Nie wiem, kim jestem i co myślę.

Forum o nerwicy natręctw: doświadczenia, historie, pytania.

Nie wiem, kim jestem i co myślę.

przez beyourself 16 mar 2015, 17:00
Witam wszystkich. Na wstępie napiszę, że jestem bardzo młodą osobą, bo mam jedynie niespełna 20 lat. Myślę, ze nikt wcześniej nie założył takiego tematu na forum, a nawet, jeśli, to mój przypadek jednak chyba jest nieco inny od wszystkich (w pewnym sensie) i bardzo, bardzo zależy mi na tym, by ktoś mi pomógł, by ktoś mi powiedział, co ja mam ze sobą zrobić...

Moja 'przygoda' z nerwicą natręctw zaczęła się w okresie dzieciństwa. W wieku jakichś 7/8 lat mama oglądała bodajże coś o opętaniach, przestraszyłam się tego i potem widziałam te złe duchy, gdy szłam spać. Myślę, ze to mogło mieć jakieś znaczenie... Potem zaczęło się myślenie, czy np. jeżeli wzięłam sobie jakiś długopis w szkole, podniosłam go, bo leżał na ziemi, to czy to jest kradzież, pytałam o to mamy... (nie pamiętam, ale chyba wiedziałam, czyj on jest, nie mogę tego zagwarantować; albo po prostu przypuszczałam, do kogo może należeć) i męczyło mnie to, że coś ukradłam. Pamiętam, że przed Pierwszą Komunią Świętą pytałam o to mamy. Gdy przygotowywałam się do Pierwszej Spowiedzi Świętej, wypisałam sobie grzechy na kartce i to wyglądało mniej więcej tak (dla przykładu):
- nie słuchałam babci
- nie słuchałam mamy
- nie słuchałam taty
- nie słuchałam dziadka
...
Pamiętam, że ktoś z rodziny, chyba mama, gdy to zobaczyła, że tak się 'rozdrabniam' powiedziała, że tak nie trzeba, że można powiedzieć to ogółem. Teraz już wiem, że prawdopodobnie był to tak jakby 'wczesny skrupulantyzm'... szkoda, że wtedy byłam tylko dzieckiem i tego nie wiedziałam, ani prawdopodobnie nikt tego nie zauważył.
Nie pamiętam też, ile dokładnie miałam lat, ale myślę, że około 10/12, kiedy pojawiły się natrętne myśli na tle religijnym... czy to coś komuś mówi? Nie pamiętam dobrze, bo to było dawno temu, ale bodajże powiedziałam o tym rodzicom. Wiem, że mama mi coś tam pomagała, starała się, tłumaczyła, lecz moja choroba pewnie szła dalej, na dzień dzisiejszy nie pamiętam dokładnie. Niskie poczucie własnej wartości, które czułam właściwie przez całe życie, spowodowało, co spowodowało (wieczne śmianie się ze mnie, że jestem gruba, brzydka)... to, że widziałam, że tak jest. Byłam takim 'pasztetem' na tle innych... Czasem chciałam, by osobom, które mnie krzywdziły, stała się krzywda... choć pewnie moja wina jakaś też w tym jest, ale ona nie wzięła się znikąd... Czasem pewnie po prostu, po ludzku, w złości (ale tak naprawdę nie chciałam tego, wiem, że jestem dobrym człowiekiem i nie chcę źle dla nikogo, nawet dla osób, które mi coś złego zrobiły), a czasem były już to natręctwa i tu właściwie rozpoczyna się właściwy wątek. Natrętnie powtarzałam czynności, bo bałam się, że jeśli tego nie zrobię, to komuś coś się stanie (czasem bliskim osobom, czasem 'prześladowcom', im chyba częściej), czasem jakby obrałam sobie osobę, na którą coś powiedziałam czasem nawet, niby bezgłośnie, a czasem to ze mnie wychodziło szeptem, pomyślałam... Miałam też tak, że jakby 'odczarowałam' to wszystko czymś i jak to zrobiłam, czułam w zasadzie spokój. Ale to, że kilkanaście razy potrafiłam ubierać koszulkę i robię to właściwie do dzisiaj, tylko rzadziej (bo staram się walczyć), to jednak chyba nie jest normalne. Ba, nic z tego nie jest normalne... Myślałam, że jak czegoś nie zrobię, to ktoś będzie się ze mnie śmiał, cokolwiek, co byłoby złe dla mnie i dla kogokolwiek. Czułam tak ogromne poczucie winy, że zrezygnowana to robiłam czasem i myślę, że robię nadal, tylko to jest już chyba nieco słabsze... Gdy nie zrobiłam, czułam niepokój, z którym nie dawałam rady funkcjonować nawet na siłę, choć próbowałam. Płakałam, krzyczałam, że nie chcę tego robić, obwiniałam siebie, jak to jest głupie, ale i tak to robiłam. Z lęku, z obawy. To nie jest tak, że tego już nie mam. Po prostu po rozmowie z mamą, która stwierdziła, że 'nie jestem drugą ręką Boga' i że nie może być tak, że coś pomyślę, a się stanie...
Choć czasem i tak bywało... Ale uwierzyłam, że to przypadek. Nie chciałam np. źle życzyć, ale to było silniejsze. Gdy zauważyłam, że coś się stało z moich myśli i życzeń, zadręczałam się, że to przeze mnie, choć wiadomo, że raczej ja nie mogę siłą umysłu spowodować czegoś złego... Nie daje mi to spokoju i do dzisiaj. Męczę się. Naprawdę męczę. Nie wiem, kim jestem, czy jestem złym człowiekiem, czy dobrym. Co ja myślę. Czy udaję, czy nie udaję... Czy moje myśli są moje, czy nie moje...
Dodam, że mam chłopaka, którego naprawdę kocham nad życie... Tak bardzo go kocham... A gdy dziś rozmawiałam z kolegą, który wydał mi się bardzo fajny i tak jakby miałam trochę wrażenie, że po tym, co mówi, jest idealny, to po przyjściu dręczyły mnie głupie myśli, że może nawet się w nim zauroczyłam czy zakochałam i go kocham (przez jedną rozmowę!), wpieram sobie, że tak mogło być, choć moje serce wie, że tak nie jest... Kocham tylko mojego chłopaka nad życie, ale coś każe mi myśleć inaczej, kiedyś było tak, że wbiłam sobie do głowy patrząc na niego 'czy ja go kocham? przecież ja go nie kocham', powiedziałam mu o swoich wątpliwościach, on płakałam, ja płakałam, bo wiedziałam, że w głębi serca kocham go nad życie i tylko jego, bo prawdziwie kocha ł się raz... (przed długi czas miałam takie natręctwa na tym punkcie, takie myśli, że nie wytrzymywałam, że płakałam z bezsilności, a on był zawsze ze mną... było jeszcze tak, że dużo się kłóciliśmy i może i stąd te wątpliwości, ale nerwica dużo swojego zrobiła). KTylko jego kocham i nikt się dla mnie nie liczy, nachodzą mnie głupie myśli, że może to normalne, że niby coś 'poczułam' do tamtego chłopaka, choć nie kocham go, nie znam i nie liczy się dla mnie w żadnym stopniu. Aż mi wstyd i nie chcę tego pisać.

Tak jest ze wszystkim. Analizowanie, czy czegoś źle nie powiedziałam, nie zrobiłam, nie dające spokoju myśli, czy coś jest takie, a nie inne, czy ja jestem prawdziwa, gdy ktoś coś mi tłucze, ja za chwilę rozpatruję to na 12121 sposobów i wypytuję, a dopóki nie dostanę odpowiedzi na nurtujące mnie nerwicowe pytania, nie mogę spokojnie spać, żyć, niszczy mnie to... Boję się o każde kłamstwo, że w najmniejszej rzeczy okłamię ukochanego, że przestanie mnie kochać. Że ktoś na mnie patrzy i się ze mnie śmieje. Powtarzanie w głowie tego, czego nie chcę, widzenie czegoś, co chcę widzieć, a czego nie ma... Płakanie z bezsilności, robienie bezsensownych czynności z obawy przed czymś, myślenie o czymś z obawy przed czymś, rozpatrywanie, skrupulantyzm... Naprawdę, mam dość. Błagam, pomóżcie mi jakoś, doradźcie, co mogę zrobić. Nie wiem, kim jestem. A tak bardzo chcę dać mojemu ukochanemu wszystko, co najlepsze, chcę nie mieć natrętnych myśli w każdym temacie, nie nękać jego, siebie, zapomnieć o przeszłości... Czy to jest możliwe? Bardzo zależy mi na tym, by kiedyś mieć z nim dzieci, jest najcudowniejszym człowiekiem, jakiego znam, wiem, że nie ma takiego drugiego, jak on, że nikim nie mogłabym go zastąpić, ale natręctwa są silniejsze, nie chcę przez to zniszczyć swojego życia z związku jeszcze bardziej... Co powinnam zrobić?

Przepraszam za błędy i literówki, ale jestem zdenerwowana...
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
16 mar 2015, 16:08

Nie wiem, kim jestem i co myślę.

przez Wehmut 16 mar 2015, 21:04
Dużo sobie wkręcasz. Może warto u psychologa o tym wszystkim pogadać bo nie wiem czy tu znajdziesz odpowiedź.
Wehmut
Offline

Nie wiem, kim jestem i co myślę.

przez beyourself 16 mar 2015, 21:34
Wehmut, co według Ciebie sobie wkręcam?
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
16 mar 2015, 16:08

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Nie wiem, kim jestem i co myślę.

przez Wehmut 18 mar 2015, 00:29
różne myśli mało sensowne, ale straszy Cię to że cokolwiek Ci przyjdzie do głowy takie naprawdę jest i się wydarzy
Wehmut
Offline

Nie wiem, kim jestem i co myślę.

przez OptiMystic 26 mar 2015, 16:43
beyourself, masz chyba całą paletę możliwych natręctw... :(
Przy takim ich natężeniu i tak głębokich wątpliwościach dotyczących swojej osoby, koniecznie powinnaś skorzystać z pomocy psychologa.
Potrzebujesz wsparcia, bo sama sobie z tym wszystkim nie poradzisz.
Ktoś musi Ci pomóc spojrzeć na siebie normalnym, zdrowym okiem, bo na pewno jesteś dobrym człowiekiem, tylko wśród tych złych myśli i lęków gdzieś zgubiłaś ten prawdziwy, pozytywny obraz siebie...

beyourself napisał(a):Kocham tylko mojego chłopaka nad życie, ale coś każe mi myśleć inaczej, kiedyś było tak, że wbiłam sobie do głowy patrząc na niego 'czy ja go kocham? przecież ja go nie kocham', (...)
Boję się o każde kłamstwo, że w najmniejszej rzeczy okłamię ukochanego, że przestanie mnie kochać.

Jest taki wątek tu na forum:
Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....? co-by-by-o-gdybym-przesta-a-j-jego-kocha-t5117.html
Poczytaj sobie i zobacz, że dużo osób ma podobne myśli, może coś Ci poradzą.
A ze swoim chłopakiem najlepiej za dużo o tym nie rozmawiaj, żeby go nie ranić. Powiedz raczej ogólnie, że masz różne problemy nerwicowe, m.in. takie nieracjonalne i nieprawdziwe myśli dotyczące Waszego związku, które są tylko natręctwami, i że będziesz starać się z tym walczyć. I poproś go o wsparcie i zrozumienie.
będę próbować, będę próbować, będę próbować...
i k... nie dam się! :evil:
Offline
Posty
15
Dołączył(a)
26 sty 2015, 23:19
Lokalizacja
Wrocław

Nie wiem, kim jestem i co myślę.

przez nutka19 26 mar 2015, 19:11
Witaj, beyourself!

niczego odkrywczego nie stwierdzę, jak powiem, że Twój problem wynika z ogromnej wrażliwości. Mam bardzo ale to bardzo podobnie, z tym, że moje mysli mają trochę inną treść. I jestem w tym samym wieku - wydaje mi się, że ten magiczny przełom między 19 a 20 to taka jazda bez trzymanki jeśli chodzi o nasze "kochane" natręctwa.
Podobnie jak Tobie, często brakuje mi siły. Nawet dziś mi jej bardzo brakowało. Ale wiesz, to, co, mnie trzyma każdego dnia w nadziei, że kiedyś z tego wyjdę to wiara. Wiara w Boga wzbudza wiarę w siebie.
Wspominałaś o Komunii, Bogu, więc wnioskuję, że jesteś nadal wierząca.
Ja wiem, że te wszystkie natręctwa to jak taki ciężki wór. Ale jak myślisz, czemu to Ty jesteś chora a nie jakiś X czy Y? Bo ani X, ani Y nie byłby zdolny do udźwignięcia tej choroby. To beyourself ją ma, bo tylko ona jest w stanie z nią żyć, z nią w końcu wygrać. X i Y dawno by padł, Ty wciąż dajesz radę, lepiej, gorzej, ale dajesz radę.
To mi bardzo pomaga osobiście, wiesz?

Przykład z wiary (please, all haters do not comment :D):
Żadne z nas nie zbawiłoby świata. Żadne z nas nie udźwigłoby krzyża z miłością, żadne nie zniosłoby z pokorą biczowania i wyśmiewania. żadne z krzyża nie wołałoby z prośbą do Ojca o przebaczenie oprawcom. To dlatego nie sam człowiek zbawił świat, tylko Jezus. Analogicznie - nikt inny nie wytrzymałby tego, co masz Ty. Masz taką a nie inną chorobę, takie, a nie inne objawy, bo tylko Ty możesz je pokonać. Mam nadzieję, że to co opisuję, w miarę jasno wyraża, do czego zmierzam. Każdy z nas otrzymuje takie życie, takie problemy, z którymi jest w stanie się zmierzyć. Więc odnajdź tę siłę bo ona w Tobie jest tylko gdzieś tam się ukryła pod Twoim brakiem pewności siebie.

Porada mojego Poprzednika, że dużo się tego nakumulowało jest moim zdaniem trafna. Terapia, jak słyszałam, pomaga okiełznać strach. Sama się nad nią zastanawiam, tylko, że w moim przypadku to nie wiem jeszcze jak to wyjdzie, bo ja finansowo sama nie dam rady, rodzina mówi, że pomyślimy, ale chyba trzeba mi jeszcze trochę poczekać bo skubana medycyna droga jest.

Jeśli nie masz nic przeciwko, to będę się modlić za Ciebie:) Pamiętam jak jeden miły użytkownik tego forum mi taką modlitwę w mojej intencji podarował, było mi bardzo miło :)

Pozdrawiam i trzymam kciuki Słonko, wyjdziemy z tego w końcu obie!

-- 26 mar 2015, 18:28 --

Zapomniałam jeszcze dodać:
Także pamiętaj, że jesteś silna i koniecznie zgłoś się do psychologa, nawet na samą rozmowę, bo na terapiach się nie znam, niech wypowie się ktoś z doświadczeniem. Zobaczysz, ulży Ci.
Offline
Posty
5
Dołączył(a)
28 lut 2015, 15:01

Nie wiem, kim jestem i co myślę.

Avatar użytkownika
przez lovely 30 mar 2015, 14:28
beyourself napisał(a):Myślę, ze nikt wcześniej nie założył takiego tematu na forum, a nawet, jeśli, to mój przypadek jednak chyba jest nieco inny od wszystkich (w pewnym sensie) i bardzo, bardzo zależy mi na tym, by ktoś mi pomógł, by ktoś mi powiedział, co ja mam ze sobą zrobić...


Po pierwsze - twój przypadek jest bardzo częstym przypadkiem i bardzo dużo osób doświadcza właśnie tego rodzaju natrętnych myśli i wątpliwości. Nie będę ci pisać że pewnie jesteś wyjątkowo wrażliwa, czy że pewnie w dzieciństwie coś się stało, że teraz tak się dzieje - bo to nie ma nic do rzeczy, zwłaszcza jeśli chodzi o leczenie się. Napiszę natomiast że masz takiego pecha że masz chorobę jaką jest nerwica natręctw, i ona ma określone objawy tak jak każda inna choroba. Ta choroba powoduje, że nieprzyjemne myśli zamiast jak u zdrowych ludzi pojawiać się i znikać - krążą w nieskończoność w głowie.
Każdy człowiek w ciągu dnia myśli o całej masie rzeczy któych się boi (a to że nie kocha swojego partnera, a to że coś się stanie komuś, a to że czymś się zarazi...) ale ta myśl się pojawia na krótko, po czym pojawia się np. myśl że autobus przyjechał i trzeba wsiadać i ta pierwsza myśl już znika gdzieś tam sobie.
U Ciebie jest tak że jak pomyślisz o czymś strasznym to nie potrafisz przestać - a im bardziej próbujesz to tym bardziej ta myśl ci wierci głowę. To nie jest twoja wina - to twój mózg ci płata figle po prostu. To jest objaw choroby i można ją wyleczyć :)

Są właściwie dwa sposoby żeby poczuć się lepiej:
- albo przejść terapię poznawczo-behawioralną - która cię nauczy jak sprawić żeby te myśli znikały i nie wracały, a nawet jak się pojawią żeby nie były takie straszne i nieprzyjemne
- albo zacząć brać leki, które chemicznie sprawią że te myśli w mózgu przestaną się zapętlać.

Życzę ci uporania się z tym i szczęśliwego życia :)!
gg 45603073
Avatar użytkownika
Offline
Posty
170
Dołączył(a)
17 gru 2012, 18:07

Nie wiem, kim jestem i co myślę.

przez madeline07 24 kwi 2015, 22:48
Ja też czasami miałam takie natrętne myśli na tle religijnym, ale nauczyłam się z nimi radzić, bo wiem, że te moje myśli nie są spowodowane grzesznością, lecz chorobą, ksiądz mi zawsze w spowiedzi radzi, aby powierzyć to wszystko Bogu. I mówię Mu: nie słuchaj mnie, ja tak naprawdę nie myślę, pomóż mi z tym walczyć. Wiem, że mnie wysłucha i wybaczy to wszystko. To samo z opętaniami, dopóki się dowiedziałam, że to niemożliwe, żeby coś takiego się wydarzyło (pisałam już o tym długiego posta). Czasami w natręctwach tego typu pomaga po prostu wiedza, że nawet jeśli tak "źle" myślę, to spowodowane jest chorobą, a więc nie jest dobrowolne, więc nie jest grzechem. Zaakceptuj swoją chorobę i gdy pojawiają się natrętne myśli, powiedz sobie "to tylko moja nerwica" i zignoruj tę myśl, potraktuj ją jako coś, co po prostu jest, jako część Twojej osobowości, pozwól, żeby przez ciebie płynęła, ale nie podejmuj żadnych działań z nią związanych. Po prostu pozwól sobie, aby w Tobie trwała i nie obwiniaj się o nic - masz prawo mieć takie myśli i nie jesteś w tym sama. Próbuj się odrywać co jakiś czas ze świata w Twojej głowie i obserwować świat zewnętrzny. Mi to wszystko pomogło, więc Ci to przekazuję. Powodzenia :)!
Offline
Posty
21
Dołączył(a)
05 cze 2014, 20:39

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 9 gości

Przeskocz do