Choroba nowotworowa a PTSD.

Post-Traumatic Stress Disorder - PTSD - Forum wsparcia związane z tematem: stres pourazowy.

Choroba nowotworowa a PTSD.

przez wiórek 05 lut 2012, 21:33
Witajcie.
Od kilku miesięcy spotykam się z kobietą, którą kilka lat temu (w wieku 19 lat) dopadł złośliwy nowotwór. Ta choroba zabrała jej 2 lata życia, obecnie praktycznie nie ma po niej śladu. Piszę "praktycznie", bo wydaje mi się, że to, co się z nią dzieje to może być pozostałość po tamtych wydarzeniach. Jej przypadłość przypomina nieco BPD. Jest bardzo lękowa, to się objawia na każdej płaszczyźnie życia. Każda podróż kosztuje ją wiele nerwów, bardzo źle się czuje w dużych skupiskach ludzkich. Nie lubi obcych, jest nieśmiała i bardzo się liczy ze zdaniem innych, nawet obcych. Nie lubi nawiązywać nowych znajomości. Jest wybitnie wrażliwa, bardzo przeżywa sztukę, często płacze pod wpływem filmu albo książki. Jest bardzo związana z najbliższą rodziną, kilka razy dziennie kontaktuje się z rodzicami. Rodzice zgrani, bezproblemowi, kochający siebie i ją, dom bez patologii. Bardzo źle znosi samotność, tak organizuje sobie czas, żeby codziennie się z kimś spotkać. W relacjach czysto towarzyskich funkcjonuje świetnie, wręcz wzorowo: jest bezkonfliktowa, dowcipna i bardzo lubiana.

Problem dotyczy sfery emocjonalnej - tutaj wszystko się zmienia z dnia na dzień i bardzo przypomina BPD. Otóż moją kobietą targają ogromne, nieokiełznane emocje. Co o nas? Dogadujemy się świetnie, na każdej płaszczyźnie - mamy milion tematów do rozmów, podobne spostrzeganie świata, gusta, zainteresowania, świetny seks, ale... Potrafi być wspaniała, za godzinę robi się skrajnie oschła albo pyskata. Ma prawdziwą obsesję w kwestii władzy w związku, bardzo pilnuje, żeby wszystko było po jej myśli i pod jej dyktando, do tego stopnia, że odrzuca albo stara się modyfikować wszystkie moje inicjatywy albo pomysły, choćby nie wiem jak atrakcyjne. Potrafi się wściec o byle głupotę i kisić złość przez dwa dni. Ma ogromne problemy z podejmowaniem decyzji, od tych najdrobniejszych po poważne. Ilekroć uda nam się spędzić wspaniały dzień albo noc - zawsze to ciężko odchorowuje. Najpierw przez kilka dni jest troskliwa, zazdrosna, zabiegająca i w pewnym momencie, często z godziny na godzinę jej wszystko mija. Robi się oschła, niedostępna, poirytowana. Ustalenie terminu i godziny naszego kolejnego spotkania graniczy z cudem, bardzo często wycofuje się w ostatniej chwili z planów. Czasami nasze spotkanie jest okupione kilkoma dniami nerwów, z lęku wpada w depresyjne stany. Zdarzyła się autoagresywna akcja. Wiem o jednej, może było ich więcej.

Jest bardzo zamknięta, nienawidzi rozmawiać o uczuciach i emocjach, otwiera się z wielkim trudem. W trakcie naszych kilku poważnych rozmów działy się z nią cuda - wpadała w histerię: drgawki, bardzo przyspieszony oddech itd. Otóż sprawa wygląda tak, że panicznie się boi zaangażowania. Na siłę od bardzo dawna utrzymuje przed całym światem naszą relację w tajemnicy, wiele razy zaznaczała, że "przecież nie jesteśmy razem", chociaż jesteśmy bliżej niż niejedna para. W dołkach wytraca praktycznie cały sens naszej relacji, jakby kompletnie nie pamiętała, co razem przeżywaliśmy jeszcze dwa dni wcześniej. Obraz mnie i naszej relacji w jej głowie żyje własnym życiem, nie ma w tym żadnej stałości ani konsekwencji. Przyznała się do tego, że niszczy naszą relację, żeby nie musiała się angażować. Często zdarzają jej się projekcje, przypisuje mi swoje cechy albo uczucia, co też daje mi jakąś wiedzę o tym, co się w niej dzieje.
Tymczasem między nami jest coraz gorzej, bo zrobiło się niebezpiecznie blisko. Jakiś czas temu spędziliśmy wspaniały weekend, usłyszałem, że bardzo jej zależy, przy nikim się tak dobrze nie czuła i z nikim nie miała takiego porozumienia. Od tego dnia wszystko się popierniczyło, zablokowała się na amen. Gdyby nie to, że ją bardzo kocham (o czym wie) powinienem dać sobie spokój - ten związek przestał pełnić jakiekolwiek funkcje, ona sprowadziła go do rozmów przez telefon. Bardzo trudno się spotkać, nie może się zmusić do odwiedzin u mnie, chociaż tutaj jej wszystkie problemy znikają. Ja nie mogę odwiedzić jej. Wymyśla milion powodów, które "uniemożliwiają" nasze spotkanie. W dniach, w których akurat mam czas i możliwość się z nią spotkać - wycofuje się kompletnie, planuje sobie każdą godzinę każdego dnia, ucieka w pracę, towarzystwo i rodzinę. Kiedy zagrożenie spotkaniem mija, znowu tęskni, zabiega, dzwoni. Ta sinusoida powtarza się już dość długo, to cholernie męczy.

Osiągnęliśmy tyle, że oboje zdajemy sobie sprawę z problemu. Ja jestem bardzo cierpliwy, nauczyłem się w jakiś sposób rozpoznawać jej stany i nastroje, nie daję się wkręcać w jazdy. Czasami się zdarza, że ma bardzo słaby nastrój, który pod wpływem naszego spotkania bardzo się zmienia. Problem polega na tym, że panicznie od tych spotkań ucieka, tak jakby uczucie kosztowało ją za dużo sił i nerwów. Wydaje mi się, że na tym polega problem - w momencie, kiedy pozwala sobie na zaangażowanie zaczyna szaleć z nadmiaru emocji: tęsknota powoduje w niej wściekłość, jest chorobliwie zazdrosna, za dużo myśli i za dużo czuje. Rozmawialiśmy kilka razy o psychologu. Ona myśli nad wizytą, ale ma wielkie opory i wątpliwości. Proponowałem pomoc i wsparcie w każdym zakresie, nawet wspólną wizytę, na razie idzie ciężko. Pewnie dlatego, że w losowe dni wydaje się sobie zupełnie normalna, a nasz problem jakby nie istniał.

Piszę tutaj, ponieważ szukam możliwych źródeł jej lęku. Czy to możliwe, żeby to były pozostałości po chorobie? Wiem, że nie miała żadnej opieki psychologicznej. Nienawidzi o tym okresie rozmawiać, wracać do tych wspomnień, czemu się specjalnie nie dziwię. Powiedziała, że dużo energii ją kosztowało to, żeby o tym zapomnieć, ale to wyparła i tego już nie ma. Proszę, napiszcie, czy taki problem może wynikać z przebytej choroby nowotworowej i niezaleczonych lęków, które mają w niej źródła?
Pozdrawiam Was.
Offline
Posty
3
Dołączył(a)
05 lut 2012, 16:13

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości

Przeskocz do