Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Forum o nerwicy natręctw: doświadczenia, historie, pytania.

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez daredevil9 08 sty 2013, 09:32
A może nerwica i obecna sytuacją są efektem walki o uczucie? Może obecnie czuję po prostu to, co każdy po tym, jak długoletni związek się kończy?!?! Boże....jakie są granice tej nerwicy, a jakie sa granice ludzkich uczuc, emocji i umysłu??!!??!! Moze ja po prostu jestem złym człowiekiem, który nie potrafi docenic tego, co ma...Nie potrafi docenic, ze są ludzie, ktorym na mnie zalezy, którzy mnie chca wspierac i mi pomoc...czemu ich odrzucam i odpycham? Moze dlatego, ze nie chce tego przyjac, ze szukam innego swiata....??

Kupiłem wczoraj polecaną, także na tym forum, książkę pt. "Umysł ponad nastrojem"....Czekam, dzisiaj powinna dotrzeć....Może i w niej znajdę kilka wskazówek...
Offline
Posty
46
Dołączył(a)
02 sty 2013, 22:44

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez agata_08 08 sty 2013, 09:41
Czy to jest tak,ze ja po prostu rozmawiam z kims, chce znalezc rozwiazanie, a za nim idaca ulge i gdy ktos wydaje sie mnie rozumiec, ja zaczynam w to wierzyc i przychodzi nagle spokoj? To moze tak byc w nerwicy?

-- 08 sty 2013, 08:52 --

To tak moze byc w nerwicy ,ze ja po prostu po kazdym takim 'ataku' po rozmowie z kims czuje nagle jakby moj problem zostal rozwiazany? I jakby lekcewaze go i chce zyc normlanie , a potem to wraca. Znaczy gdy chcialam wrocic do bylego i tak sie dzialo, to w sumie pomagala mi nie rozmowa z kims , a powrot do niego heh. Ale teraz, on tez wrocil , z tym,ze ja juz dzis staram sie nie myslec o nim, a wrecz przeciwnie, jestem na niego zla. To tez nerwica robi swoje?

-- 08 sty 2013, 08:53 --

daredevil9 daj znac czy ta ksiazka jest fajna i cos z niej rozumiesz. Bo jesli tak, to ja chyba tez ja zamowie...
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
03 sty 2013, 00:05

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez karola21101987 08 sty 2013, 12:23
Ezekiel, znow mialam problemy ze snem. Ciagle analizuje, przewijaja mi sie wszystkie leki, ktore dotycza tego co moze sie stac, a to, ze znow przestane czerpac z tego radosc, a to ze kidys znow sie rozmysle, a to, ze powinno byc latwiej, a to, ze moze gdzies tam czeka na mnie lepszy chociaz ja bardzo bym chciala zeby to byl wlasne on. Bo on jest taki dobry, taki niesamowity. Nie rozumiem tego, a moze nie rozumialam.
Przeczytalam teraz to co napisales i wiesz co? To naprawde ma sens. Ja zauwazylam, ze im bardziej chce tym bardziej wiecej mam mysli, ze to nie to. Im bardziej analizuje tym wiecej widze problemow, ktore tez czesto sa jakies niestworzone. Wszystko sprowadza sie do tego, ze w danej chwili nie czuje, nie czuje pewnosci, nie czuje milosci, nie wiem w sumie czy cokolwiek czuje, a jesli juz to co czuje. Czuje tylko lek, niepewnosc... Przyszla mi jednak do glowy dzis mysl, tak luzno o tym pomyslalam, ze ja zaczelam sie bac dopiero wtedy kiedy zaczelam o tym myslec, analizowac to... Do tego to co mowila ta Pani psycholog. Cos w tym jest, ja naprawde gdzies w podswiadomosci uciekalam przed moim chlopakiem jak juz z nim zerwalam. Uciekalam bo sie go balam, a przeciez nic mi nie zrobil. Ja zerwalam z nim bo bylam przekonana, ze cierpie i odczuwam lek przez to, ze jestem z nim, a wiec zrywajac z nim powinnam byla sie uwolnic, a nadal czulam niepokoj tylko mniejsza przez chwile, nadal nie odczuwalam radosci (wmawialam sobie, ze to wina tego, ze znow sie zawiodlam na kims, ze jestem samotna, a inni sa szczesliwi) i teraz widze jakie to wszystko chore... Ja naprawde bardzo chcialam i nadal chce zeby to byl On bo nie ma lepszego faceta. Moze to faktycznie tak jak z ta Karolina i tak jak pisze Pani psycholog. Moze ja musze sobie uswiadomic, ze odczuwanie szczescia i pewnosci to wcale nie milosc. Przeraza mnie ta moja obojetnosc. Chociaz momentami naprawde jestem tak zakochana, ze szok! Ale przeciez zaraz! Ja faktycznie ciagle analizuje i nic z tego nie wychodzi, tylko poszerzaja sie moje watpliwosci, swoja decyzje o tym, ze jednak nie kocham tez podjelam tylko i wylacznie na podstawie braku radosci, szczescia i przede wszystkim ogromnej liczby watpliwosci, ktore pojawialy sie wraz z moja analiza. Nie bylo tego "aha" kiedy analizowalam... Nawet jak podjelam decyzje o rozstaniu to nie dlatego, ze bylo "aha" tylko dlatego, ze mialam tak duzo watpliosci, ze moj lek byl juz nie do zniesienia, bo ciagle swidrowaly mnie mysli "Boze, a jak nigdy go nie pokocham?", "a co jesli to nie to?", "On mnie kocha, wiec ja tez powinnam, jesli nie potrafie cieszyc sie z tego co robi dla mnie to przeciez znaczy, ze go nie kocham". Psycholog powiedziala mi wtedy, ze moze to po prostu nie to i ja to podlapalam. Podlapalam i nawet w to uwierzylam, wiec sie rozstalismy i co? Poczulam ugle na chwile, potem tak jak mowilam argumentowalam sobie, ze to przez samotnosc i moj zawod na nim tak sie czuje dalej, a wyglada na to, ze to jest tak jak w tym cytacie - ja po prostu zawiodlam sie na swoim pogladzie na sprawe, sama na sobie... ale nie chcialam w to uwierzyc. Nie chcialam bo to by wiazalo sie z tym, ze musze sie przyznac, ze jestem chora, ze musialabym walczyc dalej z tymi lekami, ktore byly nie do zniesienia. Teraz jak o tym mysle to jeszcze bardziej boli, ale mam juz dosc uciekania... :( jak tak sie przyjrze sprawie, to wychodzi na to, ze chociaz mial te cechy, ktore lubie, ktore pociagaly mnie w facetach, ktore sprawialy, ze plakalam jak bobr na filmach romantycznych, a ja nie potrafilam tego docenic. Wolalam wierzyc, ze to nie moje klimaty, ze jesli nie doceniam to nie kocham, bo trudniejsze bylo przyjecie faktu, ze nie potrafie czuc nic... :(
agucha, ja mialam tak samo albo bardzo podobnie. Kiedy ja chcialam sie przytulac i calowac go to nie zastanawialam sie nad tym czy on tego chce, ale jednoczesnie mialam tez lek, ze mnie zostawi. Potem jak nagle nachodzily mnie mysli, ze nie chce sie przytulac w ogole, nawet do niego to od razu wlaczala sie analiza - dlaczego nie chce go przytulac skoro on chce mnie? Nie kocham go, bo gdybym kochala to bym przeciez chciala sie przytulac i calowac, to znow zwiekszalo analize, irytowalo mnie, ze zalozyl brazowa marynarke, ktora nie pasowala mu do bialej koszulki, i znow mysli, ze nawet takie rzeczy mnie irytuja wiec go nie kocham, przychodzily mysli, ze jestem z nim bo nie chce miec wyrzutow sumienia po rozstaniu i automatycznie jestem z nim z litosci... to sie potwierdzilo po rozstaniu, bo On nie mogl tego zrozumiec i wywolywal jeszcze wieksze poczucie winy. Tylko ja teraz widze, ze ja wtedy uciekalam w te watpliwosci coraz dalej i dalej bo nie znajdywalam odpowiedzi. Przyjaciolka mi tez powiedziala, ze to normalne, ale jak normalne skoro ja nic nie czulam, tata mowil, ze musze przeczekac chandre, a ja czulam, ze mnie nie rozumie. Teraz wydaje mi sie, ze Oni mieli racje. Przyjaciolka twierdzila przeciez, ze czasami tak go wkurza jej narzeczony, ze ma ochote go zamordowac, ale to przechodzi, nie zabila go bo go kocha:). Im te negatywne mysli po prostu nie sprawiaja tyle bolu, bo nie maja nerwicy... tak to chyba dziala.
Offline
Posty
18
Dołączył(a)
02 sty 2013, 10:24

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez daredevil9 08 sty 2013, 14:30
Ezekiel, Proszę Cie (lub którąś z Was dziewczyny) o jeszcze jedną radę: obecnie czuje pustkę...Nie wiem co czuję, nie wiem czy chcę czy nie chcę być z moją M....Po prostu totalna pustka...Jednocześnie chcę i nie chcę (a może chcę, ale się boję?) wróciła mi senność, apatia, jednocześnie w pracy potrafię się uśmiechać, rozmawiać z kolegą...Ciagle jednak patrzę na zagerake, kiedy już będzie można iść do domu (moja produktywność jest bliska "0")Ale wracając do domu całe popołudnie i wieczór spędzam ślepo błąkając się po internecie....Z jednej strony czuję ulgę, relax psychiczny (bo wiem, że o nic nie muszę się troszczyć, martwić), z drugiej natomiast pustkę i jakiś chyba rodzaj tęsknoty do M....Wyobrażam sobie czasami, że jesteśmy razem, że idziemy na spacer, że się przytulamy...wtedy są to dobre myśli, ale blokuje mnie coś, żeby po prostu zadzwonić i powiedzieć: "kochanie, zapomnijmy o wszystkim co złe, chodź tu do mnie...." Mam mentlik w głowie, bo nie wiem, czy wynika to z NN, ze strachu przed byciem samym, czy coś jeszcze innego...Boję się, że znowu Ją zranię, rozczaruję...Łapię się na tym, że chociaż za oknem pada śnieg, to nie zastanawiam się jak dojedzie do domu, czy nie zmarznie, czy nie jest głodna...A chyba miłość polega na tym, prawda? Dalej utrzymuje mi si derealizacja....Czy to wszystko może być wynikiem NN, leków, które biorę (rexetin 1x20 mg), czy może "dochodzenia" po epizodzie n napadzie nerwicowym?

-- 08 sty 2013, 13:52 --

Eh, zauważyłem jeszcze, że nie interesują mnie za bardzo sprawy codzienne takie jak: opłaty za rachunki, jakies przygotowanie jedzenie, pomycie naczyń, posprzątanie pokoju, czy zrobienie zakupów...Od dłuższego czasu też moja uwaga doszukuje sie prawie w każdym aspekcie powiązań z seksem, erotyką, itp...Wiem, ze to może głupie, ale tak jest.

-- 08 sty 2013, 13:55 --

Nie umiem docenić mojej dziewczyny, doecnic tego, co mam...Nie umiem mówić, że jest najwspanialsza na świecie, jedyna i idealna (a może tak nie myślę?), a może boję się oświadczyn, slubu, zycia razem i monotonii dnia codziennego....? boję się, że ją skrzywdzę...eh....Poradźcie coś...:(:(

-- 08 sty 2013, 14:02 --

Patrzę na znajomych, jak idą do przodu, zakładają rodziny, mają dzieci, mieszkania wynajmuja, kupuja...A ja tak nie potrafię i zwalam winę, że to pewnie przez moją M. bo nie jest dla mnie odpowiednia, bo jest niedojrzała....A problem zapewne jest we mnie:( eh, nie wiem, co mam robić...:(
Offline
Posty
46
Dołączył(a)
02 sty 2013, 22:44

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez Ezekiel 08 sty 2013, 15:41
karola21101987, Psycholog nie powiedziała Ci jednego, że w nerwicy, która jest mocno zaawansowana odczuwanie pozytywnych uczuć jest niemal niemożliwe, w tym także romantycznych uczuć. Egocentryzm wykształcił się na drodze zniekształconego rozwoju emocjonalnego. Stąd odczuwasz ciągłą potrzebę skupiania się na sobie. To Ty musisz być pewna, musisz czuć. Nie jest tak, że poznasz kogos innego i nagle poczujesz pewność absolutną i nagle Twoje uczucie zabije w Tobie nerwice. Jesli znow się zauroczysz w chwilach wolnych od nerwicy to ta w końcu znów wróci wraz z jakąś wątpliwością, która zmusi Cie do analizowania. Nie próbuj więc uciekać i wmawiać sobie, bo inaczej nigdy nie będziesz szczęśliwa i nigdy sie nie zwiążesz.
Nie ma zbyt wiele czasu, by być szczęśliwym. Dni przemijają szybko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpisujemy marzenia, a jakaś niewidzialna ręka nam je przekreśla. Nie mamy wtedy żadnego wyboru. Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi dziś, jak potrafimy być nimi jutro? Wykorzystaj ten dzień dzisiejszy. Obiema rękoma obejmij go. Przyjmij ochoczo, co niesie ze sobą: światło, powietrze i życie, jego uśmiech, płacz, i cały cud tego dnia. Wyjdź mu naprzeciw.
— Phil Bosmans

To tak na podsumowanie :)
daredevil9, u ciebie problem idzie dwutorowo widzę. Po pierwsze masz natręctwa, natrętne myśli i lęki. Jak rozpoznać co jest natręctwem? Wszystko co nie daje Ci spokoju jest natręctwem, krótka definicja. Jeśli nie możesz pozbyć się jakichś myśli to są one natrętne - proste. Po drugie, nerwicy często towarzyszy depresja. Twoja apatia i obojętność też mogły to za sobą pociągnąć - tak to wygląda. Uczucie ciągłego przygnębienia. Normalne w Twoim stanie:) to minie jak tylko coś sobie uświadomisz.
To jest problem osób cierpiących na zaburzenia - zrozumienie i świadomość. Nie potrafią ani zrozumieć ani sobie uświadomić, że coś jest problemem, nawet wtedy kiedy mają coś wyłożone na tacy. Ciągle analizujecie, ciągle odczuwacie niepokój, ciągle nie ruszyliście się z miejsca bo nie chcecie zaakceptować, uświadomić sobie, zrozumieć, że macie problem. Cały czas szukacie innego wytłumaczenia, może potwierdzenia wątpliwości, bo sami znaleźć potwierdzenia nie umiecie - dlaczego? Bo te wątpliwości są nie racjonalne, ale nadal tego nie chcecie przyjąć, zaakceptować i sobie uświadomić. Jeśli nie chcecie walczyć z zaburzeniami, jeśli nie chcecie wyzdrowieć to droga jest jedna - ulga - przyjmijcie więc bez żadnych argumentów, że wasze wątpliwości mają racje bytu. Rozstań się ze swoją M. Pozwól by wątpliwości stały się argumentem, wątpliwości, które nie mają żadnego buty, są wytworem waszej wyobraźni, myślami irracjonalnymi, pojawiającymi się samoistnie tak jak szereg innych bzdurnych myśli, na które nawet nie zwracacie uwagi.
Nigdy nie docenisz swojej partnerki, dopóki nie zechcesz tego sam, a Ty wcale nie chcesz tego. Nie chcesz bo to wiąże się z walką z nerwicą, a to wiąże się natomiast z bólem i cierpieniem. Po co? Lepiej znaleźć ulgę, na chwilę, potem najwyżej znów się od czegoś ucieknie i znów znajdzie się ulgę:). Tak działa mechanizm nerwicy. Wpędził Cie w depresje. Myślisz, że to Twoja M. Cie tam wpędziła? Mylisz się! Oskarżasz ją o to, że jest niedojrzała, a jakie są Twoje zachowania? Co w ogóle dla Ciebie oznacza być dojrzałym? Twój mętlik w głowie jest spowodowany właśnie nerwicą. Walcz z tym:) Stań wreszcie w obliczu prawdy. Powiedz co stoi na przeszkodzie by zmienić swoje postępowanie? Co stoi na przeszkodzie byś walczył z nerwicą? Co stoi na przeszkodzie byś zmienił swoje podejście? Wątpliwości? To nie jest powód! Daj mi powód, a sam znajdziesz odpowiedź gdzie leży Twój problem.
agata_08, Twój przypadek omawiałem z zapoznanym swego czasu psychiatrą. Postaram Ci się nakreślić potencjalne możliwości Twojego problemu wieczorem:)
Miłego dnia wszystkim - nie poddawajcie się! :) Ucieczka nigdy nie jest rozwiązaniem.
"Nie są godni miłości Ci, którzy niczym nie ryzykują"
Teorryt
Prawdziwa miłość - wolna i bezwarunkowa:
http://amor-vincit-omnia-in-finis.blog.onet.pl/
https://www.facebook.com/pages/Amor-Vin ... 5817138999
https://www.facebook.com/PrzezTrudyDoGwiazd
Offline
Posty
147
Dołączył(a)
26 gru 2012, 23:31

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez agata_08 08 sty 2013, 17:31
O rany, juz sie boje heh. Bo ja CI jeszcze nie napisalam wczesniej, ze ze mna takie watpliwosci jak w zwiazkach targaja rowniez przy wielu sprawach. I dlatego wkolko zadaje tyle pytan, by jeszcze raz sie upewnic odpowiedzi. Ja pytam wkolko o to samo, mimo,ze niby znam juz odpowiedz. Sama mnie to meczy i zastanawia czemu pytam 100 razy o to samo, Ale tak jakby ciagle niej jestem pewna. Myslisz,ze to wkolko ten sam problem. Aha, no i sie umowilam do psychiatry na piatek. Myslisz,ze jednak niepotrzebnie po tej rozmowie z psychologiem o mnie?
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
03 sty 2013, 00:05

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez Ezekiel 09 sty 2013, 00:46
agata_08, Idź koniecznie do psychiatry i z nim porozmawiaj. Ja nie jestem ani psychiatrą, ani nawet psychologiem, nie mogę Ci pomóc jak już mówiłem. Omówiłem Twój przypadek z psychiatrą, ale to też nie jest diagnoza, a jedynie hipoteza. Tylko bezpośrednia wizyta może Ci pomóc.
Cóż - wspomniany psychiatra powiedział, że w parze z nerwicą natręctw czy nerwicą lękową często chodzą inne zaburzenia, ale występują również sytuacje odwrotne, a więc to, że natręctwa współistnieją jako "dodatek" do innego, głównego zaburzenia.
Twoje nieustanne pytanie i konieczność upewniania się w odpowiedzi są kompulsją ewidentnie i może mieć to związek z nerwicą natręctw i nerwicą lękową.
Wskazał jako możliwe - powtarzam tylko możliwe, bo to bardzo subiektywna i niestety ocena dość powierzchowna bo na podstawie moich opowieści, które z kolei są związane z Twoimi postami na forum - przyczyny Twoich problemów.
Po pierwsze - zaburzenia adaptacyjne, klasyfikowane jako zaburzenia nerwicowe, a więc bezpośrednio powiązane z nerwicami. To zaburzenie ukierunkowane na ogromną trudność przystosowywania się do zmian w życiu. Zmiany, zobowiązania, niepewna przyszłość, a więc to co w zaburzeniach nerwicowych wychodzi zawsze na pierwszy plan staje się wyjątkowo stresogenne, a w przypadku gdy mamy do czynienia z wyjątkowo wrażliwą emocjonalnie osobą, która ma niską tolerancję na stres to automatycznie nie potrafi radzić sobie z przystosowywaniem się do nowych sytuacji. Autonomiczną reakcją jest ucieczka. Poniżej lista objawów, które tym zaburzeniom towarzyszą, a które wymienia literatura:
nastrój depresyjny, lęk i niepokój,
zamartwianie się,
skłonność do dramatyzowania,
wybuchy gniewu,
drażliwość,
podenerwowanie,
poczucie bycia w sytuacji bez wyjścia, poczucie bezradności,
ograniczoną zdolność radzenia sobie z codziennymi obowiązkami,
permanentny stres,
napięcie psychiczne,
rozstrój emocjonalny,
przygnębienie, smutek,
poczucie niepewności przyszłości,
niezdolność planowania,
zaburzenia snu, bezsenność,
spadek apetytu.
Drugą hipotezą jaką wysunął jest tzw, osobowość chwiejna emocjonalnie. Takie osobowości dzielą się na dwa typy: Bordeline i impulsywny. Poczytałem i ja skłaniałbym się podobnie jak psychiatra do typu borderline.
W skrócie zaczerpnięte z zasobów internetu: "Osobowość borderline charakteryzują: wahania nastroju, napady intensywnego gniewu, niestabilny obraz siebie, niestabilne i naznaczone silnymi emocjami związki interpersonalne, silny lęk przed odrzuceniem i gorączkowe wysiłki mające na celu uniknięcie odrzucenia, działania autoagresywne oraz chroniczne uczucie pustki (braku sensu w życiu)."
Aby móc zdiagnozować takie zaburzenie osobowości muszą występować co najmniej dwie spośród poniższych cech:
- zaburzenia w obrębie i niepewność co do obrazu ja (self image) oraz celów i wewnętrznych preferencji (włączając seksualne),
- ciążenie ku byciu uwikłanym w intensywne i niestabilne związki, prowadzące często do kryzysów emocjonalnych,
- nadmierne wysiłki uniknięcia porzucenia,
- powtarzające się groźby lub działania o charakterze autoagresywnym (self-harm),
- chroniczne uczucie pustki.
oraz co najmniej trzy z poniższych (typowych dla typu impulsywnego):
- niestabilność emocjonalna
- brak kontroli działań impulsywnych
- wybuchy gwałtownych zachowań
- tysiące myśli w głowie
- ochota wyżycia się na innych
- duże napięcie w sobie
- wroga postawa
- wrogie spojrzenia na ludzi
- nienawiść
- trudność utrzymania jakiegokolwiek kursu działań, który nie wiąże się z natychmiastową nagrodą
- niestabilny i kapryśny nastrój
To oczywiście tylko metoda diagnostyki, a więc rozpoznawania zaburzenia. Najciekawszym jest, że współistniejące bardzo często zaburzenia to zaburzenia lękowe, obsesyjno-kompulsywne oraz zaburzenia nastroju, a więc wszelkie zaburzenia nerwicowe! Tak więc zaburzenia typowe dla nerwicy lękowej czy też nerwicy natręctw, a nawet depresji mogą współistnieć wraz z takim zaburzeniem osobowości.
Jako przyczyny bordeline podaje się np. słowne, emocjonalne, fizyczne lub seksualne maltretowanie dzieci, poważne zaniedbywanie dzieci, długotrwałą rozłąkę dziecka z opiekunami, przeżyte w dzieciństwie traumy, występujące w dzieciństwie niekorzystne czynniki środowiskowe, wpływ negatywnie nastawionych do dziecka i krytycznych rodziców. Widzę wiec tu analogię do Ciebie agata_08
Jak rozpoznać osobowość bordeline? Konfrontuje się objawy z wybranym modelem, jest ich bodajże sześć. W każdym bądź razie wszystkie te modele podejmują próbę rozpoznania tego zaburzenia osobowości z uwzględnieniem przyczyn lub też wyłącznie objawów (cech) typowych dla tego zaburzenia. Łącznie jest trzynaście zespołów cech stosowanych wymiennie w różnych modelach, na które powinno się zwrócić uwagę:
1) Zaburzenia tożsamości (przejawiające się niestabilną karierą zawodową, problemami z identyfikacją seksualną czy problemami interpersonalnymi) takie jak: niejednoznaczne, niespójne, sprzeczne, enigmatyczne bądź jednowymiarowe opisy własnej osoby; nieprzewidywalność manifestującą się w zmiennej i nieciągłej autoprezentacji; zawyżoną lub zaniżoną samoocenę; przejmowanie cudzych tożsamości i opisywanie siebie w cudzych kategoriach.
2) Mechanizmy obronne - niezdolność do jednoczesnego przeżywania sprzecznych stanów emocjonalnych; łączenie poszczególnych cech osobowości z pojęciami „dobra” oraz „zła” i poddawanie ich rozszczepieniu (jeden z mechanizmów obronnych, polegający na podzieleniu zewnętrznych obiektów na całkiem dobre i całkiem złe. Osoba pozostająca w kontakcie z osobą stosującą rozszczepienie może nagle zostać zaklasyfikowana do jednej z kategorii i deprecjonowana lub idealizowana. Podobnie oscyluje obraz samego siebie, obraz świata, moralność itp.); ignorowanie sprzeczności w postrzeganiu siebie; lęk przed porzuceniem wywoływany przez zachowania autonomiczne.
3) Funkcje poznawcze i cechy psychotyczne - Pacjenci z borderline: mogą wykazywać przekonania o charakterze psychotycznym i wyrażać sądy o charakterze urojeniowym lub paranoidalnym;zniekształcają rzeczywistość w związku ze stosowaniem mechanizmów obronnych;mają problemy z poczuciem rzeczywistości (depersonalizacja, derealizacja);wpadają niekiedy w ostrą psychozę, myloną czasami ze schizofrenią lub manią; mogą reagować pozytywnie na leki przeciwdepresyjne.
4) Kontrola impulsów - przejawia się to impulsywnością w różnych strefach życia, tak odnośnie używek, odżywiania, ryzykownych zachowań seksualnych, gróźb, prób samobójczych, nierozsądnego zarządzania finansami, przemocy, agresji, zachowań autodestrukcyjnych (nie tylko samo-okaleczenie, ale i adoracja własnych cierpień), a czasami nadmierną samokontrolą.
5) Nietolerancja lęku - problem radzenia sobie z lękiem, który paraliżuje , przytłacza, dezorganizuje. Niekiedy lęk towarzyszy niemal nieustannie (jak w przypadku zaburzenia - lęku uogólnionego). Niespodziewane wydarzenia życiowe mogą prowadzić do ataków paniki lub zachowań kompulsywnych, impulsywnych albo autodestrukcyjnych.
6) Deregulacja afektu - gwałtowne eskalowanie stanów uczuciowych ku ekstremom, co powoduje, że czują się przytłoczeni swymi uczuciami; nieuzasadnioną chwiejność lub zmienność nastrojów; silne i nieadekwatne napady złości lub „burze uczuciowe”, co w połączeniu z impulsywnością może prowadzić do lęku, przemocy lub działań autodestrukcyjnych; mocne angażowanie się w związki emocjonalne, mimo odczuwanej w związku z tym traumy.
7) Negatywne afekty - uczucie wewnętrznej pustki, ale także uczucie depresji, choć w istocie to co czują to złość czy agresja.
8) Wieczny niepokój - impulsywność, lęk oraz afekty są czasami spowodowane niezdolnością do samouspokojenia. W efekcie przychodzi uczucie osamotnienia, paniki, wściekłości oraz lęk przed porzuceniem bądź unicestwieniem.
9) Lęk przed porzuceniem (lęk przed utratą ostatniej szansy na szczęście - po porzuceniu lub odrzuceniu partnera) - dążenie do utrzymania stałej bliskości z innymi; unikanie pozytywnych doświadczeń z innymi i odsuwanie się od osób życzliwych; trzymanie innych na odpowiedni dystans – ani zbyt blisko, ani zbyt daleko; lęk przed porzuceniem związany z aktami separacji-indywiduacji; występowanie poważnych kryzysów w związku z separacją, odrzuceniem lub rozczarowaniem; unikanie uświadamiania sobie negatywnych uczuć, myśli i zachowań, które mogłyby zniszczyć „dobry” obiekt i doprowadzić do porzucenia.
10) Niespójność ja - powodowane przez zaburzenia rozwojowe, które wynikają z pewnych „deficytów”, czyli braku lub niedorozwoju niektórych elementów osobowości. Występuje niedorozwój ego, deficyt ja lub zaburzenie relacji z partnerem.
Twierdzi się, że słabe ja jest niespójne i prowadzi do powstania nieodporności o charakterze narcystycznym, która przejawia się w wybuchach wściekłości narcystycznej. Upośledzone ja, nad którym nadbudowuje się strukturę obronną, mającą chronić ich przed bliskimi związkami, które mogłyby spowodować dalszą fragmentację ja. Chronienie swojego ja poprzez regulowanie stopnia bliskości interpersonalnej.
11) Zaburzone poczucie własnej wartości - nadmierne albo zdewaluowane poczucie własnej wartości. Jest ono chwiejne i zależy od aprobaty oraz szacunku okazywanego im przez innych.
12) Defekty superego - nadmiernie rozwinięte "superego". Przejawia się to poprzez: wykazywanie rozszczepienia w funkcjonowaniu superego, polegające na impulsywnym uciekaniu się do działań, za które się później nienawidzi samego siebie; trzymanie się surowych norm moralnych połączone z okresowym ich naruszaniem; surową samoocenę i prześladowanie przez superego, jeżeli naruszy się jego standardy.
13) Niestabilne związki interpersonalne (kolejna świetna analogia) - intensywne i niestabilne związki z innymi, częste trzymanie innych na dystans, przeżywanie w związku z tym zmiennych nastrojów i silnych emocji, poczucie, bycia ofiarą innych, brak poczucia bezpieczeństwa.
Zwalczanie, a więc leczenie tego typu zaburzenia osobowości jest trudne, ale wykonalne. Wpierw jednak warto zdiagnozować ten problem. Występowanie poszczególnych zespołów cech typowych dla tego zaburzenia osobowości nie jest dowodem na to, że Ty akurat to masz, ale może dowodzić innym zaburzeniom nerwicowym. W każdym bądź razie część z tych cech sama wymieniasz jako Twoje, a są to cechy oficjalnie sklasyfikowane jako zaburzeniowe. Przy okazji możesz zorientować się jak wyrażają się te cechy, a więc dlaczego są zaburzeniowymi.
Najtrudniejszym będzie jednak uświadomienie sobie, że przejawianie takich cech jest wyrazem zaburzeń nerwowych, zamiast uciekać od problemu i akceptować ten stan jako normalny. Udaj się wpierw do lekarza gdyż część Twoich zachowań nie jest racjonalna, a więc trzeba się ich oduczyć :)
daredevil9, przy okazji spytałem też o Twój przypadek. Co prawda tu dostałem tylko sugestię, ale być może nie depresja towarzyszy Twojej nerwicy, ale np dystymia - poczytaj sobie - poniżej zamieszczam link. Wtórnie często towarzyszy zaburzeniom nerwicowym.
http://www.afektywni.pl/dystymia-chorob ... 46,l1.html
Walczcie proszę! Nie bójcie się bać!
"Nie są godni miłości Ci, którzy niczym nie ryzykują"
Teorryt
Prawdziwa miłość - wolna i bezwarunkowa:
http://amor-vincit-omnia-in-finis.blog.onet.pl/
https://www.facebook.com/pages/Amor-Vin ... 5817138999
https://www.facebook.com/PrzezTrudyDoGwiazd
Offline
Posty
147
Dołączył(a)
26 gru 2012, 23:31

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez agata_08 09 sty 2013, 02:41
Ezekiel Duzo tego, heh... Ale dziekuje Ci,ze porozmawailes o mnie. Zaczynam sie przekonywac, ze lepiej jak pojde do tego psychiatry, bo faktycznie mam chyba problem. Wiele cech mi sie zgadza.. Tylko ,ze wiesz, ze od wczoraj we mnie jest jakis dziwny spokoj. Jakbym mialam opisac co czulam 3, nawet 2 dni temu , a co dzis to byloby calkiem co innego. Np. w ndz, gadalam z bratem i razem uznalismy,ze to, ze Dawid ciagle wraca moze byc natrectwem, ale to, ze z nim zrywalam tez moglo nim byc. I przeciez 2 dni tmeu pisalam jeszcze tu czy ja na pewno go nie kochalam itd. A dzis nie ma we mnei takich mysli. Po tej rozmowie z bratem , jakbym uznala, ze to byly natrectwa i powiedzialam sobie w myslach, zeby D. mnie zostawil,ze on jest TYLKO glupim natrectwem. I zamiast tej rozpaczy przyszlo uczucie zlosci do niego, co wspominalam jzu rano. I wlansie pierwszy raz tak mam,ze gdy on przyszedl, nie wycofalam sie calkiem z nowej znajomosci ani nie wrocilam do D. tylko mysli jakby same daly mi spokoj. To mozliwe?W sumie to ja juz nie wiem czy warto dalej zawracac Ci glowe moimi myslami. Bo i tak zrobiles juz chyba najwiecej jak mogles. Strasznei dziekuje Ci za ta pomoc. Ale czemu teraz czuje taki dziwny spkoj? Przeciez jeszcze dwa dni tmeu balam sie, ze wmawiam sobei nerwice. A dzis, jakby uznaje bez oporow, ze moge ja faktycznie miec i chce z nia walczyc. Musze isc na ta 100% diagnoze, bo ja juz sama nie wiem co myslec. Pare dni temu czulam ZUPELNIE co innego jak dzis. Np dzis spotkalam sie z tym chlopakiem i powiedzialam o tych swoich problemach itd. I na poczastku spotkania duzo mysli bylo na nie,bylam negatywnie nastawiona jak widzialam niektore jego zachhwania, ktore teoretycznie nie byly zle. No ale po tej rozmowie poczulam ulge i nagle znow pozytywne uczucia do niego. Moze nie az tak jak przedtem, ale pozytywne. A jeszcze pare dni temu czulam taka niechec i nie sadzilam, ze te dobre uczucia wroca heh. To tak moze byc , ze one odeszly, te zle mysli same? Ale za jakis czas wroca tak? Bo ja najchetniej zapmnialabym dzis, ze mialam ten "atak" lekow pare dni temu i olala sprawe. No jakby nagle zly duch ze mnie ulecial. Ale skoro to wracalo, to bedzie wracac dalej co? Albo po prostu znow wydaje mi sie, ze znalazlam rozwiazanie dlatego przyszla ta ulga. Albo to mnei tak meczy jak czuje sie zle,ze gdy tylko poczuje sie lepiej odrzuca mysl, ze cos mi jest. Hm? Ehh sama nie wiem.

A z tych cech to faktycznie wiele pasuje..Niska samoocena od zawsze. Moim kompleksem od zawsze byly nogi. I sa okresy ,ze mi sie zaczynaja podobac, ale wiecej jest takich, ze mysle ze sa grube. I wlasnie wtedy zadaje pelno pytan: czy jestem gruba? kolejne: ale na pewno nie? a powiedzialbys mi jakbym byla? itd.heh. Z tym,ze teraz zadaje ich juz o wiele mniej niz kiedys. Bo mama (i inni z reszta tez)mi zawsze mowi, ze nie mam grubych nog, ze raczej glupia jestem, ze tak mysle i, ze mam zaakceptowac siebie taka jaka jestem, bo jestem szczupla. Albo cos w tym stylu.

Zmienna jestem jak choragiewka na wietrze, nie tylko w sferze zwiazkow. Zobacz. Ja juz kiedys zauwazylam to,ze z wszystkiego co zaczynam ja rezygnuje w zyciu. Praktycznie po 1, 2 miesiacach nagle szukam wymowki by przestac chodzic. Chyba ,ze mam towarzysza, ktor y mnie wspiera. Bo jak chodze sama, to czuje sie jakos obco wsrod innych, duzo robi jesli sie z kims zakumpluje. Jesli nie( a czesto tak wlasnei bylo) to czuje sie sama, wkrecam sobie rozne rzeczy i wycofuje. Jezdzilam rok konno. Bardzo tego chcialam. Ale nie rozumialam czemu jak jezdze to zamaist sie tym cieszyc ja sie stresuje. Az w koncu zrezygnowalam heh. I tak jest ze wszystkim. Ciagle te watpliwosci , ktore nie pozwalaja mi sie cieszyc. One sa mniejsze jak mam osobe obok ktore mnie wspiera , pewnie dlatego,ze rozwiewa poniekad moje watpliwosci. Gdy jej nie mam one mnie niszcza heh. teraz chodzilam na taniec i tez co> Miesiac i koniec. Byl to taniec towarzyski i jak sie okazalo, ze ja sama nie bede miec partnera , a wszyscy inni mieli to ta mysl mnie dolowala, ze znow inni sa lepsi, ja sama jak palec itd. Czesto czuje sie gorsza od innych, heh. A gdy ktos w tlumie obcych zrobi mi jaks krzywde albo postawi w trudnej sytuacji, mam ochote zaczac tam plakac. Tak samo mysle bylo z tymi uwagami taty, ze mi taka przykrosc czasem sprawialy( z tym,ze on na pewno tego nie chcial). Czasem po prostu czuje sie jak dziecko, takie samo, bezsilne.

Jestem nerwowa , bardzo impulsywna, te pytania, ktore ciagle chca potwierdzen. No i stres heh. Nieodlaczny towarzysz mojego zycia. Ja go czuje codzien z byle pwodu. Ze sie spoznie na tramwaj, ze musze wstac szybko(mimo,ze mam jutro na pozniej) bo musze ogarnac nauke. chociaz jzu sie uczylam heh. Pewnie stad wynikalo to,ze ja zawsze uczylam sie na 5, bo pewnie balam sie dostac zle stopnie..Kazdy mi mowi,ze ja sama sobie wszystko utrudniam, ale co na to poradze?
Albo wiesz, ze mnie stresje gdy mam isc do komunni w kosciele? Zanim pojde mam mysli,zeby nie isc, po co pokazywac sie tym ludziom.
Ja nie wiem skad we mnie taki lek przed ludzmi, gdy nie mam nikogo 'swojego' obok.
Rozczulac tez sie lubie nad soba, tak, raczej tak. Chociaz wiele osob mowi mi,ze jak na problemy ze zdrowiem to bardzo mnie podziwiaja jak sobie radze.
Sensu zycia tez czesto nie czuje. Zwlaszcza gdy nie mam chlopaka. Bo wtedy mysle sobie, ze z tego co lubie rezygnuje. Jestem sama.problemy ze zdrowiem. to co to za zycie?
Z seksem tez zauwazylam ,ze mam problem, ze mam tyle watpliwosci co do niego itd.
Nie widze siebie w zadnej dziedzinie zycia. Zrezygnowalam z jednych studiow, jestem na drugich, tez czuje,ze to nie to. Najgorsze, ze nie wiem co chce robic heh.
Ciagle szukam wsparcia w innych, bo tak nie lubie samotnosci. Nie jestem szczesliwa sama, nie umiem sie cieszyc swoja obecnoscia. I dlatego chyba tak szybko ufam ludziom. Z jednej strony ufam, z drugiej mam podejrzania rozne, nie wiem, moze boje sie, ze ktos mnie zrani. Nie wiem sama, heh.

To niektore z cech, ktore mam.. I co, myslisz, ze sa one droga do nerwicy? Choc Ty juz pewnie masz dosc tych moich pytan.. Sorry ;/
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
03 sty 2013, 00:05

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez daredevil9 09 sty 2013, 10:22
Ezekiel napisał(a): daredevil9, przy okazji spytałem też o Twój przypadek. Co prawda tu dostałem tylko sugestię, ale być może nie depresja towarzyszy Twojej nerwicy, ale np dystymia - poczytaj sobie - poniżej zamieszczam link. Wtórnie często towarzyszy zaburzeniom nerwicowym.
http://www.afektywni.pl/dystymia-chorob ... 46,l1.html
Walczcie proszę! Nie bójcie się bać!


Witaj Ezekiel,

dzięki za sugestię o dystymii...W sumie w sumie posiadam ok. 80-90% objawów kwalifikujących mnie do tego schorzenia (chociaż oczywiście teraz zastanawiam się,czy sam sobie tego nie wmawiam....). Widzisz, pomimo zdiagnozowania przez lekarza psychiatrę (w miniona sobotę) nerwicy, mi dalej jest ciężko w to uwierzyć i zastanawiam się, czym jest spowodowana: czy faktycznie przeżyciami z dzieciństwa, młodości, czy może z walki o uczucie przez 4 lata (chociaż, jak podkreślałem, problemy nerwowe mam odkąd pamiętam - już od szkoły podstawowej, tylko że wtedy objawiały się one głównie dolegliwościami fizycznymi: ból żołądka, mimowolne drgania mięśni, potliwość, itp). Zauważyłem także, że mam problem z "przyjęciem" miłości od mojej M. (jak mi mówi, że kocha, to Ja na to: "na pewno nie",, "Ty mnie nie chcesz", itp). Sam nie wiem,czy wynika to z mojego spaczonego postrzegania miłości (idealizowania, traktowania jako związku dusz, jako umiejętności przewidywania myśli i oczekiwań partnera, wypaczone przez angażowanie się w twórczość Mickiewicza), czy z czegoś innego...

Kolejną rzeczą jest też niska pewność siebie, niskie poczucie własnej wartości, trudności w obronie własnego zdania, a nawet z wyrażeniem własnych poglądów na dany temat (czy coś mi się podoba czy nie) i zdefiniowaniem, co lubię, czego nie lubię, na czym mi zależy, a na czym nie....Nie wiem, czy wynika to ze strachu przez odrzuceniem, krytyką, strachem, czy np. jest to objaw chorobowy...Czasami nie umiem samodzielnie zadecydować nawet o wyborze koszuli do pracy, a gdy juz się zdecyduje, to rozważam, co by było jakbym wybrał inną opcję...

Boję się konsekwencji moich czynów, krytyki, rozczarowania...Zawsze przede mną stawiane były wymagania osiągnięcia 110% normy i, nauczony tego sposobu myślenia, w każdej istotnej dla mnie dziedzinie życia dążyłem, aby to osiągnąć.

Chcę to zmienić, chcę też zweryfikować i wyprostować moje postrzeganie miłości, chcę zacząć dostrzegać także odcienie szarości, a nie klasyfikować wszystko jako "czarne" (złe) i "białe" (dobre). Chcę wreszcie dorosną decyzyjnie i dojrzeć emocjonalnie. Chcę porzucić infantylne zachowania i uwagi, chcę stać się oparciem dla swojej M., odpowiedzialnym facetem, człowiekiem, kiedyś mężem...Patrzę na ludzi w koło i widzę, że ja w wieku 25 (prawie 26 lat), mieszkam na mieszkaniu studenckim, a na koncie posiadam 400 zł, które muszę wydać na jedzenie i psychoterapie...Nie umiem niczego zaplanować, zrealizować, moje wszystkie plany palą na panewce. Zniechęca mnie to. Chciałbym umieć zapewnić mojej M. normalne życie, zaangażować się w prawdziwe problemy życiowe, a nie tylko rozważać w każdym kroku, czy dobrze wybrałem wiążąc się z moja M. Chce iść dalej, wykonywać kolejne kroki w związku i w życiu, a nie ciągle być mentalnym nastolatkiem liczącym, że jak będzie źle to mama pomoże....Chcę umieć liczyć na siebie i radzić sobie...

Ezekiel, czy uważasz, że ten mój brak motywacji, objawy, niedojrzałość emocjonalna, ciągła obawa przed pełnym zaangażowaniem się, może być objawem nerwicy? Obecnie z moja M. podjęliśmy decyzję, że ograniczymy widzenia...Jak rano wstaję do pracy, odbębniam swoje, przychodzę do domu, jem coś albo i nie, kładę się do łóżka i włączam na laptopie jakiś mecz, gram w jakieś bzdurne gierki....wiem, ze tak nie można żyć, ale na obecna chwile mi to po prostu odpowiada, jest na rękę...Proszę poradź coś!

-- 09 sty 2013, 09:37 --

Zastawia mnie, co w moim przypadku jest natręctwem: czy myśli, że nie ko0cham mojej M., czy też myśli, że wszystko się ułoży, że będzie dobrze...jak to odróżnić? czy nie powinno być tak, że skoro kocham, to teraz powinienem się martwić, jak ona sobie radzi, czy daje sobie radę, czy nie spóźni się na pociąg do pracy, czy ma jak na dworzec dojechać....hm...?
Offline
Posty
46
Dołączył(a)
02 sty 2013, 22:44

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez karola21101987 09 sty 2013, 11:56
agata_08, ja tam Cie rozumiem. Co prawda nie zadawalam tyle pytan, ale mialam podobnie. Myslisz, ze nie probowalam sie spotykac? Probowalam! Chcialam miec kogos po prostu. Umawialam sie nawet na randki przez internet, ale to byly wielkie niewypaly. Jak nawet ktos kogo poznalam nagle zaczynal mi sie podobac to i tak za chwile sie dystansowalam i uciekalam od blizszej relacji. Odrzucalam tez oczywiscie zaloty niektorych facetow, ktorzy nie mieli "tego czegos". No po prostu nie podobali mi sie albo z wygladu albo z charakteru. Byl jeden facet, ktory mi sie podobal i z ktorym chcialam sie spotykac bo zdazylam go troche poznac, ale olal mnie. Wyszlo potem, ze chcial mnie tylko wykorzystac i porzucic. To mnie zabolalo bardzo, ale przeszlo mi moje zakochanie bardzo szybko. Teraz mysle, ze bardziej bolalo mnie to, ze tak mnie potraktowal... Tak czy inaczej dopiero jak zaczelam brac leki to przestalam sie bac zwiazkow. Poznalam swojego chlopaka - i uwierz mi nigdy nie czulam sie tak dobrze jak z nim i nagle odstawilam leki. I nagle wrocily leki, moje dystansowanie sie, moj strach przed tym co bedzie, natrente mysli co do niejasnej przyszlosci i mojego braku uczucia. Ciagle czulam sie bezandziejnie widzac jak moi przyjaciele ukladaja sobie zycie, jacy sa szczesliwi, a ja nagle przestalam czuc cokolwiek do swojego chlopaka. Moje watpliwosci mnie tak przerazaly, ze musialam sie upewniac w tym wszystkim. Nie moglam spac, szukalam w myslach swojego zauroczenia z poczatku zwiazku, spokoju, pytalam siebie kiedy zaczne go kochac i czy w ogole zaczne... Tak mnie meczyl zwiazek z nim, ze w koncu go zostawilam. Nie wiedzialam dlaczego, ale potem wyrzucalam mu, ze to jego wina, obwinialam go o to, ze stwarzal presje, ze byl za dobry, ze powinien byl czasem krzyknac albo cos, ze za duzo rozmawialismy, wiesz takie absurdalne jak teraz o tym mysle oskarzenia. Chcialam po prostu przed soba jakos sie usprawiedliwic, a to jak tam gdzies Ezekiel napisal - latwiej jest obiwinic kogos niz samego siebie, ze nagle moja wizja jego sie zmienila... Zrozumialam teraz, ze ja nie do konca radze sobie ze zmianamy w zyciu, uciekam bo nie potrafie radzic sobie z lekiem. Lek czepia sie akurat tych rzeczy, ktore sa nowe, o ktorych mysle, ktore sa wazne. Tak samo przerywalam studia by do nich wrocic po czasie, tak samo nie mam pojecia co chce robic w zyciu, a to chce skonczyc studia II stopnia i zajac sie praca w zawodzie, a to chce spelniac sie w swojej pasji - spiewie, a czasami mysle sobie, ze zwykla praca w sklepie mi wystarczy. Nie rozumiem juz swojego toku myslenia, ale zrozumialam jedno, ze to jest chore i probuje z tym walczyc, dzieki swiadomosci, ze to jest chore, nawet pomimo strasznych watpliwosci jakie nekaja mnie teraz po powrocie do mojego chlopaka ( po kilku miesiacach rozlaki!) walcze i przychodza stany strasznego zauroczenia i radosci (czasami na kilka godzin, czasami caly dzien, ale jak jestem z nim glownie), a rano znow leki i znow watpliwosci! Ale skoro potrafie byc z nim szczesliwa momentami to wiem, ze moge byc caly czas, musze tylko pozbyc sie tych lekow, a nie pozbylam sie ich uciekajac od Niego, moje watlpiwosci co do przyszlosci towarzysza mi odkad pamietam. Teraz to widze. Ciagle balam sie o rodzicow, o rodzine w ogole, o swoja przyszlosc, o to co bedzie. Tylko moj lek czepial sie akurat w danym momencie najwazniejszych sytuacji. Tak samo wiec uciekalam do rodzicow kiedy balam sie o nich i tak samo przerywalam studia kiedy balam sie, ze wybralam zly kierunek. Wtedy tak jak z chlopakiem wmawialam sobie "to nie to", "nie musze teraz podejmowac decyzji", "mam jeszcze czas" i taka metode tez mi zalecala psycholog i czulam jakas tam ulge. Tylko, ze to powodowalo, ze moja nerwica chowala sie tylko gdzies z tylu glowy, ciagle mi o sobie przypominala, ale byla obecna. To takie odwlekanie tego niepokoju, natrectwa, leku - uciekam przed odpowiedzialnoscia, uciekam przed watpliwosciami do poprzednich stanow, bezpiecznych stanow, a wiec tam gdzie rodzice, gdzie brak odpowiedzialnosci.
To tak jak z Toba daredevil9, niby chce byc dorosla i odpowiedzialna, ale sobie z tym nie radze, ale mam swiadomosc, ze przeciez mam dopiero 25 lat i nigdzie nie musze sie spieszyc, ze rodzice sa i moge uciec do nich. To przerazajace. Ezekiel powiedzial mi, ze walka z nerwica to cierpliwosc, cierpliwosc w pokonywaniu barier, stopniowo, a ta moja niecierpliwosc pcha mnie czasami do desperackich krokow - chce przeskoczyc od razu na poziom moich przyhaciol, miec rodzine, lepsze zycie, wspaniala milosc i zwiazek. Idealizuje ciagle i ciagle chce od razu, nazywac wszystko, a potem nagle uciekam i dystansuje sie bo przychodzi jakies tam lekkie rozczarowanie, bo sa watpliwosci, bo nie wiem czy to co robie daje mi zadowolenie, bo nie wiem czy kocham czy w ogole kiedys pokocham, czy w ogole chce miec rodzine... Wiec teraz postanowilam, ze nie bede uciekac. Przyznaje sie, leki - glownie rano - sa przerazajace i strasznie uporczywe, ale wtedy dzwonie np do chlopaka i rozmawiam z nim o glupotach, ale to pomaga na chwile odwrocic uwage od leku, powoli. Przyzwyczajam sie do tego, leki cichna troche, wieczorami nawet ich nie odczuwam. Ale przyzwyczajam sie juz nie do uciekania od chlopaka, ale do uciekania do niego, dla mnie to forma oponowania przedmiotu leku, a wiec chlopak z samym lekiem z moja nerwica! I zazwyczaj to lek przegrywa, chociaz nie calkowicie, ale cichnie. Im bardziej cichnie lek tym bardziej czuje "cos" do mojego chlopaka. To chyba tak powinno dzialac. Tak dzialalo jak luzowala nerwica i to mnie utwierdza tylko w tym, ze mam zaburzenie... Chce wierzyc chociaz i wierzyc mi trudno, ze bedzie dobrze, ale chce w to wierzyc, pytam ciagle o to chlopaka, a On zawsze sie rozesmiewa i mowi "bo bedzie", wczesniej mnie to irytowalo, teraz czasami wrecz nawet mnie napawa optymizem:)
Dzis rano tak zrobilam, zadzwonilam do niego. Znow sie boje, znow mam leki, znow drecza mnie watpliwosci, nawet teraz, dlatego sie tym dziele z Wami, ale jestem szargana od tych skrajnie pozytywnych do tych negatywnych uczuc, zobojetnienia i tak dalej. Nie rozumiem tego, ale dlatego, ze nie rozumiem, to wiem, ze to zaburzenia. Ja naprawde nie potrafie radzic sobie ze uczuciami kontrastujacymi. Ale czepiam sie tych pozytywnych, tych kiedy czuje sie napowrot jakas zauroczona, gdzie napowrot czuje jakies dziwne uczucie do Niego, jakis dziwny pociag, mieszaja mi sie te uczucia, nie wiem sama co czuje, ale to napawa mnie nadzieja, nadzieja, ze moge to przechylic w druga strone jak tylko pokonam nerwice...
Offline
Posty
18
Dołączył(a)
02 sty 2013, 10:24

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez daredevil9 09 sty 2013, 15:11
Ezekiel, jakbyś czytał mój post, to chciałbym podkreślić jeszcze dwie, moim zdaniem, istotne rzeczy: po 1 nigdy w pełni siebie nie akceptowałem. Z tego względu zawsze chciałem być inny od wszystkich: farbowane włosy, kolczyki, kolorowe ciuchy, itp....Nigdy siebie nie akceptowałem w pełni, nie kochałem siebie, nie doceniałem...Nie umiałem podchodzić poważnie do ważnych tematów, wszystko było, a po części dalej jest, zabawą. Drugą rzeczą jest brak uczucia ze strony rodziny. nie czułem się w pełni kochany, akceptowany...Nie mówiąc już o dalszej rodzinie, nawet matka nie umiała dać mi pełni miłości, a jej brak zawsze rekompensowała mi prezentami, zabawkami, pieniędzmi, cukierkami...Zauważyłem, iż w moim przypadku robię tak samo: staram się obdarowywać moją M. prezentami (na początku związku było to wręcz nagminne), w sytuacji, gdy nie umiem kochać....Może ja po prostu nie zostałem nauczony miłości? Może jej nie poznałem i dlatego nie umie jej dać? Powiedz proszę co o tym sadzisz....Od piątku zaczynam terapie (psychoterapia psychodynamiczna), czy uważasz, że pomoże mi ona rozwiązać moje problemy (nerwica, brak umiejęt6nosci okazywania miłości, itp)? Czy może radziłbyś coś innego? ( w domyśle: inny rodzaj terapii)
Offline
Posty
46
Dołączył(a)
02 sty 2013, 22:44

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez Ezekiel 09 sty 2013, 15:17
agata_08, daredevil9, Musicie tak jak karola i więcej osób stąd zaakceptować wreszcie, że to choroba, zaburzenia!
Przestańcie wreszcie zadawać pytania, upewniać się. To wasza konieczność upewniania się każe Wam zadawać pytania, szukać argumentów, to z kolei zwiększa wątpliwości, rośnie lęk, lęk i wątpliwości pogłębiają analizę, kolejne pytania i poszukiwania argumentów, jest ich coraz więcej, a co za tym idzie wątpliwości jest coraz więcej. Stąd lęk rośnie do strasznego poziomu. Natręctwo także. To powoduje, że wątpicie już we wszystko, w uczucie, w przyszłość, w sens życia. Bo rozlewa się ta analiza na całe życie. Oduczcie się zadawania pytań, bo jedno pytanie generuje 10 następnych, jedna wątpliwość generuje 10 następnych, a rozmnażają się bardzo łatwo. Jak macie potem uwierzyć w coś dobrego, jak nie wierzycie w nic. Bo we wszystkim są wątpliwości. Do dzieła! Oduczcie się analizowania wątpliwości. Zacznijcie od teraz!
"Nie są godni miłości Ci, którzy niczym nie ryzykują"
Teorryt
Prawdziwa miłość - wolna i bezwarunkowa:
http://amor-vincit-omnia-in-finis.blog.onet.pl/
https://www.facebook.com/pages/Amor-Vin ... 5817138999
https://www.facebook.com/PrzezTrudyDoGwiazd
Offline
Posty
147
Dołączył(a)
26 gru 2012, 23:31

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez karola21101987 09 sty 2013, 18:12
daredevil9, na pewno nie zaszkodzi. Ja mialam bardzo podobnie. Jak bylam mala to opiekowala sie nami babcia. Rodzice nie okazywali uczucia ani sobie ani nam, nie nauczyli mnie jak je okazywac dlatego tak sie chyba w tym gubie. Zawsze czulam na sobie brak uwagi z ich strony, ale nie tylko. Ciagle mialam wrazenie, ze nikt mnie nie lubi, nie potrafie do tej pory pokochac siebie chociaz teraz juz sama nie wiem czy to chodzi o to by siebie kochac tak jak ja to widze... Rodzice tez w wieku 17 lat kazali mi radzic sobie samej wyjezdzajac za granice i bardzo mi ich brakowalo, wtedy tez mialam leki, ze nigdy ich juz nie zobacze, ale jakos sobie radzilam, choc teraz nie wiem czy aby na pewno tak bardzo dobrze... pomagala mi ciocia i dziadek. Chociaz tez musialam ich pilnowac... przez to, ze sami mieli problemy zyciowe (alkohol, podeszly wiec, braki pamieci).
Ale pocieszam sie tym, ze dzis moja przyjaciolka, ktora mowila mi, ze jest ze mna, wczesniej mowila, ze mnie nie rozumie dzis wspiera mnie w moim powrocie do chlopaka. Powiedziala nawet, ze rozmawiala z nim wczesniej, ze wierzyla, ze jakos sie pouklada. Dobrze miec takie wsparcie:)
Offline
Posty
18
Dołączył(a)
02 sty 2013, 10:24

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez agata_08 09 sty 2013, 19:25
karola21101987Pierwszy raz ktos mi pisze/mowi,ze mnie rozumie i mial podobnie heh. Tylko,ze widzisz, ja jeszcze tydzien wczesniej nie sadzilam ani nawet nie przyszloby mi do glowy,ze mam nerwice. Io odkad jestem na tym forum, to widze podobienstwo swoich zachowan i innych tu osob, ale ja sie boje, ze wkrece sobie, ze to nerwica, a okaze sie,ze to nie jest rozumiesz? I co ja wtedy zrobie, jak wytlumacze te zachowania? Dlatego w piatek mam umowiona wizyte, wtedy juz na bank mam nadzieje zostana rozchwiane moja watpliwosci czy ja to mam czy nie. Widze, ze Ty tez jestes bardzo zmienna, jak ja. Wiesz,ze az sie usmiechalam jak czytalam do poludnia ten Twoj post? Bo ja mialam dokladnie tak jak Ty! A mianowicie. Jeszcze 3 lata temu spotykalam sie normalnie z chlopakami(znaczy chcialam zeby bylo normalnie),probowalam sie zakochac. Jednak kazdym zrywalam i byl we mnie ten mechanizm, ze jest fajnie , podobaja mi sie itd., jeden jego ruch,moje mysli, i nagle koniec zwiazku. Czesto to wlasnie zblizenie w sferze intymnej(niekoniecznie seks)powoduje,ze ja nagle sie wycofuje. I po tych nieudanych zwiazkach taka bylam zdolowana, ze to wszystko moja wina zawsze byla i cos ze mna nie tak, ze postanowilam,ze przez rok nie bede miec faceta. Wiem to bylo glupie moze, ale nie chcialam ich wiecej ranic, myslalam,ze nie nadaje sie po prostu do zwiazku, Bo nie rozumialam tego, jak jednej chwili moze mi sie odwrocic cale myslenie. No i na poczatku przez ten rok bylo ok. Bylam pewna,ze dobrze robie,ze jestem sama itd. Zmienilam tez studia, przyszlam do innego miasta, w ktorym bylam calkiem sama. I mialam to co Ty. Chcialam tak bardzo miec kogos. Widzialam szczescie innych i bardzo chcialam byc na ich miejscu. Z czasem widzialam, ze wszyscy znajomi sie zakochuja tylko nie ja.I to mnie ejszcze bardziej dolowalo. Ja nie umialam byc sama rozumiesz? Nie umialam i raczej nie umiem do teraz cieszyc sie tylko swoim towarzystwem, dlatego jak nie mam faceta to zawze go szukam. Rozumiesz cos z tego? I wiesz, ze ja bylam tez taka zdeterminowana,ze umawialam sie przez neta? I faktycznie Ci chlopacy byli samymi porazkami. Ale mimo to, dalej sie spotykalam. Czulam,ze to bezsensu, az w koncu przestalam. Strasznie siebie nie lubilam za to,ze wchodze na tego neta i tak robie. Uwazalam to,za jakis akt desperacji wkurzalo mnie,ze jestem taka slaba i tak robie. I byly dni,ze usuwalam konto z neta. Ale gdy tylko nagle poczulam sie sama to po kilku dniach znow je zakladalam . Jaka paranoja. Pamietam,ze jeden chlopak to sie pytal czy ze mna jest wszystko ok,ze tak robie. I tez tak mam, az do teraz, ze jak ktos mi sie spodoba, to ja wrecz od razu czuje sie w nim zakochana. Tak bylo z jednym chlopakiem w tym roku na studiach, ale on mnie olal i tez wlasnie plakalam czulam mega rozczarowanie. I przeszlo zakochanie po kilku dniach, heh. A jak sie wkrecam i chlopakowi tez sie zaczynam podobac, to najgorsze, ze ja zawsze mysle od razu jestem zakochana,ze wszystko sie dobrze ulozy itd.on mnie nie zna nawet jeszcze dobrze, wiec nie wie jakie odstawiam cyrki. No po czym nagle wracaja mysli o bylym, a ten chlopak przestaje mi sie podobac. I wlasnie przez to za kazdym razem az do teraz ja zrywalam z facetami. (to sie dzieje tak od 4 lat), bo wczesniej za dzieciaka to wiem,ze jak sie z kims "chodzilo" to oni zostawiali mnie i wiem,ze wtedy jak na tamten wiek, to mnie strasznie bolalo, ale nie mialam tych problemow co teraz. Umialam sie cieszyc z bycia z kims, mimo,ze bylam o wiele mlodsza niz teraz. Albo rok temu spotykalam sie z takim jednym z neta heh. On z tych wszystkich byl jedynym , co od razu mi sie spodobal i wlasnie momentalnie(mimo,ze to bylo 1 spotkanie) czulam sie jakby " to bylo to". Ale on tez chcial mnie tylko wykorzystac,a mi sie naprawde podobal i pamietam,ze bardzo plakalam itd. Zmierzam do tego,ze wlasnie gdy spotykalam sie z facetem, ktory tak mi sie spodobal, a zlewal mnie, to wlasnie we mnie jakby nie bylo tych zniechecajoacyh mysli, bo przez to,ze on mnie zlewal ja czulam,ze musze o niego walczyc. I wkolko sie zamartwialam co on teraz mysli, czemu mi nie odpisuje, wrecz wpadalam w ataki paniki. Balam sie,ze mnie zostawi. A byli chlopacy, ze wiesz, po prostu chcieli sie najpierw spokojnie poznac itd, a gdy zobaczyly, jak ja szybko okazuje uczucia, to nagle sami uciekali. A ja nie rozumialam czemu tak wszystko robie szybko. I ja tak mam do teraz. Ze spotykam sie z kims , wszystko sie rozwija , on tego chce, to ja zaczynam sie wycofywac. Z kolei ,gdy jemu zaczyna sie cos nie podobac(zanim mi powstana jakies glupie mysli), to nagle ja czuje ,ze chce z nim byc, ze chce walczyc itd. Tez tak mialas? Tak samo mialam przy bylym. Ze jak tylko sie odsuwal, ja probowalam sie zbilizyc. Gdy sie przyblizal do mnie, to ja sie odsuwalam. To objaw nerwicy? Czy to normalne?

A wracajac do tego co pisalas o obwinianiu innych. To chyba tez tak mialam. Z jednej strony gdy bylam z bylym(tym do ktorego wracalam 3 albo 4 razy) i cos mi sie nagle przestawalo podobac to widzialam,ze chyba cos ze mna nie tak,a z drugiej szukalam w nim wad. Ze za szybko chcial seksu, identycznie jak Ty, mowilam,ze jest za dorby, ze czasem powinien na mnie wrzasnac , doprowadzic mnie do porzadku. Ja chyba chcialam go pokochac i bylo momenty ze tak nawet czulam, ale potem mysli calkiem odwrotne, neichcec do niego i zrywalam, bo nie wyrzymywalam. I potem ulga, bo "to nie bylo to", a gdy sie z innym zaczynalo rozwijac, byly i same poztywne chwilie z nim wracaly. I wiem,ze to normalnie nie jest. Jeszcze pare dni temu , gdy znow przyszly TE mysli,ciagle o nim myslalam,chcialam sie przytulic itd. Chcialam tylko jego. I od razu powiedzialam chlopakowi, z ktorym sie spotykam teraz, ze ja sie nie umiem zaangazowac, ze musimy zwolnic itd, choc gdyby nie to,ze nie pozwolil mi odejsc, tylko powiedzial,ze nie bedzie naciskac itd.to bym zapewne od razu skonczyla to. I zobacz jednego nie czaje, moze Ty mi wytlumaczysz. Jak to mozliwe, ze nie zerwalam z nim calkiem znajomosci( a jedynie sie odsunelam na bok), nie wrocilam do bylego( bo nie ma juz takiej opcji), uznalam,ze on jest tylko moim glupim natrectwem i poczulam zlosc do niego?i ta zamiana nastawienia spowodowala,ze jakbym przestala sie niem zadreczac. Choc po cichu gdzies zakradaja sie jeszcze pozytywne mysli. To tak moze byc,ze te mysli same odejda i nagle znow jest dobrze. Czy tez tak masz, ze jak masz napad watpliwosci szukasz wsparcia w chlopaku i mowisz mu co sie dzieje, a on Cie stara sie zrozumiec, to to Ci pomaga i przynosi ulge? Czy raczej nie mowisz o tym chlopakowi? Bo ja np. powiedzialam wczoraj temu chlopakow z ktorym sie spotykam, co mnie meczy. Na poczatku widzialam,ze mysli,ze sobie wymyslam. Strasznie mnie to wkurzylo i mialam ochote go zaraz zostawic. Z drugiej strony, jak zacelismy gadac dluzej, staral sie zrozumiec itd. i to mi pomagalo. zaczelam postrzegac go w dobrych barwach. A to,ze sie tym wszystkim przestraszyl,ze tak mam itd. spowodowalo,ze znow do mnie przyszla ta nagla chec do naprawienie tego. Masz cos podobnego, skoro Ty na pewno masz nerwice? Czy te moja zachowania sa calkiem normalne? Albo ja mam tez tak,ze jak te watpliowsci ustaja, to mam ochote myslec, ze nic mi nie jest,jakby w ogole nie umiem opisac wtedy tego co czuje gdy mam ten napad mysli, zniechecenia itd. Jakby chce to zbagatelizowac,ze to w ogole mialo miejsce. Czujesz cos podobnego? I widzisz. Znow te pytania. One same rodza sie podczas wypowiedzi. Jak to pisal Ezekiel, jedno pytanie pociaga za soba drugie heh.. Ja ciagle szukam w kims wsparcia, nie znosze samotnosci, bo sobie z nia nie radze. Czy to stan Wam znajomy?

-- 09 sty 2013, 18:26 --

Ezekiel, ale te pytania wkolko rodza sie w mojej glowie, nie umiem sie powstrzymac przed zadawaniem ich;/ Powiedz mi jeszcze tylko czy myslisz,ze gdyby to nie byla zadna nerwica, leki itp. to tych pytan nie zdawalabym tyle? Nie szukalabym wkolko odpowiedzi u innych?

-- 09 sty 2013, 18:40 --

Ja sie teraz boje,ze moze ja pisze wam takie rzeczy zebyscie mnie utwierdzili w tym,ze mam nerwice, a do konca wcale tak nie czulam, a tylko blednie to wszystko opisuje. Nie , faktycznie ja zaczynam watpic juz we wszystko co mowie. A moze to efekt wmawiania sobie nerwicy? To moze tak byc? Bo mam np,takie mysli,ze karola21101987 naprawde kochala swojego chloapaka, ale nerwica nie dawala jej spokoju, a u mnie to nie byly podobne zachowania tylko dlatego,ze to nie byla milosc, a nie dlatego,ze to byla choroba?Albo,ze moze mi sie wydaja,ze byly podobne a nie byly. Ale to faktycznie chyba nienormalne, ze wkolko tyle pytam co? Ale czy zdrowa osoba nie zadawalaby tyle pytan? Ezekiel, co myslisz?

-- 09 sty 2013, 18:40 --

Ja sie teraz boje,ze moze ja pisze wam takie rzeczy zebyscie mnie utwierdzili w tym,ze mam nerwice, a do konca wcale tak nie czulam, a tylko blednie to wszystko opisuje. Nie , faktycznie ja zaczynam watpic juz we wszystko co mowie. A moze to efekt wmawiania sobie nerwicy? To moze tak byc? Bo mam np,takie mysli,ze karola21101987 naprawde kochala swojego chloapaka, ale nerwica nie dawala jej spokoju, a u mnie to nie byly podobne zachowania tylko dlatego,ze to nie byla milosc, a nie dlatego,ze to byla choroba?Albo,ze moze mi sie wydaja,ze byly podobne a nie byly. Ale to faktycznie chyba nienormalne, ze wkolko tyle pytam co? Ale czy zdrowa osoba nie zadawalaby tyle pytan? Ezekiel, co myslisz?

-- 09 sty 2013, 18:42 --

a u mnie to byly podobne zachowania* tak mialo byc
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
03 sty 2013, 00:05

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 9 gości

Przeskocz do