Brak motywacji, problemy. Moja historia.Jak się zmienić?

Hasiok.

Brak motywacji, problemy. Moja historia.Jak się zmienić?

przez bima 26 wrz 2012, 13:33
Witam wszystkich. Na wstępie przepraszam, że zakładam nowy temat, ale nie wiem właściwie gdzie "podpiąć się" i opisać swoją historię.

Nie wiem też od czego zacząć. Nie wiem właściwie po co to piszę. Po kilku ostatnich nie przespanych nocach, pełnych łez odczułam potrzebę wylania tego wszystkiego z siebie. Ale zacznę od początku...

Wszystko zaczęło się od "wielkiej, niespełnionej miłości", okresu buntu, sytuacji w domu. Odkąd pamiętam byłam bardzo spokojną, ułożoną, kulturalną "dziewczynką". Zaczęłam dość późno dojrzewać, w wieku mniej więcej 17 lat - zresztą, każdy inaczej. Ale do czego zmierzam - całe życie priorytetem była dla mnie nauka, rodzina, przyszłość, byłam mało skromnie mówiąc "małym geniuszem matematycznym". Zaczęła się szkoła średnia - towarzystwo, zaczęłam dojrzewać, nabierać kobiecych kształtów, zyskałam pewność siebie, zaczęło się imprezowanie - alkohol, papierosy, często blancik. Nie wracałam czasem na noc, nie mówiąc mamie gdzie i z kim jestem. Nie był to okres wakacyjny, prowadziłam taki tryb w roku szkolnym. Momentalnie spadłam z ocenami. Ale dzięki tym imprezom poznawałam nowych ludzi. Jestem nieśmiała, ale nie mam problemów z nawiązywaniem kontaktów. Dziś widzę, że nie było warto, gdyż Ci ludzie nie byli warci...

Chłopak, który był dla mnie wszystkim, okazał się bardzo nie w porządku, gdyż nie byłam jego jedyną w tym okresie. Minął prawie rok, w którym nie przespałam wiele nocy, wylałam wiele łez. Na pokaz - wśród znajomych, czy w szkole starałam się być "normalna", ale gdy tylko wracałam do domu potrafiłam każdą wolną chwilę spędzać leżąc w łóżku. Wtedy poczułam, że coś jest ze mną nie tak. Teraz się tą sytuacją nie przejmuję, bo wiem, że nie był niczego wart, ale wiadomo... człowiek był młodszy i te "pierwsze miłości".

Kolejną sprawą jest sytuacja rodzinna. Nigdy nie narzekałam. Było rodzinnie, jeśli chodzi o finanse - nie przelewało się, ale dla mnie to nie był powód do załamywania się, starałam się sama sobie radzić i pracować na swoje wydatki. Jakieś 4 lata temu, gdy zaczęłam tak imprezować, gdy spadłam z nauką, mój ojciec zaczął stosować wobec mnie kary typu zabieranie kabla od komutera (chodzilam do technikum informatycznego - paradoks), oraz.. UWAGA: wszelkie moje buty, abym nigdzie przypadkiem nie mogła wyjść. Przyznajdzie, że "ciekawe" metody wychowawcze. Pewnego razu postanowiłam się postawić i zaczęłam chować sobie jedną parę, ojciec to przyuważył, zaczęła się kłótnia - wtedy pierwszy raz mnie uderzył, zresztą mogę się nawet posunąć o powiedzenia słowa "pobił". Wybiegłam wtedy z domu, cała w szoku siedziałam noc w parku, w ulewę. Następnego dnia szłam do chirurga mówiąc, że przewróciłam się na schodach. Od tamtego momentu mieszkając z ojciem pod jednym dachem nie zamieniłam z nim ani słowa, nie patrzymy się na siebie. I tak jest cały czas. Mieszkamy pod jednym dachem, a przez okres 10 miesięcy nie odezwaliśmy się ani słowem do siebie. Czasem się pogodzimy, ale na krótko, zwykle jest to w święta na pokaz przed całą rodziną. Gdy jestem w pobliżu, rzuca rzeczami, przeklina, trzaska drzwiami, czasem potrafi nawet splunąć w mojej obecności. Ma 2 metry wzrostu, 130 kg wagi - po prostu się go boję. Boję się własnego ojca. Gdy jest w kuchni, wolę poczekać, aż z niej wyjdzie, niż gdybym miała w jego obecności zrobić sobie herbatę. Kontakt z mamą mogę opisać jako bardzo dobry, jest dla mnie bardzo ważną osobą, stara mi się we wszystkim pomagać jak tylko może. Wiele z nią rozmawiam, ona nie pracuje - zajmuje się domem, ojciec zarabia pieniądze na całą rodzinę - tak więc wiecie.

Tak jak wcześniej wspomniałam, całe życie byłam dobra z matematyki, a w klasie maturalnej nie dopuszczono mnie właśnie z tego przedmiotu. Musiałam zdawać poprawkę. Matura czeka mnie za rok. Wszyscy moi znajomi, nawet Ci "słabsi" sobie poradzili. Bardzo mnie to dołuje. Nie mogłam sobie z niczym poradzić, potrafiłam wiecznie spać, leżeć w łózku, chodzić w piżamie, wyjść do sklepu w tłustych włosach, bez makijażu - bo było mi wszystko jedno...

Mam kochającego chłopaka, a często to ja robię, wymyślam, stwarzam powody do kłótni, których w ogóle nie powinno być. Często mu mówię, aby odszedł do innej, że mu będzie z inną lepiej, a wcale tego nie chce.
Kolejną sprawą jest to, że wpadłam w spore kłamstwo. Rodzice chłopaka są wysoko postawieni na stanowiskach (wolę nie pisać szczegółów), nie mogli by się dowiedzieć, że nie dopuszczono mnie do matury. Tak samo rodzina - kazano mi mówić, że wszystko jest ok, pięknie zdałam, dostałam się na studia. Mam tego dość, powoli się gubię, nie wiem co komu powiedziałam i jakiej wersji się trzymać. Dla mnie to porażka, aczkolwiek każdemu może się noga powinąć, ważne, aby dwa razy tego samego błędy nie powtórzyć... ale niektórzy tego nie rozumieją i od razu dają mi miano tej gorszej.

Koleżanka namówiła mnie na wizytę u psychologa, gdyż sama miała podobne problemy. Stwierdziłam, że warto spróbować. Byłam na kilku spotkaniach, po diagnozie skierowano mnie do psychiatry. Tam Pani powiedziała, że przydałoby mi się stacjonarne leczenie. Odmówiłam. Mam myśli samobójcze, wszystko mnie przerasta. Ale tego nie zrobie, bo mam dla kogo żyć. Przepisano mi leki, zażywałam Asentrę, nieprzyjemne skutki uboczne ma, nie pomogła mi.

Mam 21 lat i całe życie przed sobą. Ludzie walczą o życie, a ja się chcę poddać. Naprawdę nic mi się nie chce. Wczoraj zadzwoniono do mnie, że pozytywnie rozpatrzono moją kandydaturę do pracy. Zamiast się cieszyć, całkowicie olałam sprawę i nawet nie poszłam podpisać dokumentów - przepadło. Brak mi jakiekolwiek motywacji... jak to zmienić? Brawa dla tych którzy przeczytają te moje wypociny :)

-- 26 wrz 2012, 14:00 --

Dodam jeszcze, że jestem znerwicowana i wiecznie płaczę. Przykładowo: mama się mnie pyta, czy chcę herbatę, a ja się na nią wydzieram, żeby mi dała spokój i trzaskam drzwiami. A po chwili się zastanawiam, czemu tak zrobiłam. Kompletnie nad tym nie panuję. Tak samo z płaczem, pomyślę sobie o czymś i potrafię zacząć płakać w autobusie.


Proszę o "witrualną" pomoc i porady. Nie chce wracać do leków, może terapia grupowa będzie rozwiązaniem? Ktoś z takiej pomocy korzystał? Warto?

Pozdrawiam!

-- 26 wrz 2012, 17:04 --

proszę moderatora o usunięcie tego tematu, doczytałam i przeniosłam post do działu "WITAM"
Ostatnio edytowano 29 wrz 2012, 07:18 przez Artemizja, łącznie edytowano 1 raz
Powód: Zgodnie z prośbą przeniesiono zdublowany wątek do kosza.
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
26 wrz 2012, 12:50

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości

Przeskocz do