Uraz w sferze płciowej (długie)

Post-Traumatic Stress Disorder - PTSD - Forum wsparcia związane z tematem: stres pourazowy.

Uraz w sferze płciowej (długie)

przez makary 18 lip 2012, 18:57
Witam Was ponownie.
Minęło już grubo ponad rok, jak duszę to w sobie... Miałem 23 lata, jak pierwszy raz byłem z dziewczyną. Nie, to nie miało z miłością nic wspólnego - ale o tym za chwilę. Wcześniej przeżyłem kilka zauroczeń w swoim życiu - trwały one najczęściej od kilku miesięcy do kilku lat - byłem jednak na tyle nieśmiały, że nie potrafiłem zrobić pierwszego kroku i wszystko kończyło się na platonicznym zakochaniu. Uważałem siebie wówczas za człowieka wrażliwego - zarówno pod względem uczuciowym, jak i cielesnym. Z biegiem czasu (na studiach) bardziej się ośmieliłem. Wtedy też najmocniej się zaangażowałem. Niestety była to niespełniona miłość (najbardziej dojrzała ze wszystkich), tym razem jednak nie z mojej winy. "Odchorowywałem" to przez prawie rok, a gdy już poczułem się wolny i szczęśliwy z tego powodu... poznałem inną dziewczynę. Podobaliśmy się sobie (z wyglądu), natomiast nie znaliśmy się praktycznie wcale. Chciałem wreszcie zobaczyć jak to jest mieć kogoś blisko siebie, opiekować się nim, kochać go i czuć się kochanym. Pamiętam, że w tym okresie miałem masę spraw na głowie, byłem przemęczony nauką. Wtedy też miałem lekkie "wyjałowienie" emocjonalne na skutek obowiązków, ale na 99% to był stan przejściowy. Domyślałem się już, że podobam się mojej nowej znajomej. Wówczas coś się we mnie rozdwoiło: z jednej strony chciałem z nią być, a z drugiej nie było "tego czegoś", zacząłem się wewnętrznie pogrążać w jakimś dziwnym śnie... Pozwoliłem koleżance przejąć inicjatywę... i w tych chwilach wzajemnych spojrzeń i uścisków (na zabawie u znajomych) poczułem, że coś we mnie się kończy i gaśnie... Kompletnie nie znałem tego uczucia do tej pory, poczułem się osaczony, ale jakby nie tylko przez dziewczynę, a jeszcze przez jakąś nieznaną siłę wyższą - taki wewnętrzny impas. Mój pierwszy w życiu pocałunek był zupełnie bez wyrazu... Pomimo tego postanowiłem dać sobie czas i wynagrodzić(?) ten brak życiowego "ognia" moją opiekuńczością i poświęceniem. To był wielki błąd, ale wówczas byłem bardzo zagubiony, nie umiałem postąpić inaczej... Ponadto w trakcie trwania związku czułem się lekceważony, co nakręcało mój lęk. Nie pasowaliśmy do siebie, ale bałem się skończyć znajomość. Pewnego dnia eskalacja emocji doprowadziła do tego, że moje myśli wymknęły się spod kontroli i tak jakby ktoś obcy zaczął podsuwać wulgarne słowa pod adresem mojej partnerki... Było to okropne i rodziło coraz większe poczucie winy. Doszło wreszcie do tego, że dziewczyna zaciągnęła mnie do łóżka. Zgodziłem się tylko ze strachu przed wyśmianiem, ale niedługo potem lęk był tak silny, że odmówiłem. Zdenerwowała się, zaczęła mi czynić wyrzuty - nigdy nie doświadczyłem takiego poczucia winy i wstydu jak w tym momencie... Myślałem że wyrządziłem jej straszliwą krzywdę, a przecież to była ostatnia rzecz, którą chciałem zrobić - doszło do mnie wtedy, że byłem z nią na siłę i dałem się zmanipulować, ale w tym okresie brakło mi woli, aby stanowczo odmówić. Wtedy też zakończyła ten związek z uczuciem pogardy w stosunku do mnie.
Następnego dnia po całym zajściu czułem się tak, jak bym kogoś zabił - życie paliło mnie niesłychanie... W ciągu miesiąca wydawało się, że emocje opadają - jednocześnie zacząłem się zastanawiać co jest ze mną nie tak: dziewczyna mi się podobała, ale czułem to dziwne wypalenie i wręcz podświadomy opór przed związkiem z nią. Pewnego dnia (ponad miesiąc później) obudziłem się z niesamowitym, palącym lękiem (najgorszym do dzisiaj poznanym): stwierdziłem (błędnie), że chyba jestem aseksualny, co oznacza że nigdy się z nikim nie zwiążę i nie będę miał dzieci... Żyć mi się odechciało - zacząłem mieć wrażenie, że ciałem jestem tutaj, a duszą gdzie indziej... Do tego doszły natrętne myśli - coś na kształt tych kierowanych w stronę mojej dziewczyny, tylko o większym nasileniu: oprócz wyzwisk były wyobrażenia zadawania bólu najbliższym - KOSZMAR! Życie stanęło do góry nogami, świat zdaje się do dzisiaj nierealny, ludzie jakby byli postaciami z bajki, a otoczenie widzę jakby przez szkło...
Byłem jeszcze z jedną dziewczyną, ale nie wyszło z tego nic. Nie rozumiem siebie, nie potrafię odczuwać szczęścia (ponoć nazywa się to "anhedonią"), bardzo ciężko mi się skupić, nie mogę płakać (tylko łzy spływają mi po policzkach...), mam problemy ze snem, ciężej mi się oddycha, serce bije mi intensywniej, czuję cały czas napięcie i wiele innych...
Jeśli chodzi o kwestie płciowe: nie potrafię się zaangażować, podoba się wiele dziewczyn naraz ale z żadną bym nie potrafił być, utraciłem fantazje i potrzeby seksualne...

Wiem na pewno, że sam sobie już nie poradzę. Do kogo powinienem się udać: psychiatra, psychoterapeuta, seksuolog? Lepiej do mężczyzny? Czy terapeutka będzie tak samo skuteczna w męskich sprawach? Czuję skrępowanie na myśl o powiedzeniu tego kobiecie...
Proszę o poradę - chcę ustabilizować swoje życie, a co najważniejsze - nie chcę popełnić samobójstwa:( Nie próbuję nawet, nękają mnie jedynie myśli o takiej tematyce, ale boję się, że kiedyś jednak nie wytrzymam:(

Dziękuję za przeczytanie mojego listu i przepraszam za chaos, ale musiałem komuś o tym opowiedzieć...
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
18 lip 2012, 17:35

Uraz w sferze płciowej (długie)

przez shinobi 18 lip 2012, 19:25
Przeczytałem dość szybko, to może mi coś umkneło - wtedy przy tym zdarzeniu z dziewczyną pewnie hydraulika odmówiła posłuszeństwa?
Serio pytam, takie rzeczy facetom w nerwach siię zdarzają, co bywa mocno frustrujące, zwłaszcza gdy zdarza się to w początkowej fazie poznawania intymnmej sfery życia.
Offline
Posty
2481
Dołączył(a)
31 lip 2011, 22:09

Uraz w sferze płciowej (długie)

przez makary 18 lip 2012, 19:40
Dziękuję za zainteresowanie:)
Tutaj nie chodzi o kwestie czysto "techniczne" (choć fakt, to też przy okazji), ale o spadek nastroju, który nie wiem skąd się pojawił, a to zdarzenie pogrążyło mnie w depresji (pokrywa się duża większość z opisywanych objawów, ale z uwagi na skokowy charakter przypadłości podejrzewam związek z PTSD). Tak jakby coś się we mnie zbuntowało, w momencie (na początku znajomości) straciłem orientację, przestałem wiedzieć czego chcę i rozumieć siebie... Na podstawie drugiego (króciutkiego) związku mogę powiedzieć, że dotyczy mnie też coś takiego, jak "brak radosnego przeżywania". Nie chcę traktować kobiety przedmiotowo i wynieść seks na pierwsze miejsce. Moim życiowym marzeniem jest się zakochać z wzajemnością... W okresach zauroczenia wszystko pasowało do siebie idealnie - sfera uczuciowa i seksualna dopełniały się, teraz wydają się być wrogami...
Choć się boję, to jednak jestem zdecydowany walczyć z przeszłością, dać sobie szansę na szczęście i dzielić je z kimś ukochanym. Nie rozumiem, dlaczego jakiś głupi splot wydarzeń obrócił moje życie w utrapienie...
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
18 lip 2012, 17:35

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Uraz w sferze płciowej (długie)

przez shinobi 18 lip 2012, 19:47
Wydaje mi się, że wyjdziesz z tego, ale to trochę może potrwać. Nie napieraj tylko na siebie za bardzo. Prawdopodobnie w koncu poznasz dziewczynę, gdzie i jej i Twoja wrażliwość będą współgrały na tych samych falach. Wtedy będzie ok. Moje pierwsze kroki w dziedzinie intymno-emocjonalno-erotycznej też były średnio ciekawe, otrzasłem się z nich bardzo długo (a w pierwszej fazie tegoż otrząsania byla to dla mnie czarna rozpacz) właściwie aż do poznania swojej narzeczonej.
Offline
Posty
2481
Dołączył(a)
31 lip 2011, 22:09

Uraz w sferze płciowej (długie)

przez makary 18 lip 2012, 20:00
Problem w tym, że już jakieś pół roku ten nieznośny stan się nie zmienia:/ Kwestie płciowe - choć bardzo dla mnie ważne - są w tej chwili na drugim miejscu. Nie do końca radzę sobie sam z sobą, czuję się jak by mnie ktoś uwięził dla zabawy i miał już nigdy nie wypuścić... Czuję gdzieś głęboko wielką krzywdę i niegojącą się ranę - nie chcę by ktoś ją miał łatać, chcę po prostu to zagoić i żyć pełnią życia zanim komuś zaufam i pozwolę się do siebie zbliżyć. Tłumiłem w sobie długi czas ogromny żal w stosunku do mojej pierwszej dziewczyny, ale ostatnio to podłe uczucie na szczęście blednie. Mam dobrą radę dla każdego: przebaczajcie - nie dość, że świat staje się piękniejszy, to przede wszystkim uwalnia to osobę skrywającą żal :)

Jeśli ktoś lubi metafory, niech posłucha Lady Pank - Rysunkowa postać. Jak by to było w 100% o mnie... zastanawiam się, co było natchnieniem do napisania tekstu.
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
18 lip 2012, 17:35

Uraz w sferze płciowej (długie)

Avatar użytkownika
przez Psychotropka`89 18 lip 2012, 20:08
Podziwiam Cię, że potrafisz wybaczać... Ja nie potrafię. Staram się ale to wraca. Za miesiąc, dwa ale zawsze wraca...
Wenlafaksyna 75mg
Relanium 2mg
Mirtazapina 15mg
Lamotriginum 25mg
Zolpidem 10mg
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1783
Dołączył(a)
16 gru 2010, 22:30
Lokalizacja
TaaaaaM...

Uraz w sferze płciowej (długie)

przez makary 18 lip 2012, 22:29
Psychotropka`89, to nie jest tak, że potrafię. Uświadomiłem sobie, że to nie do końca wina tej dziewczyny - pierw bowiem pojawiło się to obezwładniające uczucie. Poza tym, (ktoś może być wierzący lub nie, ale uważam to za bardzo mądrą myśl) "kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem" - nie ma ludzi idealnych, każdy może popełnić błąd: przez przypadek bądź umyślnie (np. będąc zaślepiony złością, nienawiścią, co wydaje mi się, że jest chorobą ducha), mnie zapewne też zdarzyło się zrobić komuś przykrość (a przecież chciałbym uzyskać od takiej osoby przebaczenie, prawda?). Wreszcie: nie ja sobie dałem życie, ufam, że istnieje jakaś Siła nad nami. Być może obecny okres to życiowa lekcja, przez którą muszę przejść, żeby coś zrozumieć albo komuś pomóc (może swoją obecnością na forum?). Nie staram się tego zrozumieć, bo i tak mi się nie uda. Powoli uczę się pokory w stosunku do życia, do ludzi i ich problemów. Staram się dawać innym radość, pomagać im i widzieć w nich to, co dobre. Nie przyszedłem tu w roli kaznodziei - choć jestem katolikiem, to moja wiara jest, bądź co bądź, płytka. Nie mam natury zakonnika, bywam uparty i często chcę coś robić po swojemu. Ale, kroczek po kroczku, widzę, że we wszystkich religiach jest jakaś uniwersalna mądrość. Gdzieś przeczytałem, że żyjemy po to, by przede wszystkim nauczyć się kochać - innych, ale i samego siebie... co nie jest też takie proste.

Dobrze, koniec kazania;)
Teraz takie pytanie: co sądzicie o hipnoterapii i podejściu ericksonowskim? Przeczytałem "Autohipnozę" napisaną przez Leslie M. Lecron - podobno możliwe jest dotarcie do głębokich pokładów i bardziej efektywne rozwiązanie problemów. Ktoś brał udział w takich seansach? Proszę o sugestie, gdzie mogę znaleźć pomoc.
I dziękuję za samo zainteresowanie - nieco mi ulżyło:)
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
18 lip 2012, 17:35

Uraz w sferze płciowej (długie)

Avatar użytkownika
przez tahela 18 lip 2012, 23:21
a ja tesknie za kimś i nic na to nie umiem poradzićm
Kto utraci raz będzie zawsze czekać
Zatrzymujesz czas i zaglądasz w przepaść
Zostaje smutek i tylko smutek
Ostry jak nagły serca głód
Wiatr co zwala z nóg
Smutek i ty
Avatar użytkownika
Online
Posty
10971
Dołączył(a)
09 sty 2011, 23:22

Uraz w sferze płciowej (długie)

przez makary 16 sie 2015, 22:36
Witam ponownie!

Byłem tu nieobecny przez ponad trzy lata. W międzyczasie usiłowałem się zalogować, ale nie mogłem odnaleźć hasła, a przypominanie coś nie działało i kontakt z administracją pozostawał bez echa. Na szczęście problemy techniczne zażegnane i mogę opisać co u mnie:)
Swoje realne kroki ku wolności rozpocząłem dopiero pod koniec października 2013. Przyczyną tego odwlekania był głównie brak czasu, strach i jakieś inne, urojone powody. Czarę goryczy przelała natomiast wiadomość, że dziewczyna, w której kochałem się platonicznie przez dwa lata i wreszcie postanowiłem "coś z tym zrobić", znalazła już swoją miłość. Nawał przykrości popchnął mnie do odwiedzenia ośrodka, gdzie psycholog udziela pomocy ofiarom przemocy. Z racji tego, że raczej ofiarą przemocy nie jestem, to po dwóch sesjach dostałem poradę, by udać się do psychiatry i psychologa poza ośrodkiem. W grudniu 2013 odwiedziłem psychiatrę i zacząłem kurację Venlectine (diagnoza: zaburzenia lękowe). Dwa miesiące później trafiłem do znakomitej pani psycholog, z którą przerobiliśmy większość moich problemów, o których nawet nie miałem pojęcia! Jako że Venlectine dawał kiepskie rezultaty, trafiłem do innego lekarza, który przepisał mi Fevarin 150mg (zażywałem w okresie 06.2014-05.2015). Farmakoterapia zakończyła się sukcesem, psychoterapia natomiast dobiega końca. W wyniku pracy nad sobą stałem się nowym, silniejszym i bardziej odważnym człowiekiem. Przestałem się nad sobą użalać, jak również snuć czarne myśli. Wiele spraw zaczyna się układać... poza jedną.
Praktycznie od wydarzenia z dziewczyną, które opisałem na początku, nie miewam porannych i nocnych erekcji. Zdarzyły się co prawda dwa orgazmy w nocy, ale to było niedługo potem (pierwsza miesiąc, a druga trzy miesiące po tym feralnym incydencie). Cały czas odczuwam jakby przerwane połączenie na linii wzrok-ciało: widzę kobietę, która jest dla mnie pociągająca, ale cały "mechanizm" podniecania jest niewładny, jakby sparaliżowany... W okresach, gdy się nie onanizuję, to zwiększa się nieznacznie ta "namiastka" pożądania. Wzwód nigdy nie jest całkowity (ok. 70%), a orgazmy nie satysfakcjonują mnie w pełni. Stresów nie mam żadnych, wysypiam się, jadam zwyczajnie (żadnych chipsów i fast foodów), ruchu mogłoby być więcej, ale też nie jest najgorzej. Co ciekawe - dopiero teraz zaczynam się otwierać na płeć przeciwną, chodzić czasami na randki i ogólnie "oswajać się" z kobietami (wcześniej miałem z tym problem). Nie czuję na sobie stresu, że coś muszę (np. kogoś zaspokoić). Ja zwyczajnie czuję się seksualnie upośledzony...
Mam 28 lat. Jest to taki czas w życiu, gdzie myślę już o znalezieniu sobie kogoś na stałe i założeniu rodziny. Nie żyję pod presją czasu, ale problem jak nie znikał, tak nie znika. O przyczynach fizjologicznych i metodach ich leczenia co nieco przeczytałem, ale czy jest jakiś sposób na kurację takich przypadków, jak mój? Rozumiem, że ktoś mógłby mieć problem ze wzwodem w trakcie/przed stosunkiem - wówczas wyrozumiałość partnerki i spokojna atmosfera są tutaj niezastąpione. Co jednak począć w sytuacji, gdy działa "mentalne" pożądanie, a to cielesne protestuje? Czy to oznacza, że zostaje mi Viagra?

Pozdrawiam serdecznie!
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
18 lip 2012, 17:35

Uraz w sferze płciowej (długie)

Avatar użytkownika
przez Evia 17 sie 2015, 21:30
czyli do tego stanu, w którym byłeś i częściowo nadal jesteś, doprowadził Ciebie związek z nietrafioną dziewczyną? :shock:
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1971
Dołączył(a)
19 lis 2014, 10:53

Uraz w sferze płciowej (długie)

przez makary 17 sie 2015, 22:04
Tak... Moja psycholog chyba też jest trochę tym zaskoczona, bo twierdzi, że wielu mężczyznom się przytrafiają podobne przygody i nic wielkiego się nie dzieje. Ale jak widać - jestem pod tym względem dość oryginalny;) Co ciekawe - przyświecała mi zasada "lepiej zrobić, niż żałować później, że się tego nie zrobiło". Tyle samo tu prawdy, co w powiedzeniu "w życiu trzeba wszystkiego spróbować"...
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
18 lip 2012, 17:35

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

Przeskocz do