O tym zwykle się nie mówi.

Post-Traumatic Stress Disorder - PTSD - Forum wsparcia związane z tematem: stres pourazowy.

Avatar użytkownika
przez viviana 26 kwi 2008, 00:13
Lalina napisał(a):Wydaje mi sie ze mama w jakis sposób mnie chroni.Wierzycie w cos takiego?


Bardzo mi przykro z powodu śmierci Twojej mamy i tego co przeżyłaś :( Wierzę w to , że osoby które bardzo nas kochały i odeszły , to tak naprawdę nadal są tylko w inny sposób i czuwają nad nami .
"Normalność jest linoskoczkiem nad odchłanią anormalności"
Avatar użytkownika
Offline
Posty
252
Dołączył(a)
27 paź 2007, 00:00
Lokalizacja
Ze swojego świata :)

przez Martusia 28 kwi 2008, 12:41
ja tam wierzę w takie sprawy. Kilka takich było w moim życiu i myślę, ze warto się tym cieszyć.
Nie da się skasować wspomnień, ale da się z nimi szczęśliwie żyć.
Offline
Przyjaciel forum
Posty
348
Dołączył(a)
08 sty 2006, 23:06
Lokalizacja
Wołomin

przez Pstryk 28 kwi 2008, 19:23
Śmierć rozłącza Nas z ukochanymi osobami wyłącznie fizycznie - one nadal żyją - w Nas :!:
Pstryk
Offline

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

przez Cecylia 02 maja 2008, 14:09
bethi napisał(a):Wiem, że sobie poradziłam z tym cholerstwem. Ale jest pewne ale. Dwa latka temu jakoś tak zaczęłam wychodzić z tego. Przeszłam terapię kierunkową związaną z Zespołem Stresu Pourazowego. Dotyczyła wydarzeń z dzieciństwa: ojciec mnie gwałcił.
Rezultat był dla mnie totalnym zaskoczeniem: nie chodziło o ojca. Chodziło o matkę. Miałam do niej żal, że mnie nie obroniła. Całe dotychczasowe życie to jeden wielki koszmar. Ze skrajności do skrajności. Co tu wiele pisać, sami wiecie jak to jest.
Ale sie z tym uporałam.

Z własnego doświadczenia w terapii powiem Ci, że chyba jednak się nie uporałaś. Ja miałam tak samo - sprawca bierny, który nie obronił, wypłynął bardzo silnie i ewidentnie zajął pierwsze miejsce w sile odczuć w czasie terapii. pozornie można by przypuszczać, że jest ważniejszy. A potem się okazalo, że był po prostu dla mnie ( a być może i dla Ciebie) w pewnym sensie łatwiejszy do pojęcia i uporania się. Teraz temat sprawcy biernego mam w fazie finalnej (zbliżam się do konfrontacji) i zaczynam dopuszczać do siebie świadomość, że sprawca czynny jest znacznie ważniejszy, i że spychanie go na dalsze pozycje to moja technika obronna. Ja się tego sprawcy czynnego bałam i boję tak potwornie, że wszystko bym zrobiła, żeby nie stanąć w prawdzie wobec tego co miało miejsce. Ale już jestem świadoma, że sprawca bierny by nie zaistniał, gdyby czynnego nie było.
bethi napisał(a):Mija 2 roczek od tego uporania i mam coraz więcej wątpliwości, co do słuszności mojego leczenia. Po co właściwie ja się z tego wyleczyłam? Żeby wpaść w depresję? Bo nie potrafię inaczej żyć? A skąd mam wiedzieć jak żyć? Dotychczas może żyłam w błędzie i zakłamaniu, w nienawiści do samej siebie itp. ale przynajmniej wiedziałam, jak reagować w danej sytuacji, co myśleć o tym czy o tamtym, jak wytłumaczyć sobie to czy siamto.
A teraz? Mam w głowie coraz większy bałagan. Coraz częściej sięgam do "starych" zachować bo po prostu nie mam zielonego pojęcia co zrobić. Skąd mam wiedzieć co jest słuszne a co nie, skoro całe moje dotychczasowe życie było jednym wielkim kłamstwem??? Czy nie lepiej było mi żyć nadal w tym zakłamaniu???

Nie było lepiej żyć w zakłamaniu. Choć pozornie łatwiej. Z tego co piszesz nie zaczęłaś nawet budować swojego życia. Stąd ta pustka i niepewność. Też to miałam i mam do pewnego stopnia nadal. Rozleciało się absolutnie WSZYSTKO. Ale w tym, co się rozleciało istnieją kawałki, na których można budować. Sztuką jest je odnaleźć i właściwie zidentyfikować. W Twoim życiu są też rzeczy Twoje i rzeczy dobre. Na tym zbudujesz coś jedynego i niepowtarzalnego - swoje życie.
Ale ty mi się nasuwa taka rzecz z własnych terapii - ilekroć dochodziło do tematu wybaczania sprawcy zawsze zaczynało zgrzytać i robić się bez sensu. Nareszcie wiem dlaczego. A długo mi to zajęło. Odkryłam mianowicie ogromną różnicę między wybaczeniem a pojednaniem. Wybaczyłam czyli nie szukam zemsty i nie czuję potrzeby "odpłacenia pięknym za nadobne". Samo mi odeszło, a było strasznie męczące, bo akurat ja miałabym możliwości techniczne. A odeszło mi jak sobie uświadomiłam, że wcale nie muszę się ze sprawcami pojednać. Nie muszę się nimi i ich sprawami zajmować. Mogę spokojnie żyć jakby nie istnieli. Nic im nie jestem winna. ze spokojem mogę i powinnam (mam prawo, nie zawsze jeszcze umiem) zająć się sobą, a nie nimi. Jak się będą chcieli pojednać to oni się muszą postarać, a nie ja. I oni mnie muszą przekonać do pojednania, a nie ja sama siebie. Ot, tyle od ofiary pedofilii, kazirodztwa, sadyzmu itd, nareszcie w skutecznej (po latach) terapii. Samej mi trudno w to uwierzyć, ale nareszcie jest lepiej.
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
03 sty 2008, 17:42

przez Pstryk 03 maja 2008, 09:05
Dałaś mi do myślenia - żeby nie powiedzieć - zburzyłaś mój porządek w tym bałaganie ;)
Nie czuję potrzeby konfrontacji ze sprawcą czynnym, nie dlatego, że wydaje mi się to upokarzające, lecz dlatego, że w ogóle nie odczuwam takiej potrzeby. Że to technika obronna.. qrcze, takiej możliwości nie mogę wykluczyć. Nie da się ukryć - pojawił się lęk w tej chwili, nad którym nie chcę się nawet zastanawiać...
Cecylia napisał(a):sprawca bierny, który nie obronił, wypłynął bardzo silnie i ewidentnie zajął pierwsze miejsce w sile odczuć w czasie terapii. pozornie można by przypuszczać, że jest ważniejszy. A potem się okazalo, że był po prostu dla mnie ( a być może i dla Ciebie) w pewnym sensie łatwiejszy do pojęcia i uporania się.

O ile jest to łatwiejsze nawet nie da się oszacować. Tylko zastanawiam się, na którym sprawcy bardziej mi zależy (z faktu, iż dotyczy to moich rodziców) i tu sprawa jest dla mnie oczywista. Zresztą matka od wielu lat jakby usiłowała mi wynagrodzić krzywdy, których doznałam, a których mogła mi oszczędzić.
Dla mnie jednak największym problemem było wybaczenie sobie mimo doskonałej świadomości, że to, co się wydarzyło nie było moją winą. Musiałam sobie raczej wybaczyć to, jak się traktowałam po fakcie, jak się znęcałam nad sobą i traktowałam siebie przez tyle lat. Bo prawda jest taka, że chciałam w ten sposób zemścić się na rodzicach - pokazać im, jak mnie spaczyli - na pewno ich to bolało, jednak najbardziej skrzywdziłam tym siebie. Wybaczenie rodzicom przyszło mi o wiele łatwiej. Wybaczenie jednak nie ma nic wspólnego z zapomnieniem. Nigdy od tamtego czasu nie zabiegałam ani o ich względy, ani o ich uwagę i wówczas zaczęło się pomiędzy Nami układać.
W jaki sposób Cecylio identyfikujesz, co dla Ciebie dobre :?: Sprawia mi to wielki problem dlatego nadal jestem taka chaotyczna. Chyba nie ufam sobie. I w jaki sposób 'konfrontujesz' się ze sprawcami :?:
Pstryk
Offline

przez Cecylia 03 maja 2008, 18:33
bethi napisał(a):Dałaś mi do myślenia - żeby nie powiedzieć - zburzyłaś mój porządek w tym bałaganie ;)

Mnie się wydaje, że raczej zauważyłaś, że to co uważałaś za porządek jest innym rodzajem bałaganu ;)
Po kolei. Konfrontacja ze sprawcą upokarzająca. Dla kogo, przepraszam? Dla Ciebie :shock: ?To on coś robił Tobie, a nie Ty jemu. To kto miałby się wstydzić w momencie nazwania tego czegoś po imieniu? Ofiara??? Jak Cię ktoś okradnie i rzecz cała wyjdzie to okradziony ma się wstydzić czy złodziej. Oni mi ukradli dzieciństwo i kawał dorosłego życia, a ja mam się czuć upokorzona ??
U mnie w każdym razie niechęć i pozorny brak potrzeby konfrontacji ze sprawcami to nic innego jak lęk przed nimi. Potworny. Ale kiedyś przestanę wreszcie się ich bać. Wierzę w to. Bardzo łatwo mi sobie wmówić, że nazwanie tego, co było, po imieniu nie jest mi potrzebne. A potem myślę tak: nawet jeśli coś nie jest mi potrzebne, a terapeuta mówi że jest, to jeśli uważam rzecz za obojętną i ufam terapeucie, to własciwie mogę to zrobić. Na przykład wypić szklankę wody. Pić mi się wprawdzie nie chce, ale właściwie czemu nie. A w przypadku konfrontacji wcale nie mogę. Boję się. Wcale się nie dziwię, że Ci sie lęk pojawił. On w Tobie jest, chcesz czy nie. I będzie, póki go nie wyjmiesz, nie obejrzysz i nie pozbędziesz się go.
U mnie też sprawcami są rodzice. I stwierdzenie, że mi na nich zależy odłożyłam do archiwum. Obecnie wcale mi na nich nie zależy. Być może kiedyś to się zmieni, jak już się uporam ze swoimi problemami. Bedę wtedy innym, zdrowym człowiekiem i być może podejmę w ich sprawie inną decyzję. A póki co mam ich razem z ich kłopotami w tzw. głębokim poważaniu. Sobą się muszę zająć. Chwilowo jestem absolutną sierotką. Nie ze swojej winy, ale jestem.
Wybaczenie nie tylko nie ma nic wspólnego z zapomnieniem, nie ma też nic wspólnego z pojednaniem. Mogę, i u mnie akurat jest to prawdopodobne, żyć wybaczywszy im i nie pojednawszy się z nimi. Bo pojednanie (prawdziwe) musi być poprzedzone prawdą, nazwaną i uznaną . Inaczej nie jest pojednaniem tylko kolejnym obłudnym udawaniem. A czy oni są czy raczej będą w stanie udźwignąć prawdę, to już ja na to wpływu nie mam. I martwić się o to nie zamierzam, bo nie jestem za nich i ich zadowolenie odpowiedzialna. Ani za ich szczęście.
Identyfikacja tego, co dla mnie dobre... To trudno opisać. Jest co najmniej kilka "mnie". Trochę jak układanie puzzla. Oglądasz jakiś kawałek i sprawdzasz, czy pasuje. Ostatnio zauważam przerażoną dziewczynkę. Czasami. Ktoś coś powie, a ja zaczynam go nie lubić. Powie coś całkiem "neutralnego" a ja wpadam w panikę. Okazuje się, że nieświadomie powiedział jak ja to nazywam "magiczne słowo", które w "dziewczynce we mnie" odwija ciąg skojarzeń. "Dziewczynka" odbiera to słowo czy gest jako "zapowiedź" tego, co zwykle było potem i reaguje. Adekwatnie do przeszłości i całkiem bez sensu w rzeczywistości "tu i teraz". Dobre jest znajdywanie tych słów, gestów, przedmiotów. Bo co znajdę, to porządkuję i tego czegoś już się nie boję. Dziewczynka się nie boi, bo ja-dorosła wiem o co chodzi i umiem jej to powiedzieć.
Pewne cechy wyniesione z koszmaru mogą być używane w obecnym życiu. Zapewne Ty tak samo jak ja masz w sobie bardzo silną kobietę. Bo musiałaś być bardzo silna, żeby przetrwać koszmar. Taka baba-potwór, po zidentyfikowaniu i poddaniu kontroli (umiem ją już włączać i wyłączać)wielce jest przydatna. Jest zimna, działa jak maszyna do wygrywania, realizuje cele inteligentnie i umiejętnie i ma wysoką skuteczność. Do walki z bezdusznymi urzędnikami jest idealna. Nie każdy takiego kogoś ma. Jednocześnie ta sama baba-potwór przed oswojeniem przysporzyła mi wielu problemów, bo się włączała nie wtedy, kiedy trzeba i co gorsza nie w tych sytuacjach, w których powinna być używana. Czyli teraz baba jest już "dobra", choć była mocno kłopotliwa i szkodliwa.
Tak ogólnie to po to, żeby sprawdzić, co jest dla mnie dobre najpierw muszę poodnajdywać różne baby we mnie istniejące.
Konfrontacja to nazwanie rzeczy po imieniu. Boje się tego. Łatwiej udawać. Ale już ze sprawcą biernym jest lepiej. Jestem w stanie w miarę spójnie napisać, co sp... jako mój ojciec. Pisząc nie odlatuję w emocje. To znaczy nie tak bardzo jaki przedtem. I nie rozsypuję się całkiem w trakcie pisania, tylko troszkę. Jak przestanę odlatywać i rozsypywać się, to nie wiem. Może mu to powiem, może wyślę listem, może wygłoszę przed jego zdjęciem. A może nad jego grobem. Nie wiem. Zdecyduję potem
Pozdrawiam cieplutko.
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
03 sty 2008, 17:42

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości

Przeskocz do