Ja..............................Umieranie za Życia

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Ja..............................Umieranie za Życia

przez Legion 02 lip 2009, 13:25
Historia każdego z nas jest wyjątkową, oddzielną kopią do scenariusza filmu. Z nerwica lękową zyję już 12 lat. Zaczęła się kiedy miałem 21 lat, dopadła niepostrzeżenie, powaliła na kolana. Z człowieka który zawsze był pełnią radości, energii, chęci życia istotą pozostawiła starego zgorzkniałego, krzyczącego milczącą nienawiścią do świata bestię. :evil:
Kiedyś byłem człowiekiem duszą. Wszędzie mnie było pełno. Wszelakie zabawy pod blokiem, gry z dzieciństwa wychodziły z mojej inicjatywy.
Potem nadszedł czas dorastania. Z grzecznego synka i prymusa, zaczęły wychodzić różne niezrozumiałe dla bliskiego społeczeństwa emocje. Jednak była to tez możliwość dla swojej nieograniczonej wyobraźni i pomysłów. Wreszcie świat stanął przede mną otworem.
Pierwsze imprezy, pierwszy alkohol, pierwsze papieroski. Mimo tego nadal byłem dobrym synem, nie wychodzącym poza pewne kanony (normalności) . Po raz pierwszy zacząłem również odczuwać samotność. W tym świecie byłem samotny. Świat dzieciństwa był inny.......bezpieczny, pełen miłości rodziny i pełen nadziei i wiary w możliwość spełnienia marzeń. Od dziecka mimo że byłem inicjatorem wszelakich zabaw, miałem druga naturę. Naturę samotnika. Świat w którym się zamykałem, tworzyłem piękne historie. Uwielbiałem zamykac się w nim i puszczać wodze fantazji. Uwielbiałem malować, czytać i włóczyć się po lesie i łąkach. Zawsze moja wyobraźnia zamieniała łąkę w prerię pełną indian, a las w daleką amazonię, bądź kanadyjską tajgę pełną poszukiwaczy złota. Od wczesnych lat ( 10 - 11)marzyłem o księżniczce z bajki i miłości do grobowej deski.

Aż tu czas dojrzewania nadszedł i dał kopniaka w twarz. Nie byłem gotowy na świat zewnętrzny. Miałem do tej pory swój bezpieczny świat, bez potrzeby bycia drapieżnikiem i walki o dominację.
Jak się szybko przekonałem ten niebezpieczny świat kusił . Alkohol, koncerty, bójki., chęć dominacji. Poznanie wartości pieniądza. Lata mijały zamiast maturalnych laur, pozostał wilczy bilet do szkół, zamiast stabilnej młodości , uzależnienie alkoholowe. Z czasem było tak silne że ciąg alk. bez dnia przerwy przekraczał rok. Grałem koncerty, piłem, paliłem, ale................. ciągle w swoim świecie uciekałem od kolegów, problemów, szkoły, rodziców.
Ciągle próbowałem się wspiąć wyżej w hierarchii blokowej.
Jednak nadal w moim świecie była tylko księżniczka, las, radość i miłość. Tęsknota za kims bliskim. Za kobietą.

Lata nastoletnie dość trudne, sparaliżowały moje znajomości z kobietami. Moje podejście do związków i marzenia o wiecznej miłości odstraszały kobiety a jeżeli już były to szybko strącały mnie na ziemię.
Potem nadeszła nerwica................................................. Czas bez życia (rok) spędzony w domu, Na lęku tak silnym ze uniemożliwiał wyjście poza obręb pokoju, domu, wyjście gdziekolwiek. Wieczny lęk. Napięcie nerwowe. Lęk i codzienne umieranie,
Mimo wszystko nauczyłem się z tym żyć. Po 2-3 latach stłumiłem nerwicę i lęki do poziomu prawie zerowego. Sześc lat bez objawów. (Owszem zdarzały się raz na miesiąc, przez jeden dzień) , ale z uwagi że nauczyłem się z tym żyć., prawie je przeoczałem.
Teraz byłem silniejszy. Tylko jakoś tak na pokaz. Ciało pokryte tatuażami, niecodzienny ubiór. Koncerty, koledzy. Rządzenie miastem szybko upadło. Nie umiałem się odnaleźć na mieście gdzie rządziła przemoc i alkohol. Ja juz nie piłem. Owszem nadal mnie szanowano, lubiano (jakkolwiek to można nazwać), ale ja się tak strasznie męczyłem w tym świecie, z tymi ludźmi. Zacząłem podróżować. Zima, lato z plecakiem, stopem. nieważne gdzie , dokąd (polecam na przełamanie swoich lęków). Był czas że nagle było w moim życiu wiele kobiet, ale znów ta magia wiecznej miłości płatała mi psikusy i uderzała o glebę. Przyszedł czas na wielką miłość i pierwsze porzucenie............ ( nie byłem juz przebojowy, nie piłem alk.) . Ciężko mi było być w związku starałem się traktować je jak księżniczki, za co byłem traktowany jak....................
Nadszedł czas poważnego związku. Trwał 5 lat. Przeprowadzka do wielkiego miasta. Jednak . Nie wiem co w tym było podświadomie od pewnego czasu zdobywałem kobiety które były pożądane przez kolegów, przyjaciół. Kobiety piękne i przebojowe. BARDZO mi to imponowało. Jednak ta kobieta była córką z b, dobrego i majetnego domu. Jedynaczka............ Ja człowiek już z przeszłością i opinia w mieście. Związek od początku był toksyczny (wtedy tego nie widziałem). Po roku dojrzewająca kobieta pokazała prawdziwe oblicze. Nie mogąc nadążyć na jej zachcianki , dopuściłem się kradzieży. Pracując normalnie i uczciwie nie byłem w stanie utrzymać ją, siebie , mieszkania i studiów ( jej). Mijały lata, wiem sam sobie na to pozwoliłem. Ona stawała się piękną kobietą której matka kopała fundamenty pod wielką karierę (polityczną, ekonomiczna), a ja stałem w miejscu wierząc, że kiedyś los się odmieni. Zaciągnąłem pożyczkę z którą borykam się do dziś. Bywały dni że spałem po dworcach, na ławce, pod drzewem, gdzie tylko się dało. Sam chyba zgodziłem się na taki los. Nie umiałem mu się przeciwstawić. Miłość i oślepienie zabija zdrowy rozsądek.
Aż przyszedł kres związku , najpierw dowiedziałem się o zdradzie, potem poprosiła mnie o pieniądze na usunięcie ciąży z gwałtu (wymyślona historia). Nie dałem się nabrać na niby ciążę i tak doszliśmy do końca.
Wtedy po rozstaniu zaczął się koszmar. Tęsknota, depresja, aż w końcu przyszły................. LĘKI
Wróciły ze zdwojona siłą. Powaliły, jak powala uderzeniem młotem. Pierwsze miesiące były względne po rozstaniu. Próbowałem zapomnieć ruszając w Polskę odwiedziłem wielu znajomych od Mazur, po Wrocław. Od Szczecina po bieszczady. Byłem z 4 kobietami, lecz związki kończyły się bardzo szybko, z ta tylko różnicą że to ja teraz odchodziłem. Poznałem naprawdę wspaniała kobietę, ale nie byłem gotowy na to, a raczej moja psychika. W każdej kobiecie widziałem przeszłość (porównywanie). Wtedy bardziej przeważała depresja.
Minął rok poznałem przypadkiem na czacie dziewczynę ( mężatkę ). Spotkaliśmy się.
Czas mijał wspaniale. Romantyczne wieczory , rozmowy. Nie żyła z mężem od 2 lat i widziałem że te spotkania mogą doprowadzić do jakiejś bliskości. Na początku traktowałem jak dobra koleżankę (przyjaciółkę). Potrafiliśmy rozmawiać godzinami i spóźniać się na powrotne autobusy.
Po 3-4 miesiącach zbliżyliśmy się do siebie i zaczęliśmy się spotykać jako para. Przyszła wiosna, lato – było cudownie. Wspólne wyprawy, wspólne poranki. Wszystko razem.
Jedno mnie tylko zastanawia wtedy lęki zmieniły się, nabrały wymiaru somatycznego. Duszności, gule w przełyku, dławienie, totalne zmęczenie – niemoc. Na jesień wyjechaliśmy do Anglii .
Nie byłem gotowy i raczej wystraszony tym wyjazdem. Przeżyłem tam małą gehennę. Samotność, niezrozumienie tamtego świata i uwięzienie jedyne myśli jakie wtedy czułem. Duszności i dławienie nabierały na sile, do tego przyszły poranki że budząc się nie byłem w stanie utrzymać szklanki. Po 4 mieś, przestałem jeść, odczuwałem jedynie nudności. Wieczne nudności. Zacząłem niemiłosiernie chudnąć Przyszedł czas na hipochondrię. Raki, guzy, zawały, astma, SM wszystko naraz mieszało się od rana do nocy. Wróciłem na 3 tyg do Polski. Zrobiłem wszystkie badania, włącznie z prześwietleniem płuc,spirometrią, gastroskopią i wiele innych. Wszystko wyszło O.K. Żadnych chorób , żadnych przypadłości. Wróciłem więc do Anglii, ale nie potrafiłem tam ani znaleźć pracy ani nie miałem na to chęci. Więc po półtora miesiąca wróciłem razem z nią. Sądziłem że w Polsce się ułoży. Wrócę do starej pracy ( praca w schronisku dla zwierząt ), zamieszkamy razem, na swoim terenie zniknie nerwica. Pierwszy miesiąc faktycznie tak było, ale ................................. Nagle lekarka zmieniła mi leki. Po tygodniu zażywania ich nastąpiło coś dziwnego. Dostałem nie spotykanych wcześniej lęków, nie mogłem ustać na terenie gdzie byłą choćby maleńka pochyłość. Nie mówiąc już o terenie górzystym, a w takim miejscu mieszka moja kobieta. To był koszmar, z czasem nawet w domu ściany mi się zwężały a podłogi krzywiły. W głowie był taki chaos że myśli nie miały szans swobodnego przepływu. Doszło do tego że nie mogłem nawet leżeć bo łózko wirowało. Co dziwne tylko kiedy pomyślałem o lękach, w chwilach kiedy umysł potrafił się czymś zając ( rzadkość ) widziałem i czułem wszystko normalnie. Wtedy też dowiedziałem się że jest w ciąży. Nie zaprzeczę że byłem tym przerażony, mimo że zawsze o tym marzyłem. Mijały miesiące lęki przybierały na sile i w końcu sam się sparaliżowałem . Wychodziłem z domu tylko z nią. Co dzień na godzinkę -dwie na spacer. Nie umiałem iść do pracy, byłem tak sparaliżowany wyjściem z domu że na samą myśl uginały mi się nogi i wymiotowałem. Kiedy przyszła wiosna, urodził się syn zaczęło wracać d normy znów zacząłem wychodzić , cieszyć się życiem. Spróbowałem zarabiać robieniem tatuaży. Było O.K.. Ty;lko wtedy znów zaczęły się natręctwa spocone dłonie i ciągłe ciarki ( podobnie jak niektórzy reagują na pocieranie styropianem) ja tak miałem praktycznie z każdym przedmiotem, odgłosem. Kobieta po porodzie zmieniła się. Częstsze kłótnie, wręcz awantury. Mieszkaliśmy u moich rodziców. Tylko w tym mieście była możliwość by załatwić jej sobie pracę, utrzymanie. Moja pasją stało się opiekowaniem dzieckiem i nią. Nigdy nie sądziłem że można tak kochać. Jednak wyjechała na dwa miesiące do matki która raz w roku wracała z Włoch. Odwiedzałem ją co tydzień. ( przerażająca tęsknota za nimi ) . Myślałem że kiedy wyjedzie, ja będę miał czas na odreagowanie, spotkanie ze znajomymi. Zajęcie się swoimi pasjami. Jednak po 2 -3 dniach zacząłem tęsknić i przyszła niespotykana hipochondria. Teraz miałem już czerniaki, SM dwa razy dziennie. Wszystkie myśli skupione na chorobie, umieraniu. Kiedy wróciła hipochondria zmalała, jednak zaczął się koszmar w naszym życiu. Wiem że teściowa i żona to toksyczny związek ,ale nie mieliśmy wtedy wyjścia. Po drugie moja matka jest kobieta uległą, zawsze uśmiechniętą mimo nawet złego samopoczucia. Chciała pomagać, zaopiekować się małym byśmy mogli pracować i mieć czasem czas dla siebie. Ciągłe wypominania, ciągłe podjudzania ze strony mojej kobiety. Matka taka owaka , sraka.. Moja kobieta kiedy się zdenerwuje potrafi kląć, krzyczeć, płakać że sąsiedzi zapewne mają o czym opowiadać. Często mnie wyzywała i krzyczała. Współżycie praktycznie zniknęło. Ciągłe wypominanie że kiedyś nie traktowałem jej poważnie, że pewnie mam inne, że robię to na siłę. A ja kocham ich ponad życie. Że traci pieniądze na wszystko. Ja opłacałem rachunki i kupowałem ( wstyd ) papierosy co miesięcznie wynosiło 400zł, prócz tego zawsze jakieś 200 - 300 zł zarobiłem., oddawałem jej wszystko. Resztę szło na oddawanie długu. Chciałem wreszcie go spłacić i zacząć spokojne życie. Nieporozumienia na linii matka, kobieta, doprowadziły do wyprowadzenia się żony. Nie mam siły wysłuchiwać jaka moja rodzina złą. Ojciec załątwił jej pracę by brałą jakiekolwiek świadczenia (macierzyńskie, wychowawcze). Ale wszyscy dla niej byli źli. Co dzień miałem awanturę o to że zyję. Komputer był sprawdzany każda rozmowa. Komórka też. Wszystko przeszukiwane. Zostałem sam podjąłem pracę, mimo łez i niemocy siedziałem w syfie po 12 h dziennie. Wracałem do domu po 14h. Nie widząc nikogo. Cały tydzień pracowałem a na weekendy zaraz po pracy w soboty jeździłem do dziecka i do żony. Na drugi dzień wracałem i to był koszmar. Często płakałem w PKSie, często myślałem o samobojstwie. Uwierzcie ciężko jest po 3 latach przerwy od pracy wrócić do niej. Pracowałem na malarni, ludzie podśmiewywali się pewnie bo byłem spowolniony, a czasem na ich żarty reagowałem agresywnymi myślami, ale zachowywałem się na zewnątrz wesoło, . Może dlatego że mam tatuaże, ubieram się dość dziwnie ( dla większości społeczeństwa) traktowano mnie z dystansem i rezerwą. Ludzie często się mnie boją. Ciężko zresztą mi się było porozumieć z ludźmi o prostym wnętrzu bez wyższych myśli i potrzeb niż sex i wódka. Mimo że wywodziłem się z dość patologicznego środowiska miejskiego ( znajomi ) . I tak 5 mieś. Do tego zaczołęm źle widzieć, ból głowy, wymioty. Podejrzewam zatoki, bo wszystko inne włącznie ze wzrokiem wykluczone. Każdy przyjazd do dziecka i zony był kończony kłótnią. A to że spadł mi okruszek, a to że but brudny. A to że za wolno karmię dziecko. Wyzwiska od nierobów , zboczeńców. Czy przytulenie się do własnej żony i chęć bliskości to zboczenie ???? tym bardziej że wcześniej byliśmy blisko nawet całe dnie..... Najgorzej raziły mnie awantury pod blokiem, na ulicy., Zawsze ją proszę by się uspokoiła bo ludzie się śmieją, bo dziecko jest smutne. Nic nie pomagało a nawet zwiększało agresję. I tak w kółko i wracałem do siebie i do pracy i cały tydzień myślałem. Wyobraźcie sobie cały tydzień w nerwach, z lękami. Wymioty, zawroty głowy, czasem taka słabość że noga ciężko ruszyć. Ogólne zniechęcenie do wszystkiego. Dawałem jej miesięcznie 50 % swojej pensji ( 600 zł ). Resztę szło na rachunki i życie, no i przejazdy (200 zł miesięcznie).Pozostały mi tylko moje psy.
Zaczęło się niby normować dopóki nie przyjeżdżała na tydzień raz w miesiącu do mnie. Bardzo tęskniłem i marzyłem by wracać do nich po pracy . Czasem czułem się normalnie. Wracałem z pracy ona czekała, dziecko wołało TATA i było cudownie. Nigdy od początku naszego związku nie wychodziłem bez niej praktycznie nigdzie. Chodzi mi o zwykłe życie, znajomi wycieczke . Zawsze ją brałem ze sobą na grzyby, ryby, zakupy, spacery. Nawet czasem na spotkania ze znajomymi ( choć to zdarzyło się z 2-3 razy). Nie mam już praktycznie nikogo. Pomyślałem że pojadę do Anglii . Mam możliwość rozpoczęcia tam fajnej pracy.Mam tez możliwość załątwienia jej pracy w biurze. Moja zona od zawsze uczyła angielskiego, więc dla niej znalezienie tam pracy to ..........pikuś jak to się mówi. Od początku związku jestem przy niej, by czułą że jestem. Czasem mi brak sił i mówię że mam lęki, albo po prostu słabo mi. Zawsze zaczyna się wtedy awantura. Jak mam wytłumaczyć że ja marzę by być sprawnym, że chcę wrócić, że to nie jest przyjemne czuć lęk nie wiadomo przed czym. Bać się ulicy, lasu, spania, nocy, dnia wszystkiego. Że lęk potrafi tak sparaliżować........Zawsze słysze i tak samo od ojca KAŻDY MA NERWICĘ WEŹ SIĘ ZA SIBIE i tyle w formie krzyku i wyrzutu. Z ojcem od zawsze są kłótnie że jestem nieudacznikiem, leniem, najgorszym pod każdym względem. Żona przejęła tą technikę i też jestem gównem, śmieciem itp. I tak od rana. Pół dnia się zastanawiam kiedy zacznie się kłótnia. i albo jestem nie do życia w robocie, albo siedzę sparaliżowany w domu. Odechciewa mi się czasem bawić z synkiem. Od razu mam myśli samobójcze, trzęsę się, dostaję nudności i zawrotów głowy. Tydzień temu nie wytrzymałem przy awanturze, kopnąłem szybę z nerwów i rozbiłem wazon. Zrobiłem to ponieważ nie chciałem zrobić człowiekowi krzywdy. Wstyd mi że tak się zachowałem., ale już czasem nie wytrzymywałem. Czasem potrafiła na środku ulicy mnie zwyzywać, uderzyć. Czasem zbrałą wszystko i będzie uciekała wrzeszcząc na ulicy. Łapałem ją wtedy by nie wpadała pod auto albo jak pozwolic kobiecie w ciązy nosić torby turystyczne. Potem mówiła że ja bijęi ma siniaki. A ja nigdy w życiu nie uderzyłęm żadnej kobiety. Nie licząc kopniaka w młodości siostrze :)). Wszystko jest na mnie, a to brak pieniedzy, ato coś zgineło (czego w ogóle nie było), a to za gorąco, a to za zimno. Wyprowadziłą się po tej szybie. A ja czuję że nie mam siły wstać, żyć, myśleć, spać, jeść i przychodzą lęki............................Znów krzyki że udaję, że jestem gównem. A ja nie umiem zyć bez niej, bez DZIECKA....... Jest dla mnie wszystkim..............
Mimo poniżeń szukam jej zapachu, cienia.

Wiele rzeczy teraz mi się przypomina, ale nie chce już zanudzać.
Ogólnie jestem leniem, nierobem i gównem
Zaczynam w to wierzyć.
To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną

I światła szarego blask sączy się senny...
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
02 lip 2009, 03:00

Re: Ja..............................Umieranie za Życia

przez vanderlei 02 lip 2009, 15:16
trzeba życ dalej,jestes tym co o sobie myślisz a nie co inni.pozdrawiam
vanderlei
Offline

Re: Ja..............................Umieranie za Życia

przez ewaryst7 19 lip 2009, 10:58
a ja tu widzę , inteligentnego , wrażliwego czlowieka.Trzymaj się.I pisz:)
Offline
Posty
2102
Dołączył(a)
29 maja 2008, 08:11
Lokalizacja
Braniewo-City

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 8 gości

Przeskocz do