Mieć siebie-najcenniejszy dar

Czysty optymizm, czytając to forum nie poznasz kolejnych objawów nerwicy czy depresji, wręcz przeciwnie. Przeczytasz jak ludzie walczą z zaburzeniami!

Avatar użytkownika
przez Sasanka 05 maja 2007, 13:13
Anczitka napisał(a):tym bardziej ze wrogie spojrzenia Szczeciniakow-specyfika:P co tez doprowadzalo do tego ze przestawalam byc soba i czuc wrogosc wobec innych jak taki alien bylam :)teraz jest lepiej

Mam tak samo jak Ty! Wrogie spojrzenia tez dostrzegam, nie tylko w Szczecinie;), ale to chyba nie zależy od miejsca tylko od naszego nastawienia. Jak mam dobry humor, to niech sobie inni będą źli albo wrodzy, nie przejmuję sie tym Z tym, że rzadko mam takie dobre dni. Jak sobie z tym radzisz? Bo napisałaś, że jest lepiej.
"Gdy spoglądasz w otchłań, ona również spogląda w ciebie..." Nietzsche
Avatar użytkownika
Offline
Posty
51
Dołączył(a)
20 kwi 2007, 18:40

Avatar użytkownika
przez ashley 05 maja 2007, 21:25
Nie mogę się doczekać chwili, jak będę potrafila olać takich ludzi. Poprostu olać i nawet nie poświęcać im uwagi przez sekundę. Nie są tego warci. A jak ktoś mnie chamsko zmierzy i mi się to nie spodoba to ja też go zmierzę. I nie będę już patrzyla na to czy komus się coś nie podoba. Jak Ci się cos nie podoba to nara ode mnie. Na szczęscie jest masa fajnych ludzi :)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
786
Dołączył(a)
06 lut 2007, 18:04

Avatar użytkownika
przez blackwitch 10 maja 2007, 15:27
Witam Was wszystkich, długo nie wchodziłam na forum bo czułam się raczej dobrze no i dzis tak z ciekawosci przeczytałem ten temat. Jestem po półrocznej psychoterapii, teraz staram sie radzic sobie sama. Leków nigdy nie zdecydowałam sie wziac i nie wezme. Mysle ze byla to dobra decyzja. W tej chwli natomiast pracuje intensywnie nad tym o czym pisze Ashley- nad samoakceptacja. Myślę, również po przeczytaniu paru książek (w tym "6 filarów poczucia własnej wartości"- polecam- dobra:), że samoakceptacja jest kluczem do wyleczenia nerwic i lęków. Czasami udaje mi się już zrzucac maskę i zachowywac sie tak jak chcę, być taką jaką jestem na prawde. Ale to niełatwy proces-wciąż muszę walczyć z pewnymi autodestrukcyjnymi mechanizmami które we mnie drzemią-nawet nie wiecie ile dni człowiek może spedzic oszukując samego siebie, starając sie zdobyć aprobatę i miłość otoczenia, rezygnując z siebie- zapomnając czego tak na prawde chce, co myśli i -co gorsza- co czuje..., po czasie zdając sobie sprawe ze na pytania "co sadzisz ?" "podoba ci sie"? "cieszysz sie?" a nawet tak banalne jak "jaki jest twój ulubiony kolor"? itp. nie wie co odpowiedziec. Staram sie przekonywać się że jestem fajna własnie taka jaka jestem, bez chorobliwej potrzeby akceptacji, przypodobania się innym itd. Trudne to, ale walka ta jest chyba warta zachodu- w nagrodę dostajesz to o czym pisała Ashley- komfort bycia SOBĄ.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
107
Dołączył(a)
21 lis 2006, 22:50

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

przez lateksowy 11 maja 2007, 11:06
nasz problem polega na tym że uznaliśmy że rzeczy które robimy są nam nie potrzebne bo sprawiały nam czasem ból z którym nie mogliśmy sie pogodzić teraz trzeba sie na nich skupić i pokochać zobaczyć że są fajne i potrzebne nam a co tam że boli nich boli ale przynajmnie wiesz że żyjesz naprawde
tak sie czasem mówi boli to znaczy że żyjesz haha
Offline
Posty
35
Dołączył(a)
02 lis 2006, 00:28
Lokalizacja
Wysowa

Avatar użytkownika
przez Inutka 12 maja 2007, 01:09
3majcie kciuki...od jutra, a właściwie od dziś zaczynam...chyba teraz dopiero drogę do wolności...przełamałam się i odwiedziłam panią doktor...mam lek, instrukcje i...załozenie, ze dam radę :)
Pozdrawiam
smutnośmieszna
Avatar użytkownika
Offline
Posty
36
Dołączył(a)
29 mar 2007, 10:55

Avatar użytkownika
przez ashley 12 maja 2007, 09:46
blackwitch napisał(a):Ale to niełatwy proces-wciąż muszę walczyć z pewnymi autodestrukcyjnymi mechanizmami które we mnie drzemią-nawet nie wiecie ile dni człowiek może spedzic oszukując samego siebie, starając sie zdobyć aprobatę i miłość otoczenia, rezygnując z siebie- zapomnając czego tak na prawde chce, co myśli i -co gorsza- co czuje..., po czasie zdając sobie sprawe ze na pytania "co sadzisz ?" "podoba ci sie"? "cieszysz sie?" a nawet tak banalne jak "jaki jest twój ulubiony kolor"? itp. nie wie co odpowiedziec

Jak już dochodzisz do tego momentu że zadajesz sobie te pytania czujesz się koszmarnie. Czujesz że nie masz siebie. To się wiąże od razu z tym, że życie staje się niekonkretne, tracimy grunt pod nogami i jest nieciekawie. No ale potem mamy szansę na odzyskanie tego co straciliśmy. Ja się cieszę, że wreszcie znam prawdę i nie tkwię już w tym oszukiwaniu i olewaniu samej siebie.


Inutka trzymamy kciuki ;) i fajnie że zrobilaś następny krok.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
786
Dołączył(a)
06 lut 2007, 18:04

Avatar użytkownika
przez meskalina 13 maja 2007, 04:11
Pewnie mnie wszyscy ze to znienawidza ale to gowno prawda. Mozna byc n byz na cudownej drodze do wyzdrowienia a i tak k****a przychodzi ten moent ze wszystko sie wali na glowe.
hmmm...co tu dzisiaj wpisac???
Avatar użytkownika
Offline
Posty
301
Dołączył(a)
25 paź 2006, 00:55
Lokalizacja
z kosmosu

Avatar użytkownika
przez Róża 13 maja 2007, 09:08
meskalina,no przychodzi taki moment,ale nie zauważyłaś,że coraz łatwiej jest ci się pozbierać?Ja zauważyłam,że moje doły i nerwicowe dolegliwości,to już tylko krótkie epizody.Nie tak jak do niedawna-ciągnące się miesiącami bez żadnego światełka nadziei.Może jest coś,z czym nie rozliczyłaś się tak do końca i co powoduje nawroty?Ja też miewam takie chwile rozterki,że chyba nigdy z tego nie wyjdę,ale to tylko chwile.Wiem jaki powód mnie trzyma jeszcze przy nerwicy i depresji-i muszę się tego pozbyć.Zrób sobie i ty taki " rachunek sumienia",a na pewno znajdziesz to "brakujące ogniwo".
Bez ludzkiej pamięci przeszłość nie istnieje.
Pech nigdy nie zawiedzie:
przyjdzie w samą porę:)))
Avatar użytkownika
Offline
Przyjaciel forum
Posty
1197
Dołączył(a)
02 gru 2006, 22:18
Lokalizacja
z ogrodu

przez obojetnosc 16 maja 2007, 18:59
W porządku. Wiadomo, kochanie siebie jest podstawą. Podstawą dobrego życia, dobrego kochania kogoś... A pierwszym krokiem do kochania siebie jest samoakceptacja. To wszystko jasne. Ale tak łopattologicznie - jak to ugryźć? Afirmacje? No jak? Jak "wrócić do siebie"? Jak siebie poznać?
Jeśli chodzi np. o wybór zawodu, kiedy nie wie się co się będzie najbardziej chciało w życiu robić (a praca, która nie daje satysfakcji bardzo często prowadzi do depresji i nerwicy), to jest taka sztuczka - wyobrażamy sobie że nagle mamy niieograniczoną ilość pięniędzy, i nie musimy pracować. I co wtedy robilibyśmy dla samej frajdy? I w tym kierunku powinno się iść.
Ale jak z miłością do samego siebie? Jak zacząć? :/
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
08 maja 2007, 15:00
Lokalizacja
Wawa

Avatar użytkownika
przez merkia 17 maja 2007, 15:15
obojętność => wyjęłaś mi to z ust =)

Gdy Ahsley napisała pierwszy post w tym temacie to czułam, jakbym sama je napisała. Również czuję się niekonkretnie...
Niedawno sobie coś uświadomiłam.Uznałam,że tak być nie może.
Moim problem, trochę dziwnym, jest to, że gdy jestem sama wszystko jest ok, ale nagle, gdy rozmawiam z kimkolwiek - czuję się nie na miejscu, czuję, że moje słowa są sztuczne, nie mogę się skupić na rozmowie, szybko analizuję czy to co odpowiem jest aby dobre. A nawet jeśli nie zastanawiam się przed, robię to po fakcie. Nielogiczne prawda?
Czy jest jakiś opatentowanym sposób na "dobry początek ;)" ? albo po prostu wasze rady, poparte doświadczeniami. pozdrawiam
Avatar użytkownika
Offline
Posty
65
Dołączył(a)
13 maja 2007, 20:13
Lokalizacja
Poznań

Avatar użytkownika
przez ashley 17 maja 2007, 18:26
obojetnosc napisał(a):Ale jak z miłością do samego siebie? Jak zacząć? :/

Hej czemu taka buźka? Powinna być wesloa bo chcesz siebie pokochać. Czlowieku ogromny krok już zrobileś ;) Moja odpowiedź na Twoje pytanie jest w poprzednich postach w tym temacie, żebyś nie szukal cytuję
Jak już pisalam ja pokochalam siebie w największym kryzysie, w największej beznadziei. I nie mam żadnych wątpliwości co do tego, czy siebie kocham. Kocham. Możesz mieć mnóstwo wahań, co do siebie, ale do tej milości nie powinno ich być. Jeśli są to może jednak nie pokochalaś siebie tak naprawdę. Bo milość bezwarunkowa nie stawia warunków. Pokocham Cię, jak już będę pewna, że jesteś ok. Nie tak się nie da. Pokochać siebie trzeba ze świadomością wszystkiego co w nas zle. To jest prawdziwa milość. Do siebe samej, do życia i innych spraw możesz mieć masę wątpliwości, ale jak pokochasz siebie to już nigdy bez względu na wszystko nie będziesz chciala przestać. Bo to jest wspaniale
:)
Merika dobrym początkiem jest to że chcesz:) To jest dużo, naprawdę. Ważne jest to, żeby postawić na bycie sobą, dla siebie, nie dla innych. Żeby do tego dojść jak sie z bycia sobą zrezygnowalo, trzeba przede wszystkim otworzyć się na siebie, nie bać się swoich slabości i uczuć, zajrzeć w swoje wnętrze. Zaakceptować i pokochać siebie. To zawsze możemy zrobić. Zawsze. A potem pozwolić sobie być sobą. Jesteśmy najpiękniejsi jak jesteśmy sobą, jestem tego pewna. Żadna gra nie pobije naturalności. powodzenia.

Ja się osobiście bardzo cieszę, chyba coraz bardziej odkrywam siebie i jest mi z sobą dobrze:) JUŻ NIGDY NIE CHCĘ TWORZYĆ SWOJEJ DRUGIEJ WERSJI TEJ IDEALNEJ, BO KOCHAM SIEBIE TAKA JAKA JESTEM I JEDYNE CZEGO CHCE TO BYC SOBĄ. BĘDĄC SOBĄ JESTEM WARTOŚCIOWYM CZLOWIEKIEM. SZUKAJĄC INNEJ WERSJI SIEBIE MOZEMY NIE ZNALEŹĆ PRZEZ CALE ŻYCIE. A PRZECIEŻ TA PRAWDZIWA NASZA WERSJA JEST TAK BLIZKO...
Avatar użytkownika
Offline
Posty
786
Dołączył(a)
06 lut 2007, 18:04

przez sredniowieczna_panna 17 maja 2007, 22:13
:(

jak sie czasem zastanawiam nad swoimi problem,ami, to widze, ze w duzej mierze wynikaja z braku akceptacji wlasnie...

nie potrafie sie zaakceptowac, siebie ze swoimi wadami i mam wrazenie, ze ja i to, co wyglada na nerwice, tworzy bledne kolo: zla samoocena wywoluje lęki, lęki wywoluja wzgarde do siebie, to niszczy samoocene i tworzy sie koleczko...:(

mysle, ze trudno polubic siebie, bo wychowuje sie czlowieka do skromnosci i w podswiadomosci tkwi przekonanie, ze nie wypada cieszyc sie z tego, co sie ma w sobie fajne albo co sie odczuwa jako fajne

Problem z akceptacja siebie mam od zawsze. Jakkolwiek jeszcze jako dziecko w podstawowce jakos to ze mna bylo, pogorszyło sie w gimnazjum. Wiadomo, czas poszukiwania siebie itp i w takim okresie natrafiłam na ludzi, którzy mną pogardzali:( Podkopywali pode mną doły:( i strącali do środka:( poprzez przekręcanie moich słów po to, aby przedstawić innym, ze mam inne zdanie, ze co innego mialam na mysli, po to, aby sie ponatrząsać, że niby palnęłam coś głupiego... nabijanie sie dla samego nabijania sie, dla samego krzywdzenia psychicznego, a ich wlasnej rozrywki... nigdy nie bylam "typowa", w sensie, nigdy nie należałam do tych modnych, rozrywkowych kolezanek... byłam - i jstem - troche jak ten kot, co chadzał własnymi drogami...co było pretekstem do tego, aby niszczyć moją własną wartosc, traktowac mnie jako przedmiot natrząsań... ale jakos jeszcze było...

w liceum-szok, zupelnie inni ludzie. Sytuacji powyższych-brak. Czułam sie zupełnie innym człowiekiem-bardziej wartosciowym, bardziej radosnym. Czas szaleństw i optymizmu. Do czasu powaznego, bolesnego zakochania sie, które trwało przez rok, dopóki nie doszło do skutku w sensie zwiazku. Przez ten cały rok nieswiadomie dokopywałam sobie na rozne sposoby. Ze taka beznadziejna jestem, bo on mnie nie chce. Jestem tu, tak blisko, a on woli inne dziewczyny. Ze jestem nieatrakcyjna, brzydka, gruba. Ze moje zainteresowania nie są godne uwagi, ze to, ze smo... Z szalonej optymistki, którą byłam na początku liceum, stałam się zagubioną dziewczyną kroczącą w mroku.... a potem ten zwiazek, od początku pełen problemów:( facet nie miał do mnie szacunku, a przez to, ze mimo wszystko kochałam, to i ja siebie nie szanowałam... w tym czasie dodatkowo katowałam sie odchudzaniem (zrzucilam 10 kg i moja waga plasuje sie w dolnej granicy BMI prawidłowego lub pod nią, ale wciaz czuje sie gruba). 4 ms tego związku to były 4 ms łez, cierpienia, nerwow rozwalających nie tylko uklad trawienny, ale i checi do zycia... kazdy kolejny dzien to było grzezniecie w bagnie...:( osoba, z ktora bylam, pogardzala slaba psychika, pogardzala tym, ze ktos moze nie miec sily, aby cos zrobic, na cos sie zdobyc-a ja nie mialam, bylam wyniszczona po calym roku slepego zakochania... az w koncu facet mnie rzucil, w trakcie zdawania przeze mnie matury, mial do mnie pretensje, ze to niby wszytsko moja wina (bo nie jestem łatwa;P) i inne takie... long story, ale po co to pisze-bo po prostu po czyms takim czlowiek wczesniej juz dosc slaby psychicznie, nie szanuje siebie:( potrzebowalam z kims byc, aby moc dawac oparcie, ale takze (w tamtym czasie-przede wszytskim) otrzymac oparcie. a dostalam kopa nawet nie w dupe, a w serce.

czasem sie zastanawiam, jak to mozliwe, ze tak trwalam w tamtym zwiazku, byc moze dlatego, ze mialam naiwne nadzieje, ze jednak to oparcie w koncu znajde...

dlugo chowałam uraze, (teraz potrafie z tym człowiekiem normalnie rozmawiac, wybaczylam-fakt, ze opisuje, to wspomnienie, a nie wyrzut), dlugo mnie to wszystko bolalo...(pani psych, ktorej pozniej to opowiadalam, juz kiedy przyszlam w sprawie nerwicy, stwierdzila, ze moglam byc te ok. 2lata w depresji) do czasu az zakochalam sie znow - i znow nieszczesliwie.

Znow okazalo sie, ze ... ze co? ze sie nie nadaje?! ze nie jestem warta milosci?! ze nie da sie mnie kochac, nie da sie byc z kims takim jak ja, nie da sie poswiecic sie dla mnie, bo po prostu nie zasluguje na cos takiego. bo jestem wyrzutkiem, bo jestem brzydka, bo mam problemy w kontaktach miedzyludzkich, bo nie ma podstaw do tego, aby moglo byc inaczej!!!!!!!

bylam o tym bardzo silnie przekonana i caly czas wyrzucalam sobie, caly cas sama sobie wykopywalam doly... to bylo jak bicie sie drutem kolczastym po glowie w celu wbicia sie w wykopany rów:( jakkolwiek absurdalnie to brzmi... bliska mi osoba stwierdzila cos podobnego na bazie rozmow ze mna, w sumie jedna z niewielu, ktora w ogole wiedziala, ze mam jakis problem... bo dusilam w sobie i nie pokazywalam na zewnatrz, w miare mozliwosci oczywiscie... a przez to kisilam sie we wlasnym sosie, w tym bagnie emocjonalnym:(

zostalo to we mnie, chociaz troszke-troszke wychodze...

Od ok 9 ms jestem w szczesliwym zwiazku, planujmy wspolna przszłosc. Jest fantastycznie:) - a wzbranialam sie na poczatku przed uczuciem, z obawy, ze znow sie nie uda... Dzieki niemu czuje sie kims troszke fajniejszym, niz kiedys. Skoro jestem komus potrzebna, to cos musi we mnie byc. Przede wszystkim chyba zaczelam akceptowac swoja kobiecosc (ale niezupelnie-to nizej). Chociaz wciaz mam miliard kompleksów i czuje sie zle z tym, ze nie potrafie sie powstrzymac, aby o nich nie mowic...Ale wiecie co? czasem zastanawiam sie, jak to mozliwe, ze wlasnie ja... ze akurat jest ze mna, a nie z kims innym... czy tez, jak to mozliwe, ze spodobala mu sie dziewczyna, która [i tu nastepuje lista wad].. ze czasami nie wierze, ze to mozliwe, ze to mi sie pewnie sni, bo przeciez ... bo to, co pisalam wyzej... :(

On wie o poprzednich nieudanych zwiazkach i o moich problemach z akceptacją siebie. Powiedzial kiedys, ze uda sie nam to naprawic. W sensie, moja samoocene. Nie mi, a nam. To budujace. Budujace jest takze to, ze on twierdzi, ze nie ma we mnie rzeczy, ktore sobie zarzucam, a jest za to wiele wartosci. Ale ja w swojej niskiej samoocenie nieraz juz powiedzialam, ze jeszcze kiedys przejrzy na oczy i zobaczy te moje wady:( wiem, ze to koszmarne, ale nie mam jeszcze na tyle wiary w siebie, aby mowic inaczej:( nie czuje sie warta swoich lepszych slow, a z drugiej strony chce czuc sie ich warta, chce miec do siebie lepsze podejscie!!!!!! chce-bo mysle, z e w gruncie rzeczy to chyba fajna ze mnie babka;)

Sprawe pogarsza to, ze - najpewniej za sprawa nerwicy czy czegos - mam poczucie winy za wiele rzeczy... za rzeczy, których nie udało mi sie zrobic przed laty. Za rzeczy, które nie są złem, ale identyfikuje "cos we mnie" identyfikuje je jako zlo i rzuca na mnie cien wyrzutow sumienia. Czasem po prostu to czuje, bez wyraznej przyczyny. A czasem-czesto ostatnio-to poczucie winy takie, jak opisalam tu: http://www.forum.nerwica.com/viewtopic. ... 0&start=15 . Pojawia sie, kiedy mi zbyt przyjemnie. :( Tak, jakbym miala wpojone przekonanie, ze czlowiek powinien byc ascetą... a w takim przekonaniu robie wszytsko zle... a to sprawia, ze trace szacunek do siebie...

podobnie jak natrectwa religijne, ktore moge odegnac jedynie tekstem "nienawidze/nie cierpie siebie" :(

kilka dni temu stchorzylam przed wizyta u psychiatry, mialam isc pierwszy raz... i caly dzien sobie wyrzucalam.... wszystko we mnie krzyczalo przeciwko mnie, ze jestem zalosna, ze jestem tchórzem, ze sie nie nadaje do niczego :( widzialam oczyma duszy slowo "tchorz!" powielone po x razy, napisane w rzedzie pionowym, jedno pod drugim...:(

poza tym, jak od dawien dawna, mam wrazenie, ze znajomi patrzą na mnie i myslą, ze jestem gorsza... to chyba pozostalosc z gimnazjum... mam wrazenie, ze kolezanki z roku czasem mysla, ze jestem ciołem, ze inni znajomi podobnie

to troche egocentryczne wszystko, no nie?:( zalosne...

i jak tak to czytacie, to widzicie, ze wsyztsko sprowadza sie do samooceny. ja tez widze, ale nie potrafie tego przełamac:(

z przerazeniem zdaje sobie sprawe, ze jesli chociazby nie uwolnie sie od tych ciaglych wyrzutow, to nigdy nie bede szczesliwa tak na prawde:( bo zawsze bede czuc ten cien... i zawsze w takiej sytuacji bede soba gardzic:(

Dziekuje Bogu, ze dal mi tak fantastycznego faceta, ktory kocha mnie mimo moich wad i ktory powolutku, powolutku pomaga mi wyjsc ze wszystkiego. On wierzy, ze sie uda i ciagle powtarza, ze jesli ja tez zaczne wierzyc tak mocno, jak on, to sie uda (oj, wzruszylam sie...lezka sie kreci). Gdyby nie to, pewnie babralabym sie wciaz w dolku emocjonalnym... :(

Zastanawiam sie, jaak sie z tego wyrwac...
Posty
75
Dołączył(a)
29 lis 2006, 20:05

przez anusia 18 maja 2007, 14:57
Siemka przeczytałam Twój cały post. Ze mnie też w podstawówce się wyśmiewali, ale musiałam to jakoś przeżyć. Nie bój się zaufać swojej miłości, nie koncentruj się jednak na niej w 100%, pamiętaj o innych znajomych, którzy zawsze w razie potrzeby Ci pomogą.
Wykreślić ze Świata przyjaźń...to jakby zgasić słońce na niebie
Offline
Posty
114
Dołączył(a)
14 maja 2007, 20:57

przez sredniowieczna_panna 18 maja 2007, 16:17
anusia napisał(a):Siemka przeczytałam Twój cały post. Ze mnie też w podstawówce się wyśmiewali, ale musiałam to jakoś przeżyć. Nie bój się zaufać swojej miłości, nie koncentruj się jednak na niej w 100%, pamiętaj o innych znajomych, którzy zawsze w razie potrzeby Ci pomogą.


wyśmiewanie sie (czy tez raczej ponizanie, bo tak ze mna bylo) to akurat maly procent moich problemow, ale od tego wszystko sie zaczelo i to dlatego mam do dzis problem z docenieniem wartosci tego, co mowie, czym sie zajmuje, jak sie ubieram itp i ogolnie z kontaktami miedzyludzkimi

znajomi to nie sa osoby, ktorym mozna sie zwierzac (biorac pod uwage stopniowalnosc ludzi blizszych i dalszych przyjaciel-kolega-znajomy, znajomy jest na najnizszym szczeblu...), chyba ze na takim forum, jak to... tak na prawde mam malutko osob, z ktorymi moge porozmawiac o tym problemie.. konkretnie 2 osoby, w tym jedna z nich jest moj chlopak, a druga mieszka bardzo daleko, ma duzo wlasnych problemow, wiec wstyd mi zawalac ja swoimi:( czuje sie wtedy straszna egocentryczka:(
Posty
75
Dołączył(a)
29 lis 2006, 20:05

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 8 gości

Przeskocz do