Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez Sayuri 11 lut 2009, 21:16
Dziś już dwa razy wymiotowałam, wczoraj raz z tego całego stresu. Mam jutro egzamin, nie umiem nic, nie uczyłam się, postaram przygotować się na przyszły tydzień na poprawkę,ale materiału jest od groma i ciut ciut. Nawet nie chcę na niego iść. Po nim wyniki z kolejnego, aż mnie telepie na samą myśl że nie zdałam. Dziś czekam na wyniki z dzisiejszego, też pewnie porażka, a to taki głupi przedmiot :/ Powinnam uczyć się na piątek żeby przynajmniej tego nie zawalić ale nie mogę się skupić, odrzuca mnie od notatek. Czuję dziwny ból w środku głowy, taki niezbyt mocny ale pulsujący, ciągle jestem ociężała, senna, a przecież staram się wysypiać.

Co mi ?? :( :(
Avatar użytkownika
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
03 lut 2009, 13:56
Lokalizacja
Poznań

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez Matilde 11 lut 2009, 21:52
Typowe zachowanie "sesyjne" nerwicowców (tak mi się przynajmniej wydaje). Mnie serce tak mocno bije że mam wrażenie że żebra mi podskakują. Ciągle mi słabo, nie mogę jeść, schudłam dwa kilo od początku roku. Nie jest źle, bywało że chudłam 6 kilo w 4 tygodnie.
Na notatki po pewnym czasie nie da się patrzeć. Ciągle to samo a ty ciągle nie rozumiesz co w ogóle czytasz...
W dodatku muszę na zaliczenie napisać cholerny raport który zwykle pisze cały zespół ludzi mając do dyspozycji sterty danych. Ja mam tylko internet i pier...nięty komputer w którym jeb.. się język klawiatury dwa razy dziennie.
Tak że Sayuri nie jesteś sama :smile:
"Bo tak naprawdę jedyna droga do tajemnicy prowadzi przez rozpacz. Można by wręcz powiedzieć, szczęśliwi, których stać na rozpacz"
W. Myśliwski - Widnokrąg
Avatar użytkownika
Offline
Posty
175
Dołączył(a)
27 lis 2008, 00:16
Lokalizacja
CK

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

przez zlosnica20 17 lut 2009, 19:04
Mam taka sama sytuacje, wywalili mnie z obu kierunkow studiow, teraz staram sie pozbierac zeby chociaz jedne sprobowac kontynuowac. moi rodzice tez placili za kursy do matury, za prywatna szkole, i za pierwszy rok studiow. uwazaja mnie za leniucha i olewusa, ktoremu sie nic nie chce, a nie wiedza jak bardzo mi sie chce tylko, ze po prostu nie moge. maja dokladnie takie same metody "motywacji", ktore przez lata mnie dolowaly i mowilam im to ale nie reagowali. teraz po paru latach od kiedy to sie zaczelo moi starzy juz przeszli do krytykowania calej mojej osoby, wypominaniu mi non stop ze studia zawalilam, ze nie mam znajomych, ze nie wychodze, ze za cokolwiek sie zabiore to zawsze okazuje sie to niewypalem. i maja racje, z tym , ze nie dociera do nich , ze ja sie zabieram za nowe rzeczy bo naprawde mam jakies ambicje i chce bardzo, ale po szybkim czasie pasuje bo po prostu nie daje rady.nowe studia ,ktore zaczelam strasznie mi sie podobaly, ale minely dwa miesiace i przyszedl gorszy okres i przez poltora miesiaca nie wychodzilam z domu. w tym czasie byly wszytskie zaliczenia, nic mnie nie bylo w stanie zmotywowac. nie przystapilam do sesji. jestem zla na siebie jak cholera ale tez bezradna, bo wiem ze chcialam sie nauczyc. jak usiadlam nad notatkami to po 15 minutach rezygnowalam. a moi rodzice wszytsko zwalaja na lenistwo. nie zauwazyli tego, ze z aktywnej , wesolej, towarzyskiej dziewczyny stalam sie przygnebionym samotnikiem, siedzacym na dupsku non stop w chacie (tzn zauwazyli i mi to wypominaja caly czas). probowalam im wszytsko wytlumaczyc, ze sie zle czuje, ze jestem caly czas zmeczona, ze nie mam sily i nie umiem sie niczego nauczyc. najpierw kazali mi zrobic badania ogolne, na ktorych oczywiscie nic nie wyszlo, wiec potem reakcja zawsze byla taka sama- wez sie w garsc, tyle dla ciebie poswiecilismy- najlepsze szkoly, platne a ty co. na poczatku tez sie tym dreczylam, tymi wydanymi pieniedzmi. ale od jakiegos czasu juz tego nie robie. potrzebuje od nich akceptacji i tego, zeby mnie wysluchali a dostaje tylko krytyke. ze jestem pijawka, ze nic mi nie wychodzi, ze inni ucza sie i pracuja a ja nie potrafie sie utrzymac na studiach. gdyby chcieli mi pomoc to pewnie nadal bym sie dreczyla. ale oni nie wykiazuja checi pomocy. lecze sie od jakiegos czasu u psychiatry, mam stwierdzana depresje, jeszcze niedawno mi doszla jakas nerwica zwiazana z lekiem przed wychodzeniem z domu, kiedy mam wyjsc dostaje automatycznie strasznych bolow brzucha tak, ze sie skrecam. rodzice nic nie wiedza. tyle razy juz chcialam, zeby mnie wysluchali i nigdy tego nie zrobili. wiec nie zamierzam im mowic. nasze kontakty pogorszyly sie, zaczelam byc wobec nich bardziej opryskliwa co tylko spowodowalo , ze coraz bardziej sie mnie czepiaja i coraz bardziej mam ochote uciec od nich tylko nie mam gdzie. myslalam jakis czas zeby im powiedziec o leczeniu ale juz wiem jak zareaguja. nie masz zadnej depresji, to twoj kolejny wymysl. a wiec łacze sie z Tobą w bolu;)
Offline
Posty
3
Dołączył(a)
17 lut 2009, 17:17

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez LucidMan 17 lut 2009, 19:15
zlosnica20, Oczywiście mogę się mylić, ale według mnie, Twoje problemy mogły się wziąć z nadmiernego skupienia się na spełnianiu oczekiwań innych (rodziców). Co najgorsze, nie masz od nich żadnego wsparcia, więc im bardziej coś zawalisz, tym masz większe poczucie winy. Ukształtował się mechanizm błędnego koła napędzany lękiem porażki. Zaczynasz się już bać wychodzić z domu, ponieważ Twój umysł uważa, że na zewnątrz będziesz zagrożona. Czym? Kolejną porażką.. Stąd objaw: ból brzucha.

lecze sie od jakiegos czasu u psychiatry

To za mało. Proponuje udać się na kilka rozmów z psychologiem, co by pojaśnił Ci trochę o Twoich lękach i Twoim błędnym reagowaniem na negatywne uczucia.

Pozdrawiam 8)
Lucid life
Avatar użytkownika
Offline
Posty
785
Dołączył(a)
09 sty 2009, 23:55
Lokalizacja
NeverLand

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez Sayuri 17 lut 2009, 19:47
Zlosnico, jakbym czytała o sobie.
Ja z nerwów nabawiłam się ZJD i jak już pisałam, przez miesiąc siedziałam w domu bo przez biegunkę nie mogłam się nigdzie ruszyć, nawet do spożywczaka przed blokiem. Do teraz odczuwam lęk i niepokój: a co jak mnie złapie, a co jak nie zdążę nigdzie do toalety… i przez to wkręcanie sobie najczęściej powraca :/

Jakimś cudem udało mi się zaliczyć większość egzaminów, została mi tylko poprawka w czwartek z jednego, której pewnie nie zaliczę i będę musiała wziąć warunek, ale już pogodziłam się z tą myślą.

W poniedziałek idę po skierowanie do psychologa, a potem poszukam jakiegoś dobrego w moim mieście, mam nadzieję że trafię na kogoś kompetentnego, jeśli nie od razu to będę szukać aż do skutku.

Muszę powiedzieć że po tym jak co dzień dzwoniłam do matki i ryczałam jej w słuchawkę chyba doszło do niej że źle się ze mną dzieje, bo sama pytała czy w razie niezdania poprawki mam inną opcję i zgodziła się zapłacić za ten warunek. W przyszłym tygodniu pojadę do domu i wszystko im powiem, nawet jeśli nie będą chcieli mnie słuchać, MUSZĄ wiedzieć co ja czuję i to że nie radzę sobie nie wynika z lenistwa.

Widzę że mam o tyle dobrze że jestem daleko od domu, ale to ma swoją złą stronę, bo jestem daleko od przyjaciółki i kilku innych bliskich mi osób. Bardzo mnie to męczy.

Wybaczcie za pisanie bez ładu i składu ale mam 38,2 stopnie gorączki :/
Avatar użytkownika
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
03 lut 2009, 13:56
Lokalizacja
Poznań

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez scrat 18 lut 2009, 03:32
Sayuri napisał(a):Ja z nerwów nabawiłam się ZJD i jak już pisałam, przez miesiąc siedziałam w domu bo przez biegunkę nie mogłam się nigdzie ruszyć, nawet do spożywczaka przed blokiem. Do teraz odczuwam lęk i niepokój: a co jak mnie złapie, a co jak nie zdążę nigdzie do toalety… i przez to wkręcanie sobie najczęściej powraca :/

I to podporządkowanie całego swojego życia łatwemu dostępowi do toalety, co? Doszłaś już do tego etapu? Jeżeli nie, to postaraj się zrobić wszystko, żeby nie dojść. Ja bywanie w miejscach, gdzie nie mam łatwego i szybkiego dostępu, ograniczam do minimum - i wtedy jest tylko gorzej, uciekanie zamiast konfrontacji jedynie pogłębia lęk.

Właściwie czytając to co napisałaś mogę się pod tym podpisać. Z ZJD żyję już z 10 lat, pojawił się jakoś pod koniec podstawówki (mam 24 lata).

Bo niestety jelita są mocno unerwione, reakcja na silny lęk jest gwałtowna i automatyczna - zmniejszenie masy ciała przez biegunkę, żeby móc szybciej atakować lub uciekać. Taka zaszłość z czasów kiedy jeszcze nie byliśmy cywilizowani. Jak taka reakcja będzie powstawała w normalnych sytuacjach (bo odbieramy je jako groźniejsze niż są w rzeczywistości) to z czasem może rozwinąć się lęk przed lękiem, wtedy mamy takie samonapędzające się koło - jeżeli lęk dotyczy jakiejś wstydliwej reakcji organizmu na lęk albo takiej, którą czasami trzeba powstrzymać. I witaj nerwico.

Druga rzecz która się rozwija to poczucie bezpieczeństwa, kiedy jesteś w toalecie. Jeżeli to się będzie powtarzało to w mózgu zakoduje się, że jeżeli czujesz się zagrożona to wywołanie biegunki finalnie doprowadzi do znalezienia się w toalecie i zniwelowania zagrożenia.

W poniedziałek idę po skierowanie do psychologa, a potem poszukam jakiegoś dobrego w moim mieście, mam nadzieję że trafię na kogoś kompetentnego, jeśli nie od razu to będę szukać aż do skutku.

Na pewno potrzebujesz psychologa a nie psychiatry? Bo według mnie twój problem jest dosyć jasno określony, tu jest potrzebny psychiatra a nie psycholog.

bo sama pytała czy w razie niezdania poprawki mam inną opcję i zgodziła się zapłacić za ten warunek.

Masz opcję - to cię trochę nie uspokaja? Że co by się nie stało, czy nie pójdziesz na egzamin czy z niego uciekniesz, zawsze jest wyjście - warunek.

Zresztą jakąś opcję mamy zawsze. Poczucie że sytuacja jest bez wyjścia jest tylko w nas, w spanikowanej, zapędzonej w ślepą uliczkę psychice.

Co do egzaminów (mój najgorszy koszmar, razem z czekaniem na kogoś) - u mnie schiza dotyczy jeszcze momentu między wejściem do sali a rozdaniem pytań. Co reszta grupy pomyśli. Bo jak już pytania są rozdane to można wyjść dając do zrozumienia znajomym, że się nic nie umie i to olewa. Albo skupić na pytaniach, wtedy lęk trochę mija. Ogólnie to się często u mnie obraca wokół relacji społecznych, tego że kogoś zawiodę, że ktoś będzie miał do mnie żal o coś, czego nie zrobiłem z powodu biegunki, co ktoś o mnie pomyśli itd. Np. jadąc do kogoś jest dużo gorzej niż wracając od niego - mimo że w obu przypadkach nie ma dostepu do toalety. Bo wracając od kogoś nie muszę być na konkretną godzinę w domu, mogę wysiąść, iść do kibla - gdzie tylko chcę i ile tylko chcę (pomijając sytuacje typu toaleta w supermarkecie czynnym np. do danej godziny, bo to osobny temat - podobnie jak np. jedna toaleta na dużą ilość osób, czy toaleta bez możliwości zamknięcia się w niej). Mam nadzieję że na terapii grupowej (za tydzień idę pierwszy raz) chociaż w tym temacie trochę pójdzie do przodu.

U ciebie też to jest trochę uwarunkowane społecznie? Jakby ludzie zniknęli, nie widzieliby cie, nie miałabyś wobec nich zobowiązań - nie zmniejszyłoby się trochę?

Tyle się rozpisałem o sobie a nie napisałem najważniejszej rzeczy - rokowania w takich przypadkach. Lekarze generalnie dają nadzieję chociaż nikt nie mówi że będzie łatwo. Da się wyleczyć pod warunkiem systematycznej i ciężkiej pracy nad sobą. Są różne podejścia terapeutyczne, skuteczne (ale też bolesne i wymagające dużo samozaparcia) jest behawioralno-poznawcze.

Chociaż terapie i nadzieje to swoją drogą, miałem okresy w życiu kiedy się poddawałem, miałem już tego wszystkiego dosyć, żyłem szybko i ryzykownie z cichą nadzieją, że w końcu coś zakończy to marne, pełne lęku i biegunek życie - ale nic nie zakończyło, jedyne co zostało to blizny po różnych wypadkach, bójkach, sfrunięciu z okna po pijaku itd. Ostatnio coś mi się przełączyło i znowu chcę walczyć, zobaczymy co z tą terapią grupową wyjdzie.

Wybaczcie za pisanie bez ładu i składu ale mam 38,2 stopnie gorączki :/

Odpoczywaj, Sayuri...
Avatar użytkownika
Offline
Przyjaciel forum
Posty
2093
Dołączył(a)
17 lip 2007, 16:44
Lokalizacja
Warszawa

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez Sayuri 19 wrz 2010, 10:17
Witam wszystkich, nie było mnie tu już 1,5 roku, wiele się w tym czasie wydarzyło...

Chodziłam do miłej pani psycholog, cudowna kobieta, naprawdę dużo mi pomogła, powoli zaczynałam myśleć że ja też mogę mieć szansę na szczęśliwe życie, mimo tego co uważa reszta świata. Niestety porzuciła pracę w NFZ i przyjmuje prywatnie i nie stać mnie na wizytę nawet raz w miesiącu.

Z nauką szło mi bardzo dobrze, nawet nie stresowałam się tak bardzo jak zwykle, miałam cel - studia magisterskie na innej uczelni, na specjalizacji która mnie zainteresowała, w między czasie postaram się znaleźć jakąś pracę, zrobię certyfikat z języka, z którego świetnie mi idzie. Ale oczywiście wystarczyła jedna wiadomość, jeden problem żeby wszystko legło w gruzach. Mianowicie moja "wymarzona" szkoła mnie nie chciała, za duża różnica programowa. Bardzo mnie to przygnębiło, a zaraz potem posypały się inne złe wydarzenia, znów nie mogłam skupić się na nauce, zaliczyłam prawie wszystko cudem na 3, został mi tylko jeden egzamin, którego poprawy prowadzący nie chciał zrobić w czerwcu, żebym mogła zdawać egzamin licencjacki w lipcu. Teraz mam egzamin wyznaczony na przyszły poniedziałek, a licencjacki na przyszły wtorek, uczę się już 2 tydzień, właściwie uczę się to za dużo powiedziane, zamiast uczyć się 6 zagadnień dziennie ja spędzam 10 godzin nad jednym... Patrzę się w kartki, litery mi skaczą przed oczami, nie mogę sobie przypomnieć czego uczyłam się wczoraj...Nie mam motywacji by się uczyć, i tak mam rok w plecy, więc chciałabym po prostu nie iść na poprawę, wiem że będzie ustna a mnie to bardzo stresuje...chciałabym iść do dziekanatu i złożyć podanie o warunek, starać się zdać w przyszłym roku, znaleźć innego psychologa, znów móc z kimś porozmawiać, z kimś kto nie uważa że wszystko to jest zwykłym lenistwem. Zaczynam od października nowe studia, taki był warunek rodziców jak już w lipcu dowiedzieli się że na magisterkę pójdę za rok. Inaczej musiałabym wrócić do rodzinnego miasta.

Miałam jedną próbę samobójczą w te wakacje...zabrałam babci tabletki nasenne, wzięłam część, obudziłam się po 20 godzinach...wiem że to głupie, ale wtedy wydawało mi się że to jedyne wyjście. Poza tym, znajomi mnie olali, moją jedyną rozrywką był komputer, książki, ale co dobre to to że wróciłam do pisania, zawsze chciałam napisać książkę i żeby stała się bestsellerem ;)

Bardzo proszę, poradźcie co ja mam za sobą zrobić,nie chcę znów spać po 12 godzin dziennie, resztę czasu siedząc w pokoju.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
03 lut 2009, 13:56
Lokalizacja
Poznań

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez frytka 21 wrz 2010, 12:37
LucidMan, mądrze powiedziane... to błędne koło wciąga z roku na rok... ja już jestem np. za stara aby z niego wybrnąć, aaaa może już nawet nie chcę - ale wielu z Nas tu obecnych może to jeszcze przerwać. Nie wiem jak, każdy musi poszukać własnego sposobu. Osobiście myślałam, że gdy uwolnię się od 'domu' uda mi się zbudować coś lepszego, niż tam poznałam... nie udaje mi się... nie nawet to że popełniam te same błędy - popełniam coraz gorsze. Trudno oszacować, co będzie dobre a co złe - nie chodzi nawet o to żeby dla siebie...
Anioły są wśród Nas
Avatar użytkownika
Offline
Posty
936
Dołączył(a)
24 cze 2010, 14:53

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez BEZsensuŻYCIA 23 wrz 2010, 01:35
Witajcie. wiem że jest tu wiele osób proszących o pomoc... Ja też jestem taką osobą... proszę pomóżcie mi. Opowiem wam pewną historie... będzie to mały skrót mojego życia...
Jest mi żle jak pomyśle o tym co było. Będąc dzieckiem miałam w domu źle alkohol, (ale mama nie piła)przemoc, bicie (katowanie kablem wszędzie po całym ciele,twarzy dosłownie wszędzie.kabel nazywał sie KACPER) Pamiętam do dziś mamę w krwi.. jak ojciec rzucał ją po ścianach,meblach, jak w zimę w piżamie wyciągnął ją na śnieg... jak ją gwałcił... Uciekliśmy od niego, siostra i brat i mama.. od razu odżyliśmy.. pierwsza gwiazdka.. bez kłótni pierwszy prezent pod choinkę..miałam wtedy 9 lat. dostałam pieska pluszaka.. mam go do dziś.. ale znów przyszły złe dni gdy mama poznała pewnego pana.. na początku był miły ale później też nas bił,mamę może dlatego że mama nie piła a z nim zaczęła pic..razem.. było piekło.. mój brat wtedy wrócił do ojca był mały miał 6 lat... ojciec go bije dalej.. moja siostra też uciekła później do taty w wieku 13 lat,myślę że wolała być bita przez własnego ojca niż obcego faceta... ja zostałam... byłam molestowana przez niego.. bita i poniżana.. postanowiłam się zabić.. nie chciałam żyć,nie umiałam patrzeć na to co robi mamie i mi... a w myślach tylko czy moja siostra i brat jutro będą żyć.. czy tata ich nie skatuje. i tak znalazłam żyletkę i zadałam sobie parę ran... nie umarłam obudziłam się w karetce,a potem na stole jak mnie zszywali.. miałam 30 szwów.. żyłam.. i zaczęło się piekło.. ja byłam słaba psychicznie, nie miałam sił żyć,uczyć się,nic.Wyłączyli nam prąd bo oni przepijali pieniądze,on traktował mnie i mamę jak śmieci i do tego mama urodziła dziecko..było tam zimno ciemno i strasznie.. gołe ściany... uciekałam z stamtąd do koleżanki ale jak wracałam zawsze on czekał na mnie.. codziennie dostawałam tak że nie mogłam przestać płakać,trząść się... pamiętam jak raz otworzył drzwi bo u góry było zamknięte na kłódkę bym nie weszła,złapał mnie rzucił o ścianę chwycił moją głowę i uderzał o ścianę,rzucił na podłogę i kopał specjalnie ubierał wojskowe trepy.. a mama nic nie mogła zrobić bo też by dostała.. nie miała połowy włosów,siniaki, oczy tak smutne i pełne bólu i cierpienia... Pani ze szkoły widząc co sie dzieje ze mną załatwiła mi ośrodek,placówkę opiekuńczo wychowawczą tam mieszkałam od 13 roku życia. Nie było tam żle ale nie było też dobrze. Uciekałam z stamtąd do mamy nie wiem dlaczego. w czasie mojego pobytu tam próbowałam wiele razy popełnić samobójstwo,nie dawałam sobie rady z przeszłością,sny mnie przerastały te sytuacje mi sie śniły jak bym tam znowu była. i u ojca i u matki to było straszne... byłam w szpitalach brałam leki na uspokojenie, samo-okaleczałam sie przez 3 lata walczyłam z tym, ale wcale nie chciałam walczyć ten ból był i jest przyjemny..psycholodzy,poradnie,leki to nic nie dawało to było silniejsze, te wspomnienia,myśli że teraz ojciec bije mojego brata... pamiętam gdy przyjechałam na weekend do ojca to on pił i uderzył mojego brata tak że otarł uchem o szybę od mebli i przeciął ucho. pies szczekał krew sie lała ja krzyczałam siostra leciała przez łóżko.. miała sznyty na twarzy nie mam pojęcia czym on ją bił.. teraz jest mężatką i ma dziecko ale nie ma dobrego męża on ją bije i traktuje jak szmatę. brat mieszka dalej z tata.. byłam tam jakiś czas temu ale było to samo, ojciec ma taki straszny wzrok taki wyraz twarzy że ja sie boje a mój brat choć jest bity katowany złego słowa na tatę nie powie i mówi że go kocha. ojciec nienawidzi mamy i mój brat też nie ma o niej dobrego zdania... praktycznie jej nie zna... nie pamięta. Ja mam 18 lat i teraz mieszkam sama,nie mam nikogo ani mamy ani taty,rodziny... jestem sama i nie daje sobie rady w tym życiu. Jestem nawet zmuszona iść do pracy rezygnując ze szkoły... niestety a jak nie znajdę to nie wiem co ze mną będzie.. nie wiem nie mam już sił.. to wszystko jest było i będzie tak trudne jak kiedyś. ja już nie umiem walczyć znowu sie samo okaleczam... nie mam nikogo.. pomóżcie choć to cząstka mojego życia ale mam nadzieje że możecie mi pomoc.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
14
Dołączył(a)
20 wrz 2010, 03:05
Lokalizacja
Puck

Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez Sayuri 05 lip 2011, 13:52
Witajcie po roku.

Po raz kolejny czuję potrzebę wyżalenia się tutaj na moje beznadziejne życie. Zawsze gdy emocje sięgają zenitu odnajduję to forum i czytam niektóre wątki a tym razem postanowiłam dodać coś od siebie.

Jak widać w poście z zeszłego roku, miałam wyznaczoną poprawę egzaminu oraz obronę licencjatu na wrzesień. Egzaminu nie zdałam, do licencjatu nie podeszłam. Nowe studia zaczęłam, ale rzuciłam po tygodniu. W tym czasie intensywnie szukałam pracy, powiem wam że z początku byłam bardzo euforycznie nastawiona, niestety nie udawało mi się nigdzie załapać, więc to mnie bardzo zdemotywowało. Ludzie szukają pracowników z doświadczeniem nawet na praktyki, ale sami nie chcą takiego doświadczenia dawać :/ Gdzie tu logika.

Powtarzałam rok na studiach, egzamin zdałam. W ten piątek mam obronę licencjatu i BARDZO mnie ona stresuje. Nie wiem czy to nerwica lękowa, ucisk w brzuchu, drżenie całego ciała i gonitwa myśli. Naprawdę żałuję że na moich studiach nie ma pisania pracy licencjackiej, może potrafiłabym coś z siebie wydukać. Mam za to 46 zagadnień które ilościowo dają ok 450 stron tekstu, z czego nie wiem czy są szczegółowo opracowane. Nie pamiętam tego, wiem że coś było, ale nie wiem dokładnie co. Staram się powtarzać ale dalej mam pustkę. Obawiam się wylosowania pytań o których nic bądź mało wiem, albo wylosowania łatwych, przy których się zatnę i nic nie powiem. Jeśli teraz nie zdam, mam kolejny rok w plecy. Czyli już dwa lata. Nigdy bym nie przypuszczała że to się zdarzy właśnie mi. Czuję się tępa i jeszcze bardziej gorsza od innych. Rodzice mnie nie wspierają, ciągle słyszę że jeśli nie zdam to koniec mojej edukacji i wracam do domu "pracować w Biedronce na kasie", jak to oni ujmują. Gdybym miała pracę i pieniądze to być moze starczyłoby mi na utrzymanie się samej, ale tak...

Póki miałam oszczędzone pieniądze, chodziłam przez jakiś czas do przemiłej pani psycholog. To dzięki niej trochę otworzyłam się na świat (zaczęłam wychodzić ze wspólokatorkami trochę, wcześniej siedziałam całe dnie w domu), niestety, pieniądze się skończyły i skończyły się wizyty. Ciężko mi odłożyć nawet 100 zł.

Wybaczcie że piszę takie nieskładne rzeczy, ale naprawdę musiałam się wyżalić. Nawet jeśli ten żal trafi w próżnię.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
03 lut 2009, 13:56
Lokalizacja
Poznań

Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez Korba 05 lip 2011, 14:13
Sayuri, stosuj metodę małych kroków, na razie skup się na nauce, przeglądaj materiały, poczytaj, zawsze Ci coś w głowie zostanie. najważniejsze, żebyś zdała w piątek. potem będziesz się zastanawiała, co dalej i szukała pracy.
trzymam kciuki, aby dobrze poszło :great:
Pieprz-i-vanilia
F60.31 F38 F33 F31
Avatar użytkownika
Offline
ExModerator
Posty
12808
Dołączył(a)
22 sty 2010, 22:58
Lokalizacja
nie z tej ziemi

Nie potrafię żyć sama ze sobą...

przez Xxxx132 14 cze 2012, 23:03
CHOROBY PSYCHICZNE BIORĄ SIĘ Z WNĘTRZA NASZEGO ORGANIZMU. JEŚLI MASZ PROBLEMY Z KONCENTRACJĄ, MASZ DEPRESJĘ ITP., TO ZNACZY, ŻE TWÓJ ORGANIZM ŹLE FUNKCJONUJE. ZACZNIJ OD DIETY, ZDROWEGO ODŻYWIANIA, ZERO SŁODYCZY, ZERO ALKOHOLU I PAPIEROSÓW (MI TO TROCHĘ NIE WYCHODZI, ALE JEST CORAZ LEPIEJ), SYSTEMATYCZNIE, POSIŁKI O OKREŚLONEJ PORZE, JAK JESTEŚ GDZIEŚ W DRODZE TO ZRÓB SOBIE SAŁATKĘ WCZEŚNIEJ Z TEGO CO MASZ POD RĘKĄ I JAKO SZYBKA PRZEKĄSKA. I CO NAJWAŻNIEJSZE CODZIENNY RUCH, MOŻE BYĆ NAWET MAŁY SPACER, BYLEBY CODZIENNIE COŚ ROBIĆ I TROCHĘ SIĘ PRZY TYM ZMĘCZYĆ.
Pomyśl o tym
Zrób podstawowe badania, sprawdź, czy nie brakuje Ci witamin, minerałów. WAŻNE: najlepiej zrobić badanie z krwi na grzyby, pasożyty. Grzybica ogólnoustrojowa to najgorszy problem XXI wieku, nie daje objawów, a powoli nas od wewnątrz wyniszcza, tak jak pasożyty. Jeśli brałaś kiedyś często antybiotyki, to może być to. Główne przyczyny to brak koncentracji i senność.
Przyczyn może być wiele, jeszcze jedną z nich może być problem z tarczycą. Odkąd dowiedziałam się, że mogę mieć niedobór wytwarzanych przez tarczycę hormonów, od razu poszłam do endokrynologa. To było to, zaczęłam brać tabletki i mój świat stał się o wiele lepszy.

Nie bałam się ludzi, byli mi raczej obojętni, jednak potrzebowałam ich, żeby się kompletnie nie załamać. Miałam bulimię, na szczęście nie w najgorszym stadium. Codziennie próbowałam sobie wmawiać, że to wszystko jest zależne ode mnie, że tylko ja mogę naprawić cały mój świat. Z drugiej strony byłam mentalnym wrakiem. Te dwa kompletnie różne światy zderzały się co chwilę w mojej głowie. Doprowadziło to do tego, że raz chodziłam szczęśliwa, jak kompletny idiota, który nosi kolorowe okulary, a raz byłam umierającym z tęsknoty dzieckiem, któremu zabrali matkę. Problem w tym, że wszystko to działo się w ułamkach sekundy. Potrafiłam płakać na ulicy, na uczelni, wszędzie, a za chwile głośno się śmiać. To było chore.
Dużo myślałam o przeszłości, jak kiedyś było pięknie, chociaż wiedziałam, że to nieprawda. Miałam wrażenie, że nic dobrego mnie już nie spotka, że będę coraz starsza, coraz brzydsza i zamiast starzeć się z klasą, wypełniać swoją głowę wiedzą, zostanę śmieciem. Wszystkie moje cele i marzenia były tylko wspomnieniem. Jak kiedyś interesowało mnie wszystko, czytałam mnóstwo książek, lubiłam tyle rzeczy, codziennie chodziłam na treningi, tak później wszystko zgasło. Zaczęłam tęsknić za samą sobą, za dawną pełną życia i uśmiechniętą osobą. Gdzie się zatraciłam? Gdzie była ta nędzna granica?
Nie wiem
Piłam. Bardzo dużo piłam. Nie powiem, że tego nie lubiłam, ale to wyniszczało mnie jeszcze bardziej. W mojej głowie działy się okropne rzeczy. Nie wiedziałam, czy to, co we mnie siedzi to rzeczywiście ja, czy jakaś ogromna pozazmysłowa siła zła.
Nigdy nie chciałam mieć chłopaka. Bardzo bałam się, że będę go ranić. Potrafiłam być okrutna przez te dzikie zmiany nastrojów. Obojętniałam na wszystko byleby się tylko nie stresować. Miałam takie dni, kiedy byłam pewna, że doszłam do najwyższego poziomu zobojętnienia, że nic już nie czuję. Ani smutku, ani radości. To były te dobre dni.
Gdyby nie to wszystko, co dla mnie zrobił, gdyby mi nie pomagał najlepiej, jak potrafił, nie bylibyśmy razem. Nie chciałam z nim być, potrzebowałam kogoś na chwilę. On też. Rozbójnik, pełen życia, towarzyski, koleżanek mu nie brakowało. Nie mógł się zakochać. Byłam tego pewna. A tu BACH! Nie chciałam z nim być.
Przekonał mnie do siebie, chociaż długo mu to zajęło. Zaczęłam się dla niego starać, chciałam żeby powróciła mi chęć do życia dla niego, nie dla mnie.
Mój organizm, a właściwie jego brak musiałam odbudować od podstaw. Zaczęłam dietą, przestałam pić, tylko te dwie rzeczy i już było o wiele lepiej. Ruch, wycieczki, nowe pomysły, lepsza koncentracja, nie miałam już problemów ze wstawaniem. Do tego doszły oczywiście leki, bo po badaniach... wszystko było do naprawy.
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
14 cze 2012, 21:55

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 17 gości

Przeskocz do