Bardzo Ci dziękuję za Twojego posta, właśnie tego oczekiwałam logując się tutaj.
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
01 sie 2010, 15:33

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: czy ludzie lubią ludzi z depresją ?

przez Stary Góral 02 sie 2010, 14:34
Ludzie generalnie nie lubią ludzi z depresją bo opowiadają cały czas smutne rzeczy,zamartwiaja sie wszystkim.Mogą miec jakies tam minimalne moze wspułczucie ale co mi z tego ich wspułczucia skoro niechca mi pomuc.Jak przestane miec problemy,zaczne sie ładnie ubierac,smiac itp to wtedy dopiero beda mnie lubic.Tacy juz są ludzie ze generalnie lgną do silniejszych a nie do słabszych
Stary Góral
Offline

Re: czy ludzie lubią ludzi z depresją ?

Avatar użytkownika
przez TheGrengolada 02 sie 2010, 17:07
mmBB napisał(a):Ale wiesz TheGrengolada, nie jestem pewna czy wzięłaś pod uwagę kontekst w jakim zdawałam pytanie "czy ludzie lubią ludzi z depresję?". Bo mi chodziło o ten moment, kiedy zaczynasz psuć się od środka, ale jeszcze jesteś wśród ludzi. Bo mi się wydaje, że wielu ludzi z depresją zaczyna się zmagać z wieloma kompleksami "ja nie dam rady", "jestem gorsza", "nie mam siły" , a przez to zaczynają właśnie jakby podporządkowywać się "silniejszym" i za to są lubiani. Ale będąc w depresji nigdy nie jesteś do końca sobą chyba ...


Ah, już rozumiem, o co Ci chodzi. Wydaje mi się, że to jest kwestia indywidualna. Może i tak się dzieje z powodu kompleksów, że ludzie stają się bardziej ugodowi, a może po prostu cały świat obojętnieje dla człowieka w depresji i dlatego nie ma ochoty postawić na swoim. U mnie to akurat było inaczej - z natury jestem uparta i lubię stawiać na swoim, a w takich momentach to się nasilało. Jeśli nie dostałam, czego chciałam to stawałam się trudna do wytrzymania, zwłaszcza tak się działo, jeśli chodziło o kontakty ludźmi, których znałam dłuższy czas. Ale w innych przypadkach byłam dość ugodowa, może i dlatego zyskałam sobie sympatię u niektórych nowopoznanych osób. Nie wiem generalnie, czy ludzie z depresją są lubiani: przynajmniej ja w obecnej chwili nie umiem być zabawna, towarzyska, nie umiem postrzymywać rozmów, więc tym samym zniechęcam do siebie. Zauważyłam, że opuściła mnie jakakolwiek empatia dawno temu, co w czasach, gdy jeszcze przebywałam z ludźmi, mogło sprawiać wrażenie, że jestem zimna, albo nie obchodzą mnie czyjeś sprawy.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
535
Dołączył(a)
28 maja 2010, 22:52
Lokalizacja
Warszawa

Re: czy ludzie lubią ludzi z depresją ?

przez PrzyStań 02 sie 2010, 20:53
Cześć i mnie również dopadła ta niefajna choroba - depresja, na maxa w lutym tego roku. Jednak początki sięgają trochę wcześniejszego okresu mojego życia. Swego czasu Nervosol wystarczał, potem Afobam, aż w końcu wszystko przestało działać a ja spadałam coraz szybciej i głębiej w otchłań, której nie znałam ani nie rozumiałam. Piłam i to dużo, aby ukoić się, zasnąć , nie czuć ... Emocje jakie temu towarzyszyły były tak silne że bałam się iść do pracy (to ona była głównym powodem tej choroby), bałam się odprowadzać dziecko do przedszkola, odwróciłam się od męża i rodziny. Nie chciałam pokazać, że jest coś nie tak ze mną i reagowałam na wszystko złością. A może byłam zbyt dumna, aby pokazać że właśnie ja się łamię jak krucha gałąź na wietrze. Końcem stycznia nie mogłam spać,ani jeść. ( Do tej pory schudłam już chyba z 7 kg, bo z rozm. 40/42 wchodzę w 36/38.) Początkiem lutego nie miałam siły podnieść się z łóżka. Wylądowałam u prywatnego psychiatry i od lutego do kwietnia przyjmowałam leki, które totalnie mi nie pomagały. W końcu odważyłam się odezwać do znajomej, która pomogła mi znaleźć mi PZP i Fundacje. Psycholożka z Fundacji i lekarz z PZP pomagali, ale kontrole z ZUS skutecznie pogarszały mój stan. W końcu w czerwcu dojrzałam do decyzji, że żaden lekarz orzecznik ZUS nie będzie rządził moim stanem zdrowia. Poszłam do pracodawcy i powiedziałam ze muszę (właściwie to też chciałam) wrócić do pracy, mimo że nie czuje się ok, bo potrzebuje spotkań z psychologiem. Nie wspomniałam, że na noc przyjmuję leki i doraźnie jak sobie nie radzę ( mam wadę serca i stres siada najpierw na moim serduchu). Szef wręczył mi wypowiedzenie. Poczułam się niepotrzebna, poświeciłam tak wiele tej firmie, żyłam jej życiem i tak doprowadziłam się do wypalenia zawodowego w wieku niespełna 30 lat. Byłam wściekła, płakałam. Ale jak opuściłam, z pudełkiem pełnym moich osobistych rzeczy, siedzibę mojej firmy, poczułam ulgę, jakbym uwolniła się z kajdanek, które pozwoliłam sobie założyć, a które do bólu uwierały. Od 1 sierpnia jestem bezrobotna, poszukująca pracy. Będąc na wypowiedzeniu, popadałam ze skrajności w skrajność, od radosnej euforii, że teraz będzie tylko dobrze aż do tego, że jednak będzie beznadziejnie, śmiałam się i płakałam na przemian. Chodziłam i nadal chodzę na rozmowy kwalifikacyjne i albo słyszałam/słyszę, że mam za wysokie kwalifikacje albo zatrudnili kogoś z lepszymi i bardziej odpowiadającymi im wymaganiami. Czegoś tu nie rozumiałam i dotąd pojąć nie mogę, pytam co jest nie tak z moimi rozmowami lub testami, ale potencjalni pracodawcy nie bardzo chcą mi udzielić odpowiedzi. Jest też tak, że stres odbiera mi rozum, jak mam w ciągu 20 min odpowiedzieć na 30 pytań. Trzymam się pewnego cytatu jak mantry "wiara czyni cuda, a nadzieja umiera ostatnia". Na spacery, kawę, lody nie chodzę, bo nie mam z kim. Smutne. Jeśli kupuje sobie gyrosa lub pizze to biorę na wynos i biegiem do domu, chyba się boje, że ktoś zobaczy we mnie coś czego nie chciałabym pokazać - desperacji, strachu. Przyodziewam maskę, tak jest mi łatwiej, ale niekoniecznie dobrze na tym wychodzę w kontaktach międzyludzkich - już to wiem. Pora to zmienić i próbuję, z różnym skutkiem. Cześć wam i mnie również dopadła ta niefajna choroba - depresja, na maxa w lutym tego roku. Jednak początki sięgają trochę wcześniejszego okresu mojego życia. Swego czasu Nervosol wystarczał, potem Afobam, aż w końcu wszystko przestało działać a ja spadałam coraz szybciej i głębiej w otchłań, której nie znałam ani nie rozumiałam. Piłam i to dużo, aby ukoić się, zasnąć , nie czuć ... Emocje jakie temu towarzyszyły były tak silne że bałam się iść do pracy (to ona była głównym powodem tej choroby), bałam się odprowadzać dziecko do przedszkola, odwróciłam się od męża i rodziny. Nie chciałam pokazać, że jest coś nie tak ze mną i reagowałam na wszystko złością. A może byłam zbyt dumna, aby pokazać że właśnie ja się łamię jak krucha gałąź na wietrze. Końcem stycznia nie mogłam spać,ani jeść. ( Do tej pory schudłam już chyba z 7 kg, bo z rozm. 40/42 wchodzę w 36/38.) Początkiem lutego nie miałam siły podnieść się z łóżka. Wylądowałam u prywatnego psychiatry i od lutego do kwietnia przyjmowałam leki, które totalnie mi nie pomagały. W końcu odważyłam się odezwać do znajomej, która pomogła mi znaleźć mi PZP i Fundacje. Psycholożka z Fundacji i lekarz z PZP pomagali, ale kontrole z ZUS skutecznie pogarszały mój stan. W końcu w czerwcu dojrzałam do decyzji, że żaden lekarz orzecznik ZUS nie będzie rządził moim stanem zdrowia. Poszłam do pracodawcy i powiedziałam ze muszę (właściwie to też chciałam) wrócić do pracy, mimo że nie czuje się ok, bo potrzebuje spotkań z psychologiem. Nie wspomniałam, że na noc przyjmuję leki i doraźnie jak sobie nie radzę ( mam wadę serca i stres siada najpierw na moim serduchu). Szef wręczył mi wypowiedzenie. Poczułam się niepotrzebna, poświeciłam tak wiele tej firmie, żyłam jej życiem i tak doprowadziłam się do wypalenia zawodowego w wieku niespełna 30 lat. Byłam wściekła, płakałam. Ale jak opuściłam, z pudełkiem pełnym moich osobistych rzeczy, siedzibę mojej firmy, poczułam ulgę, jakbym uwolniła się z kajdanek, które pozwoliłam sobie założyć, a które do bólu uwierały. Od 1 sierpnia jestem bezrobotna, poszukująca pracy. Będąc na wypowiedzeniu, popadałam ze skrajności w skrajność, od radosnej euforii, że teraz będzie tylko dobrze aż do tego, że jednak będzie beznadziejnie, śmiałam się i płakałam na przemian. Chodziłam i nadal chodzę na rozmowy kwalifikacyjne i albo słyszałam/słyszę, że mam za wysokie kwalifikacje albo zatrudnili kogoś z lepszymi i bardziej odpowiadającymi im wymaganiami. Czegoś tu nie rozumiałam i dotąd pojąć nie mogę, pytam co jest nie tak z moimi rozmowami lub testami, ale potencjalni pracodawcy nie bardzo chcą mi udzielić odpowiedzi. Jest też tak, że stres odbiera mi rozum, jak mam w ciągu 20 min odpowiedzieć na 30 pytań. Trzymam się pewnego cytatu jak mantry "wiara czyni cuda, a nadzieja umiera ostatnia". Na spacery, kawę, lody nie chodzę, bo nie mam z kim. Smutne. Jeśli kupuje sobie gyrosa lub pizze to biorę na wynos i biegiem do domu, chyba się boje, że ktoś zobaczy we mnie coś czego nie chciałabym pokazać - desperacji, strachu. Przyodziewam maskę, tak jest mi łatwiej, ale niekoniecznie dobrze na tym wychodzę w kontaktach międzyludzkich - już to wiem. Pora to zmienić i próbuję, z różnym skutkiem. Rodzina zajęła się córką, abym sobie poukładała wszystko od nowa. Mąż wziął delegacje aby nas utrzymać. Samotność i tęsknota za bliskimi dokucza mi. Przyjaciel z chwilę wyjedzie na wakacje, siostra tyra i nie ma za bardzo czasu dla mnie. Nie jest łatwo. Ale w końcu znajdę sposób na swoje życie, a zdrowie będę ceniła najwyżej :) pozdrawiam Rodzina zajęła się córką, abym sobie poukładała wszystko od nowa. Mąż wziął delegacje aby nas utrzymać. Samotność i tęsknota za bliskimi dokucza mi. Jedyny Przyjaciel za chwilę wyjedzie na wakacje z rodzinąCześć wam i mnie również dopadła ta niefajna choroba - depresja, na maxa w lutym tego roku. Jednak początki sięgają trochę wcześniejszego okresu mojego życia. Swego czasu Nervosol wystarczał, potem Afobam, aż w końcu wszystko przestało działać a ja spadałam coraz szybciej i głębiej w otchłań, której nie znałam ani nie rozumiałam. Piłam i to dużo, aby ukoić się, zasnąć , nie czuć ... Emocje jakie temu towarzyszyły były tak silne że bałam się iść do pracy (to ona była głównym powodem tej choroby), bałam się odprowadzać dziecko do przedszkola, odwróciłam się od męża i rodziny. Nie chciałam pokazać, że jest coś nie tak ze mną i reagowałam na wszystko złością. A może byłam zbyt dumna, aby pokazać że właśnie ja się łamię jak krucha gałąź na wietrze. Końcem stycznia nie mogłam spać,ani jeść. ( Do tej pory schudłam już chyba z 7 kg, bo z rozm. 40/42 wchodzę w 36/38.) Początkiem lutego nie miałam siły podnieść się z łóżka. Wylądowałam u prywatnego psychiatry i od lutego do kwietnia przyjmowałam leki, które totalnie mi nie pomagały. W końcu odważyłam się odezwać do znajomej, która pomogła mi znaleźć mi PZP i Fundacje. Psycholożka z Fundacji i lekarz z PZP pomagali, ale kontrole z ZUS skutecznie pogarszały mój stan. W końcu w czerwcu dojrzałam do decyzji, że żaden lekarz orzecznik ZUS nie będzie rządził moim stanem zdrowia. Poszłam do pracodawcy i powiedziałam ze muszę (właściwie to też chciałam) wrócić do pracy, mimo że nie czuje się ok, bo potrzebuje spotkań z psychologiem. Nie wspomniałam, że na noc przyjmuję leki i doraźnie jak sobie nie radzę ( mam wadę serca i stres siada najpierw na moim serduchu). Szef wręczył mi wypowiedzenie. Poczułam się niepotrzebna, poświeciłam tak wiele tej firmie, żyłam jej życiem i tak doprowadziłam się do wypalenia zawodowego w wieku niespełna 30 lat. Byłam wściekła, płakałam. Ale jak opuściłam, z pudełkiem pełnym moich osobistych rzeczy, siedzibę mojej firmy, poczułam ulgę, jakbym uwolniła się z kajdanek, które pozwoliłam sobie założyć, a które do bólu uwierały. Od 1 sierpnia jestem bezrobotna, poszukująca pracy. Będąc na wypowiedzeniu, popadałam ze skrajności w skrajność, od radosnej euforii, że teraz będzie tylko dobrze aż do tego, że jednak będzie beznadziejnie, śmiałam się i płakałam na przemian. Chodziłam i nadal chodzę na rozmowy kwalifikacyjne i albo słyszałam/słyszę, że mam za wysokie kwalifikacje albo zatrudnili kogoś z lepszymi i bardziej odpowiadającymi im wymaganiami. Czegoś tu nie rozumiałam i dotąd pojąć nie mogę, pytam co jest nie tak z moimi rozmowami lub testami, ale potencjalni pracodawcy nie bardzo chcą mi udzielić odpowiedzi. Jest też tak, że stres odbiera mi rozum, jak mam w ciągu 20 min odpowiedzieć na 30 pytań. Trzymam się pewnego cytatu jak mantry "wiara czyni cuda, a nadzieja umiera ostatnia". Na spacery, kawę, lody nie chodzę, bo nie mam z kim. Smutne. Jeśli kupuje sobie gyrosa lub pizze to biorę na wynos i biegiem do domu, chyba się boje, że ktoś zobaczy we mnie coś czego nie chciałabym pokazać - desperacji, strachu. Przyodziewam maskę, tak jest mi łatwiej, ale niekoniecznie dobrze na tym wychodzę w kontaktach międzyludzkich - już to wiem. Pora to zmienić i próbuję, z różnym skutkiem. Rodzina zajęła się córką, abym sobie poukładała wszystko od nowa. Mąż wziął delegacje aby nas utrzymać. Samotność i tęsknota za bliskimi dokucza mi. Nadmienię ze przeniosłam się do obecnego miasta blisko 2 lata temu. Jedyny Przyjaciel za chwilę wyjedzie na wakacje, siostra tyra i nie ma za bardzo czasu dla mnie. Nie jest łatwo. Ale w końcu znajdę sposób na swoje życie, na prawdziwych przyjaciół, a zdrowie będę ceniła najwyżej :) ps. a może zrobimy zlot :) ???

[Dodane po edycji:]

się mi trochę kilkakrotnie powieliło
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
02 sie 2010, 19:13
Lokalizacja
Wrocław

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 16 gości

Przeskocz do