Zmarnowalem najlepsze lata swojego zycia

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Re: Zmarnowalem najlepsze lata swojego zycia

przez katiiiii 26 kwi 2009, 18:04
Jest takie powiedzenie że nie ładne to co ładne lecz to co sie komu podoba, pojecie urody może byc pojmowane w rózny sposób dla niektórych pieknem jezeli chodzi np u facetów jest długonoga bląd włosa dziewczyna o niebieskich oczach, a dla innego jest może byc drobna szatynka. Jest tyle definicji piekna ile jest ludzi na świecie. Owszem na pierwszy rzut oka nikt nie dostrzeże wnetrza człowieka tylko wygląd zewnętrzny ale nie warto tez od razu popadać w kompleksy że ktos jest powiedzmy bardziej zadowolony ze swojego wygladu trzeba znaleźć w sobie jakieś atuty bo każdy je ma i odpowiednio je zaprezentować.
Ja osobiście znam gości którzy wygladaja jak mister polonia ale poza tym nie maja nic do zaoferowania i o czym z takimi rozmawiać o pogodzie? Pozdrawiam
Nikt nie jest dość silny, aby nie potrzebował pomocy. Nikt nie jest tak słaby, aby nie mógł dopomóc drugiemu.
Offline
Posty
41
Dołączył(a)
20 kwi 2009, 17:46

Re: Zmarnowalem najlepsze lata swojego zycia

przez sorensen 26 kwi 2009, 19:22
katiiiii napisał(a):Jest takie powiedzenie że nie ładne to co ładne lecz to co sie komu podoba, pojecie urody może byc pojmowane w rózny sposób dla niektórych pieknem jezeli chodzi np u facetów jest długonoga bląd włosa dziewczyna o niebieskich oczach, a dla innego jest może byc drobna szatynka. Jest tyle definicji piekna ile jest ludzi na świecie. Owszem na pierwszy rzut oka nikt nie dostrzeże wnetrza człowieka tylko wygląd zewnętrzny ale nie warto tez od razu popadać w kompleksy że ktos jest powiedzmy bardziej zadowolony ze swojego wygladu trzeba znaleźć w sobie jakieś atuty bo każdy je ma i odpowiednio je zaprezentować.
Ja osobiście znam gości którzy wygladaja jak mister polonia ale poza tym nie maja nic do zaoferowania i o czym z takimi rozmawiać o pogodzie? Pozdrawiam

A ja znam wielu świetnie wyglądających facetów, wykształconych i inteligentnych.
Teoretycznie gusta są różne ale.......w praktyce okazuje się że jest troszkę inaczej. Jedni podobają się płci przeciwnej inni nie. Co w tym nadzwyczajnego?
Ci którzy go nie mają mogą liczyć tylko na łut szczęścia i władować się w niekoniecznie udany związek z tą jedyną (bądź jedną z bardzo nielicznych) osobą która ich zaakceptuje. Wielu woli to niż trwanie bez końca w samotności, choć wcale to nie jest dobra opcja.
Zresztą...........zawsze można się oszukiwać i wierzyć w bajkę że gdzieś tam jest ta mityczna druga połówka. To też opcja ;)
Offline
Posty
271
Dołączył(a)
28 lis 2007, 01:02

Re: Zmarnowalem najlepsze lata swojego zycia

przez sorensen 26 kwi 2009, 19:57
shani napisał(a):sorensen co z tymi którzy nie posiadają obu tych cech(czytaj urody i dobrej gadki) :?: myślisz że nie mają szans na szczęśliwy związek?

Bozia poskąpiła im wymienionych cech więc pozostaje tylko liczenie na zwykły łut szczęścia. Czasem się udaje. Zwłaszcza kobietom które mogą sobie czekać i czekać aż pewnego dnia ten przysłowiowy książę się trafi. Facet niestety ma znacznie gorzej bowiem to on musi wykazać się inicjatywą. Ale jeśli nie ma wymienionych atutów (i jeszcze dodatkowo groszem nie śmierdzi) to szanse ma niewielkie bo kobiety takich facetów zazwyczaj uznają za niezaradne życiowo fajtłapy i zwykłych nieudaczników. Ot co:)
Offline
Posty
271
Dołączył(a)
28 lis 2007, 01:02

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Zmarnowalem najlepsze lata swojego zycia

przez sorensen 26 kwi 2009, 20:28
shani napisał(a):oj wypraszam sobie. dane jest mi być kobietą i jakoś nie uznaję facetów bez kasy i klasycznej urody za nieudaczników. byłam z facetem który wcale nie był ani piękny ani bogaty ale miał w sobie to coś (tak mi się wtedy wydawało). myślę że to kobiety mają gorzej bo to od nich oczekuje się żeby były ładne, ładnie się prezentowały i były na czasie (tak bynajmniej jest w moim środowisku). i to mnie boli najbardziej bo w dzisiejszych czasach kobieta która nie posiada ani urody ani nie wyróżnia się czymś wyjątkowym jest spychana na margines, skazana na życiową porażkę, bo który facet pokaże się z taką dziewczyną przed kumplami?

A która kobieta pokaże się z brzydkim facetem narażając się na śmiechy i złośliwe docinki koleżanek? Hehe przypomina mi się pewna panna z którą onegdaj się spotykałem. Zawsze się wstydziła gdziekolwiek ze mną iść, bo jeszcze by jakaś koleżanka zobaczyła i byłby wstyd pokazać się na mieście z takim paszczakiem :mrgreen:
A co może zrobić mężczyzna nie posiadający urody, niezwykłego charakteru, szczególnych uzdolnień? I w dodatku z nikłymi zasobami finansowymi? Czyli krótko mówiąc krótko osobnik mało perspektywiczny. W naszej (i nie tylko) kulturze od mężczyzn wymaga się sporo i ci którzy takim wymaganiom nie są w stanie sprostać często spycha się na margines.
Offline
Posty
271
Dołączył(a)
28 lis 2007, 01:02

Re: Zmarnowalem najlepsze lata swojego zycia

przez looser_28 26 kwi 2009, 23:03
To teraz chronologicznie :p

sorensen napisał(a):Hehe ja prawdę mówiąc nie posunąłem się do takich wyznań ale zawsze bez skrępowania przyznaję że nie mam zwyczaju się upijać i nie przepadam za szalonymi imprezami. Co oczywiście spotyka się z niedowierzaniem, niekiedy wręcz podejrzliwością. Ostatecznie uznają mnie za raczej niegroźnego dziwaka:)


Okazja byla wyjatkowa do zwierzen, oczywiscie po wczesniejszym wybadaniu rozmowczyni ;) Z reszta nie byla to przedstawicielka tzw. plastic girls, ale raczej taka "normalna", "swoja" dziewczyna (jednak w zadnym wypadku typ samotniczki, raczej dusza towarzystwa). Tak w ogole to sie chyba nawet (paradoksalnie!) lepiej poczulem. No coz... mialem prawo spodziewac sie konkretnej reakcji, wiec nie bylem nia szczegolnie zaskoczony i nawet nie odebralem jej jako porazki. Malo tego... nie bylem nawet ani troche zazenowany... Moze po prostu mialem potrzebe komus (namacalnemu) sie wygadac.

sorensen napisał(a):Uważaj z tym. To wcale nie musi być anioł lecz perfidna diablica, wilk w owczej skórze. Są niestety kobiety które bardzo lubią nieśmiałych, niepewnych siebie facetów. I bardzo umiejętnie ich usidlają. Później nie tak łatwo się wyzwolić, a czasem się niestety nie da. Sam mam nieprzyjemne doświadczenia w tym zakresie.


Zgadzam sie z tym, ale jesli czlowiek nie sprobuje, nigdy sie nie dowie. Nie mozna tez z gory zalozyc, ze trafi sie na taka diablice. Mysle, iz chodzi Ci tu o sfere jawnego wykorzystywania chlopaka przez dziewczyne i ciagly szantaz emocjonalny celem osiagniecia jakis korzysci. Dobrze mysle? Jak nie to mnie popraw. Fakt, ciezka sprawa, ale z drugiej strony taka sytuacja moze dotyczyc kazdego i nie mozna jej tak "na sztywno" przypisac wylacznie do osob niesmialych.

sorensen napisał(a):Lepiej być pięknym looserem niż brzydkim. Zwłaszcza że taka kategoria to prawdziwa rzadkość. Powodzenie bowiem dodaje pewności siebie.
Uroda to dosyć kluczowa sprawa. Bo nawet jeśli masz dobrą gadkę a wyglądasz jak ostatni pasztet to wielkich szans nie masz:)


Pozwole sie nie zgodzic z Toba w tej kwestii. Znasz taka piosenke "Brzydka ona, brzydki on"? Albo takie powiedzenie: "uroda kapusty nie okrasisz"? Wiem o tym, ze to jest takie troche "pokrzepienie serc" aby podbudowac ludzi niezadowolonych ze swojego wygladu. Wiem tez, ze kazdy chcialby miec modelke/modela w domu, bo kazdy z nas jest choc troche prozny w glebi serca. Zdaje sobie sprawe, iz ludzie przeprowadzaja "selekcje" przede wszystkim na podstawie wygladu - bo do wnetrza nie da sie tak szybko dotrzec. Wydaje mi sie, choc to niezmiernie trudne, ze klucz do powodzenia lezy od umiejetnosci krytycznego spojrzenia na siebie. Czyli: nie wygladam jak model, nie szukam modelki. Moze moja kolezanka tez usycha, a ja sie nia nie zainteresuje, bo "mierze wyzej". Nie bierz oczywiscie tego bezposrednio do siebie. Uogolniam problem, skoro zwrociles na niego uwage. Powiem Ci, ze mam kolege. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi: dla mnie, ani z urody, ani z figury nie jest atrakcyjny. A jednak, ma taka dobra gadke, ze dziewczyny wrecz oczekuja na spotkanie z nim, aby zaczal je adorowac (dla samej adoracji).

chocolate napisał(a):lubie to co napisales, przemyslenia, porownania... i zaden to z Ciebie looser... jest milion dziewczyn a wlasciwie ludzi podobnych do Ciebie. zauwaza sie w sumie wszystko to co swieci, jest komercyjne i popularne- seks, bary, imprezy... a poza tym wszystkim jest gdzies spokoj i dystans. to tak jakby porownac film komercyjny do offowego. roznica wielka ale czy jeden jest lepszy od drugiego?

jestes offowy:) i to lubie!

pozdrawiam


Powiedz mi czy bycie offowym, nie jest taka pseudo-opozycja do bycia komercyjnym, stworzona nieco na sile dla wytlumaczenia wlasnej ulomnosci (akurat w tej konkretnej sytuacji o ktorej ten watek)? Tak ogolnie, do bycia ekscentrycznym indywidualista trzeba miec cholernie mocny charakter. Trzeba byc w 100% soba, nawet jesli jestes ostatnim przedstawicielem swojego zdania, podczas gdy wszyscy mowia i mysla inaczej. Ktos kto ma taki charakter nie powinien miec zadnych problemow ze soba. Nie wiem dlaczego ale mam wrazenie (w moim przypadku), ze bycie offowym = oklamywanie samego siebie. Nie daje rady zyc jak wiekszosc ludzi, to musze byc offowym, bo tylko to mi pozostalo. Przy czym "niedawanie rady" bardziej wynika nie z tego, ze nie chce, tylko nie moge. Oczywiscie nie chodzi mi tu o zupelnie pelna "komerche": upijanie sie, seks byle gdzie i byle z kim, lansing itd. bo to nie dla mnie, ale o bardziej przyziemne rzeczy o ktorych wczesniej juz pisalem. Jesli nadal bede 100% offem, to za chwile stane sie no-lifem, bo nie moge sie pogodzic z tym kim jestem. Nie wiem jeszcze jak dlugo ten stan bedzie trwal. Na razie walcze... sam ze sobą.

shani napisał(a):dear looser
pozwól,że opowiem Ci bajkę.....


To zadne pocieszenie, ale chlopak z tej historii byl niedojrzaly i niegodny dziewczyny, z ktora mial okazje byc. W ogolnym rozrachunku dla tej dziewczyny: lepiej, ze tak sie stalo, niz ona mialaby miec takiego niestabilnego partnera, ktory jest jak choragiewka i slepo podporzadkowywuje sie towarzystwu. Wybral inna droge, ale byc moze kiedys jeszcze (jak dorosnie) zaplacze nad swoim losem i zrozumie kogo stracil.

sorensen napisał(a):Facet niestety ma znacznie gorzej bowiem to on musi wykazać się inicjatywą.


Wedlug mnie facet ma lepiej (ogolnikowo... nie mysle tu o "specjalnych przypadkach jak chociazby ja" czyli niesmialych gosciach, ktorzy boja sie odezwac). Skoro tak sie przyjelo, ze to do niego nalezy inicjatywa, to moze wykazywac ta inicjatywe i wykazywac i wykazywac i wykazywac..... az do skutku. Jak to mowia "tego kwiatu jest pół światu". Dziewczyna ma jednak gorzej. Chyba... ze postanowi wziac sprawy w swoje rece. Bedzie wtedy w stanie szybciej przyciagnac zdesperowanego mezczyzne, niz mezczyzna zdesperowana kobiete.

Do Sorensena oraz Shani:
Znowu o urodzie... Uroda przestaje byc wazna, gdy zdania kumpli i kumpelek przestaja sie liczyc. Pamietam jak chodzilem do liceum i pol gosci ode mnie z klasy smialo sie z innych dziewczyn i wyzywalo je od pasztetow, smokow itd. Oni oczywiscie widzieli sie u boku wylacznie modelek. Wiecie, co? Oni sa teraz zonaci. Wiecie jak wygladaja ich zony? Wlasnie z takich dziewczyn urzadzali sobie zarty... Wszystko mija z wiekiem.

Pozdrowienia dla Forumowiczek i Forumowiczów :)
Offline
Posty
6
Dołączył(a)
09 kwi 2009, 22:20

Re: Zmarnowalem najlepsze lata swojego zycia

przez chocolate 27 kwi 2009, 00:27
jak nie chcesz byc offowy to nie badz offowy, jak nie chcesz byc A to nie badz A, a jak nie chcesz byc B to nie badz B... jak Ci sie nie podoba nic co ludzie maja Ci do zaoferowania jako pomoc to najwidoczniej Twoja skorupa jest za gruba i tylko Ty wiesz jak ja rozbic. Ja to widze tak, ze Ty wszystko w sumie wiesz... wiesz jak kogos "wybadac", masz opinie o roznych typach ludzi, wiesz nawet wiecej niz ludzie tutaj piszacy i co? czego tak naprawde potrzebujesz? tylko i wylacznie zaprzestania kiszenia sie we wlasnym sosie i robienie tego co lubisz i cieszenie sie z zycia takim jakie jest (mimo wszystko!). ONA przyjdzie sama w momencie, w ktorym ma przyjsc, tak samo z towarzystwem i wszystkim innym o czym marzysz.


ps. jak Twoje zycie nie jest to wytrzymania to fajny psycholog otworzy oczy na wiele rzeczy...
Offline
Posty
8
Dołączył(a)
10 kwi 2009, 20:25

Re: Zmarnowalem najlepsze lata swojego zycia

przez sorensen 27 kwi 2009, 19:30
looser_28 napisał(a):Zgadzam sie z tym, ale jesli czlowiek nie sprobuje, nigdy sie nie dowie. Nie mozna tez z gory zalozyc, ze trafi sie na taka diablice. Mysle, iz chodzi Ci tu o sfere jawnego wykorzystywania chlopaka przez dziewczyne i ciagly szantaz emocjonalny celem osiagniecia jakis korzysci. Dobrze mysle? Jak nie to mnie popraw. Fakt, ciezka sprawa, ale z drugiej strony taka sytuacja moze dotyczyc kazdego i nie mozna jej tak "na sztywno" przypisac wylacznie do osob niesmialych.

Mniej więcej. Ciągłe wmawianie facetowi że jest beznadziejny, że żadna kobieta go nie zechce i jeśli się rozstaną to on zostanie sam do końca życia. Podkreślanie swojej roli jako tej dobrej która wyciągnęła rękę i jako jedyna zaakceptowała takiego faceta. Tego typu rzeczy :smile:
Dodatkowo możemy mieć jeszcze motyw typu "Jestem z tobą dopóki nie znajdę kogoś fajniejszego" :mrgreen:

looser_28 napisał(a):Zdaje sobie sprawe, iz ludzie przeprowadzaja "selekcje" przede wszystkim na podstawie wygladu - bo do wnetrza nie da sie tak szybko dotrzec. Wydaje mi sie, choc to niezmiernie trudne, ze klucz do powodzenia lezy od umiejetnosci krytycznego spojrzenia na siebie. Czyli: nie wygladam jak model, nie szukam modelki. Moze moja kolezanka tez usycha, a ja sie nia nie zainteresuje, bo "mierze wyzej". Nie bierz oczywiscie tego bezposrednio do siebie. Uogolniam problem, skoro zwrociles na niego uwage.

Ano tak chyba mniej więcej działa naturalna selekcja potencjalnych partnerów. Najpierw wygląd potem reszta. Niektórzy odpadają już na pierwszy etapie.

looser_28 napisał(a):Wedlug mnie facet ma lepiej (ogolnikowo... nie mysle tu o "specjalnych przypadkach jak chociazby ja" czyli niesmialych gosciach, ktorzy boja sie odezwac). Skoro tak sie przyjelo, ze to do niego nalezy inicjatywa, to moze wykazywac ta inicjatywe i wykazywac i wykazywac i wykazywac..... az do skutku. Jak to mowia "tego kwiatu jest pół światu". Dziewczyna ma jednak gorzej. Chyba... ze postanowi wziac sprawy w swoje rece. Bedzie wtedy w stanie szybciej przyciagnac zdesperowanego mezczyzne, niz mezczyzna zdesperowana kobiete.

Zdaje się że mówimy tutaj o takich dość ciężkich przypadkach:) Nieśmiały facet którego aparycja jest raczej nieszczególna ma praktycznie zerowe szanse. Nikogo nie przyciągnie bo nie ma czym a sam nic nie zdziała bo nie jest w stanie. Ale czasami próbuje co kończy się raczej nieprzyjemnie.


looser_28 napisał(a):Znowu o urodzie... Uroda przestaje byc wazna, gdy zdania kumpli i kumpelek przestaja sie liczyc. Pamietam jak chodzilem do liceum i pol gosci ode mnie z klasy smialo sie z innych dziewczyn i wyzywalo je od pasztetow, smokow itd. Oni oczywiscie widzieli sie u boku wylacznie modelek. Wiecie, co? Oni sa teraz zonaci. Wiecie jak wygladaja ich zony? Wlasnie z takich dziewczyn urzadzali sobie zarty... Wszystko mija z wiekiem.
Pozdrowienia dla Forumowiczek i Forumowiczów :)

Oj tak łatwo to nie mija:) Aczkolwiek sam zauważyłem że faceci często żenią się z niezbyt atrakcyjnymi kobietami. Obawiam się że to może być coś w rodzaju perfidnej strategii - mam kobietę która piękna nie jest więc tak łatwo mi nie ucieknie a ja sobie mogę szukać lepszej. Powiem Ci że znam przypadki facetów którzy żenili się z pasztetami a potem szukali sobie panienek na boku itp itd
Offline
Posty
271
Dołączył(a)
28 lis 2007, 01:02

Re: Zmarnowalem najlepsze lata swojego zycia

przez codalejrobic 09 maja 2009, 19:16
Tak jakbym czytał o sobie samym, aż łezka mi się w oku zakręciła. Jedyna różnica między nami polega na tym, że ma 24 lata oraz drogi, które doprowadziły mnie do takiego stanu są troszkę odmienne. Dzień w dzień zastanawiam się co dalej z sobą robić, ciężko skupić się na czymkolwiek innym.

Nie wiem czy to odpowiednie miejsce na moją "story", no ale postaram się ją jak najbardziej streścić. Może dla kogoś kto ma problemy mniejszego kalibru będzie to jakieś pocieszenie. Nigdy nikomu nie zwierzyłem się ze swoich kłopotów, tłamsze je od 10 lat we własnej głowie, ostatnio zaczęło mnie to przytłaczać niemiłosiernie. Jeśli ktoś spotkał się z podobnymi przypadkami i będzie wiedział jak mi pomóc będę bardzo wdzięczny. Zacznijmy od samego początku, nie jestem polonistą, składnia będzie prosta i niechlujna, wybaczcie.

Pochodzę z klasycznej rodziny czteroosobowej (mama, tata, brat i oczywiście ja sam). W pewnym okresie życia (tak do 7 klasy podstawówki) było wyśmienicie. Miałem masę przyjaciół, kolegów, koleżanek, istna bajka. Częste zabawy, nigdy nie miałem kłopotów z nauką (jeden z najlepszych w swojej klasie), wszystko wydawało się takie proste, idealne. Razem z bratem byliśmy przez rodziców traktowani na równi, tzn. jeśli jeden coś dostał to i drugi. Temat mojego brata zasługuje na odrębny wątek, postaram się połączyć obydwie historie. W ogóle moja rodzina jest świetnym przypadkiem dla kogoś kto zajmuje się psychologią, jedne wydarzenia powodowały kolejne, aż żal człowieka ściska.

Od 7 klasy zaczęło się "kiełbasić", okres dojrzewania w moim przypadku wymknął się spod kontroli, chociaż prawdę mówiąc nigdy nie był kontrolowany. W przeciwieństwie do innych kolegów zacząłem mieć duże problemy z trądzikiem, nie było to kilka krostek, miałem wysypy, które w późniejszym czasie pozostawiły blizny. Obecnie jak patrze w stecz to właśnie było głównym powodem mojej psychozy, no ale kontułujmy.

Tendencje do trądziku odziedziczyłem po ojcu. Pomimo 50-ki na karku dalej coś mu tam wyskakuje, ma szczęście, że tylko na plecach. Z tym samym problemem borykał się mój brat (do tej pory również ma blizny i wysypy).

Ja z bratem stanowiliśmy istne przeciwieństwa. Sam interesowałem się sportem (uwielbiałem grać w piłkę), pasjonowałem się zoologią (robaczki, psy, koty, rybki i reszta zwierząt wszelakiej maści - normalnie zwierzęta same się do mnie kleiły), jak wcześniej wspomniałem nauka nie stanowiła żadnego problemu (do pewnych granic:), życie towarzyskie tętniło. Brat z kolei był zawsze wyciszony, miał mało kolegów, przeważnie utrzymywał kontakty z tymi, których sam przyprowadzałem (taki stan i jego przycisnął do ziemi). Jego pasja zawsze była elektronika, od najmłodszych lat wszystko rozkręcał (chyba dlatego nigdy nie miałem żadnej działającej zabawki), w dodatku on w przeciwieństwie do mnie był wybitnie uzdolniony (jeden z najlepszych w szkole). Matematyka, fizyka, nie stanowiły dla niego żadnego problemy, zawsze brał udział w jakiś konkursach, dużo czytał, cała biblioteczka praktycznie zawalona jest jego literaturą. To wszystko okupione było ograniczonym życiem towarzyskim, praktycznie nigdzie nie wychodził, cały dzień przesiadywał dłubiąc w elektronice i szlifując swój talent. Na domiar złego, takie zachowanie odbijało się na mnie. Mieliśmy wspólny pokój, który wyglądał jak warsztat. Wszędzie porozrzucane graty, zawsze bałagan, ciągły "smród" z lutowania, które jak mniemam nie pozostawiło śladu na moich płucach (brata również), ale o tym później. To był pierwszy powód izolacji od rówieśników, wstydziłem się kogokolwiek zaprosić do takiego syfu, dlatego większość dnia spędzałem u innych osób bądź na podwórku, z dala od niezdrowej atmosfery.

Już w tym czasie zacząłem obserwować niepokojące objawy zachowania moich rodziców (w szczególności ojca). Nie byliśmy bogaci, ale też nie przymieraliśmy głodem. Jednak większość pieniędzy było wpompowywane w mojego brata, książki, zestawy, urządzenia elektroniczne, na to zawsze znalazły się pieniądze. Można powiedzieć, że mój rozwój został zepchnięty na dalszy plan. Na domiar złego trądzik zaczął mnie izolować od wszystkich. W czasach, kiedy koledzy szukali sobie dziewczyn, łączyli się w "pary" rozwijali emocjonalnie, ja postanowiłem przeczekać okres niesprawiedliwości. Niestety okres ten przeciąga się po dziś dzień.

Już bardzo dawno temu (8 klasa podstawówki) doszedłem do wniosku, że ja nie przechodzę trądziku jak większość nastolatków/nastolatek, ja po prostu na niego choruje (dotyka to ok. 5-10% społeczeństwa). Czym to się objawia? U mnie zawsze wyskakuje, ale nigdy nie schodzi. Powodów tego mogą być tysiące: stres, problemy z trawieniem, hormonami, ciężko zdiagnozować. Niby nie powinienem się przejmować, racja, niestety nie miałem wsparcia u rodziny w pozbyciu się tej przypadłości. Co z tego że są leki, masa leków, wszystko wymaga nakładów finansowych. Niestety większość kasy rodzice ładowali w brata, ja słyszałem tylko zdanie: "Nie przejmuj się, z wiekiem przejdzie", chociaż sam od zawsze wiedziałem że nigdy, samo nie zejdzie. W miarę swoich możliwości finansowych próbowałem to zaleczać, hamować rozprzestrzenianie się (na twarzy - przecież to nasza wizytówka). Tylko, że w tak młodym wieku dużego pola manewru nie miałem. Z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej, ojciec zamiast pomagać zaczął narzekać, kiedy wreszcie wydorośleje, ileż można wydawać na mazidła (chociaż dawał dosłownie śmieszne pieniądze). Jakoś sobie radziłem, dzięki kolegom można zdziałać cuda.

Nadszedł czas wyboru szkoły średniej. Brat (rok starszy) wybrał się do technikum elektrycznego. Już w tym wieku miałem nie lada dylemat, poważnie zastanawiałem się nad pójściem do jakiejkolwiek pracy, byle zarobić na leki. Problem w tym, że wstyd mi było przyznać się komukolwiek, że mam takie problemy. Pod względem nauki byłem najlepszy w klasie, każdy oczekiwał ode mnie wyboru dobrej, wymagającej szkoły. No i cóż miałem robić, poszedłem w ślady brata, wybrałem technikum (jedna z dwóch najlepszych szkół w mieście), pomimo, że elektronika to nie jest moja branża. Dlaczego tak postąpiłem? Z kilku powodów. W szkole typowo męskiej mało osób dogryzałoby mi w związku z moją chorobą (i faktycznie tak było, każdy to olewał), miałem blisko, praktycznie te same podręczniki co brata, czyli nie byłoby problemów z zakończeniem edukacji. Z drugiej strony, jeśli chodzi o pomoc naukową na brata mogłem zawsze liczyć, ale jeśli chodzi o prawdziwe życie, niestety mam wrażenie że był bardziej ograniczony ode mnie. W głębi serca zawsze pragnąłem rozwijać się w kierunku zoologicznym, co jest moją pasja po dzień dzisiejszy. Niestety takich konkretnych uczelni w mojej mieścinie nie było, a że starzy oszczędzali na moim zdrowiu to nawet nie miałem odwagi i siły ich pytać o finansowanie edukacji. Wybór tej uczelni to był pierwszy poważny błąd w moim życiu, aczkolwiek był on jeszcze możliwy do wyprostowania w późniejszym czasie, wszak szkoła średnia nie determinuje tego co będziemy robić w przyszłości. No ale straciłem bezpowrotnie pięć lat.

Pięcioletni pobyt w technikum dołował mnie bardzo. Musiałem uczyć się rzeczy, które kompletnie mnie interesowały, wszystko odbywało się na zasadzie 3xZ (zakuj, zdaj, zapomnij). Na domiar złego zaczęło się psuć coś między rodzicami. Ojciec stał się nerwowy (chociaż o ile dobrze pamiętam zawsze taki był), znęcał się nad całą trójką psychicznie i fizycznie. Manto po zebraniach to była podstawa, do tego wyzwiska i kupa innych dziwnych zachowań o których nie warto pisać. Po jakimś czasie doszło do tego, że zaczął dogryzać matce, wyzywać ją, czasami nawet kopać, ciągle powtarzał że zmarnował sobie przy niej życie itp., nigdy nie doceniał tego że ma naprawdę dwóch zdolnych synów, niejeden ojciec by mu pozazdrościł. Ciągłe kłótnie, awantury wyniszczyły chyba wszystkich, nawet i ojca, od którego wszystko się zaczęło. Sam starałem się jakoś w miarę normalnie funkcjonować, kontynuowałem naukę, większość czasu spędzałem z kolegami, na boisku, byle z dala od domu. Niestety ciągle izolowałem się od dziewczyn, wstyd mi było, że w takim wieku dalej borykam się z trądzikiem, do tego cała sytuacja w domu nie napawała optymizmem. W II klasie technikum straciłem swojego najlepszego przyjaciela (który prawdę mówiąc zastępował mi towarzysko brata, znaliśmy się od małego). To był prawdziwy cios, przestałem ufać ludziom. Nie dość że nigdy nie mogłem liczyć na rodzinę w sprawach zdrowotnych to jeszcze spotkał mnie taki przykry zawód z przyjacielem, prawdziwa załamka.

Okres szkoły średniej można powiedzieć że przewegetowałem emocjonalnie, intelektualnie, finansowo. Pomoc finansową rodziców ograniczyłem do dosłownego minimum, tylko tyle co na książki i dosłownie parę ciuchów. Tyczy się do głównie "chorego" ojca, którego zacząłem nienawidzić z całego serca, nie dość że zaczął na mnie oszczędzać to jeszcze w domu nie dawał spokoju. Ze względów finansowych przestałem udzielać się społecznie, rozwijać. Z wesołego, towarzyskiego chłopaka stałem się moim bratem z lat młodości, przestałem wychodzić z domu. Postanowiłem, że nigdy nie założę rodziny, nie będę miał dziecka, no nie mam odwagi przekazać komuś takich spapranych genów. Trzeba to odciąć, nie chciałbym żeby ktokolwiek przechodził przez to co ja przeszedłem, wolałbym kogoś adoptować.

Zapomniałem nakreślić postać mojego ojca. Człowiek z wyższym wykształceniem, inteligentny, umysł techniczny, dobra praca, daje sobie rade w życiu pomimo tego jakim jest ciężkim przypadkiem. Czemu ciężkim? Przeczytajcie wyżej, do tego sam nie utrzymuje kontaktów praktycznie z nikim, nie ma kolegów, przyjaciół, odizolował się od rodziny (odwiedza ich sporadycznie, ale tylko ze swojej strony). Do rodziny ze strony matki praktycznie nie jeździ, chyba wstydzi się tego że nie na niej wyżywał. Jego rola w domu ogranicza się do pójścia do roboty, opłacenia rachunków i przeleżenia na wyrku.

Teraz opiszę zajście, które jeszcze bardziej oddaliło mnie od ojca. Kiedyś (czasy technikum) wybieraliśmy się na imprezę rodzinną (bodajże 18 siostry ciotecznej), wyjazd planowaliśmy w komplecie. Jak to zwykle bywało, ojciec skwaszony, przed każdym wyjściem do kogoś zawsze stwarzał problemy, wykłócał się. Nie inaczej było i tym razem, niestety przesadził i zastosował przemoc fizyczną wobec mojej matki. No i nie wytrzymałem, byłem już w takim wieku że mogłem wreszcie zareagować. Sprowadziłem go do pionu, niestety od tej pory wydaje mi się że niewiele dla siebie znaczymy. Ojciec był jedyną osobą, która mogła mi pomóc finansowo w walce z chorobą (matka zarabiała niewiele, większość wydawała na jedzenie), tylko że zamiast pomagać jeszcze bardziej dobijał (bardziej dbał o własny samochód niż o zdrowie moje, swoje, całej rodziny).

Będąc w piątej klasie technikum brat wybrał się na studia dzienne w innym mieście. Wynajęcie mieszkania, kasa na życie, na jego rozwój jakoś fundusze się znalazły. Dziwne, ja nie mogłem się doprosić niewielkiej kwoty na uratowanie swojego zdrowia. Życie bywa okrutne, jeszcze gorsze jak nie możesz liczyć na najbliższą rodzinę. Brat wyjechał, kaska do niego spływała, to ja musiałem ciągle wysłuchiwać jak to w domu ciężko, że na nic nie ma, jaki to tatuś pokrzywdzony itp. Przez to zacząłem mieć masę innych problemów zdrowotnych, boląca głowa, zęby, teraz czasami płuca. Do lekarza nie chodziłem bo leki nie rosną na drzewie.

Zbliżała się końcówka piątego roku, wreszcie koniec tej katorgi, poważnie zacząłem zastanawiać się nad podjęciem pracy. Niestety na głowę spłynęły kolejne problemy. Jak się okazało brat zawalił studia, załamał się, myślał o samobójstwie (do domu wysłał nawet testament). No ręce mi opadły, wrócił do domu, pokręcił się po psychologach, nałykał multum tabletek i jakoś stanął na nogi. Znalazł wreszcie pracę w zawodzie, dobrze zarabia. Ja popełniłem kolejny błąd w swoim życiu (jeszcze większy niż poprzednio) i poszedłem na studia techniczne w swoim mieście. Miałem nadzieję, że skoro brat stanął na nogi, ma dobrą pracę, to teraz rodzice zaczną inwestować we mnie. Pomyliłem się, brat poszedł na studia zaoczne, ojciec co wyjazd dorzuca mu kasy. Poznał sobie dziewczynę przez neta, pojechał do niej 2x i wyskoczył ze ślubem. Oczywiście pieniądze na jego potrzeby się od razu znalazły, i jak tu być zdrowym w takim domu? Teraz są już po ślubie cywilnym, lada dzień będzie kościelny i weselisko.

A ja ledwo kończę 4 rok studiów, które kompletnie mnie nie interesują. Teraz próbuje dociągnąć wszystko do końca, nie mogę sobie pozwolić na zmarnowanie kolejnego okresu w życiu. Do tego dochodzi zryta psychika, sporo blizn na twarzy, inne problemy zdrowotne. Nigdy nie miałem dziewczyny, chociaż zdarzały się przypadki, że to płeć żeńska interesowała się mną, ale zawsze odpuszczałem. Nie chce się w nic angażować póki nie doprowadzę się do normalności. Nie szukam roboty, bo wiem że jeśli ktoś będzie chciał mnie zatrudnić (byle gdzie) na stałe to bez wahania pierdzielne to wszystko. Nie po to przesiadywałem nad durnymi książkami żeby wszystko przerwać. Z drugiej strony jestem w takim wieku, gdzie powinienem planować założenie rodziny, ale jak zakładać rodzinę nie mając żadnego wsparcia od swojej własnej i kupę problemów?

Szkoda mi tych 10 lat, szkoda mojego potencjału. Nigdy nikt nie dał mi chociaż jednej szansy by wrócić do normalności, by rozwijać swoje zainteresowania. Nie wiem co robić po studiach, ciężko mi będzie kręcić się za pracą w branży, która nie sprawi mi najmniejszej przyjemności. Wiem jedno, jeśli po zakończeniu studiów dalej będę w takim stanie od razu zapisuje się do jakiegoś psychologa i uciekam na terapie grupowe. Przesiadywanie w samotności nikomu w niczym nie pomorze. Osobiście należę od osób towarzyskich, niestety taki splot wydarzeń jaki wyżej przedstawiłem okazał się zbyt dużym obciążeniem.

Przepraszam za dość długi opis, ale może dla niektórych okaże się że nie mają wcale tak strasznie w życiu i są dużo cięższe "przypadki". Chociaż sam wiem, że są ludzie którzy mają gorzej ode mnie. Świat bywa czasami okrutny.
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
09 maja 2009, 15:58

Re: Zmarnowalem najlepsze lata swojego zycia

przez looser_28 10 maja 2009, 21:03
Codalejrobic, nie zazdroszcze Ci sytuacji w domu. U mnie nigdy nie bylo przemocy fizycznej, ale wszystko to co osiagnalem zawdzieczam mamie, ktora kontrolowala wszystko. Ojciec nigdy sie nie interesowal rodzina, nie zyl nia. Wiedzial tylko, ze skoro postaral sie o dzieci to wypadaloby na nie lozyc. Do tej pory woli raczej pocieszyc sie sukcesami obcych, niz swoich wlasnych dzieci (mam starsza siostre). Nie rozumiem tego i juz nie zrozumiem. Obecnie przechodzi nerwice i zmienia co chwile lekarstwa. U mnie przeciwnie jak u Ciebie: siostra bardzo towarzyska, ale tez nie zaznala w zyciu osobistym prawdziwego szczescia. Mowila o sobie, ze urodzila sie za pozno i nie przystawala do czasow w ktorych przyszlo jej zyc. Teraz patrzy na zycie juz inaczej. W ogole zostalismy "zle" wychowani - bo na porzadnych ludzi. Obecnie w cenie jest pogarda dla innych i parcie do przodu po trupach. Mam znajomego, ktory przeszedl giga-niekorzystna-metamorfoze (dla niego oczywiscie korzystna). Z niesmialego i uczynnego chlopaka wykorzystywanego troche przez kolegow (lekcje) stal sie cynicznym maczo, ktory odbija sobie teraz wszystkie lata niepowodzen. Gardzi wszystkimi dookola, obrabia im tylki, kobiety traktuje przedmiotowo. Paradoksalnie - dopiero teraz wyglada na szczesliwego i spelnionego!

Codalejrobic, masz 24 lata, a wiec 4 lata mniej niz mam ja. To bardzo duzo. Gdy bedziesz w moim wieku, mozesz juz miec zone i dziecko w drodze (dajmy na to). Ile ja bym dal, zeby teraz sie cofnac nawet o te 4 lata. Poza tym jak piszesz byles (jestes) towarzyski, nie miales zadnych trudnosci z nawiazywaniem kontaktow z ludzmi, tylko niejako okolicznosci zyciowe przestawily Ciebie na "inny tor". Nawet nie obejrzysz sie kiedy, a wrocisz do szczesliwego zycia. Czas w Twoim przypadku dziala na korzysc - tak mi sie wydaje.

O sobie w zasadzie juz nie chce pisac i meczyc innych (choc cos skrobne) - paradoks goni paradoks. Staczam sie coraz bardziej na dno. Nie zalezy mi juz na niczym. Wczoraj zepsula mi sie pewna rzecz w domu, zwisa mi to, czy to naprawie, czy kupie nowa. Jeszcze w zeszlym roku doslownie zeswirowalbym, zeby cos z tym zrobic. Calosci sprawy dopelnia fakt, ze udalo mi sie spotkac swietna dziewczyne (zupelne przeciwienstwo mnie) - historia cos jak z ta slepa kura i ziarnem. Strasznie ciagnelo mnie do niej. Bylem wrecz nia zafascynowany. Nie moglem sie doczekac kolejnego spotkania. No i pewnego razu pogadalismy sobie szczerze. Po rozmowie zaczela mnie unikac, wiec odpuscilem. Zaluje tego, ze zamknalem za soba drzwi dajac jej do zrozumienia, ze mowie pas. Moze powinienem byl powalczyc, ale uznalem ze nic na sile. Wiele wysilku z mojej strony kosztowalo pokonanie swoich slabosci. Czy bylo warto? I tak i nie. Nie boli tak bardzo porazka, jak to kogo stracilem (troche sie poznalismy i gdybym byl "normalny", mialbym prawdziwy skarb w domu). I nawet otwarcie tlumacze sobie decyzje dziewczyny, ze to wina lezy absolutnie po mojej stronie. Chyba po prostu nie bylem jej warty.

Tradycyjnie pozdrawiam.
Offline
Posty
6
Dołączył(a)
09 kwi 2009, 22:20

Re: Zmarnowalem najlepsze lata swojego zycia

przez Beksa 10 maja 2009, 23:11
looser_28
Ja bym na twoim miejscu poszedł do lekarza psychiatrii po dobre prochy np. parokestynę.
Antydepresanty potrafią dać dużą motywacje i powodują znaczny wzrost pewności siebie. Oczywiście osiąga się to dzięki przyjmowaniu jakiejś substancji chemicznej która sztucznie podnosi samopoczucie, ale leki z grupy SSRI lub SNRI są relatywnie bezpieczne i bym się nie przejmował tym że sztucznie wspomagam się jakimś środkiem.
Antydepresanty mają tylko jedną dokuczliwą wadę, a mianowicie powodują spadek libido i ochoty na sex (w jakim stopniu to już zależy od cech osobniczych), ale wystarczy dodatkowo brać lek buspiron i problem znika. Oczywiście ten buspiron dołączył byś do kuracji dopiero jakbyś już znalazł dziewczyne.
Offline
Posty
43
Dołączył(a)
04 gru 2008, 23:53

Re: Zmarnowalem najlepsze lata swojego zycia

przez atb89 10 maja 2009, 23:23
sorensen napisał(a):
shani napisał(a):oj wypraszam sobie. dane jest mi być kobietą i jakoś nie uznaję facetów bez kasy i klasycznej urody za nieudaczników. byłam z facetem który wcale nie był ani piękny ani bogaty ale miał w sobie to coś (tak mi się wtedy wydawało). myślę że to kobiety mają gorzej bo to od nich oczekuje się żeby były ładne, ładnie się prezentowały i były na czasie (tak bynajmniej jest w moim środowisku). i to mnie boli najbardziej bo w dzisiejszych czasach kobieta która nie posiada ani urody ani nie wyróżnia się czymś wyjątkowym jest spychana na margines, skazana na życiową porażkę, bo który facet pokaże się z taką dziewczyną przed kumplami?

A która kobieta pokaże się z brzydkim facetem narażając się na śmiechy i złośliwe docinki koleżanek?


jest duzo takich dla ktorych liczy sie wartosc mezczyzny bardziej od tego co powiedza kolezanki :) i wcale nie sa brzydkie! naprawde :) glowa do gory..
atb89
Offline

Re: Zmarnowalem najlepsze lata swojego zycia

przez sorensen 11 maja 2009, 19:15
Beksa napisał(a):looser_28
Ja bym na twoim miejscu poszedł do lekarza psychiatrii po dobre prochy np. parokestynę.
Antydepresanty potrafią dać dużą motywacje i powodują znaczny wzrost pewności siebie. Oczywiście osiąga się to dzięki przyjmowaniu jakiejś substancji chemicznej która sztucznie podnosi samopoczucie, ale leki z grupy SSRI lub SNRI są relatywnie bezpieczne i bym się nie przejmował tym że sztucznie wspomagam się jakimś środkiem.
Antydepresanty mają tylko jedną dokuczliwą wadę, a mianowicie powodują spadek libido i ochoty na sex (w jakim stopniu to już zależy od cech osobniczych), ale wystarczy dodatkowo brać lek buspiron i problem znika. Oczywiście ten buspiron dołączył byś do kuracji dopiero jakbyś już znalazł dziewczyne.


Wydaje mi się że działanie antydepresantów to w dużej mierze kwestia indywidualna. Ja brałem jak dotąd dwa, podobno jedne z najlepszych leków i delikatnie rzecz ujmując nic nie dały. Żadnego wzrostu motywacji czy pewności siebie. To chyba zresztą tak nie działa, pewnie czynnik psychologiczny w Twoim przypadku sporą rolę odegrał:)
Nie miały szczególnych efektów ubocznych ale też żadnych terapeutycznych. I nie było żadnego spadku libido. Ale tak jak pisałem - to sprawa indywidualna. Komuś innemu może pomóc, albo dla odmiany będzie fatalnie tolerował lek.
Offline
Posty
271
Dołączył(a)
28 lis 2007, 01:02

Re: Zmarnowalem najlepsze lata swojego zycia

przez bronek 15 maja 2009, 18:42
looser28 też mam taki podobny problem jak ty i mam 28 lat,moje jedyne seksualne kontakty z kobietami to za pieniądze a najlepiej ELA- prywatnie...Upadek co?Ale dla mnie bardzo bezpieczne bo jak
mi sie przeważnie jakaś podobała lub COŚ do niej poczułem to paraliżowało mnie
Jak mogłem sobie wymyślac takie bzdury że do tej kelnerki nie podejdę bo będzie ,,zamęt,i nie wypada'' skoro wcześniej nie miałem problemów z zagadaniem
do innej kelnerki w innym lokalu z którą po rozmowie wiedzialem czy ona chce się umówic ze mną czy nie.Najgorsze jest te pranie sobie mózgu : ,,jestem bezsilny więc nic nie będę robic bo w takiej sytuacji gdy ona chodzi szybko i zbiera szklanki to jakieś trudne...- tępe usprawiedliwianie i zamiatanie problemów.Najgorsze że jestem niewolnikem swojego wycofania od kobiet.Wiele
miałem sytuacji że do tych kobiet które dawały mi kosza nie miałem blokad mimo
że były atrakcyjne i mi sie podobaly, bo podświadomie wiedzialem że nie mam u nich szans alb że są zajęte.Raz poznałem fajną inteligentną dziewczynę starszą
o parę lat dobrze się bawiliśmy, czulem wyraznie że fizycznie jestem dla niej atrakcyjny ale była z innego miasta i różnica wieku ją przestraszyla ja mialem 26 ona 36.To nie mój los to ja wybieram takie sytuacje
taka gra mojego ego żeby udowodnic sobie że jednak taki oddalony od tych kobiet nie jestem ,a jednocześnie żeby nie wchodzic w związki.Tu nie chodzi o nieśmiałośc bo wszystkie największe wiecznie czerwieniące prawiczki których znałem a są w podobnym wieku mieli lub mają dziewczynę i są teraz jak najbardziej zdrowymi facetami.Ktoś mógłby powiedziec kosza dostajesz boś nieumiejętny ale zapomnialem napisac że było też niemalo kobiet które wyraznie dawały mi do zrozumienia że chcą mnie poznac.Można powiedziec klasyczny lęk
przed tym że nie spełnię sie w łóżku.I to prawda bo wstydzilem się na początku napisać że te seksualne kontakty ha marnie wypadły.Teraz po latach
wiem ze poprostu udany seks może byc dla mnie jeżeli byłbym w zwiazku z kobietą.Trochę się rozpisałem ale chce sie w ten sposób wypisac żeby nie ściemniac i przejsc do meritum w następnym poscie...

[Dodane po edycji:]

wszystko zaczęło się mi rozjasniac jak poszedlem do psychologa wiem że do konca mi nie pomógł ale przynajmniej przestałem sie oszukiwac i nabrałem szacunku do siebie.Pewnie że nie raz mi przechodzi myśl
że jestem pojebany i zdarza mi się czasami tak mówic ale jest to przejaw frustracji wkurzenia chęc wyrzucenia negatywnych emocji tak naprawdę w sercu nie czuje że jestem gorszy tylko taka a nie inna sytuacja rodzinna
wplynęła na moje problemy,nie warto się skreślać czy określac że jest się gorszym porównując do innych,nie chcę oczewiscie iśc do hasła ,,inni mają jeszcze gorzej'' bo odezwie się : ,,ale nie da się ukryć że
są tacy którym jest lepiej'' tylko chodzi o to żeby teraz życ z tym co mamy i ZAWALCZYC o siebie.Po co walczyc jeżeli wszystko jest bezsensowne,dlaczego mam walczyc o coś co większośc ma bez walki, mają to jak następuje dzień po nocy wcześniej czy pózniej ale to dostają?DLATEGO warto zawalczyc o siebie bo w głęboko w sercu my samotni w beznadziei nie chcemy umrzec się zabic.Zabicie siebie samego to coś gorszego niż totalne upodlenie i nasranie na siebie to jest szczyt PUSTKI straszliwej PUSTKI.TO wtedy nas nie ma kiedy chcemy się zabic.Kiedyś też myślałem o samobojstwie bo nie widzialem wyjscia z mojego więzienia więc wymyślilem taką opcje bo czulem się tak beznadziejnie że wymyśliłem sobie coś żeby nie napędzac strachu
przyszłoscią ---- ,,Dalej idąc w przyszłośc nie będzie beznadziejnie bo nie będzie TAKIEJ przyszłości''

Więc do cholery dlaczego skoro wszystko jest beznadziejne, a życie nie jest życiem mam się zabić zamiast
zabić przeszkody.Gdy się nie ma nic do stracenia ginie wstyd,człowiek zdaje sobie sprawę że niszczy sobie
życie przez Granice wytworzone w głowie.Wiem że to latwo pisać o tym ale chodzi o to looser 28 żebyś wszedł
w kanał pomocy nie bał się i nie wstydzil pomocy psychologa bo samemu to można się ukisić i plywać jak gówno w przeręblu,mielic powietrze...Chodzi o to żeby ten ból popchnął cię w otchłań zmian a nie rozpaczy
żeby ten lęk o przyszlośc pchnął cię w determinację i wkurwienie ----- ,,ja nie wiem jak iśc poprawnie czy nie poprawnie, ale chce wyjśc z bezpiecznej KLATKI BIERNOŚĆI bo wtedy przynajmniej bedę iśc w stronę
życia.''
Pójśc w taką beznadziejnośc która staje się wyzwoleniem a nie ucieczką.
Gdzie nie ma nic oprócz szacunku do siebie
Bo wtedy mamy szacunek do innych
i wtedy wiemy że walcząc o siebie nie skrzywdzimy innych ani siebie
I tym samym dajemy sobie prawo do błędów
I SZANSĘ NA ZMIANĘ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Chodzi też o zmianę myślenia żeby nie kitwasic się ciągle w swoim i tylko swoim światopoglądzie ,żeby się
nie izolowac żeby zmieniac miejsca,dotykac innego myslenia żeby pozbyć się ciężarów trzeba czasem wchłonąc coś nowego wyzwalającego.


Nie będę sie tłumaczyl z tego dlaczego tak a nie inaczej pisalem.Pisalem tak jak umialem.
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
15 maja 2009, 15:55

Zmarnowalem najlepsze lata swojego zycia

przez falcon 14 lut 2011, 14:57
Pozwolę sobie odkopać temat ponieważ jak przeczytałem post looser_28 to poczułem jakby ktoś opisał moje życie; trochę mnie to podbudowało bo sądziłem, że jestem jedynym takim życiowym przegrańcem jak sam siebie określam, a dzięki informacji od Ethnar na temat zespołu Asperger'a teraz już wiem, że jest to zjawisko dosyć popularne skoro doczekało się nawet swojej nazwy.
Może to głupio zabrzmi ale: człowiek uważa , że jest dziwny i nienormalny patrząc przez pryzmat całego społeczeństwa które go otacza. Potem odnajduje temat jak ten. Widzi, że są inni, tacy sami jak on i czuje się lepiej, bo skoro istnieją jemu podobni to nie odczuwa już takiego wyobcowania.
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
14 lut 2011, 14:39

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 12 gości

Przeskocz do