Kłótnie z trzaskaniem drzwiami...

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Kłótnie z trzaskaniem drzwiami...

przez Majka111 05 lip 2008, 00:18
Powiedzcie, czy ze mną jest coś nie tak? Mój partner (od prawie 6 lat) ma koszmarną manierę, żeby kłótnię, która zmierza w niewygodnym dla niego kierunku kończyć wychodząc z domu - po prostu urywa rozmowę. Strasznie mnie to kiedyś mierziło. Walczyłam z tym przez pierwsze 2 lata naszego związku i próbowałam mu wyjaśnić, że ludzie kłócą się zawsze, bo w końcu jesteśmy różnymi ludźmi, a cała sztuka polega na tym, żeby pokłócić się z kimś kulturalnie. Uważałam zawsze, że szczególnie jeśli kłóci się z osobą, która jest komuś bliska, trzeba zachować w tym wszystkim minimum szacunku dla drugiego człowieka. Wychodzenie z pokoju/domu w czasie kłótni to dla mnie zawsze był przejaw kompletnego braku szacunku dla drugiej osoby. Osobiście uważałam, że pokłócić się trzeba od początku do końca i potem zapomnieć o temacie. Sama nigdy bym nie wyszła w takcie kłótni z partnerem. Po dwóch latach pracy mój partner zrozumiał o co mi chodzi i rzeczywiście kłóciliśmy się kulturalnie, bez wychodzenia i trzaskania drzwiami - to dawało mi poczucie bezpieczeństwa, że mogę mu wszystko powiedzieć bez obawy, że odwróci się na pięcie i wyjdzie. Obiecywał mi solemnie, że uszanuje to, że to dla mnie takie ważne i nigdy więcej tak nie zrobi. I nagle po całkiem fajnych 4 latach on znów wrócił do starego schematu: jak kłótnia zeszła na tor, który mu nie odpowiadał - odwrócił się na pięcie i chciał wyjść. Zatrzymałam go przy wyjściu i powiedziałam, żeby tego nie robił, bo nie będzie miał do czego wracać i ostatecznie nie wyszedł. Tak zaczęła się nasza rozmowa. On próbuje mnie przekonać, że taki sposób kłótni praktykował w domu i że przerwanie kłótni pozwala obu stronom na przemyślenie faktycznie zagadnienia i powrót do niego następnego dnia. Dla mnie to nic innego jak szantaż emocjonalny na zasadzie "jak ci się coś nie podoba to ja sobie wychodzę". Przez sam fakt, że musiałam go zatrzymać, bo zależy mi na tym co nas łączy (a nie pozwoliłabym, żeby wrócił, gdyby faktycznie wyszedł), czuję się strasznie upokorzona. Czuję się oszukana, bo obiecał mi, że tak już nie zrobi, przybita i co więcej naprawdę zastanawiam się nad przyszłością naszego związku. Dla mnie jego wyście to brak szacunku, gra na moich emocjach, on twierdzi, że to sposób na zdystansowanie się do problemu i to nic złego. Sama nie wiem, czy to on mnie czaruje, czy to jednak ja robię z igły widły?? jak to u Was wygląda i co o tym myślicie???
Offline
Posty
11
Dołączył(a)
04 lip 2008, 23:53

Re: Kłótnie z trzaskaniem drzwiami...

przez betty_boo 05 lip 2008, 13:22
myslę że jest to nie fair z jego strony i Twoje pretensje sa słuszne. on wie, ze Ci to nie odpowiada a mimo to robi tak dalej.
tez kiedys mialam takiego chłopaka i przezywałam to co Ty (upokorzenie).

mysle że powinnaś mu pozwolić wtedy wyjsc i uniesc sie honorem nie zatrzymujac go. może Cię to wiele kosztowac ale na pewno nauczyc Cie więcej niż powtarzanie takiego schematu przez lata. poza tym chyba cos więcej jest nie tak - ogólnie chodzi o problem szacunku i komunikacji w tym związku.

warto to zmienic.

pozdraawiam
Offline
Posty
1232
Dołączył(a)
11 maja 2008, 08:58

Re: Kłótnie z trzaskaniem drzwiami...

przez Grzesiek28 07 lip 2008, 00:18
W pierwszej kolejności z czytania tego co napisałas zapamiętałem to co sama zrobiłaś, piszesz że on ciebie szantazuje emocjonalnie a ty co zrobiłas? powiedziałaś że ma zostać albo "nie ma do czego wracać"? Został wtedy i to było dla niego wielkie upokorzenie bo dałas mu do zrozumienia że masz "gdzieś" wasz związek (nawet jeśli tak nie myslałaś pewnie tak to odebrał) W kochającym się związku takie słowa zabijają coś ostatecznie, są oczywiście ludzie którzy uważają że trzeba sobie mówić wszystko jak moja znajoma ale zdziwiła sie kiedyś jak chłopak po takim ultimatum ...... wyszedł i wrócił potem po to zeby się spakować

Poza tym niektórych rzeczy w kłótni się nie mówi albo nie mówi od razu, to że nauczył się nie przerywać kłótni to był pewnie duży wysiłek ale to nie bilet do wyrzucania mu wszystkiego co masz na watrobie.

Trzaskanie drzwiami to dziwactwo wyniesione z doświadczeń i bardzo ciężko im to przerwać, rzeczywiście dziwny nawyk ale mógł go nieswiadomie załapać z dzieciństwa przez rodziców lub z pierwszego związku, nie osądzaj tego tak jednoznacznie, ludzie mają różgłby z dzieciństwa wynieść bicie jako sposób na kończenie kłótni więc to nie jest aż taka tragedia)

Przerywanie kłótni może być oznaką że czuje się przez ciebie zdominowany (może lepiej zarabiasz, jesteś lepiej wykształcona lub może on ma nieswiadomie jakieś kompleksy (nieważne czy uzasadnione czy tylko urojone) względem Ciebie - czuje się bezradny w dyskusji z Tobą bo dyskutujecie "na zupełnie różnych poziomach" , nie chce mu się i po prostu ją ucina)

Ogólnie kazdy kij ma dwa końce, kłótnia też a ty jesteś jednym z jej końców , wg ciebie wszystko wina chłopaka a może własne zachowanie też warto przeanalizować?
Offline
Posty
32
Dołączył(a)
24 sty 2007, 15:22

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Kłótnie z trzaskaniem drzwiami...

przez Majka111 07 lip 2008, 23:26
Dzięki za te słowa. Wiem doskonale, że z jego punktu widzenia wszystko może wyglądać trochę inaczej - wiem, że to co próbuję w nim wyeliminować (wyjście w połowie zdania) może dla niego wydawać się naturalnym, a moje zachowanie (kiedy mówię prosto z mostu to co myślę) może wydawać się czymś, co on chciałby we mnie zmienić.

To nie prawda, że mam gdzieś nasz związek. Prawda jest taka, że po prostu po tym jak już chwycił za klamkę i poczułam, że jesteśmy w punkcie wyjścia, to za wszelką cenę chciałam, żeby w jakikolwiek sposób pokazał mi, że mu na nas jeszcze zależy.
Wierz mi, że takie słowa, takie stawianie sprawy na ostrzu noża było w naszym związku częste w pierwszych 2 latach i przez te 2 lata próbowałam to wyplewić. Udało mi się - od jakichś 4 lat nauczyliśmy się nie stawiać na szali naszego związku - aż do tej chwili. Nasza kłótnia rozpoczęła się od tego, że powiedziałam mu o tym, że po tym jak nie widzieliśmy się prawie od tygodnia (bo oboje pracowaliśmy dość zawzięcie) myślałam, że wreszcie w weekend spędzimy trochę czasu razem (czyli od głupstwa). Niestety on był bardziej zainteresowany oglądaniem filmu z moim bratem. On odpowiedział mi, że nie wie o co mi chodzi, bo on po prostu oglądał film i przecież mogliśmy oglądać film razem, a ja jemu, że zostawił mnie na dole i nawet mi nie powiedział, że idzie coś oglądać tylko zniknął na 1,5 godziny... Na to on nonszalancko odrzekł "trzeba było nie siedzieć na dole tylko sobie przyjść do góry". Powiedziałam, że nie wierzę że tak może mówić, a on na to, że ma dosyć tych pretensji, jest zmęczony po pracy i w ogóle (... i wyszedł z pokoju). Wyszłam za nim, złapałam go za rękę żeby go zatrzymać, ale mi ją wyrwał. Dopiero przy drzwiach totalnie otępiona jego zachowaniem i tym, że wyszedł z pokoju i nawet nie zareagował kiedy chciałam go zatrzymać, wycedziłam przez zęby że jeśli wyjdzie to nie będzie miał do czego wracać. Odpowiedział mi, żebym tego tak nie odbierała, i że on tylko chce dokończyć tą rozmowę później, a ja już konsekwentnie stwierdziłam, że nie będzie żadnego "później" jeśli wyjdzie. Wtedy wrócił kwitując to tekstem "widzisz, moje wyjście pomogło - rozładowałem sytuację".
Może to coś wyklaruje.

A jaki jest ciąg dalszy tej historii? Powiedziałam mu, że bardzo mnie zawiódł, bo obiecał mi, że nie będzie w ten sposób pogrywał i jest mi z tego powodu przykro. On zupełnie bez emocji odpowiedział "przepraszam" - przy czym zdecydowanie nie było to szczere. Wyjaśniłam mu, że chciałabym, żeby zrozumiał to, że w moim odczuciu to brak szacunku dla mnie i że nawet podczas kłótni ze swoimi podwładnymi czy współpracownikami się w ten sposób nie zachowuje, a robi to w stosunku do mnie. Najbardziej boli mnie to, że on wiedział, że to jest dla mnie ważne i że mimo to świadomie do tego wrócił. Być może moja reakcja na to wszystko jest przesadzona, ale czuję jakbym straciła do niego zaufanie. Poprosiłam go o trochę czasu, żebym mogła się zastanowić, a on poprosił mnie o "ostatnią" szansę. Piszę "ostatnią" w cudzysłowiu, bo o tej "ostatniej" szansie słyszałam już 4 lata temu. Skąd mam wiedzieć, że teraz będzie inaczej..

P.S. Jestem naprawdę otwarta na krytykę, chciałabym wyeliminować moje błędy, których mogę z mojej perspektywy nie dostrzegać. Może masz rację, że go zaszantażowałam, choć to ostatnia rzecz jaką chciałam zrobić, ale to była moja desperacka próba udowodnienia sobie, że jemu jednak na nas zależy..Może głupie, ale szczere..Pozdrawiam.
Offline
Posty
11
Dołączył(a)
04 lip 2008, 23:53

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 18 gości

Przeskocz do