Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

Czysty optymizm, czytając to forum nie poznasz kolejnych objawów nerwicy czy depresji, wręcz przeciwnie. Przeczytasz jak ludzie walczą z zaburzeniami!

Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

przez rabbithearted 14 maja 2014, 21:47
Muszę jeszcze rozprawić się z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi, natomiast wygrzebałam się z depresji i polepszyłam samoocenę. Zdarza mi się myśleć źle o sobie i mieć "doła", ale to tylko chwilę. Dzięki lekom, terapii i własnej pracy czuję się dobrze sama z sobą. Dwa i pół roku temu ledwo wstawałam z łóżka i nie wyobrażałam sobie, że kiedyś może być dobrze. Da się! Trzymam kciuki za wszystkich walczących :)
Offline
Posty
155
Dołączył(a)
21 mar 2012, 00:47
Lokalizacja
Wrocław

Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

Avatar użytkownika
przez maiii 20 maja 2014, 20:45
Gratuluję z całego serca!
Pamiętaj, że każdy, nawet "zdrowy" człowiek miewa kiepskie dni, powodzenia! ;)
Moje prawo to jest pańskie lewo.
Pan widzi: krzesło, ławkę, stół, a ja - rozdarte drzewo.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
15
Dołączył(a)
20 maja 2014, 18:19
Lokalizacja
May

Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

przez eunice88 02 cze 2014, 17:36
Witam Was :)

Siedem lat temu zdiagnozowano u mnie zaburzenia lękowo-depresyjne. Od około 3-4 lat jestem w terapii i jest coraz lepiej. Można chyba powiedzieć, że zdrowieję :). Mam coraz więcej radochy z życia, pracuję, mam przyjaciół itp. Mam jednak dziwne wrażenie jakbym nie umiała rozstać się z chorobą, jakby to trochę stał się mój sposób na życie. Dawniej potrafiłam przesypiać całe dnie i mieć wszystko w nosie. Teraz, gdy jest już dobrze, to wciąż zastanawiam się "no i co teraz już tak będzie, będę sobie tak normalnie żyć, bez ucieczek od aktywności i zamykania się w domu..." i powiem Wam, że czuję się z tym nieswojo. Wiem, że to dziwne, ale "normalność" chyba mnie trochę przeraża. Mam wrażenie, że sama wracam do nadmiernej koncentracji na swoich stanach emocjonalnych. Czasem wydaje mi się, że wywołuje swoje złe samopoczucie gdy za długo jest dobrze. Miał ktoś z Was takie stany przy wychodzeniu z nerwicy?
Offline
Posty
25
Dołączył(a)
02 wrz 2013, 13:07

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

przez cocoastar 28 cze 2014, 01:03
Mam dokładnie tak samo!
Jestem po psychoterapii ( co więcej, sama postanowiłam ja zakończyć,bo już nie wiedziałam o czym rozmawiać z panią psycholog a wymyślanie problemów na sile nie przyniosło by pożądanych efektów) , leki tez w dużym stopniu pomogły.
Napewno mogę stwierdzić ze jest dużo lepiej niż kiedyś, normalnie funkcjonuje ;)
Wiem, jakie błędy popełnialam i na każdym kroku staram sie poprawiać :)
Pozostaje jedynie takie przyzwyczajenie do stanu, który trwał wcześniej. Tak jakbym w głowie miała zakodowane ze nie może być przecież wszystko okej, w pewnym stopniu mam podświadomie przekonanie ze nie zasługuje na całkowite szczęście. Jeżeli pojawi sie sytuacja w której czuje sie naprawdę dobrze, jestem zadowolona z siebie automatycznie zapala sie lampka ze coś jest nie tak! W dużym stopniu spowodowane jest to obawami ze to wszystko wróci i czasem zapominam ze już wiem jak reagować i ze sobie z tym poradzę. Zawsze byłam osoba samodzielna i do końca sie nie pogodzilam z tym ze musiałam zasięgnąć pomocy., chociaż wiem ze sama nie dałabym tym razem rady.

Proszę o poradę osoby, które są przekonane ze zasługują na szczęście i w jaki sposób można sie tego nauczyć? ( bo czy można to już wszyscy, mam nadzieje wiemy) ;);)

Pozdrawiam cieplutko
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
28 maja 2013, 17:25

Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

przez Nastia 28 cze 2014, 17:03
eunice88 napisał(a):Witam Was :)
Teraz, gdy jest już dobrze, to wciąż zastanawiam się "no i co teraz już tak będzie, będę sobie tak normalnie żyć, bez ucieczek od aktywności i zamykania się w domu..." i powiem Wam, że czuję się z tym nieswojo. Wiem, że to dziwne, ale "normalność" chyba mnie trochę przeraża. Mam wrażenie, że sama wracam do nadmiernej koncentracji na swoich stanach emocjonalnych. Czasem wydaje mi się, że wywołuje swoje złe samopoczucie gdy za długo jest dobrze. Miał ktoś z Was takie stany przy wychodzeniu z nerwicy?

Nie mam nerwicy i daleko mi do czucia się dobrze, ale czasem, gdy jest mi lepiej to miewam podobne odczucie. Powoduje ono we mnie duży dyskomfort i też czuję się nieswojo, jakbym zarazem była jedną nogą w zdrowiu i jedną w chorobie, czuję jakiś nieokreślony rodzaj niedosytu i brak autentycznego spokoju wewnętrznego, czegoś mi brakuje. Tak sobie myślę, że to oznacza, że mimo, że jest lepiej, to nadal są pewne trudności, z którymi ciągle ciężko się mierzyć inaczej niż cofając się w chorobę. Czyli nie jest to jeszcze zdrowie. Co mi jeszcze przychodzi do głowy to, że zdrowienie wymaga rezygnacji z ucieczki w "nie mogę, chora jestem mam depresję = dajcie mi spokój" gdy jest za trudno, tylko trzeba wypracować nowe strategie radzenia sobie i działać.. umieć pogodzić się z tym, że w zdrowiu ponoszenie konsekwencji bywa niemiłe, że nie tylko kolorowo jest, że zdrowie nie polega na tym, aby czuć ciągłe zadowolenie, a gdzieś w środku dusić strach, wściekłość, smutek (ja tak mam, gdy czuję się "lepiej") - u mnie to nie jest zintegrowane, więc jak czuję "dobre" emocje to chyba mi tych "złych" brakuje, czuję się taka niepełna, nie-cała. No ale ja mam inne zaburzenia, nie nerwicę.

Ciekawe, co Twój terapeuta na te Twoje odczucia?

-- 28 cze 2014, 17:12 --

cocoastar napisał(a):Mam dokładnie tak samo!
Jestem po psychoterapii ( co więcej, sama postanowiłam ja zakończyć,bo już nie wiedziałam o czym rozmawiać z panią psycholog a wymyślanie problemów na sile nie przyniosło by pożądanych efektów


cocoastar napisał(a): Pozostaje jedynie takie przyzwyczajenie do stanu, który trwał wcześniej. Tak jakbym w głowie miała zakodowane ze nie może być przecież wszystko okej, w pewnym stopniu mam podświadomie przekonanie ze nie zasługuje na całkowite szczęście.


Hej :smile:
A nie przerabiałaś tego w terapii?
Bo napisałaś wcześniej, że skończyłaś terapię z powodu braku problemów do obgadania, a z drugiej strony, że ciągle doskwiera Ci to przyzwyczajenie do stanu "choroby" i niemożność cieszenia się tak na full oraz przekonanie, że się nie zasługuje na całkowite szczęście. Dla mnie to byłby ważnym problemem, do przerobienia z t. właśnie
Offline
Posty
381
Dołączył(a)
23 kwi 2014, 18:46

Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

Avatar użytkownika
przez agusiaww 06 lip 2014, 19:49
Mi sie wydaje ze my wszyscy jestesmy nadwrazliwcami bo np w dziecinstwie mielismy takie a nie inne prezycia, badz mamy choroby/zaburzenia dziedziczne. Czasami sa nawroty z roznych powodow np pogorszenie sytuacji w rodzinie, wpływ innych chorob z zakresu np endo itp itd i co z tego pomyslcie ze raz sie udało uda sie i drugi raz jakbyśmy nic nie czuli, to chyba zamiast serca 8) bysmy mieli śrubki...
Warto żyć, warto marzyć, bo to co osiągalne możliwe jest do zdobycia.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
6254
Dołączył(a)
05 mar 2009, 09:22

Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

przez Nastia 07 lip 2014, 13:05
agusiaww napisał(a): jakbyśmy nic nie czuli, to chyba zamiast serca 8) bysmy mieli śrubki...

Próbuję godzić się z tym, że nawet jako osoba zdrowa będę generalnie mocniej czuć niż przeciętny Kowalski i nawet wyobrażam sobie plusy tej wrażliwości (obok minusów) - życie pewnie ma głębszy smak, nie tylko smutek się silniej przeżywa, ale też radość i wzruszenie zapewne, zmysły bardziej wyostrzone to też plus w przypadku doznań pozytywnych i przyjemnych :smile: a poza tym nie chciałabym być gruboskórną osobą, po której trudne sprawy spływają, z empatią bywa na bakier, a do szczęścia wystarczy tylko słońce, browar i bzykanie ;) Grunt to się stonizować, bo ja obecnie albo ekstremalnie silnie przeżywam, albo skrajnie odrywam się od emocji, wszystko albo nic... i ledwo żyję. Ach, stonizować się i być fajnym ciepłym zdrowym wrażliwcem :105:
Offline
Posty
381
Dołączył(a)
23 kwi 2014, 18:46

Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

Avatar użytkownika
przez Nadzieja88 07 lip 2014, 14:47
Chciałabym podzielić się też swoją historią, jeśli mogę :)
Ja najpierw chorowałam na depresję, ciągle próbowałam siebie zabić i dwa razy wylądowałam w psychiatryku, a potem depresja przerodziła się w zaburzenia odżywiania (najpierw to szło w kierunku anoreksji, ale potem skończyłam jako bulimiczka) i przyznam, że wyjście z bulimii było koszmarem. Zapewne dlatego, że sama podświadomie z tego wychodzić nie chciałam, nawet jak próbowałam zawsze kończyło się tak samo. Chodziłam na terapię, brałam leki i tak cały czas. Potem moje zdrowienie wyglądało dziwacznie. Musiałam dosłownie od nowa uczyć się jeść. Nie mogłam brać dokładek, albo po posiłku zjeść choćby jednego cukierka albo plasterka szynki, bo zawsze kończyło się to napadem i wymiotowaniem. Myślałam chyba 24 godziny na dobę o żarciu. żarcie nawet mi się śniło.
I był juz taki moment, gdy jeszcze do tego doszły nieuzasadnione lęki, ataki paniki, a mi już chyba na niczym nie zależało, chciałam po prostu umrzeć. Myślę, że to było moje najgłębsze dno. A potem nagle, w zasadzie bez mojej większej pracy, samo wszystko zaczeło się układać. Poznałam mojego obecnego narzeczonego, który niby nie zabraniał mi rzygać, ale głupio mi było, że on wiedzial, co robię. Pomalutku przestawałam tak bardzo przejmowac się wyglądem, jedzeniem, i jakoś jest lepiej. Minęło 8 miesięcy i jest coraz lepiej. Ostatnio odstawiłam leki, nie chodzę juz na psychoterapię i czuję się raczej zdrowa :)
Ale dalej mam nieuzasadnione lęki. Zwłaszcza jak jestem sama. Najbardziej nie cierpię windy, zawsze boję się, że zobaczę coś w lustrze...
Avatar użytkownika
Offline
Posty
11
Dołączył(a)
06 lip 2014, 14:23

Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

Avatar użytkownika
przez Arasha 07 lip 2014, 23:11
Nadzieja88 napisał(a):Ale dalej mam nieuzasadnione lęki. Zwłaszcza jak jestem sama. Najbardziej nie cierpię windy, zawsze boję się, że zobaczę coś w lustrze...


Fajnie, że czujesz się już lepiej i przede wszystkim, że masz wsparcie. To na pewno bardzo ważne. A bez windy spokojnie da się obejść ;) Kilka razy przelecisz się na górę i w dół i kalorie same spadają :mrgreen: nie trzeba się uciekać do wymiotów.
Osobiście chciałabym mieć tylko takie lęki, bo ja dla odmiany panicznie boję się wymiotów ...
Nie zamierzam się pod nikogo ustawiać, zamykać gęby, bo innym coś się nie podoba i brać na klatę czyichś zażaleń. Jestem sobą i sobą zamierzam pozostać.

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Avatar użytkownika
Offline
zbanowany
Posty
5761
Dołączył(a)
24 lut 2014, 18:41
Lokalizacja
dostałam ostrzeżenie, bo się broniłam... sprawiedliwość... to fikcja!

Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

przez Nastia 09 lip 2014, 09:44
Arasha napisał(a):Osobiście chciałabym mieć tylko takie lęki, bo ja dla odmiany panicznie boję się wymiotów ...

"Tylko".. Ach to umniejszanie problemów innych, tak znamienne dla nerwicy.. Licytujcie się :mrgreen:
Offline
Posty
381
Dołączył(a)
23 kwi 2014, 18:46

Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

Avatar użytkownika
przez Arasha 09 lip 2014, 17:02
Nie twierdzę, że jakiekolwiek lęki są ok. Tylko po prostu jak ktoś ma zdrowe nogi, to bez windy naprawdę można się obejść. A bojąc się wymiotów, człowiek boi się jeść, wyjść na ulicę, do sklepu, przejechać kilka przystanków tramwajem, wystać godzinę w kościele, a nawet wziąć prysznic, jak ma atak ... Ja się nie licytuję, ale uwierz, to jest naprawdę masakra. A co do wind, też nie przepadałam jeździć, ale parę razy się przejechałam i nie było tak najgorzej. Problem jest dopiero wówczas jak winda się zatnie, to fakt i tego nie życzę nikomu, bo i bez nerwicy można zaliczyć atak paniki.
Nie zamierzam się pod nikogo ustawiać, zamykać gęby, bo innym coś się nie podoba i brać na klatę czyichś zażaleń. Jestem sobą i sobą zamierzam pozostać.

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Avatar użytkownika
Offline
zbanowany
Posty
5761
Dołączył(a)
24 lut 2014, 18:41
Lokalizacja
dostałam ostrzeżenie, bo się broniłam... sprawiedliwość... to fikcja!

Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

przez Nastia 10 lip 2014, 09:18
Arasha napisał(a):Ja się nie licytuję, ale uwierz, to jest naprawdę masakra.

A właśnie, że się licytujesz i porównujesz, bo piszesz w takim tonie, że objawy kogoś innego są do przejścia (tzn. byłyby do przejścia DLA CIEBIE, być może), że lęk przed lustrem i windą to pryszcz (czyli bagatelizujesz to, że komuś innemu to może bardzo utrudniać funkcjonowanie), a Twój lęk przed wymiotowaniem - to jest dopiero problem! A prawda jest taka, że każdy przeżywa SWOJE, dla każdego co innego jest najtrudniejsze w jego życiu i co z tego, że dla Ciebie taki problem byłby mniejszy? Dla kogoś Twój lęk przed wymiotowaniem może być drobnostką - bo np. sam ma halucynacje albo ostre urojenia i po raz n-ty siedzi w psychiatryku i ciekawe, jakbyś się poczuła, gdyby Ci to powiedział, że z tym, co Ty masz, to da się jakoś żyć?
Offline
Posty
381
Dołączył(a)
23 kwi 2014, 18:46

Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

Avatar użytkownika
przez Nadzieja88 10 lip 2014, 10:41
No właśnie, sami wiemy najlepiej jak np najbliżsi bagatelizują nasz problem, no bo w końcu jak można bać się windy czy czegoś innego. A to już w nas siedzi i jest nie do przejścia.
Myślę, że nie ma czegoś gorszego, lub lepszego. Każde zaburzenie jest problemem dla osoby, która musi się z tym zmierzyć.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
11
Dołączył(a)
06 lip 2014, 14:23

Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

Avatar użytkownika
przez kahir 10 lip 2014, 22:01
powiedzieć, że wyzdrowiałem nie mogę. mam te moje natręctwa i mam ich mniej więcej tyle samo co rok i dwa lata temu. spytacie zatem gdzie progres? otóż ten kryje się w troszeczkę czymś innym. mianowicie przestałem uważać się za osobę chorą. odprułem tę łatkę - jestem zdrowy. jasne, natręctwa uprzykrzają mi życie w naprawdę dużym stopniu - niewiele się zmieniło. przestałem się jednak ze sobą pieścić. zacząłem robić wszystkie, a na pewno większość, rzeczy, na które nerwica mi nie pozwalała. mimo dyskomfortu. założyłem działalność gospodarczą, zacząłem pracować, zarabiać na siebie. nie chcę żadnego ulgowego traktowania. jeśli mam być kiedyś w 100% wolny od natręctw, to muszę żyć jak normalny człowiek. jasne - jest trudniej. tym bardziej, że po wielu latach odstawiłem leki (ale przecież zdrowi ludzie ich nie potrzebują, prawda?) i pozbawiłem się błogosławionego spłycenia emocjonalnego, ale ile można? 8 lat z mniejszymi lub większymi przerwami - żadnych efektów. tak więc uważam się za zdrowego człowieka, z jakimiś tam problemikami, nie zamierzam nikogo w nie wtajemniczać, chcę być traktowany jak każdy inny, nie przez pryzmat tychże. niby nie ma spektakularnych efektów, ale jest lepiej, chociażby z tego względu, że mogę sobie pozwolić na wiele rzeczy, których jeszcze niedawno sobie odmawiałem. myślę, że jeśli wytrwam w "byciu normalnym", to w końcu będę normalny. zbyt długo się umartwiałem nad sobą, zbyt długo traktowałem natręctwa jako schron przed prawdziwym życiem - dość! mam 27 lat i zaczynam żyć. nie życzcie mi powodzenia, nie potrzebuję go. życzcie mi pieniędzy - te się przydadzą, bo planuję przeprowadzkę ;) aloha i wytrwałości w byciu normalnymi! :)
świat jest pełen psychologów.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
481
Dołączył(a)
10 kwi 2011, 19:02

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: ekspert_abcZdrowie i 8 gości

Przeskocz do