Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez Sayuri 03 lut 2009, 14:45
Od dłuższego czasu obserwuję to forum i w końcu zdecydowałam się napisać. Nie wiem czy temat umieszczam w dobrym dziale, jeśli nie to proszę o przeniesienie. Z góry przepraszam za chaotyczność wypowiedzi.

Otóż sprawa wygląda tak: od sierpnia nie radzę sobie sama ze sobą. Praktycznie codziennie płaczę z byle powodów, najczęściej w nocy. Zdarza mi się spać po 12 godzin, mimo to ciągle jestem senna. Nie mam żadnej motywacji żeby rano wstać z łóżka, a jak już to robię to siedzę przed komputerem oglądając po raz 100 te same filmy, czy też przeglądając te same strony. Czytam po raz kolejny te same książki, wszelkie nierówności na suficie znam na pamięć.Syf w pokoju ogromny, nie mam motywacji do sprzątania.Ewentualnie włączam telewizor i bezmyślnie wpatruje się w to co leci, czasem skaczę po kanałach. Nie chcę wychodzić na dwór nawet do sklepu 100 metrów od bloku, nie chcę podnosić rolet, denerwuje mnie światło słoneczne. Studiuję na 2 roku, dziennie. Teraz mam sesję – nie zaliczyłam jednego kolokwium, w czwartek albo piątek mam stawić się na poprawkę. Czekają mnie tez wtedy 2 egzaminy. Boję się ich, nie uczę się, nie potrafię się skoncentrować: siadam nad notatkami, czytam je i powtarzam ale nic nie zapamiętuję. Nerwy zżerają mnie od środka. Nie zdam tej sesji, nie dam rady się nauczyć na poprawki, wypowiedzi ustne są dla mnie koszmarem – mimo że umiem to zacinam się i nic nie powiem. Teraz te przedmioty są dla mnie za trudne, a przecież kierunek do ciężkich nie należy.

Nie mam tu znajomych, jedynie moją współlokatorkę, studiuję 400 km. od domu. Tam zostawiłam moją przyjaciółkę z którą kontakt mam tylko telefoniczny. Rodzice mnie nie rozumieją, ciągle powtarzają: ucz się, jesteś leniwa a nie chora. Całe życie powtarzali mi że do niczego się nie nadaję i teraz chyba to udowodnią. Najbardziej boję się tego nie zdania na studiach, nie chcę wracać do domu rodzinnego, wiem że będą mnie dręczyć że jestem głupia i beznadziejna. Podoba mi się to miasto jako miasto, dobrze się w nim czuję. Myślałam żeby rzucić studia, iść gdzieś do pracy, potem zacząć zaoczne – ale co jeśli sytuacja się nie poprawi. Nie lubię ludzi na moim kierunku, szczególnie tych z grupy, są zakłamani i patrzą na wszystkich z góry. Czuję się gorsza od nich, głupsza. Nie mamy żadnych wspólnych tematów do rozmowy, poza tym jestem nieśmiała i trudno nawiązywać mi kontakty.

Myśli samobójcze, tak, mam, nawet napisałam list pożegnalny do rodziców w którym wyrzuciłam wszystko z siebie, to co nagromadziło się przez 20 lat mojego życia. Nie chcę już żyć, będzie lepiej jak mnie nie będzie, jestem wiecznym powodem rozczarowania dla rodziny. Wiele razy zdarza mi się myśleć jak popełniam to samobójstwo i jaki to świat beze mnie jest piękny. I o tym że po śmierci będę miała spokój.

Od października dopadł mnie zespół jelita drażliwego, w postaci biegunkowej. Przez miesiąc siedziałam w domu, nie potrafiłam nawet wyjść w dwa dni w tygodniu na obowiązkowe ćwiczenia. Po silnych lekach trochę się uspokoiło, ale do teraz czuję lęk przed wyjściem z domu, czy będzie gdzieś blisko toaleta, czy mnie to nie dopadnie.

Współlokatorka każe mi iść do psychologa, ale ja ciągle wymiguję się brakiem czasu – a przecież praktycznie nic nie robię, no może poza nieskutecznymi próbami nauki. Nie wiem jak miałabym powiedzieć o tym rodzicom, uznaliby mnie za chorą i wariatkę.

Później postaram się dopisać coś więcej.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
03 lut 2009, 13:56
Lokalizacja
Poznań

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez Matilde 03 lut 2009, 16:05
Witaj, czuję się podobnie więc nie wiem nawet co mogłabym Ci poradzić jedno co wiem to że Twoja współlokatorka ma rację powinnaś pójść do psychologa bo nie warto się tak męczyć ja z tym zwlekałam ponad dwa lata. Warto się przełamać przynajmniej mam teraz poczucie że robię coś w dobrym kierunku, choć poprawy wielkiej nie czuję ale cała terapia przede mną. Do psychiatry się nie wybrałam bo nie chcę brać leków.
Jeśli potrafisz określić od kiedy masz te problemy to prawdopodobnie domyślasz się co mogło je wywołać. Nad tym trzeba się zastanowić i zrobić coś żeby wspomnienia przestały boleć.
Trudno żyć samemu w obcym mieście z dala od przyjaciół szczegółnie kiedy jest źle i ich potrzebujemy. Może współlokatorka mogłaby dla Ciebie być tymczasem kimś kto pomoże. Przejmuje się Tobą z tego co piszesz bo nie ignoruje Twojego stanu. Może ją poproś żeby z Tobą poszła do psychologa, będzie Ci łatwiej. A rodzicom nie musisz na razie nic mówić jeśli nie wiesz jak. Porozmawiasz z nimi jak będziesz na to gotowa i będziesz potrafiła mówić o tym spokojnie.
Też mam teraz sesję ale nie przykładam się do niej zbytnio bo nosi mnie jakoś i nie mogę się skoncentrować. Też musiałam poprawiać kolosa ustnie (!) tego dnia nerwy siadły mi na uczelni całkiem, doktor to widział i zaliczył mi przedmiot chyba tylko z litości już bym wolała żeby mnie opierdzielił, nie wiem czułam się taka upokorzona. A najgorsze jak ludzie z grupy na mnie patrzyli przerażało ich wręcz moje zachowanie - tak że myślę że wiem co czujesz jak na złe samopoczucie nakłada się stres to już jest kaplica.
Od ludzi z roku też się bardzo izolowałam ale nie byłam z tym sama jeśli u Ciebie na roku oprócz ciebie jest ktoś kto też stoi z boku to warto się do niego zbliżyć, ja w ten sposób znalazłam paru ludzi którzy mnie rozumieją i na których mogę liczyć.
No tak, ja się zawsze rozgadam i nawet nie wiem czy coś sensownego napisałam - kończąc: warto znaleźć resztkę siły i powalczyć o siebie, najtrudniej zacząć, później już masz więcej siły i wiary, uwierz w to. Pozdrawiam
"Bo tak naprawdę jedyna droga do tajemnicy prowadzi przez rozpacz. Można by wręcz powiedzieć, szczęśliwi, których stać na rozpacz"
W. Myśliwski - Widnokrąg
Avatar użytkownika
Offline
Posty
175
Dołączył(a)
27 lis 2008, 00:16
Lokalizacja
CK

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

przez wiosna 05 lut 2009, 22:25
Witam
Ten sam problem miałam na studiach, zrezygnowałam przed pierwszą sesją. To było 6 lat temu. Dręczy mnie to do tej pory, bo studiów nie skończyłam.
Dużo by opowiadac co w moim życiu się działo. Na przykład jestem teraz po rozwodzie...już, jak mówią niektórzy.
W każdym razie chciałabym dołaczyć się do wypowiedzi pod tytułem " Nie pójdę do psychiatry bo nie chcę brać leków"
Też tego nie chciałam.....ale kiedy juz nie mogłam wytrzymać poszłam.
Lekarz stwierdził przewlekłą depresję z nawarstwieniem psychoz.
Brałam leki kilka m-cy, potem przerwa, potem znowu mnie dopadło.
Obecnie zażywam leki...jakieś półtora roku.
Gdyby nie one...nie wiem co by ze mną było.Fakt mam jeszcze swoje małe upadki......ale już teraz uważam się za normalną osobę...i wręcz widzę..." To z nimi jest coś nie tak :)
Mam swój bagaz doświadczeń z którego jestem dumna. " Co Cię nie zabije to Cię wzmocni" - święte słowa.
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
04 lut 2009, 19:59

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

przez wojtala 06 lut 2009, 14:02
Sayuri, czesc. Fajnie że napisałaś. Czytam Twoją wypowiedź i widzę dokładnie siebie jakiś czas temu. U mnie były podobne objawy całkowitej niechęci do życia i rezygnacja. Teraz widzę już przyczyny i myślę, że wiem jak z tym walczyć. Moim zdaniem największy problem u Ciebie polega na tym, że masz bardzo zaniżone zdanie na swój temat. Sprawnie zrobili to rodzice, myślę że trochę nieświadomie (rodzice myślą że takim dołowaniem motywują dzieci do pracy a to nieprawda, szczególnie jak się jest wrażliwym). Przez to zaniżenie opinii na swój temat, widzisz świat przez pryzmat tego jak widzą, ocenią Cię inni bo uważasz te oceny za obiektywne. Nie dopuszczasz do siebie własnych myśli, co Ty sama sądzisz na swój temat. Uważasz pewnie, że nic nie zależy od Ciebie, wszystkim steruje ktoś z zewnątrz a Ty tylko wykonujesz czyjeś polecenia, wskazówki i kierujesz się czyimiś radami wyłączając swój mózg. Jeśli się mylę, to mnie popraw, ale u mnie dokładnie tak to wyglądało. Miałem kompleksy, poczucie niższości, byłem bardzo nadwrażliwy.
Nie chcę tutaj prowadzić terapii, bo to nie miejsce na to, ale moją radą jest żebyś jak najszybciej poszła do psychiatry. Na pewno stwierdzi u Ciebie depresję i przypisze jakieś leki. Wiem, że ludzie różnie na nie reagują, ale warto spróbować. Leki to wg mnie początek, bo one leczą objawy. Dzięki nim moim zdaniem będziesz miała więcej siły żeby trzeźwiej spojrzeć na świat (uspokoją Cie i sprowadzą na ziemię). Dzięki nim będziesz w stanie pójść do psychologa i to uważam, za warunek konieczny poprawy. U terapeuty, w przeciwieństwie do leków, będziesz pracowała nad przyczynami stanu, w którym jesteś i zmieniała swój głęboko zakorzeniony sposób myślenia. Od razu powiem, że 'wiedzy' u psychologa dostaniesz bardzo dużo i warto od samego początku skupić się na pracy nad sobą, robić notatki i co jakiś czas do nich zaglądać pomiędzy wizytami. Niestety tak samo jak ja masz pewne ubytki w wiedzy nt. życia, których trzeba się po prostu nauczyć, tak jak tabliczki mnożenia.
Przed wizytą u psychologa warto sobie powiedzieć formułkę zwykłej afirmacji, najlepiej też gdzieś ją zapisać i powiesić na ścianie: "CHCĘ SIEBIE NAPRAWIĆ BO WARTO !!" i warto w to wierzyć. Uwierz mi, że ja już trochę przeszedłem i teraz wiem, że warto było, bo życie jest fajne. Jestem pewien, że z czasem jak będziesz kontrolować więcej aspektów życia i widziała, że to pochodzi od Ciebie i że masz wartość, zaczniesz odczuwać zadowolenie.
Jeśli chodzi o kwestię rodziców, to uważam, że niewarto im teraz wszystkiego wyrzucać. Pewnie zrobi to psycholog a jeśli nie, to warto postawić taki symboliczny murek, który odgradza przeszłość od teraźniejszości i przyszłości. W przeszłości byłaś sterowana, kierowana i dołowana teraz jest MUR, bo to było a od tej chwili kierujesz sama sobą, bo masz własną głowę. Myślę, że uraz zostanie w głowie ale będzie tam jako wspomnienie, które jest za murem i które nie ma wpływu na Ciebie obecnie (ja tak zrobiłem i działa :)). W kwestii znajomych to też wiem o czym mówisz. Myślę, że warto zapisać się na jakieś zajęcia, gdzie są ludzie. Nie ty jedyna jesteś samotna w mieście. Warto może pomyśleć nad jakąś sztuką walki, kursem tańca, jakimś sportem albo językiem obcym. Nie wiem co lubisz robić.

Pozdrawiam i życzę sukcesów. Jakiś czas temu założyłem wątek na temat grupy wsparcia na skype jak byś miała ochotę pogadać, to napisz mi prywatnie.
Offline
Posty
46
Dołączył(a)
27 mar 2008, 13:27

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez Smutna kruszynka 07 lut 2009, 09:46
Wiele razy zdarza mi się myśleć jak popełniam to samobójstwo i jaki to świat beze mnie jest piękny. I o tym że po śmierci będę miała spokój.


po samobójstwie nie bedziesz miec spokoju moim zdaniem. no chyba że jestes niewierząca i nie wierzysz w pieklo.

nie mysl ze Cie potępiam, bo sama myslalam o samobojstwie...
moim zdaniem masz depresje, i to poważną. Szkoda ze rodzice Cie nie rozumieją. Też mam wymagających rodziców, nawet jak jestem chora to musze robic wszystko co normalnie; studia, kursy, i inne obowiązki.. a ja chce odpocząć. choć jeden dzien!
czuje sie stara i zmęczona. Ty również?
W środę ide do psychologa. Spróbuj i Ty

pozdro
Posty
14
Dołączył(a)
25 sty 2009, 11:25
Lokalizacja
Poznań

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez Matilde 07 lut 2009, 18:04
Smutna kruszynka napisał(a):
po samobójstwie nie bedziesz miec spokoju moim zdaniem. no chyba że jestes niewierząca i nie wierzysz w pieklo.

sorry ale nie daje mi to spokoju: podobno jeśli czlowiek popełni samobójstwo do którego doprowadziła go choroba psychiczna to trafia do czyśćca i może później trafić do nieba. A mnie na tym szczególnie zależy bo mój przyjaciel się powiesił miał tak dość życia i wierzył że Bóg mu to wybaczy. Ja też wierzę że ma lepiej tam gdzie jest teraz. Kościół też inaczej już do tych spraw podchodzi nikt nie odmawia samobójcom katolickiego pogrzebu. Jeszcze raz przepraszam ale po prostu mnie trafia jak ktoś mówi o piekle
"Bo tak naprawdę jedyna droga do tajemnicy prowadzi przez rozpacz. Można by wręcz powiedzieć, szczęśliwi, których stać na rozpacz"
W. Myśliwski - Widnokrąg
Avatar użytkownika
Offline
Posty
175
Dołączył(a)
27 lis 2008, 00:16
Lokalizacja
CK

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

przez wiola_jaw 07 lut 2009, 19:49
Matilde, ale każdy z nas ma dla kogo żyć mimo wszystko, ja mam cały czas myśli samobójcze, nieraz mam tak dość życia... :( ale kiedy wyobrażę sobie co by się działo po mojej śmierci, jak bardzo cierpieli by moi bliscy, mimo, że jestem dla nich nieraz utrapieniem przez to wszystko...a tak na marginesie to skąd wiesz o tym, że jak ktoś popełnia samobójstwo przez chorobę psychiczną to nie zostanie potępiony?
Offline
Posty
232
Dołączył(a)
19 gru 2008, 22:23

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez Matilde 07 lut 2009, 22:43
Jakiś czas temu znajomy pytał księdza co się dzieje z samobójcami ale nie dostał jasnej odpowiedzi, szukałam o tym w internecie i znalazłam jakieś rozmowy o wierze, pisałam o tym w temacie myśli samobójcze a teraz sama spytałam mojego księdza i owszem, Kościół katolicki wierzy w to. Oczywiście będziemy rozliczeni przed Bogiem z tego czy zrobiliśmy to będąc w rzucie choroby, rozpaczy i czego tam jeszcze czy z całkowicie jasnym umysłem. Ale Bóg jest miłosierny i potrafi to przebaczyć. Ja tam osobiście wierzę że Marcin już jest w niebie i że zaznał spokoju duszy o którym tak marzył.
"Bo tak naprawdę jedyna droga do tajemnicy prowadzi przez rozpacz. Można by wręcz powiedzieć, szczęśliwi, których stać na rozpacz"
W. Myśliwski - Widnokrąg
Avatar użytkownika
Offline
Posty
175
Dołączył(a)
27 lis 2008, 00:16
Lokalizacja
CK

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

przez wiola_jaw 07 lut 2009, 23:18
Matilde, uspokoiłaś mnie trochę tą wiadomością, w sumie jest w tym coś, bo przecież człowiek, który jest totalnie załamany, przytłoczony życiem popełnia samobójstwo trochę nieświadomie, robi to z bezradności...mam nadzieje, że nigdy nie znajdę się aż w takim stanie żeby to zrobić :( jakie to wszystko pogmatwane dla nas, znerwicowanych...pozdrawiam!
Offline
Posty
232
Dołączył(a)
19 gru 2008, 22:23

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

przez chloe 07 lut 2009, 23:45
myślą powstrzymującą większość osób przed samobójstwem jest właśnie miłość do bliskich. i to wielu osobom ratuje życie, naprawdę... podobno z depresji da się wyjść, da się żyć normalnie...!
(...) Jest ciemno
jest ciemno jak najciemniej
mnie nie ma
nie ma spać
Nie ma oddychać
Żyć nie ma (...)
Offline
Posty
217
Dołączył(a)
09 gru 2008, 18:19
Lokalizacja
Poznań

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez Hans 08 lut 2009, 00:20
wiola_jaw napisał(a):Matilde, uspokoiłaś mnie trochę tą wiadomością, w sumie jest w tym coś, bo przecież człowiek, który jest totalnie załamany, przytłoczony życiem popełnia samobójstwo trochę nieświadomie, robi to z bezradności...mam nadzieje, że nigdy nie znajdę się aż w takim stanie żeby to zrobić :( jakie to wszystko pogmatwane dla nas, znerwicowanych...pozdrawiam!


Trochę to tak odbieram, jakbyś sama chciała sobie wmówić, że pod wpływem takiej a nie innej sytuacji ktoś jest bardziej rozgrzeszony z samobójstwa, niż ktoś kto całkiem teoretycznie nagle zabije się bez wyraźnego powodu.

Nie chcę nikomu nić narzucać, jakiegoś toku myślenia, czy moich chorych ideologii, ale te wszystkie "prawdy" i "prawa" to ludzie nawymyślali i idąc dalej w tą stronę, słuchając kogoś, kto mówi o czymś co nie jest potwierdzone (piekło - którego nie ma), robi tym samym z tej osoby swego rodzaju nadczłowieka, a przecież takie teorie 60 lat temu niby upadły?

Czemu nie popełniać samobójstwa? Bo kochamy dobra doczesne i zwierzęcy instynkt nakazuje nam żyć, człowiek jest zaprogramowany do życia, nie koniecznie do rozrodu. W trakcie depresji nic mnie nie cieszyło, toteż nie dostrzegałem szczęścia, które przecież jest w okół, zapomniałem o celach jakie sobie stawiałem, o tych wszystkich pierdołach, które sprawiają tyle radości. Nie warto się zabijać, choćby też dlatego, że wtedy nie będziemy mogli zrobić już nic, zupełnie nic, trumna, krematorium i tyle, koniec, a żyjąc zawsze mamy możliwość podejmowania różnego rodzaju działań, a to, żeby sobie sprawić radość, a to, żeby komuś innemu pomóc - i w tym ostatnim zaczynam dostrzegać coraz większy sens, mimo, że przez całe lata byłem szkodnikiem społecznym...

Pozdrawiam.
Feed your head
Feed your head
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3628
Dołączył(a)
28 lis 2008, 09:30

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez depresyjny86 08 lut 2009, 01:41
Ja też nie potrafie żyć sam ze sobą,tzn dłuzej tego nie wytrzymam,musze wyjść do ludzi...tylko jak skoro wszędzie sie boje a jak juz gdzieś jestem wśród ludzi to nie moge sie odezwac,a czasem jak sie odezwe to ludzie mnie mają w dupie<mówie o ludzich z reala>.
:)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
6839
Dołączył(a)
12 wrz 2006, 15:58
Lokalizacja
Gdańsk

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

Avatar użytkownika
przez Sayuri 08 lut 2009, 02:44
Dziękuję wszystkim którzy się wypowiedzieli. Pozwolicie że jeszcze trochę z siebie wyrzucę tego co nagromadziło się przez kilka dni.

Podjęłam decyzję - idę do psychologa jak tylko skończą mi się egzaminy. Wtedy będę potrzebowała jeszcze większej pomocy, bo wywalą mnie ze studiów, jak już pisałam mam problemy z koncentracją i nauką. Zresztą, nawet nie lubię tego kierunku, w zeszłym roku w sesji poszło mi ledwo ledwo, w tym w semestrze zimowym nie ma żadnego przedmiotu który by mi się podobał. W letniej już by były, patrzyłam na rozpiskę. Ja naprawdę staram się zmotywować do nauki, ale to co mam przed sobą przeraża mnie, nic nie rozumiem, a nie potrafię nauczyć się rzeczy których nie rozumiem.

Rodzice. Kocham ich do szaleństwa, ale naprawdę mnie nie rozumieją! Mówię matce przez telefon że nie mogę się skupić i nauczyć, ona się drze i mówi: "Nie leń się tylko bierz za naukę!" Znając ich nie mam szans żeby pozwolili mi zostać w tym mieście, żeby zacząć drugie studia. Ewentualnie powiedzą że mam sama się utrzymać i za wszystko płacić. Nie chcę wracać do domu i tam iść do pracy, bo ta atmosfera mnie wykończy. Nienawidzę rodzinnego miasta. Poza tym, czuję swego rodzaju wstyd: po raz kolejny coś zawaliłam. Nie udało mi się dostać do dobrego liceum i musiałam iść do społecznego < niby prywatne, ale płaciło się tylko raz 200 zł>, teraz zawaliłam rok. Rodzice tyle dla mnie zrobili, dawali na kursy językowe i przygotowywujące do matury. A ja jak sie odwdzięczam? Już widzę te szepty i spojrzenia znajomych moich i rodziców, pełne szyderczości, no bo przecież nie zdałam na tak łatwych studiach.

Smutna kruszynko, tak, też czuję się jak starowinka jedną nogą w grobie. Nawiasem mówiąc, chyba studiujemy w jednym mieście jeśli studiujesz w Poznaniu?

Jest mi bardzo ciężko, jedyne oparcie mam we współlokatorce i przyjaciółce, z którą co dzień rozmawiam przez telefon. Ona bardzo stara się mnie zrozumieć, ale wiadomo że nigdy nie będzie czuła tego co ja. Dziękuję jej za to że nie zbywa mnie słowami:"Będzie dobrze, napewno zaliczysz jak nie teraz to w poprawce." Rzygać mi sie chce od takiego pocieszania, za przeproszeniem.

Jak pisałam, mam list pożegnalny, mam plany, ale myślę że przed podjęciem tego ostatecznego kroku zrezygnowałabym. Jednak wciąż mam nadzieję że kiedyś i dla mnie będzie lepiej.

Wojtala, ja od października chodziłam dodatkowo na angielski i niemiecki, ale zrezygnowałam po 3 miesiącach, nie podobało mi się tam. Już sama nie wiem co ze sobą zrobić...
Avatar użytkownika
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
03 lut 2009, 13:56
Lokalizacja
Poznań

Re: Nie potrafię żyć sama ze sobą...

przez chloe 08 lut 2009, 11:04
Sayuri, matki mają to do siebie, że na próby naszego 'wywnętrzenia się' ich jedyną odpowiedzią jest 'weź się w garść, nie leń się'. Mimo wszystko to chyba nie jest ich wina, po prostu same pewnie nigdy nie były w takiej sytuacji.

Ja też uczę się w Poznaniu, ale w ostatniej klasie LO ;)

Idź do psychologa, pogadaj z nim... to jest najlepsze wyjście!
Jak pisałam, mam list pożegnalny, mam plany, ale myślę że przed podjęciem tego ostatecznego kroku zrezygnowałabym. Jednak wciąż mam nadzieję że kiedyś i dla mnie będzie lepiej.

To świadczy o Twojej sile, o tym, że chcesz z tego wyjść! Czyli jesteś już w połowie zwycięzcą... :)

Powodzenia!
(...) Jest ciemno
jest ciemno jak najciemniej
mnie nie ma
nie ma spać
Nie ma oddychać
Żyć nie ma (...)
Offline
Posty
217
Dołączył(a)
09 gru 2008, 18:19
Lokalizacja
Poznań

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 8 gości

Przeskocz do