Zaburzony obraz związków i współżycia

Forum o nerwicy natręctw: doświadczenia, historie, pytania.

Zaburzony obraz związków i współżycia

przez Greymar 12 sie 2015, 12:07
Witajcie.
Mam 19 lat i od listopada zmagam się z nerwicą natręctw (jednak wszelakie zaburzenia psychiczne towarzyszą mi prawie całe życie).
W owym listopadzie napadły mnie myśli, że mogę nie kochać moją dziewczynę. Byłem z nią od września i była to moja pierwsza dziewczyna, dlatego też te myśli nie przeszły bez echa i rodziły kolejne i kolejne, a ja zagłębiałem się w ich iluzji, często wynajdując różne wady w wyglądzie mojej dziewczyny, tudzież zadręczając się, że wchodząc w ten związek chciałem się tylko zabawić jej kosztem (co było durnym natrętem, bowiem zawsze byłem wrażliwy, dodatkowo ona również była wrażliwa i delikatna, za co ją głównie pokochałem).. Walczyłem z tym do czerwca i zaczynało być już lepiej. Dodam, że ona nie miała świadomości tego co właściwie przeżywam, kiedyś na początku w grudniu powiedziałem jej że mam wątpliwości i że mi z tym źle, ona zrozumiała to i miałem wtedy w niej wsparcie. Później zacząłem udawać że wszystko wróciło do normy, ale kiedyś w okresie większego doła wyjawiłem jej, że mam nerwice natręctw. Było to w lutym, ona dalej mnie wspierała. Niestety w maju zaczęła się zachowywać, jakbym był dla niej tylko zbędnym balastem, aż w końcu przyparłem ją do muru, aby powiedziała mi o co chodzi (często miewała humorki, ale nigdy nie raczyła ze mną porozmawiać o tym, co ją trapi, mimo, że tego chciałem).. powiedziała, że jest ze mną tylko dla tego, że boi się o to, że po rozstaniu coś sobię zrobię. Zabolało mnie to, ale nie jakoś bardzo bardzo (wciąż byłem w iluzji mich natręctw), zaproponowałem podjęcie próby odbudowy z obu stron (tym bardziej łatwiej może byłoby mi z moimi myślami wiedząc, że z drugiej strony jest to samo i nie ciąży na nas wielka presja oczekiwań ze strony partnera), niestety ona nawet nie raczyła o tym myśleć, po prostu chciała się uwolnić więc taka decyzję podjąłem w sumie ja sam. Stwierdziłem, że nie ma sensu walczyć samemu ze sobą i jeszcze z nią, mając świadomość tego, że i tak ona nie przejawia najmniejszych inicjatyw.

Rozstaliśmy się, chodziłem na terpię grupową, której jednak nie udało mi się ukończyć. Po 2,5 miesiąca, całkiem niedawno, zacząłem odczuwać ogromną tęsknotę i poczucie straty prawdziwego skarbu którym była dla mnie. Teraz pamiętam wszystkie piękne chwili i nawet te okraszone nieco moimi lękami i natrętami wspominam z nostalgią i łezką w oku. Napisałem o niej. Chciałem aby opowiedziała mi jak to wyglądało z jej strony (okres tuż przed rozstaniem, kiedy coś się w niej zmieniło), bowiem nie raczyła mi tego powiedzieć.. i nie powiedziała, napisała, że nie chce wracać do przeszłości, że teraz jest szczęścliwa i jest jej o wiele lepiej niż ze mną (wiele rzeczy pozwala mi drogą dedukcji upewnić się, że już ma kogoś). Strasznie mnie to boli, przecież początkowe miesiące ze sobą mieliśmy wspaniałe, starałem się bardzo. Dodatkowo mam duszę romantyka, ona zresztą wydaje mi się również i tamten okres wydaje mi się, dla nas obojga był wspaniały, zresztą nie raz mi mówiła jak dobrzej jej ze mną było, deklarowała, że jeszcze nikt nie pokazał jej czym jet miłość tak jak ja, że na zawsze chce ze mną być.. i ja walczyłem sam ze sobą, żeby jej i moje marzenie spełnić. Szczerze mówiąc czuję się jak jedno wielkie ZERO, tym bardziej, że nie udało nam się ze sobą przespać. Tu też nie rozumiem sprawy, ja chciałem, kilka razy próbowałem, raz jakoś bodźcami (wiadomo.. taki spontan) to mnie hamowała, raz znowu chciałem porozmawiać z nią o tym.. zawsze urywanie rozmowy itp. Ale sama pokazywała mi jakieś filmiki z "ankietami - kiedy stracić dziewictwo?.. śmiała się że najlepiej niby 16 lat, a ona tyle ma akurat.. może chciała żebym ją wziął niby na siłe czy co.. kurva ja nie z takich -,-.. Dodatkowo teraz mam masakryczne myśli, że nie dam rady przeżyć pierwszego razu z kobietą nie czystą. Tzn. będę się okropnie czuł z tym (już miałem "oferte" i stchurzyłem, z miesiąc temu koleżanka wyskoczyła z czymś takim, no i szczerze to miałem ochote, ale po niedługim czasie mój mózg postawił mi blokadę, że nie mogę tego zrobić, bo ona nie jest dziewicą a ja jestem prawiczkiem). Tak jakby trochę brzydzę się tym, tak jakby kobieta mająca kilku partnerów była wręcz kurvą, chociaż nie mogę tak uważać oczywiście.. nie mniej jednak na samą myśl, że teraz pewnie ponad połowa szesnastolatek straciła już cnotę, a co za tym idzie moja była (do której wciąż dużo czuję i chyba po stracie dopiero dotarło do mnie jak bardzo ją kochałem i kocham) też za niedługo się odda komuś.. i daj Bóg by przynajmniej był to dobry chłopak, a nie szuja skreślająca w notesie kolejne rozdziewiczenia. Chociaż obojętnie kto by to był sama myśl o tym sprawia że mam ochotę skończyć sam ze sobą.

Czuję się jakbym był nie z tych czasów, że nie pasuję do tego świata swoimi poglądami i już mam że tak powiem zjebane życie do końca :/.
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
12 sie 2015, 11:39

Zaburzony obraz związków i współżycia

przez Dawidoff 15 sie 2015, 00:36
Cóż mogę powiedzieć... Szkoda, że nie wytrzymałeś i dałeś za wygraną. Moja historia mocno podobna, ale wciąż trwa - i w chwilach prześwitów, mocno mnie to cieszy :). Ja jestem ze swoją już ponad 2,5 roku. Pierwsze natręctwa miałem takie, że się o nią bałem, wyobrażałem sobie że nie wiadomo jakie ją wypadki spotkają, że ktoś ją zgwałci, zabije, że muszę ją ciągle chronić, potem doszła chorobliwa zazdrość. Dodam, ze jakoś przed związkiem miałem niesamowite ataki hipochondrii, wciskałem sobie przez parę miesięcy raka mózgu, zawały itd. Potem jakiś czas było wspaniale, a jakoś po 11 miesiącach związku, uderzyło mnie to, co Ciebie. Zadawanie pytania, czy kocham, czy nie kocham, czy jest mnie warta, czy nie podobają mi się inne, potem doszło jeszcze neurotycznie napędzany rozkaz nerwicy, że powinienem ją zdradzić. Jak ogarniasz angielski, poszperaj sobie o ROCD (relationship obsessive-compulsive disorder), u nas ten temat jest mocno w powijakach. Także cheatings thoughts, też bardzo ciekawe hasło w kontekście ROCD.

Potem wizyty u psychiatry (a właściwie u dwóch, by mieć pewność, że to to), stwierdzony ZOK, przepisany asertin, psychoterapia, która mnie troszkę irytowała i jej zaprzestałem - od stycznia było w miarę normalnie jakoś do połowy lipca. Asertin mocno mi pomógł, wyciszył, tych prześwitów i radosnych chwil było bardzo dużo. Przestałem go zażywać, naiwnie myśląc, że jestem w stanie to pokonać sam, jakoś z końcem kwietnia. No i nn wróciła po raz kolejny w połowie lipca. Ale się nie poddaję, to bez sensu, tylko bardziej się w tym utwierdzam. Z jednej strony, serio, mega współczucie, bo strata bliskiej osoby jest straszna, a z drugiej - Twoje nieszczęście bardzo mi pomaga, bo wiem, że zerwanie tak naprawdę nic nie da - trzeba trwać, bo rozstanie nie jest rozwiązaniem. Na anglojęzycznych czy francuskojęzycznych forach takich osób jak Ty jest, niestety, na pęczki. Niektórzy tracili partnerów bezpowrotnie, innym udało się wrócić, częstokroć, takie chwilowe rozstania ich uzdrawiały. Spróbuj to wyleczyć i następnym razem, po prostu, nie poddawać się :).
Offline
Posty
45
Dołączył(a)
08 mar 2014, 00:52

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości

Przeskocz do