ZWIĄZEK: chory - zdrowy czy chory - chory?

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Avatar użytkownika
przez Gods Top 10 25 gru 2007, 16:00
Goplaneczka napisał(a):czy jesteśmy sami, bo mamy depresję czy też mamy depresję, bo jesteśmy sami?

Myślę, ze odpowiedź na to pytanie będzie uzależniona od tego, co kto "podciąga" pod pojęcie samotności.
Jeśli samotnością jest "tylko" niezrozumienie przez innych i pozostawienie chorego "samemu sobie", to nasuwa się wg mnie odpowiedź: jesteśmy sami, bo mamy depresję.
Natomiast, jeśli samotność rozumieć szerzej i rozróżniać "typy" samotności, np. intelektualną, emocjonalną i samotność z powodu braku akceptacji (a może i więcej "typów" samotności), to skłaniałbym się ku drugiej odpowiedzi: mamy depresję, bo jesteśmy sami.
Przez samotność intelektualną rozumiem tutaj brak kogoś, z kim można "wznosić się na szczyty myśli i przemyśleń niedostępne dla innych", czyli brak kogoś, kto "rozumie".
Samotność emocjonalna, to wg mnie nieodwzajemnianie uczuć własnych lub kogoś bliskiego.
A samotność z powodu braku akceptacji, to wg mnie sytuacja, gdy nie jest się przez ludzi akceptowanym (rozróżniam sytuację, gdy może ktoś kogoś nie rozumieć, ale mimo to może go akceptować ;) ).
Ale wywód filozoficzny :mrgreen:
"Każdy głupiec umie rozbić szybę, ale tylko niewielu potrafi ją wstawić."
W. Wharton "Stado"
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3084
Dołączył(a)
01 paź 2006, 16:49

Avatar użytkownika
przez nierzeczywista 25 gru 2007, 17:00
God's Top 10, zgadzam się w 100%.
black flowers blossom
feathers on my breath
Avatar użytkownika
Offline
Posty
104
Dołączył(a)
25 gru 2007, 05:10
Lokalizacja
Warszawa

Avatar użytkownika
przez Viridian 25 gru 2007, 17:26
God's Top 10 napisał(a):Myślę, ze odpowiedź na to pytanie będzie uzależniona od tego, co kto "podciąga" pod pojęcie samotności.
Jeśli samotnością jest "tylko" niezrozumienie przez innych i pozostawienie chorego "samemu sobie", to nasuwa się wg mnie odpowiedź: jesteśmy sami, bo mamy depresję.
Natomiast, jeśli samotność rozumieć szerzej i rozróżniać "typy" samotności, np. intelektualną, emocjonalną i samotność z powodu braku akceptacji (a może i więcej "typów" samotności), to skłaniałbym się ku drugiej odpowiedzi: mamy depresję, bo jesteśmy sami.



nie taki straszny ten wywód ;)

Być może nie jest to jednak odpowiedź albo - albo.
Osobie zdrowej, która nie przeszła depresji, faktycznie trudno jest zrozumieć uczucia chorego na depresję; może się wydawać (a postrzeganie uczuć u innych potrafi w czasie depresji być bardzo negatywne) że jest się samotnym z powodu tego braku zrozumienia.
I to potrafi być bardzo dużym utrudnieniem w relacjach międzyludzkich, co z kolei może pogłębiać depresję.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
184
Dołączył(a)
12 lip 2007, 18:46
Lokalizacja
miasto nad rzeką

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Avatar użytkownika
przez M... 27 gru 2007, 00:04
Goplaneczka napisał(a):Zostawienie kogoś, bo ma problemy po iluś tam latach nie jest niemoralne!
Weźcie pod uwagę, że ta druga, normalna osoba też coś czuje... Wiem po sobie, że są momenty, w których bardzo trudno się ze mną dogadać, kiedy mam za złe całemu światu, że jest jak jest... I nie dziwiłabym się komuś, że traci cierpliwość.
Dla mnie depresja poniekąd wiąże się z samotnością. Jeśli Wam tak świetnie układają się relacje międzyludzkie, to gratuluje. Ale jakoś w to nie wierzę.


A dla mnie mimo wszytko jest niemoralne, szczególnie gdy mowa o związku ludzi już dojrzałych, będących np. w związku małżeńskim.
Przecież gdy z kimś jesteśmy czas dłuższy, to musimy się liczyć z tym, że owa osoba będzie się starzeć, może zachorować, może ulec wypadkowi.
Jeśli w takiej sytuacji opuszczamy kogoś, to wg mnie nie kochamy i nie dorośliśmy do poważnego związku, lecz chcemy sobie dla własnego komfortu i potrzeb pobyć z kimś.
"Miłość cierpliwa jest..." i nie chodzi o to, że nie traci się cierpliwości, tylko całkiem świadomie zostaje i przyjmuje ciężar tego, co nas oboje spada.
I sama takie przypadki znam...

pozdrawiam
Off
Avatar użytkownika
Offline
Posty
6
Dołączył(a)
10 paź 2007, 19:14

Avatar użytkownika
przez dlugi 27 gru 2007, 00:10
Ja jestem takim przypadkiem i zastanawiam się czy przysięga małżeńska ma sens np. po ślubie mężowi w wypadku urywa 'ptaka' (przepraszam za to wulgarne słowo ) i co dalej. Piszcie co o tym myslicie.
Trudno powiedzieć sobie samemu prawdę, gdy się ją zna.Kto wisiał nad przepaścią, powinien już umieć się huśtać.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
159
Dołączył(a)
10 gru 2007, 00:34
Lokalizacja
Warszawa

Avatar użytkownika
przez Radek 27 gru 2007, 00:45
Wiem tyle, że impotencja męża może być powodem unieważnienia małrzeństwa.
Ale z tym urwaniem straszny przykład podałeś. Chyba facet w takim wypadku odszedł by do klasztoru albo by się powiesił.
per aspera ad astra
Avatar użytkownika
Offline
Posty
147
Dołączył(a)
13 gru 2006, 16:50
Lokalizacja
Dolny Śląsk

Avatar użytkownika
przez dlugi 27 gru 2007, 00:52
No dobrze ale to tylko 'ptak' a reszta zostaje.
Trudno powiedzieć sobie samemu prawdę, gdy się ją zna.Kto wisiał nad przepaścią, powinien już umieć się huśtać.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
159
Dołączył(a)
10 gru 2007, 00:34
Lokalizacja
Warszawa

przez kasiula_be 03 sty 2008, 12:58
Również mam doświadczenie w takich i takich związkach i dla mnie lepsze wydają się być związki chory-chora, ja mam takie doświadczenie z chorym partnerem,żę bylo bardzo źle, rozstawaliśmy się wiele razy, w międzyczasie byliśmy ze zdrowymi ludźmi ale zawsze do siebie wracaliśmy aż w końcu obydwoje wiedzieliśmy czego chcemy i jak chcemy to zrobić i udalo się! Wzajemnie się wspieraliśmy i widzieliśmy, że jest lepiej i myślę, że to jest najmocniejszą podstawą naszego związku, potrafiliśmy pomóc sami sobie bo widzieliśmy, że w ten sposób pomagamy komuś z kim chcemy być całe życie!
Offline
Posty
6
Dołączył(a)
03 sty 2008, 10:50

Avatar użytkownika
przez Ann-a 06 sty 2008, 01:16
Jestem od roku z chłopakiem chorym na depresje,mimo tego ze wczesniej przez 3 lata balansowałam na granicy zupełnego załamania, to nie potrafie mu pomóc :( czuję sie troche winna ze jego obecny stan,bo nasz zwiazek zaczynał sie rozwijać prawie że równocześnie z jego załamaniami,zaczęło sie od niepowodzen w szkole (w gimnazjum swietny uczeń,przyszedł do liceum i JAK KAŻDY spadł z wynikami,zbyt wysoko stawia sobie poprzeczke i za nic nie chce jej opuścić),teraz ciagnie to za soba wszystko,choć jeszcze są momenty kiedy jest radosny. Całkowicie już unika szkoly,zrezygnował z przyszłości,z marzeń :( Staram sie go wspierac cała soba,ale nie zawsze sama mam do tego siłe,kilkakrotnie przez pierwsze pół roku chciałam zakonczyc tę znajomosć,wtedy brał sie za siebie,wracał do szkoły (bo już w zeszłym roku nie chodził na wszystkie lekcje),ale mimo tego,ze jest cholernie zdolny nie we wszystkim byl w stanie nadrobic np miesięczną nieobecność. Od dłuższego czasu już nie stosuje takiego szantazu bo po pierwsze zrozumiałam,ze to jest igranie na jego uczuciach,po drugie za bardzo mi na nim zalezy,a on jest teraz za słaby,zeby walczyć o cokolwiek. od niedawna wznowił terapię,ale jest nioechętny psychologom czy psychiatrom,unika ze mna rozmów o tym a ja nie naciskam,dodatkowo bierze leki. z nim jest coraz gorzej,pomimo tego,że ten semestr poszedl mu lepiej niż zakończenie ubieglej klasy. między nami z kolei wydaje sie byc coraz lepiej,ale to tylko pogarsza sytuacje,bo on sie zalamuje tym,ze nie bedzie potrafil zapewnić mi przyszłości,ze nie bedzie robił w życiu tego co planował...nie wiem jak go motywowac do dzialania,on nie chce ani kontynuowac obecnego roku nauki,ani nie chce odpuscic sobie teraz żeby sie pozbierac i zacząć na nowo w przyszłym...staram sie go zrozumieć,wiem że to nie jest do końca zalezne od tego czy on chce czy nie,nie raz miał takie sytuacje,że na lekcji potrafił coś zrobić perfekcyjnie ale jak przyszło do sprawdzian blokował sie zupełnie...dla wielu jego problem jest idiotycznym wymyslem,bo w sumie kto by sie aż tak przejmował szkoła...tylko ze jemu procz szkoły dowala też wiele innych rzeczy,zrestzą od nauki własciwie zalezy cała dasza część zycia...ja juz się w tym nie potrafie odnaleźć,sama czuję że znowu mi nawraca podobny tok myślenia jak kiedyś (to byla co najwyżej lekka odmiana depresji,w porównaniu do tego co z nim sie dzieje)...staram sie wierzyc za nas oboje,jego rodzice tez robią wiele żeby mu pomóc,ale on się czuje gorszy też przez to,ze musi być wspierany.
"...feeding the crows with my sorrow..."
Avatar użytkownika
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
06 sty 2008, 00:31
Lokalizacja
Dolny Śląsk

Avatar użytkownika
przez dlugi 06 sty 2008, 01:57
kasiula_be napisał(a):Również mam doświadczenie w takich i takich związkach i dla mnie lepsze wydają się być związki chory-chora, ja mam takie doświadczenie z chorym partnerem,żę bylo bardzo źle, rozstawaliśmy się wiele razy, w międzyczasie byliśmy ze zdrowymi ludźmi ale zawsze do siebie wracaliśmy aż w końcu obydwoje wiedzieliśmy czego chcemy i jak chcemy to zrobić i udalo się! Wzajemnie się wspieraliśmy i widzieliśmy, że jest lepiej i myślę, że to jest najmocniejszą podstawą naszego związku, potrafiliśmy pomóc sami sobie bo widzieliśmy, że w ten sposób pomagamy komuś z kim chcemy być całe życie!


To co napisałaś to bardzo ciekawa sprawa z tym powrotem.Potrafiliście się zejść tego wam zazdroszczę i myślę że masz rację że osoby z podobnymi problemami potrafia się wspierać i rozumieć siebie.Jednak ważną rzeczą jest zrozumieć co spowodowało rozpad związku.
Trudno powiedzieć sobie samemu prawdę, gdy się ją zna.Kto wisiał nad przepaścią, powinien już umieć się huśtać.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
159
Dołączył(a)
10 gru 2007, 00:34
Lokalizacja
Warszawa

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 9 gości

Przeskocz do