nieświadomie wyhodowana obojętność..

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

nieświadomie wyhodowana obojętność..

przez Songo Dys 28 lip 2010, 21:20
hej, chciałbym was zapytać co sądzicie o mojej sytuacji.. proszę, przebrnijcie jakoś do końca!!

5 lat temu moja Mama, w celach zarobkowych, wyleciała do Stanów. Pracowała na działkę, którą razem z ojcem kupili tuż przed wylotem. Było jej wielkim marzeniem znów zamieszkać w domu po 15 latach kiszenia się w osiedlowym bloku. Zostawiła Polskę w świetnym stanie, tzn. kontakty z najbliższą rodziną mieliśmy bardzo dobre, każde wakacje spędzałem po pare dni u nich, dorastałem z moimi 4 kuzynkami w wiejskim otoczeniu za dnia i wśród wesołych wieczornych grilli z całą rodziną. W szkole (podstawówka) wszystko mi wychodziło, miałem bardzo dobre oceny, kopałem w piłkę z niezłym skutkiem ;) Jedyne co mi przeszkadzało to nieśmiałość wobec dziewczyn ale mimo to wiedziałem, że podobam się niejednej co mnie zawsze pocieszało. W gimnazjum nastąpiła eksplozja MNIE (tzn. dopiero teraz to zauważam). Wierzcie lub nie, ale byłem prawdziwym zwycięzcą, wszystko przychodziło mi z ogromną łatwością, kontakty z ludźmi, nauka.. Byłem indywidualistą odnoszącym sukcesy, nie porywałem tłumów poczuciem humoru ani żartami czy inteligentnymi rozmowami z nauczycielem ale solidnością i pracowitością co rok wychodziłem ze średnią 5.0. Mieliśmy paczkę, osoby które lubią się uczyć ale w kontaktach z ziomkami-podpalaczmi kiblów nie miałem problemów a co więcej czuli do mnie respekt, głównie za to co widzieli na wfach. Czujecie o co mi chodzi? I oczywiście miałem dziewczynę, z którą stawiałem pierwsze miłosne i łóżkowe kroki ;) no po prostu czułem, że jestem jakoś tak krok przed innymi ludźmi co dawało mi ogromną satysfakcję i MOTYWACJĘ!

Wszystko zmieniło się po wylocie.. To była 3 gimnazjum. Strasznie dużo pisania więc w skrócie to ojciec dorwał sobie jakąś kobietę na boku. Nie, nigdy go nie przyłapałem ale wiedziałem że ma. A co najgorsze, nie zrobiłem z tym nic o co do dzisiaj mam do siebie pretensje!! Wiem że dziecko zawsze bierze winę na siebie ale mi nie chodzi o to, że czuję iz mogłem temu zaradzić. Chodiz o to, że wiedząc o poczynaniach ojca nawet nie przyszła mi do głowy myśl o sprzeciwieniu się temu.. Zamknięty w swoim idealnym perfekcyjnym świecie, gdzie wszystko mi wychodziło, nawet nie dopuściłem myśli by pakować się w rozwiązywanie problemu.. Ojciec bywał rzadko w domu, czasem nawet cały tydzień go nie było i od rana do popołudnia wpadał do nas dziadek. Doszło do tego, że gdy mama dzwoniła i pytała czemu ojciec jest jakiś dziwny, kryłem go mówiąc że jest zmęczony. Czujecie?! Ojciec kłamie, ja kłamię - mama słucha, no totalne nieporozumienie..

No i co jest chyba sednem tej historii - przez luz jaki mi wystosował ojciec, zupełnie się zmieniłem. Przez to że dobrze gram w piłkę, zacząłem spędzać więcej czasu z ziomkami na osiedlu. To były już czasy liceum. Aha, w gimnazjum zerwałem z dziewczyna bo doszedłem do wniosku, że jest gruba :shock: (czyzby gimnazjum zrodzilo we mnie wielkie ego..?) W szkole średniej nie miałem problemów z nauką, średnia 4.0 i ogólnie byłem z siebie zadowolony. Nie zauważyłem tylko, jak bardzo się staje obojętny na życie dookoła.. Codzień wracałem do domu pełnego pustki i ciszy.. zero rozmów, kontaktu z bratem czy ojcem, w końcu przestały mnie zupełnie obchodzić również kontakty w szkole.. Jednak nauczyłem się zakładać maski, udawać że wszystko jest w porządku, że nie mam problemu kiedy tak naprawdę go miałem i uderzał mnie prosto w serce a ja nauczyłem się tłumić emocje i wyblakłem doszczętnie. Na zewnątrz niby wszystko w porządku, jednak w środku labirynt wytłumionych uczuć. Dodatkowo zacząłem palić marihuanę co mnie do końca otępiło, zwłaszcza że była to dla mnie jedyna pozytywna chwila dnia, chyba niejako się wtedy uzależniłem.. Kumple zawsze mieli z tego uciechę a ja się tylko dostosowywałem, udawałem dobry humor na przekór własnym uczuciom, które powoli zanikały. Zacząłem wagarować bo przestałe widzieć sens w chodzeniu do szkoły, brak sensu w kontaktach z rówieśnikami, brak sensu w czymkolwiek. Jedynie piłka nożna sprawiała mi przyjemność, ale w klubie, jak na złośc, drugim trenerem został mój ojciec. Nawet nie wiecie jak trudne to było.. Koledzy z boiska zawsze myśleli że mam dobry kontakt z ojcem, zwłaszcza że go lubili. A JA GO MIAŁEM W DUPIE!! Moje odzywki do niego traktowali jako zarty i ja sam przekonywalem ich ze tak jest. A tak naprawde to moje kontakty z nimi tez mnie zaczynaly przestawac obchodzic.. Mimo że miałem kumpli w szkole, na osiedlu, na boisku to czułem się jak odludek, bez jakiejkolwiek motywacji

W koncu sie przelamalem i powiedzialem mamie (po 2 latach!) że ojciec ma tu kogos i zdecydowala wrocic, zwlaszcza ze rozmawiajac z nia ryczalem jak dziecko siedzac na balkonie w zimowy wieczor. Myslalem ze: albo beda ze soba, albo nie beda ze soba. Tego co jest posrodku, nie przewidzialem. Klotnie, awantury, ojciec nigdy nie chcial sie tlumaczyc z roznych dziwnych rachunkow ktore mama znajdowala, wychodizl z domu, wracal, mama mu przebaczala bo sama nie wiedziala co zrobic. Czesto mu wyrzucala argument "dzieci" - czyli ja i moj brat. Mimo ze to slyszalem z sasiedniego pokoju, nigdy sie nie wtracalem, bylem dalej obojetny, byle to sie skonczylo i nastala błoooga cisza.. wiedziałem że owa cisza jest krotkotrwala i w koncu nastapi kolejna erupcja ale jak szybko wpadalo mi to do glowy, tak szybko i uciekalo. Bo musialem myslec o tym gdzie by tu spedzic kolejne wagary(nie przestalem wagarowac mimo powrotu mamy), jak by tu uzbierac pieniadze na zioło i jak wsyzstkim dookola pokazac maske dobrego humoru. Skupialem na tym wszystkie moje sily mijajac sie z problemem w domu. Po bodajze 2 latach takie stanu(!), zaczalem powoli dochodzic do glosu ze wcale mi to nie pasuje. Aha, gdy mama wrocila, nie mielismy dobrego kontaktu, nie rozmawialismy na ten temat, chyba chciala mnie od tego odciac albo po prostu nie wiedziala co ma mi powiedziec. Wydaje mi sie ze ciezko jej bylo przekazac mi, iz chcialaby wziasc rozwod, ze wzledu na nas ze dziekco powinno miec ojca, po prostu sie bala ze ja i brat temu nie podolamy. Wiem to z tego, ze czasem wolala mnie do pokoju, i monologiem chciala mi przedstawic ze jej uczucia co do ojca juz sie wypalily ale mimo wszystko to nasz tata i mamy go kochac. Ale ja wiedzialem ze nie moge go ot tak kochac bo skrycie go nienawidze i obarczam wina..

Punkt kulminacyjny: niedzielny poranek, obudzil mnie kolejny raz podniesiony glos matki skierowany ku nikomu innemu jak ojcu. Tym razem sam poszedlem do pokoju, usiadlem kolo mamy i sluchalem jak leca z procy kolejny raz te same argumenty, typu idz tam gdzie ci lepiej, podzielimy sie majatkiem i po problemie. Wtedy ojciec po raz pierwszy uslyszal moje zdanie w tej sprawie. Że obarczam go cała winą i dla mnie on jest sprawcą całego tego burdelu. I stało się: był juz po kilku drinkach (z samego rana...), wpadl w jakis szal, zaczal belkotac i plakac ze to swietnie ze tak to postrzegam, a ze po alkoholu jezyk mu sie placze to wygladalo to zalosnie. Spakowal sie, napisal kartke ze wszystko nam zostawia i pojechal samochodem(!). Mama zaczela plakac i gdyby nie jej przeczucie bylaby tragedia.. wzielismy taxi i poejchalismy na dzialke, gdzie zza tarasowych drzwi bylo widac ojca lezacego an schodach ze sznurem na glowie. Drzwi oczywiscie zamkniete. Piescia rozbilem male okienko w drzwiach ale nie dosieglem klamki wiec musialem cisnac cegla w szklane tarasowe drzwi by sie dostac do srodka. Żył. Na szczęście. Czerwone oczy i majaczyl zebysmy go zostawili, ze tak bedize najlepiej dla wszystkich. Wiecie co poczulem? Znowu nic.. Owszem ruszylo mnie to, ale pierwsza mysla jaka mnie naszla to ze jest slaby i wkurzyl mnie tym co mowil. Po tej akcji wcale sie nie poprawil. Obiecal mi ze wytlumaczy swoje zachowanie ale do dnia dziesiejszeg tego nie zrobil. Powiedzial tak tylko dlatego by miec spokoj na chwile i rzucil slowa na wiatr. Po pewnym czasie i mi wylecialo to z glowy ale oczywiscie wraca jako jedna z rozczarowujących wspomnień..

Obecnie miedzy rodzicami jest w porzadku ale nie widac u nich milosci. Mama zostawila wszystko z tylu, postawila gruba kreske i teraz obydwoje zajmuja sie wykonczeniem dzialki. Wydaje mi sie ze robi to dla nas, dla mnie i mojego brata, zeby pokazac ze trzeba miec wiare do konca a przy okazji chcialaby nam oszczedzic zapewne wielu przykrosci zwiazanych z rozstaniem. Tyle lat minelo i nie rozmawialem z nia o tym nigdy. Wydaje mi sie ze nie postapila slusznie no ale skad ma wiedziec skoro nie ma rozmowy? Obecnie nie wiem na czym stoje, jakie jest podloze naszej rodziny, znam tylko fakty z bolesnej przeszlosci i domysly co mogla o tym myslec mama. Nie bawia mnie zadne imprezy, najpiekniejsza chwila dnia to gdy klade sie spac i czytam ksiazke lub siedze przy kompie z gałami wlepionymi w ekran. Nie mam motywacji, nie wiem czy rozmowa z rodzicami mi pomoze, chociaz czuje ze tak, ale z drugiej strony nie mam na nia sily, tyle czasu juz minelo..
Mam przez to aanhedonie, pozytywne emocje do mnie nie docieraja, chociaz czasem gdy sobie wyobraze jakas zabawna sytuacje to smieje sie do rozpuku wiec jzu nie wiem.. No i oczywiscie zakorzenilo sie we mnie lenistwo i brak checi do pracy.. studia wydaja mi sie bezsensowne, najchetniej wyjechal bym do meksyku, polozyl sie pod kaktusem i zalozyl wielkie sombrero na glowe sjestujac od rano do wieczora..

Oto moja historia, czy ktos wyciagnie z niej jakies wnioski, co powininem zrobic? Udac sie najpierw do psychologa bo nie mam sily otwarcie porozmawiac w pierwszej kolejnosci z mama? Pomóżcie, to juz tak dlugo trwa..
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
27 lip 2010, 23:26

Re: nieświadomie wyhodowana obojętność..

przez eufrozyna 28 lip 2010, 23:39
Bardzo dużo przeżyłeś, widać że Cię to strasznie dręczy. Nie powinieneś się o nic obwiniać. Nawet jeżeli mogłeś temu zapobiec w jakiś sposób to ojciec nie powinien stawiać Cię w takiej sytuacji i narażać na takie przeżycia. To był wybór twojego ojca, dorosłego zresztą człowieka. Chciałeś mieć normalną rodzinę i dlatego tłumaczyłeś ojca – za to nie możesz się winić.

Ja widzę to tak. Po takich przeżyciach często chowa się wszystko pod dywan i chwilowo „zapomina się” o tym, staje się to pewnym rodzaju tabu. To tkwi w naszej podświadomości i gnije. I przychodzi taki czas, że mamy dość i chcemy porozmawiać o tym, wyrzucić w końcu to z siebie to wszystko. I najlepiej tak właśnie zrobić. Jest to bardzo trudne, ale wszystko zależy od człowieka, jego charakteru..

U mnie w domu też jest spokój, w sumie od kilku lat jest ok, tak jakby nigdy nic się nie stało. Od najmłodszych lat byłam świadkiem przemocy psychicznej i niesamowitych awantur. Wszystko zostało schowane po dywan, zakopane w ogródku. Niedawno próbowałam rozmawiać na ten temat z moimi rodzicami. Mój ojciec, który był niejako „oprawcą”, wszystkiego się wyparł :shock: . Mama, w pewnym sensie ofiara mojego ojca, wręcz mnie uciszała, nie chciała w ogóle żebym poruszała ten temat. Dałam sobie spokój, nie mogłam się przebić, mam chyba za mało siły psychicznej na to. Poza tym chciałabym też wiedzieć jak w tym wszystkim wesprzeć moja mamę, bo wiem, że w niej to też wszystko siedzi i nadal bardzo ją to boli….

Nie wiem czy to wszystko ma sens, ale postanowiłam na razie tego nie ruszać. Poszukać pomocy i poruszyć ten temat „mądrze”, doradzić się, chcę się jakoś na to przygotować. Myślę, że jeżeli czujesz, że nie masz siły na tą rozmowę to właśnie warto jest zgłosić się do psychologa i „przerobić” ten temat, to co przeżyłeś może być naprawdę trudne do ogarnięcia.

Pozdrawiam Cię serdecznie i trzymam kciuki :)
eufrozyna
Offline

Re: nieświadomie wyhodowana obojętność..

przez Songo Dys 29 lip 2010, 00:22
hej eufrozyno, dzięki że przebrnęłaś przez tą dłuuugą historię ;)

chyba masz rację co do tego, że chciałem mieć normalną rodzinę co było powodem dla którego kryłem ojca. Nie dopuszczałem myśli, że mój szczęśliwy świat może coś zaburzyć. Jednak chyba do końca życia nie pozbędę się uczucia, że wszystko mogłoby się zakończyć wcześniej jeśli tylko poświęciłbym temu uwagę. Poza tym jest drugi aspekt tego wydarzenia tzn. gdybym chociaż próbował rozwwiązać ten problem, kroczyłbym w dobrą stronę i skupiał na tym co gryzie serce. A tak to poświęciłem siły na udawaniu dobrego humoru i oddalałem się od prawdy. I teraz czuje tego długofalowe skutki.. :(

Dosłownie przed chwilą rozmawiałem z mamą. Jestem w Stanach więc telefon poszedł w ruch. Nie wiem jak to się stało ale zrobiłem to i otworzyłem się przed nią. Mam nadzieję, że teraz pójdzie już łatwiej w rozmowach na trudne tematy.. Jest tyle rzeczy które chciałbym wyrzucić ojcu. Nie chcę żeby się tłumaczył. Chcę żeby wiedział w końcu co o tym myślę, chcę poczuć tę ulgę że wszystko wyszło na światło dzienne..

Wiem jak to jest kiedy nie ma opcji porozmawiać z rodzicami. Sam wcześniej próbowałem to zrobić z ojcem (gdy mama była jeszcze w Stanach) ale za każdym razem mnie odrzucał. Nie rozumiem, co musi siedzieć takiemu człowiekowi w głowie, który do własnego, 17 letniego syna rzuca dziecinne odzywki byle się odwalił, kiedy ten tylko pyta czy mógłby z nim porozmawiać..

Piszę to wszystko w rozdziale depresji, ponieważ te ostatnie parę lat wymazało ze mnie uczucie szczęścia a zapisało kredą na tablicy słowa takie jak "lenistwo" "brak motywacji" i "trudności z utrzymywaniem kontaktów". Jestem świadomy tego, że mogę temu podołać ale potrzebuję pomocy. Czy ktoś przezwyciężył tą niechęć do realizowania siebie..?

eufrozyna też zamierzasz wybrać się do psychologa o pomoc o której wspominasz?
Rozumiem że u Ciebie to też stało się nagle, za szybko i nie wiadomo jak spokojem w rodzinie..?
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
27 lip 2010, 23:26

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: nieświadomie wyhodowana obojętność..

przez eufrozyna 29 lip 2010, 13:18
Rozumiem Twoje rozterki, ja też mam wyrzuty sumienia, że nic nie robiłam aby pomóc mojej mamie. Byłam małym dzieckiem i naprawdę nic nie mogłam zrobić. Kiedy byłam już nastolatką też nie mogłam bo byłam sparaliżowana całą tą sytuacją. Dzisiaj również wszystko do mnie wraca, wspomnienia, emocje, sceny z przeszłości… A do tego zaczynam też obwiniać moją starszą o osiem lat siostrę..Ale ciągle sobie tłumaczę, że nie możemy siebie obwiniać, byliśmy tylko dziećmi, nieważne czy małymi czy już trochę starszymi.

Bardzo dobrze, że rozmawiałeś z mamą. Teraz na pewno będzie Ci trochę łatwiej, najtrudniej jest zrobić ten pierwszy krok. A Ty wykonałeś naprawdę duży krok do przodu. Bardzo trudno jest przełamać tabu. Mam nadzieję, że teraz mama będzie Cię wspierać, a wsparcie może się przydać.

Po takich przeżyciach brak motywacji i trudności w kontaktach są normalną reakcją, niejedna osoba załamałaby się całkowicie po takich wydarzeniach. To zostawiło ślad w Twojej psychice, która jeszcze wtedy nie była do końca ukształtowana. Może rozmowy z rodzicami Ci pomogą? Może poczujesz się lepiej jeżeli będziecie poruszać dręczące Cię tematy? Wiele osób przezwycięża niechęć, brak motywacji, najważniejsze jest uświadomienie sobie problemu i chęć aby coś zmienić i nie taplać się w tym bagienku.


Songo Dys napisał(a):eufrozyna też zamierzasz wybrać się do psychologa o pomoc o której wspominasz?


Możliwe że te przeżycia są jedną z wielu przyczyn moich problemów, z którymi zmagam się już od kilku lat. Do dzisiaj nie mogę się z tym wszystkim uporać, siedzi to gdzieś głęboko i gnije, chciałabym to wyrzucić z siebie, chciałabym zrozumieć. Mam 23 lata a nadal czuję się jak małe zagubione dziecko, czuję się osobą „niepełnosprawną emocjonalnie”. Zobaczę co powie psychiatra do którego się wybieram w związku z moimi różnymi „dolegliwościami”, ale pewnie psychoterapii nie uniknę. Rodzice są ślepi na moje zaburzenia, nie dociera to do nich, nie mogę liczyć na ich pomoc. Oni chyba się boją , że wsadzę kij w mrowisko, chcą mieć spokój, nie chcą problemów. Oni sami potrzebują terapii.

Songo Dys napisał(a):Rozumiem że u Ciebie to też stało się nagle, za szybko i nie wiadomo jak spokojem w rodzinie..?


Nie nagle, wszystko działo się stopniowo. Z czasem tych awantur było coraz mniej i mniej. Po prostu z wiekiem mój ojciec się uspokoił, poza tym przestał zarabiać pieniążki i był na utrzymaniu mojej mamy, wiec nie miał wyjścia. Mój tata czasem wszczyna jakieś kłótnie, ale raczej nie są one groźne a moja mama podchodzi do tego z dystansem. Można powiedzieć, że żyjemy jak przykładana rodzinka. Rzygać się chce. Jeszcze do niedawna na każdą ich mniejszą kłótnię reagowałam płaczem. Teraz często mi to wisi. Czasem sobie myślę, że mogliby się nawet pozabijać i nie zrobiłoby to na mnie wrażenia. A innym razem boję się, ze mamusia i tatuś zachorują, że coś im się stanie. Obłęd…
eufrozyna
Offline

Re: nieświadomie wyhodowana obojętność..

przez SamO 29 lip 2010, 16:59
Witaj, Songo ;)

Przebrnawszy przez Twoja historie, po raz kolejny odnioslem wrazenie, jakbym czytal o sobie. Oczywiscie nie w calosci, czesciowo, bo przeciez kazda historia jest inna.

Niestety nie potrafie Tobie pomoc, bo sam mam podobne dylematy, wiec gdybym znal recepte, pewnie by mnie tu nie bylo. Aktualnie wciaz jestem na etapie poszukiwan. Ale mysle ze byc moze ktos cos dobrego wniesie do Twoich poszukiwan :smile: Warto probowac.

Pozdrawiam.
Offline
Posty
209
Dołączył(a)
11 maja 2010, 23:40

Re: nieświadomie wyhodowana obojętność..

przez Songo Dys 29 lip 2010, 23:57
Mam 23 lata a nadal czuję się jak małe zagubione dziecko, czuję się osobą „niepełnosprawną emocjonalnie”


Dokładnie! Doznaję tego samego uczucia. Mam 20 lat i sam nie wiem kiedy mam płakać a kiedy się śmiać.. Gdy podczas rozmowy druga osoba zaczyna się śmiać, podłączam się do jej reakcji chociaż nie wiem o co chodzi.. rozumiesz? Śmieję się jak głupi do sera, mimo że wcale nie czuję bym miał taki stan okazywać. Oszukuję znajomych i samego siebie. Najgorsze jest to, że mało rzeczy mnie cieszy. to jest niezwykle skomplikowane i wszystko się na siebie nakłada, ciężko odnaleźć właściwą drogę.

Najbardziej boli gdy słyszę od kumpli o nieziemskich imprezach jakie zaliczają. Od razu przychodzą mi do głowy wszystkie balangi, na których siedziałem cicho z myślą by jak najszybciej się zwinąć. Albo te, na których udawałem dobry humor bo akurat dzień mi sprzyjał.. Czas uciekł, najlepsze lata na poznawanie tego stylu życia - liceum - minęły. Demotywują mnie te ich opowiadania. Od razu myślę o sobie w gorszej kategorii. Wiem, że nie powinienem. Ale nawet gdy najbliżsi kumple nie wiedzą co siediz ci w głowie, od razu się myśli o oczekiwaniach jakie wobec ciebie mają. Bo w koncu mam 20 lat, powinienem impezowac, szalec, miec dziewczyne, poznawac zycie. A nie siedziec z ksiazka.

Chciałbym zaszalec. Ale wiem ze nie wykrzesam energii. I nastepuje demotywacja. Skoro nie ide na impreze jak inni - to nic nie robie. A jak nic nie robie - oddalam sie od zycia. Monotonny cyklizm, od paru lat. Ciezko byc wiecznie z tylu. A swiadomosc ze drecza mnie wciaz te problemy, ciagle zawraca lata wstecz w głwie. Tak jakbym był przyczepiony liną do muru. Im bardziej się staram ją naciągnąć i zerwać, tym z większą siłą znów mnie przyciąga do ściany.

Czasem sobie myślę, że mogliby się nawet pozabijać i nie zrobiłoby to na mnie wrażenia. A innym razem boję się, ze mamusia i tatuś zachorują, że coś im się stanie. Obłęd…

ehh te skoki nastroju.. raz jest się całkowicie obojętnym innym razem nadmiernie pobudzonym i przewrażliwionym. Mnie gdy dopadnie jednorazowa motywacja i chec do dzialania, to nigdy nie wiem jak ja wykorzystac i łaże jak głupi z bananem na ryju zastanawiając się na drugi dzień o co mi właściwie chodziło..

Czego symptomem jest niestabilność emocjonalna..?

SamO, dzięki że też Ci się udało ;)
Ale mysle ze byc moze ktos cos dobrego wniesie do Twoich poszukiwan
moze znasz jakies ksiazki, filmy lub psychologiczne sposoby na motywacje?Lubie biegac, Moze np powinienem na caly tydzien zaplanowac jogging, by wiedziec ze mam to pod kontrola i wypelnilem plan..?
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
27 lip 2010, 23:26

Re: nieświadomie wyhodowana obojętność..

przez SamO 30 lip 2010, 03:10
Songo Dys napisał(a):moze znasz jakies ksiazki, filmy lub psychologiczne sposoby na motywacje?Lubie biegac, Moze np powinienem na caly tydzien zaplanowac jogging, by wiedziec ze mam to pod kontrola i wypelnilem plan..?

Mysle, ze najpierw trzeba nadac temu sens, czyli znalezc i postawic sobie jakis konkretny cel. Jezeli znajdziesz dobry dla siebie cel, to motywacja powinna sie pojawic.. Sam aktualnie jestem na etapie poszukiwan swojego sensu :smile:

Wydaje mi sie ze czlowiek, ktory nie ma celu jest zagubiony jak dziecko we mgle.

Tak jak w pewnym filmie, nalezy zadac sobie pytanie: co lubie w zyciu robic? I zaczac to robic, gdy juz sie znajdzie odpowiedz. Wiec jezeli lubisz biegac to biegaj. Staraj sie robic to, na co masz ochote.
Offline
Posty
209
Dołączył(a)
11 maja 2010, 23:40

Re: nieświadomie wyhodowana obojętność..

przez Songo Dys 30 lip 2010, 05:34
Tak jak w pewnym filmie, nalezy zadac sobie pytanie: co lubie w zyciu robic? I zaczac to robic, gdy juz sie znajdzie odpowiedz.


No tak, jasne, prosta odpowiedź ;) chciałbym żeby było to tak łatwe. Mówisz o szukaniu celu w życiu, w porządku, to bardzo ważne, ale ja też szukam odpowiedzi na to jak ta sytuacja ukształtowała moją osobowość. Bo mógłbym teraz powiedzieć, że bardzo lubię spać. Ale wiem, że to tylko wymówka. Nie chodzę przez to do szkoły, nie myślę o konsekwencjach jakie przez to nastąpią. Myślę, że obojętna mi przyszłość. I również myślę, że to pozostałość z czasów szkolnych. Blizna w psychice, niechęć i bojaźń wobec spotkania z ludźmi w klasie i wogóle wobec uczęszczania na zajęcia. Wiem, że będę musiał udawać good mood, a nie chcę tego. To przeszłośc jest dla mnie mętna i niepojęta. Wykreowała teraźniejszość, która dalej mi nie pasuje. Przeszłość skrzywiła mi spojrzenie na świat, na kontakty z ludźmi co wszystko teraz odbija mi się czkawką. Jak mogę więc postawić kreskę i myśleć o przyszłości? Te problemy, to jest część mnie, nie mogę ich ominąć. Unikałem ich w trakcie gdy się działy i nic dobrego z tego nie wyszło. Kiedys i tak nastapi konfrontacja. Nie chce szczerych wyznan na łożu śmierci, chcę to rozwiązać jak najszybciej, w końcu!

A plan joggingu ułożę ;)
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
27 lip 2010, 23:26

Re: nieświadomie wyhodowana obojętność..

przez SamO 30 lip 2010, 13:25
Masz bardzo analityczne, odwazne podejscie do wlasnej psychiki. Tylko ja nie wiem, czy to dziala. Osobiscie wole nie grzebac w odmetach wlasnego umyslu, przed strachem co tam znajde. Bo moze to pomoc mi zrozumiec swoj stan psychosomatyczny, albo tylko go pogorszyc, wiec nie wiem czy gra jest warta swieczki.

Czy Freud mial racje..?
Offline
Posty
209
Dołączył(a)
11 maja 2010, 23:40

Re: nieświadomie wyhodowana obojętność..

przez eufrozyna 30 lip 2010, 14:22
Myślę, że jeżeli człowiek się o coś obwinia i przeszłość rzutuje w jakiś sposób na teraźniejszość to trzeba trochę jednak pogrzebać w przeszłości, a co za tym idzie w umyśle, i wyjaśnić sobie pewne rzeczy, przetłumaczyć. Ale nikt tu chyba nic nie mówił o psychoanalizie i o Freudzie. Nie mówimy o podświadomości, nieświadomości i cholera wie o czym jeszcze. Mówimy o rzeczywistych wydarzeniach, które miały miejsce, które ciągle pamiętamy i z którymi nie możemy sobie poradzić, które do nas ciągle wracają...

Wszyscy mi mówią, że z charakteru jestem identyczna jak mój ojciec, zachowuję się jak on, o ile nie gorzej. Ojca widzę przez pryzmat tego co się wydarzyło, a siebie przez pryzmat ojca. I szczerze nienawidzę siebie, bo jestem… NIM. Co mam zrobić? Postawić kreskę i się w tym nie taplać? Jak?
eufrozyna
Offline

Re: nieświadomie wyhodowana obojętność..

przez SamO 30 lip 2010, 17:09
eufrozyna napisał(a):Wszyscy mi mówią, że z charakteru jestem identyczna jak mój ojciec, zachowuję się jak on, o ile nie gorzej. Ojca widzę przez pryzmat tego co się wydarzyło, a siebie przez pryzmat ojca. I szczerze nienawidzę siebie, bo jestem… NIM. Co mam zrobić? Postawić kreskę i się w tym nie taplać? Jak?

Nie jestes nim! Jestes soba. Jezeli ktos usiluje mi wmowic, ze jestem kims kim nie jestem, to go olewam. Zdaje sobie sprawe z tego, ze niestety i stwierdzam to z bolem, pewne cechy sie dziedziczy (rowniez te zle) i ja nie jestem wyjatkiem od tej reguly.. Odnajduje w sobie te same slabosci, ktore widzialem w ojcu, z tym ze ja nauczylem sie lepiej nad tym panowac. Ale do diabla, po co przez cale zycie splacac czyjes dlugi i zadreczac sie cudzymi bledami? Mozna byc ponad to.

Ja wiem ze grzebanie sie w przeszlosci nic mi nie da.. Czasu nie cofniemy, ale mozna pogodzic sie z przeszloscia i zrozumiec teraz, co jak mniemam probuje uczynic gospodarz tego tematu.

P.S. odnosnie naszej rozmowy, ogladalas moze film "Pręgi"?
Offline
Posty
209
Dołączył(a)
11 maja 2010, 23:40

Re: nieświadomie wyhodowana obojętność..

przez Songo Dys 30 lip 2010, 19:38
Myślę, że jeżeli człowiek się o coś obwinia i przeszłość rzutuje w jakiś sposób na teraźniejszość to trzeba trochę jednak pogrzebać w przeszłości, a co za tym idzie w umyśle, i wyjaśnić sobie pewne rzeczy, przetłumaczyć.

no i masz racje, eufrozyna!

tak jak napisałem, nie mogę ruszyć do przodu z blizną na sercu i kiedy nie wiem do końca jak to na mnie wpłynęło. Rozumiesz, chodzi mi o konkretne sytuacje. Np paliłem trawę.. duzo trawy.. Dzień w dzień. Ale moim zamiarem nie było miłe spędzenie czasu ze znajomymi i wspolny ubaw, a ucieczka, te kilka minut kiedy płonie upragniony JOINT.. Co najgorsze robiłem to podczas wagarów, kiedy mama już była w Polsce. W głebi chciałem jej pomóc a w rzeczywistości tylko podtapiałem to bagno. No bo przecież to na MÓJ telefon wróciła, a tu nagle JA jestem częścią problemów. I wydaje mi się, że wynika to z luzu jaki ojciec mi zasponsorował, kiedy mama jeszcze była za morzem. Zero kontaktów w domu no to co.. swoboda ze szkołą, nie musiałem chodzić a wieczorem posiadówki w domu. I wszystko bylo mile i przyjemne poki mama nie wrocila. Nawyki sie nie zmienily. Nie myslalem o tym ze, ja krzywdze, o konsekwencjach tego w przyszlosci. No i wlasnie wydaje mi sie, że dalej zostaly we mnie te nawyki. Jestem teraz w Stanach i nie chodze na kurs angielskiego, mimo ze wiem, ze babcia wydala na to spore pieniadze, boli mnie to ale nie na tyle zeby wziasc sie w garsc i ruszyc dupe. To oczywiscie nie tylko kwesta nawyku, takze trudnosci z kontaktem z ludzmi. Ktory takze jest spowodowany przeszloscia. Tak wiec po raz kolejny - nie dam rady zostawic przeszlosci poniewaz to ona mnie zbudowala.. TERAZ jest zalezne od tego co bylo..

P.S. eufrozyna, cieszę się, jeśli ktoś inny chociaż trochę pomoże Ci w temacie, który ja założyłem. To też niejako podbudowuje ;) jak tylko pójdziesz do psychologa to tez mam nadzieję, że podzielisz się spostrzeżeniami do jakich wspólnie dojdziecie :) Ja np odczuwam wielką ulgę pisząc o tym wszystkim..
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
27 lip 2010, 23:26

Re: nieświadomie wyhodowana obojętność..

przez SamO 30 lip 2010, 22:50
Przeszlosc nas definiuje i to jest fakt, dobrze jest miec tego swiadomosc. Zwlaszcza pierwsze kilkanascie lat, kiedy ksztaltuje sie nasza osobowosc. Tylko co dobrego mozna z tej wiedzy wyciagnac dla siebie..? Przeciez sie nie zmienie, czasu nie cofne. Zrozumiem dlaczego jestem taki a nie inny ale czy to uczyni mnie lepszym..?

Pamietam to co bylo, ale wybieram to co jest. Przeszlosci nie zmienisz, natomiast przyszlosc - mozesz.

Pzdr.
Offline
Posty
209
Dołączył(a)
11 maja 2010, 23:40

Re: nieświadomie wyhodowana obojętność..

przez eufrozyna 02 sie 2010, 01:53
SamO, oglądałam "Pręgi" … O ile dobrze pamiętam to główny bohater Wojciech był bity przez ojca i ciągle nie może uporać się z przeszłością, ze wspomnieniami z dzieciństwa. Zachowuje się tak samo jak ojciec-oprawca, na wszystko reaguje krzykiem, agresją, biciem. Przez to staje się w pewnym sensie odludkiem. Jest mu ciężko w życiu, nie chce z nikim być, odpycha ludzi od siebie, ciągle ucieka.. Wojciech mówi, że zło jest dziedziczne…
eufrozyna
Offline

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 8 gości

Przeskocz do