Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Forum o nerwicy natręctw: doświadczenia, historie, pytania.

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez agucha 07 sty 2013, 14:17
Zrozumcie, że to choroba. U mnie było tak, że z dnia na dzień wszytsko się zmieniło. Przez dwa lata byłam mega zakochana i szczęśliwa.. marzyłam o wspólnej przyszłości i potem w jednej chwili zupełnie odwrotnie plus objawy fizyczne... także ja sądze ze to chore.. sami piszecie, że chcecie zeby było normalnie i chcecie być z waszymi połówkami tylko lęki są tak silne, że mimo wszytsko staracie się od nich uciec ( kończycie związki)... wiadomo, że ja tez mam czasem wątpliwoście czy to nerwica ale jak sobie to przeanalizuje to dochodzę do wniosku, że to nie jest normalne. Też bałam się ze podczas psychoterapii wyjdzie, że nie kocham, ale teraz widzę ze to nie na tym polega. Ja poproatu odpowiadam na pytania, babka nie sugeruje mi uczuć.. nawet sama mówi, że jest we mnie jakas negatywna emocja która tego wieczoru sie pojawiła i ja się jej wystraszyłam i do teraz we mnie siedzi. Przecież byłam z osobą przy której czułam sie dobrze i nagle coś się zmieniło... Podczas psychoterapii naprawde czuję sie dobrze !
Offline
Posty
303
Dołączył(a)
30 sie 2009, 09:00

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez daredevil9 07 sty 2013, 15:12
agucha napisał(a):Zrozumcie, że to choroba. U mnie było tak, że z dnia na dzień wszytsko się zmieniło. Przez dwa lata byłam mega zakochana i szczęśliwa.. marzyłam o wspólnej przyszłości i potem w jednej chwili zupełnie odwrotnie plus objawy fizyczne... także ja sądze ze to chore.. sami piszecie, że chcecie zeby było normalnie i chcecie być z waszymi połówkami tylko lęki są tak silne, że mimo wszytsko staracie się od nich uciec ( kończycie związki)... wiadomo, że ja tez mam czasem wątpliwoście czy to nerwica ale jak sobie to przeanalizuje to dochodzę do wniosku, że to nie jest normalne. Też bałam się ze podczas psychoterapii wyjdzie, że nie kocham, ale teraz widzę ze to nie na tym polega. Ja poproatu odpowiadam na pytania, babka nie sugeruje mi uczuć.. nawet sama mówi, że jest we mnie jakas negatywna emocja która tego wieczoru sie pojawiła i ja się jej wystraszyłam i do teraz we mnie siedzi. Przecież byłam z osobą przy której czułam sie dobrze i nagle coś się zmieniło... Podczas psychoterapii naprawde czuję sie dobrze !


No u mnie to jakoś po 2,5 roku...wracałem od mojej M. samochodem i nagle głupa mysl w głowie: nie kocham Jej...Psycholog powiedział mi, ze istotnym było, że kilka ok. 2 tygodnie wcześniej miałem wpadek samochodowy. Niby nic mi sie nie stało poważnego (skręcenie kręgosłupa szyjnego, stłuczona czaszka, pocięte ręce), ale ponoć takie urazy aktywują jakies psychiczne, skrywane leki i obawy....Faktem jest też, że przez te pierwsze 2 - 2,5 roku związku to ja byłem tą osobą, która "bardziej kocha": obsypywałem kwiatami, pisałem wiersze, robiłem prezenty, wine brałem na siebie, panicznie bałem się, ze moja M. mnie zostawi i robiłem wszystko, aby tak sie nie stało...Jak tylko trochę dłużej nie odpisywała na smsa, to od razu zastanawiałem się, czy nie zrobiłem czegoś źle, przepraszałem...
Offline
Posty
46
Dołączył(a)
02 sty 2013, 22:44

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez agucha 07 sty 2013, 15:21
Ja tez do momentu choroby panicznie bałam się ze moj T mnie zostawi. Nawet potrafiłam się rozpłakać bez powodu ,z obawy tego aby mnie nie zostawił ;) Także coś w tym jest...
Offline
Posty
303
Dołączył(a)
30 sie 2009, 09:00

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez daredevil9 07 sty 2013, 15:35
agucha napisał(a):Ja tez do momentu choroby panicznie bałam się ze moj T mnie zostawi. Nawet potrafiłam się rozpłakać bez powodu ,z obawy tego aby mnie nie zostawił ;) Także coś w tym jest...


hehe, a czy wydaje Ci sie czasami, jak zbliża się "zły" czas, że np. Ty jesteś dla Niego za dobra? Jak w ogóle wyglądają u Ciebie epizody chorobowe? Czy zmieniają się codziennie np. (jeden dzień super, drugi do d**y), czy raczej np. kilka miesięcy, tygodni ok, a potem kilka miesięcy, tygodni źle?
Offline
Posty
46
Dołączył(a)
02 sty 2013, 22:44

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez Ezekiel 07 sty 2013, 15:58
agata_08, ale Ty sama sobie odpowiadasz na pytanie zadając kolejne pytania. Wystarczy teraz tylko uświadomić sobie nielogiczność tych myśli. Sama mówisz, że nagle znikąd przychodziła konieczność powrotu do byłego. To też pewnego rodzaju rytuał. Ten, który pomagał Ci się uwolnić od obaw dotyczących obecnego partnera, później już tylko zostawiałaś byłego.
Myślę, że gdyby nie nerwica, a może raczej gdyby nie to, że nie potrafisz sobie z Nią radzić to mogłabyś być szczęśliwa z każdym z tych facetów. Często jest też tak, że docenia się po utracie, a ta świadomość przychodzi u nerwicowców często dopiero wtedy kiedy widzi się byłego z inną, chociaż wracanie myślami do byłego też może być formą natręctwa.
daredevil9, jeśli podczas psychoterapii wyjdzie, że to nie to, to wtedy zmień psychologa. Racjonalizowanie z puntku widzenia psychologii pomaga znaleźć przyczynę lęku, tylko, że to może być dowolna przyczyna byleby chory w nią uwierzył. Tak nie rozwiążesz problemu, a jedynie go pogłębisz, więc w razie czego uciekaj i zmieniaj psychologa:). Twoje wątpliwości co już dawno powinieneś sobie uświadomić są wynikiem nerwicy, a raczej nie same wątpliwości, a natręctwa i lęki, które skupiają Cie wokół tych wątpliwości. To, że ktoś Cie tak potraktował w przeszłości też ma oczywisty wpływ, sam fakt, że w ogóle wracasz do tamtych chwil po tylu latach jest dowodem na to jak daleko sięga Twoja nerwica by tylko zasiać wątpliwość w Twojej głowie. Twoje uczucie zmęczenia związkiem i obecnością partnera jest też wynikiem narastającej w Tobie apatii - apatia jest najbardziej widocznym skutkiem nerwicy. To przeszywające uczucie obojętności, odosobnienia, braku odczuwania radości, pozytywnych emocji w ogóle. Ten apatyczny stan tylko pomaga "łykać" te farmazony, które próbuje wmawiać Ci nerwica. Ta zawsze skupiać się będzie na sprawach ważnych. W jaki sposób bowiem miałbyś się martwić lękiem dotyczącym rozlanego mleka czy nieświeżej ryby w restauracji?
karola21101987, kolejny raz sama sobie udowadniasz, że to nerwica właśnie. Każdy odczuwa jakiś tremę przed zmianami, czymś nowym, po prostu stresującymi sytuacjami. Te na pewno są stresujące. U Ciebie to kolejny powód by poddać pod wątpliwość Twoje uczucie. Zmierz się z nimi, a zobaczysz, że nie było się czego bać:) poczekaj powoli, a wszyscy wokół włącznie z Tobą się przyzwyczają i już nie będzie stresu:). Skąd możesz wiedzieć jaka powinna być miłość i czy powinna być łatwiejsza skoro sama nie potrafisz sobie odpowiedzieć jaka dokładnie Ona powinna być? Łatwiejsza? To przymiotnik podsuwany przez nerwicę właśnie - łatwiejsza bo jedyne co chcesz czuć w związku z nerwicą to ulga. Miłość to nie tylko radość z otrzymywania szczęścia, ale przede wszystkim wyrzeczenia i cierpienie miejscami :), nie szukaj doskonałej miłości, bo ta istnieje tylko w doskonałym świecie:). Powalcz ze swoim lękiem zamiast uciekać, a w końcu ten ucichnie i zrozumiesz, że cierpliwością zyskujesz spokojną miłość!

Jest dokładnie tak jak mówi człowiek nerwica i agucha. Wy po prostu za dużo myślicie, za bardzo chcecie i uzależniacie od tego co czujecie własne szczęście. Stąd nawet nie wiecie, że już macie z czego być szczęśliwymi. Przestaje Was cieszyć wszystko przez te chore wątpliwości, których nie potraficie zwyczajnie "olać". To jest naprawdę choroba, to Ona wkręca Was w nieustającą analizę. Sami wiecie, że to nie jest normalne - to pierwszy punkt zaczepienia. Sami też bardzo chcielibyście by było normalnie, inaczej, nie wiecie często nawet jak, ale po prostu żebyście mogli się cieszyć - to drugi punkt zaczepienia! Kolejnym są niezrozumiałe wahania nastrojów i wątpliwości, których sami nie rozumiecie - to dlatego szukacie odpowiedzi tutaj - bo nie rozumiecie ich istoty, przyczyny pojawiania się ich, a to dlatego, że są nieracjonalne. To ewidentnie choroba - Nerwica lękowa i natręctw naprzemiennie.

Wyzdrowienie z nerwicy to sztuka stopniowego przełamywania barier, tak samo jak droga do szczęścia. Nic nie przychodzi tak po prostu, cudowną metodą i od razu. Nauczcie się cierpliwości. Racjonalizujcie analizując te zdrowe myśli, te problemy, które Was nie nękają szukając podobieństw w mechanizmach pojawiania się wątpliwości i dostrzeżecie, że nie ma się czego bać, że boicie się czegoś czego w istocie nie ma. Boicie się braku miłości, a jeśli w istocie jej nie ma to nie ma jej dlatego, że Wy jej nie czujecie, bo nie chcecie przez wasze wątpliwości, nie zaś dlatego, że cudowne fatum jeszcze nie przedstawiło Wam czającego się za rogiem prawdziwego szczęścia.
Zastanów się dlaczego zakochałeś/zakochałaś się akurat w niej/nim? Czy to była jedyna kobieta/facet na świecie? Nie! To po prostu był ktoś dla Was wyjątkowy. Wątpliwości przychodzą zawsze bo nie istnieje pewność. Wy w nerwicy jej wymagacie, a to nierealne. Zrozumcie to wreszcie, że ten Wasz chorobliwy mechanizm poszukiwania pewności i eliminacji wątpliwości jest po prostu wyuczonym patologicznym systemem. Wątpicie we wszystko, nawet w to, że to choroba. Szukacie ulgi, tylko to się dla Was liczy, to "najłatwiejsze". Stąd coraz trudniej jest Wam znieść własne życie. Nauczcie się więc cierpliwości.
Przecież Wy nawet nie wiecie co jest dla Was szczęściem, co nim będzie, jaka powinna być ta miłość, a oczekujecie, że spadnie jak manna z nieba. Miłość trzeba nauczyć się dawać od siebie i możesz ją dać każdemu byleby tylko miał cechy, które Ci odpowiadają. Wątpliwości będą zawsze.
W sitcomie "How i met your mother" był motyw, w którym to Barney Stinson nie potrafił przelecieć jednej dziewczyny tylko dlatego, że wiedział, że gdzieś za rogiem może czaić się lepsza. Nie potrafił nawet określić co właściwie znaczy lepsza, ale w pewnym momencie po prostu oszalał. To świetna metafora dla Waszego nerwicowego problemu :). Cudowne fatum, które nie ma racji bytu, ale staje się Waszym celem w życiu.
Pamiętajcie, że słusznie uznaje się iż fobia społeczna to reakcja wyuczona, a więc co za tym idzie można się jej oduczyć. Właśnie na drodze cierpliwości i ćwiczeń, a nie przez uciekanie od przedmiotu lęku! Pamiętajcie więc, że z lękiem nie jest jak ze strachem - uciekając od tego czego się boimy nie wygramy z lękiem, ponieważ lęk zawsze wraca gdyż dotyczy sytuacji i często jest nieokreślony, a strach to zwykłe uczucie w momencie realnego zagrożenia.

Ponadto odniosę się jeszcze do mojej ostatniej rozmowy z pewnym psychiatrą. Prowadzone są badania nad znaczeniem innych hormonów dla lęków i wątpliwości, które odczuwamy. Częściowo badania dowodzą, że takie hormony jak oksytocyna mają bezpośredni wpływ na odczuwanie miłości czy przywiązania. Początkowo sądzono, że hormon ten jest typowo "kobiecy" i wiąże się bezpośrednio z procesem porodowym. Teraz wiadomo, że wpływa także na odczuwanie szczęścia i miłości. Uważa się, że jego wzrost będzie stymulował poczucie szczęścia i przywiązania, zwłaszcza w sytuacjach intymnych kiedy to jest wydzielany, ale część badań pokazuje, że nadmiar tego hormonu w organizmie może powodować negatywne reakcje. Osoby, z podwyższonym poziomem oksytocyny nie potrafią nie tylko odczuwać szczęścia związanego ze swoją osobą, ale także przede wszystkim nie potrafią cieszyć się szczęściem innych. Stają się wręcz zazdrośni o sukcesy innych, często negując ich wartość, a jednocześnie zawyżając wartość własnych sukcesów.
Po drugie dowodzi się stopniowo, że wykorzystanie innego hormonu - kortyzolu może pomagać w walce z fobiami i lękami. Jest to tzw hormon stresu, który powoduje osłabienie obrazu lęku. To taka forma "odwrażliwiania" na lęki kiedy łatwiej jest się nimi zmierzyć, a co za tym idzie uświadomić sobie, że lęk jest absurdalny i po prostu w to uwierzyć.
"Nie są godni miłości Ci, którzy niczym nie ryzykują"
Teorryt
Prawdziwa miłość - wolna i bezwarunkowa:
http://amor-vincit-omnia-in-finis.blog.onet.pl/
https://www.facebook.com/pages/Amor-Vin ... 5817138999
https://www.facebook.com/PrzezTrudyDoGwiazd
Offline
Posty
147
Dołączył(a)
26 gru 2012, 23:31

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez agucha 07 sty 2013, 17:03
Jak wygladają moje epizody hmm..? Epizod trwa juz 3 lata :P Ale chodzi o to jak nerwica jest nasiolna to czuję lęk, nie umiem jeść, płaczę calymi dniami.. Następnie czuję silna potrzeba zerwania.. przypominają mi się chwile w których go odpychałam co powoduje ze myśle hm faktycznie go nie kocham, skoro czasem miałam ochote mu powiedziec nie kocham Cie.. odejdz.. ale myślę ze to ciagle byla nerwica.. potem myśle ze jestem z nim z litości itp.. Ciągle zastanawiam sie nad tym czemu zaczełam czasem odtrącać go jak sie do mnie tuli czy to tez wynik nn? Oczywiscie te odpychanie zaczęło sie po tym jak zachorowałam i niby jak mi przeszło.. Czułam się z tym źle ze nei mam ochoty na seks i moje libido i odczucia sa rowne 0 . Ale to jednak nakreca myśli ze sie nie kocha. No i te wybuchy złości albo jak ktos mnie wkurzył np mam to zaraz myśl ja go nie kocham w sensie mojego pratnera, to bezsensu...
Offline
Posty
303
Dołączył(a)
30 sie 2009, 09:00

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez karola21101987 07 sty 2013, 17:22
Ezekiel, masz strasznie duzo racji, ale nie wiem czemu w ogole mnie to nie uspokaja. Z jednej strony ciesze sie, ze czytajac to co piszesz czuje jakbys siedzial w mojej glowie. Potrafisz w dodatku te moje mysli wyjasnic, bo ja naprawde nie wiem czego chce i faktycznie chcialabym zeby bylo latwiej, bo tak czuje wlasnie, ze powinno byc latwiej, ale nie potrafie sobie odpowiedziec na pytanie dlaczego i jak to latwiej mialoby wygladac...
To bardzo trudne dla mnie. Wiem, ze mam nerwice, z drugiej strony nie chce popadac w swiadomosc, ze az taki ma wplyw na mnie, czasami chyba wole wierzyc, ze nie ma zebym nie uwierzyla, ze jestem jakas aspoleczna czy szlaona... Czasami tez naprawde czuje zazdrosc, ze inni maja lepiej, choc faktycznie nie maja, ale potrafia sie cieszyc, a ja sie zastanawiam "kiedy ja bede wreszczie szczesliwa" i to mnie jeszcze bardziej przygnebia. To jak mowi czlowiek nerwica, tez za bardzo chce chyba... Nie potrafie sie zdystansowac do tego co sie dzieje w moim zyciu :( moze to tez wlasnie przez moj brak cierpliwosci i faktycznie latwo mna sterowac, latwo steruje mna moja nerwica, moje leki, moja analiza, ktora wpycha mnie w te wapliwosci i moja Pani psycholog, ktora caly czas podsuwa mi te najlatwiejsze rozwiazania... Moze faktycznie przyjela zla taktyke? Jakis zly plan leczenia?
agucha, ja mialam tak samo jak Ty i daredevil - pamietam, ze potrafilam plakac bez powodu przez kilka dni. Potrafila rozplakac sie blagajac by mnie nie zostawial i nie szukal sobie innej, a drugiego dnia myslalam "a moze to faktycznie nie to" - jakas masakra!
Offline
Posty
18
Dołączył(a)
02 sty 2013, 10:24

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez agucha 07 sty 2013, 17:35
Tzn od momentu kiedy zachorowałam juz nie mialam myśli ze on mnie zostawi to własnie sie zmieniło.. od momentu jak go poznalam do momentu mojej choroby czyli 2 lata bałam sie ze mnie zostawi itp chociaz nie mialam do tego powodu.. tylko ze wszytsko tedy bylo okej.. bylam najszczesliwsza kobieta na swiecie i mega zakochana..:)
Offline
Posty
303
Dołączył(a)
30 sie 2009, 09:00

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez agata_08 07 sty 2013, 18:21
Jeny, jak ja czytam te wasze posty, np ten Twoj agucha,to tak jakbym widziala siebie. Ja tez czulam cos podobnego co Ty. jak bylam z bylym zrywalam z nim z 4 razy chyba, bo za kazdym razem przychodzila jakas zniechecajaca mysl. Wtedy wszystko w nim bylo od razu na nie, wlasnie tez ten seks nie sprawial mi w ogole przyjemnosci, wrecz przeciwnie, czulam sie jakbym nic nie czula heh.To mnie jeszcze bardziej zniechecalo od niego, az zrywalam. Potem ryczalam, bo go stracilam i sama nie rozumialam czemu ja tak sie zachowuje. Z tym,ze ja nie wiem czy sie w nim zakochalam,na pwno nie od razu. Ale wiem,ze byly okresy kiedy naprawde szczerze powiedzialam mu "kocham cie" po czym po kilku dniach nagle wydawalo mi sie,ze go nie kocham. Tlumaczylam to tym, ze to jednak nie milosc, a po prostu zbyt szybko okazalam mu uczucia , ktore byly zludne. Ale on dalej wracal. I wraca do teraz. Juz bylo dobrze, 2 meisiace nie bylismy para i nie tesknilam za nim. A teraz gdy znow spotykam sie z kims innym i znajomosc zaczela sie coraz bardziej rozwijac, znow przyszedl byly. I znow to samo. Nagle zniechecenie do obecnego chlopaka, chce powrotu do bylego, chce mi sie ciagle ryczec, choc sama nie wiem czemu. Byly snil mi sie dzis 3 raz z rzedu, mimo,ze ja wcale tego nie chce. Chce zapomniec i co z tego?On wraca jak bumerang. Mam wiec mysli, czy to byla milosc skoro wraca? Bo ja nie ejstem teraz zakochana w tym chlopaku,nie ejst w moim typie, ale jest fajny, milo spedzamy razem czas. Nie wiem tylko i zadaje sobie pytanie, czy warto dalej sie z nim spotykac skoro znow wrocil byly? Czy warto ciagnac ta znajomosc, skoro on nie ejst moim idealem? Czy ja sie z nim spotykam tylko po to zeby nie byc sama? Bo narazie to ja nei czuje zadnej chemii. Fakt,ze zanim przyszlo to zneichecenie czulam sie inaczej, lepiej , no ale teraz to ja jzu sama nie wiem co czuje. Ja sie po prostu boje, ze ja sobie wmowie,ze jestem zakochana, bo przeciez widze w nim wady. Np nie podoba mi sie,ze jest niski, ze nosi nie takie buty itd. No ale lubie go. Co mi radzicie? przeciez nie wroce juz teraz do bylego,mimo,ze na ta chwile "niby" tego chce. On ma juz inna laske, mnie ma w tylku i to wlasnie wywoluje we mnie jakis smutek. Odkad mam to zniechecenie ja bym mogla ciagle plakac. Co z tym chlopakiem z ktorym sie teraz spotykam? Warto to ciagnac dalej? Powiedziec mu o tych moich problemach? Ale wiem,ze jesli bym przestala sie z nim teraz spotykac, to bym tez ryczala, bo czula bym sie juz calkiem sama. ze nie mam wsparcia itd. Cos mi radzicie moze?
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
03 sty 2013, 00:05

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez Ezekiel 07 sty 2013, 19:29
karola21101987, ale tak właśnie się dzieje w nerwicy. Wszystko kręci się wokół Twoich wątpliwości. Wątpliwość, że nerwica może mieć wpływ na to czy tamto, wątpliwość czy to powinno być takie czy inne chociaż dla żadnej wątpliwości nie ma argumentów. Po co jesteście na tym forum? Bo nie znaleźliście odpowiedzi na własne wątpliwości. Czasami wmawiacie sobie jakiś powód, tak jak z partnerem i się rozstajecie by poczuć ulgę, a potem nerwica znajdzie nowe wątpliwości, których musi się czepić. Czepia się innych ważnych sfer w życiu i dalej nie rozumiecie jak to się dzieje i dalej szukacie powodu dla swojego niepokoju i wątpliwości, które przeradzają się w końcu w lęk i znów uciekacie. W końcu uczepia się myśli, że może jednak niepotrzebnie skończyłam ten związek i tak w nieskończoność. To typowe w nerwicy!
Tym łatwiej jest sterować osobą w nerwicy i bardziej cierpi i im mocniejszy odczuwa lęk/niepokój. Wtedy po prostu uwierzy we wszystko i wszystkiego spróbuje by poczuć ulgę. Z cierpieniem trzeba się mierzyć by z nim wygrać, a nie od niego uciekać, bo kiedy przestaniesz uciekać to znów Cie dogoni.
agata_08, nie zauważyłaś, że z Twoimi snami jest dokładnie jak z Twoim życiem w związkach? Im bardziej czegoś chcesz tym bardziej jest na odwrót. Im bardziej skupiasz się na tym by nie śnić i nie pamiętać byłego tym bardziej On Cie nawiedza i tym bardziej jesteś przekonana, że to On jest przyczyną tego, że nie potrafisz pokochać obecnego partnera. Podobnie jest w związkach - dokładnie tak samo było z moją dziewczyną i jestem pewny z każdym kogo nawiedziły takie natręctwa i lęki jak opisywane tutaj, a więc odnośnie braku uczucia. Im bardziej chciała pokochać tym bardziej to ją męczyło, że nie kocha i tym mocniej utwierdzała się, że to nie może być to skoro nie czuje, nie ma pewności co do uczucia. Tak się nakręcała tą analizą, że w końcu uwierzyła, że nie kocha. Tak samo jest z Tobą. Analizujesz dotąd aż utwierdzisz się, że to nie ten bo mi się "nosi nie takie buty". Każdy ma wady, ale w zdrowym umyśle skupiasz się na zaletach nie wadach. Czasami nawet wad nie widać, a nerwicowy umysł i tak sobie jakieś stworzy by móc uargumentować swoje wątpliwości co do braku uczucia. I powstaję takie "kwiatki" jak brzydkie buty... Nikt nie jest idealny pamiętasz?:)
Przypomniał mi się kolejny, ale jakże mocny argument w racjonalizacji uczucia. Podczas listopadowej konferencji na temat depresji i zaburzeń lękowych rozmawiałem z renomowaną Panią psycholog, która otwarcie krytykowała metody racjonalizacji przez dobieranie jakichkolwiek sensownych argumentów w celu wytłumaczenia źródła lęku - uznała, że jest to właśnie ucieczka od problemu, a więc w istocie żaden sposób na walkę z nerwicą, ale skrytykowała także poszukiwanie w ogóle źródeł lęku czyli tzw. sytuacji lękotwórczych, ponieważ lęk jest uogólniony w nerwicy, a więc przyczyny nie istnieją mówiąc po ludzku.
Przejdźmy więc do argumentu, który mi przytoczyła. Nie przytoczę dosłownie cytatu, ale ogólny zarys jak najbardziej:
Proszę się zastanowić - dlaczego osoba, która twierdzi, że nic nie czuje tak bardzo chciałaby poczuć coś do partnera? Ano właśnie dlatego, że w głębi siebie coś czuje tylko jest to stłumione przez nerwicę. Jak to wygląda w praktyce? Człowiek nękany nerwicą często potrzebuje pewności co do uczucia kiedy pojawiają się wątpliwości. Te wątpliwości przez to, że są tak uwidaczniane przez nerwicę wyjątkowo bolą - bolą bo dotykają spraw, na których nam naprawdę zależy. Bolą bo w gruncie rzeczy i właśnie w głębi serca kochają. Kochają, a te wątpliwości ich przeszywają. Stąd dochodzi do sytuacji kiedy płaczą, kiedy nie rozumieją samych siebie. Gdyby nie czuli nic w istocie, nie potrzebowaliby i nie poszukiwaliby upewnień, nie baliby się tego w ogóle. Byłaby to sprawa, na której im nie zależy, a więc tak jak inne sprawy, które są mało istotne przechodziłyby bez echa. To właśnie fakt przywiązania, poziomu ważności partnera dla takiej osoby, w istocie też samego uczucia sprawia, że wątpliwości tak bolą, bolą tak bardzo, że aż pojawia się lęk. Lęk, który w nerwicy jest uogólniony skupia się na sprawach, których najbardziej się boimy. Stąd człowiek nękany nerwicą jest w stanie uwierzyć we wszystko. Tylko, że wraz z ucieczką przez lękiem ucieka się przed człowiekiem. Gdyby w istocie nie było żadnego uczucia to nie byłoby problemem zostawienie partnera, nie było by lęku, nie byłoby nękających wątpliwości, nie bolałoby to tak bardzo albo wcale. W takich sytuacjach kiedy już się zdecyduje na rozstanie człowiek unika także partnera bo boi się go panicznie, boi się, że to on jest przyczyną lęku, a jako, że w nerwicy boimy się bać to unikamy go tak na wszelki wypadek.
"Nie są godni miłości Ci, którzy niczym nie ryzykują"
Teorryt
Prawdziwa miłość - wolna i bezwarunkowa:
http://amor-vincit-omnia-in-finis.blog.onet.pl/
https://www.facebook.com/pages/Amor-Vin ... 5817138999
https://www.facebook.com/PrzezTrudyDoGwiazd
Offline
Posty
147
Dołączył(a)
26 gru 2012, 23:31

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez agata_08 08 sty 2013, 01:01
Tak, Ezekiel, to wszystko co piszesz ma sens i wydaje się być nawet logicznym wyjasnieniem tych 'nielogicznych' zachowan. Lubie czytac Twoje wypowiedzi,bo one jakby wyjasniaja mi chociaz czesciowo moje zachowanie , a zarazem troche uspokojaja mnie. Jutro zadzownie i sporbuje się umowic na wizyte u psychiatry. Cieszyloby mnie chyba to,ze to,ze wraca byly jest tylko glupim natrectwem, ale boje sie w to uwierzyc. Bo, jeśli się okaze, ze to nie zadna nerwica?A ze jestem calkiem zdrowa i tylko wmawiam sobie jakieś glupstwa? Ja po rozmowach na tym forum mam mysli,ze ja sobie może po prostu wkrecam te nerwice, tylko po to zeby znalezc uzasadnienie swoich zachowan. Czy myslisz,ze tak może być? Bo przeciez wczesniej pisales cos o tym, ze w nerwicy tak bardzo chcemy poczuc ulge zeby się uwolnic od lekow. Czy raczej znow wymyslam?

Wiem, ze nikt nie jest idealny, heh ;). I widze pozytywy tego chlopaka, ze ma fajny charakter, ze probuje mnie wspierac itd. Ale bardziej chyba skupiam się na wadach heh. Nie wiem sama jak to napisac . Bo nie wiem po prostu czy ja faktycznie moge się w nim zakochac czy raczej predzej to sobie wmowie tylko dlatego zeby nie być sama i mieć w koncu 'ta druga polowke'. Bo wiem np., ze jest taki chlopak, który przyjezdza czasem do mojego studenckiego mieszkania,bo jest bratem kolezanki. I on jakby od razu mi się spodobal. Oczywiscie momentlanie „sie zaroczylam”heh. Po czasie oczywsice wyluzowalam, poplakalam, bo oczywiscie on mnie olal. I w tamtym podobalo mi się niemal wszystko, ale wiem,ze ma kogoś i w ogole nie mam co sobie glowy zawracac. Fakt, ze czasem jest troche dziecinny. A z tym chlopakiem, co się teraz spotykam sytuacja jest inna. Bo zaczelam się z nim spotykac, ale on nie urzekl mnie od początku jak tamten. To raczej ja bardziej się jemu podobam niż on mi. Ale poznajac go zauwazylam ,ze lubie spedzac z nim czas, rozmawiac itd. Zanim pojawilo mi się to zniechecenie to nawet były dni kiedy nie szlam na taniec, bo wolalam spedzic ten czas z nim. Wiec jednak czulam się przy nim fajnie. No teraz odstawilam go momentalnie na dystans po tym nieudanym sylwku, gdy przyszlo to zniechecenie i zaczal pojawiac się były. I powiedzialam sobie ,ze nie chce zmuszac się do uczucia, skoro lubie spedzac z nim czas to będę się spotykac, ale nie obiecuje mu, ze wyjdzie z tego cos więcej. Od razu jak to powiedzialam to poczulam ulge, bo to była po prostu proba kolejnej ucieczki. I pewnie gdyby nie to,ze on powiedzial,ze nie ebdzie naciskal itd., spotykajmy się , to ja bym już to skonczyla. I teraz zobacz. Boje się teraz tego, ze ja spotykam się z nim zeby wypelnic jakas pustke, a jakby tamten brat kolezanki się mna zainteresowal to bym nagle nie wiedziala co robic. Rozumiesz?I dlatego mysle właśnie czy ja probuje zakochac się w nim na sile(a nerwica, jest jakby tlumaczeniem sobie tego) czy po prostu ona odgrywa tu swoja role , o ile ja ją w ogole mam. Bo mysle tez ,ze może po prostu mam tyle watpliwosci, bo 'to nie jest to'. A może gdybym była z tamtym, który zakladamy,ze bardziej wpada w mój gust to bym nie miala tych mysli? Chociaz pewnie były i tak by wrocil po czasie heh. Bo nawet gdy spotykalam się z chlopakami, którzy od razu mi się spodobali to niewiadomo czemu nagle się wycofywalam, bo uznalam ,ze 'to nie to'.
Wiem, ze zadaje dużo dreczacych pytan, az glupio mi. Ale oprocz bylego to mnie tez meczy , ta sprawa z tym chlopakiem. Powiedz co o tym sadzisz, ok? Moze rozchwiejesz moje watpliwosci (co bym pewnie wolala) no albo je potwierdzisz..

-- 08 sty 2013, 00:15 --

Jeszcze raz czytam to co pisales o tej pani psycholog .Teraz mysle sobie, ze moze moglam kochac bylego, tylko wszystko zchrzanila ta nerwica. Ale z drugiej strony , jesli to by naprawde byla milosc to czy bysmy nie umieli byc razem szczesliwi? Eeh sama juz nie wiem. Ale wiem tez, ze dzis rano czulam jeszcze smutek, ten sen i w ogole. Ale w ciagu dnia pomyslalam sobie ,ze chyba nie chce miec z nim kontaktu. Ze on jest jakims cholernym natrectwem, ktore mnie meczy i zaczal mnie nagle wkurzac. Wlasciwie czuje naprzemian zlosc, chec powrotu, smutek. To tez normalne w nerwicy? Powiedz prosze szczerze, bo ja sie boje ,ze sobie wmawiam to wszystko..Znow sie gubie.
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
03 sty 2013, 00:05

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez Ezekiel 08 sty 2013, 01:51
agata_08, kolejny raz muszę powtórzyć - ja nie mogę Ci pomóc choćbym chciał. Pomóc możesz sobie tylko Ty sama:). Jeśli to faktycznie nerwica to walcz z Nią, zamiast uciekać. Jeśli to nie choroba to czym się przejmujesz? Przecież w takim razie wcale nie jest Ci żal, że nie potrafisz się związać i być szczęśliwa prawda? W każdym problemie chcemy poczuć ulgę. Nigdy nie jest tak, że chcemy wyzdrowieć. Nawet udając się do lekarza pierwszego kontaktu z anginą w istocie nie pragniemy wyzdrowieć, a jedynie pozbyć się objawów tj. poczuć ulgę. Nie chcemy czuć gorączki, nie chcemy czuć zmęczenia, bólu głowy, gardła. Chcemy ulgi w tych cierpieniach. To po to udajemy się do lekarza, by pomógł nam sobie ulżyć. Oczywiście w takich przypadkach uda się też wyzdrowieć, ale jest to często tylko "efekt uboczny" naszego pragnienia doznania ulgi.
Gdzie w istocie leży problem? Nie chcesz się przyznać do tego, że masz problem, bo z tym problemem jest Ci dobrze, bo uzależniłaś się od uczucia ulgi. Boisz się przyjąć cierpienie by móc sobie pomóc. Za bardzo się tego boisz. Postaw więc sprawę sobie w ten sposób - albo mam zaburzenia nerwowe, jakiś rodzaj nerwicy i faktycznie uciekam od problemu - albo wmawiam sobie, że mam problem, co w istocie też jest objawem jakiegoś zaburzenia nerwowego.
To bardzo patologiczny system w Twojej głowie - to zakochiwanie, odkochiwanie itd. Zrozum, że miłość to coś co Ty dajesz, a nie ktoś w Tobie to wyczarowuje. Nikt nie uszczęśliwi Cie na siłę, ja ani nikt na forum też Cie z tego nie wyleczy. Ty sama możesz sobie pomóc. Ty sama możesz nauczyć się ofiarowywać miłość.
Przytoczę może de Mello:
"Kochasz jedynie swą z góry przyjętą i pełną nadziei wizję tej osoby. Pomyśl o tym przez chwilę. Nigdy nie byłeś zakochany w rzeczywistej osobie, byłeś natomiast zakochany w swojej a priori przyjętej wizji tej osoby. I czy to nie jest właśnie powód, dla którego się odkochujesz? Twoja wizja uległa zmianie, prawda? "Jak mogłeś mnie do tego stopnia zawieść, skoro ja tobie tak ufałem?" - mówisz komuś. Czy rzeczywiście ufałeś mu? Nigdy nikomu nie ufałeś! Przestań w to wierzyć! To część prania mózgu, ufundowanego ci przez społeczeństwo. Przecież nigdy nikomu nie ufasz. Za jednym wyjątkiem: ufasz jedynie swemu sądowi na temat danej osoby. Na co więc się żalisz? Prawda jest taka, że nie lubisz przyznawać się do tego, że "mój sąd był nieprawdziwy". To cię zbytnio nie zachwyca. Wolisz powiedzieć: "Jak mogłeś sprawić mi taki zawód".

A więc podsumujmy. Ludzie tak naprawdę nie chcą dojrzeć, nie chcą się zmienić, nie chcą być szczęśliwi. Jak to mi kiedyś ktoś mądrze powiedział: "Nie staraj się ich uszczęśliwiać na siłę, bo narobisz sobie kłopotów. Nie próbuj uczyć świni śpiewu. Stracisz swój czas, a i świnię zdenerwujesz"."

oraz:
"Większość ludzi twierdzi, iż pragnie jak najszybciej opuścić przedszkole. Ale nie wierz im. Nie mówią prawdy. Jedyne, czego naprawdę chcą, to by naprawić im popsute zabawki. "Oddaj mi moją żonę". "Przyjmij mnie znowu do pracy". "Oddaj mi moje pieniądze". "Zwróć mi moją wcześniejszą reputację". Tego właśnie naprawdę chcą. Pragną, aby zwrócono im dotychczasowe zabawki. Tylko tego, niczego więcej. Psychologowie twierdzą, że ludzie chorzy w istocie rzeczy nie chcą naprawdę wyzdrowieć. W chorobie jest im dobrze. Oczekują ulgi, ale nie powrotu do zdrowia. Leczenie bowiem jest bolesne i wymaga wyrzeczeń."
Tak samo jest z zaburzeniami nerwowymi - ludzie nie chcą wyzdrowieć bo gdyby chcieli stanęli by w prawdzie przed swoją nerwicą. Stoję i mówię: mam nerwicę, nie ma innej możliwości by ją pokonać niż przez stanięcie z Nią z twarzą w twarz. Mogę uciekać, omijać ją, zwodzić, ale Ona ciągle będzie tam stać. Stoi bo nie próbowałam jej nawet przewrócić, zniszczyć, zabić w sobie.
Na koniec ostatni cytat, który zawiera w sobie radę i ćwiczenie jak walczyć z tym wszystkim:
"Pojmij, jakie zapory budujesz na drodze miłości, wolności i szczęścia, a wówczas one znikną. Zapal światło świadomości, a ciemności się rozproszą. Szczęście nie jest czymś, co możesz nabyć, miłość nie jest czymś, co możesz wyprodukować, miłość nie jest czymś, co możesz posiadać. Miłość jest czymś, co może cię posiąść. Nie możesz wejść w posiadanie wiatru, gwiazd lub deszczu. Nie posiadasz ich, poddajesz im się. Oddanie im może nastąpić jedynie wówczas, gdy świadom będziesz swoich iluzji, swoich nałogów, pragnień i lęków. Jak już mówiłem poprzednio, w pierwszej kolejności wielce pomocny może tu się okazać psychologiczny wgląd, ale nie analiza - analiza paraliżuje. Wgląd nie musi być analizą. Dobrze to ujął jeden z amerykańskich terapeutów: "Liczy się jedynie okrzyk: aha". Samo analizowanie nic nie daje, dostarcza tylko informacji. Jeśli natomiast prowadzi do okrzyku "aha", staje się wglądem. Oznacza zmianę. Po drugie, ważne jest zrozumienie swego uzależnienia. Potrzebujesz na to czasu."
oraz:
"Kiedy tutaj dziś szedłem, ktoś zadał mi pytanie, czy nigdy nie czuję się podle. Człowieku, czuję się teraz i czułem się tak niegdyś. Mam swoje ataki. Ale to nie trwa długo, naprawdę nie trwa. Co robię? Krok pierwszy: nie identyfikuję się z tym. Mam kiepskie samopoczucie. Zamiast się tym przejmować lub poddawać irytacji, staram się zrozumieć to, że jestem przygnębiony, rozczarowany, czy z różnych powodów poobijany. Krok drugi: przyznaję się, że to uczucie jest we mnie, nie w innych. Na przykład nie w osobie, która nie napisała do mnie listu. Nie w świecie zewnętrznym, lecz we mnie. Dopóki myślę, że przyczyna tego stanu znajduje się na zewnątrz mnie, czuję się usprawiedliwiony w utrzymywaniu tego uczucia. Nie mogę powiedzieć, że każdy czuje w ten sposób; w rzeczywistości tylko idioci tak czują, tylko ludzie pogrążeni we śnie. Krok trzeci: jeszcze raz nie identyfikuję się z tym uczuciem. "Ja" nie jest tym uczuciem. "Ja" nie jest samotne.

"Ja" nie jest przygnębione. "Ja" nie jest rozczarowane. Rozczarowanie jest tam tylko obecne, istnieje, można je obserwować. Będziecie zdziwieni tym, jak prędko znika. Wszystko, czego jesteście świadomi, zmienia się. Zmieniają się chmury. Dokonując tej obserwacji, uzyskacie też wgląd w przyczyny, dla których chmury w ogóle się pojawiły."
Czerpcie z tego ćwiczenia. To analizowanie, to nerwicowe analizowanie, które jest kompulsją, wewnętrznym przymusem prowadzi do tego paraliżu, do narastających wewnętrznych lęków, obaw, natrętnych myśli. Te myśli są w Was, to nie świat zewnętrzny, a więc partner czy jakaś konkretna sytuacja sprawia, że się tam pojawia. To wasze chore ego zmusza Was do skupiania się na tych myślach, na analizowaniu ich i szukaniu winnych tych myśli. To przez to, że nie potraficie się do tego przyznać przed samym sobą nie możecie się od takich zaburzeń uwolnić.
Nie użalajcie się nad sobą, nie szukajcie ulgi. Szczęście, uśmiech, radość i miłość jest w Was tylko zabijcie w sobie to co Wam to przesłania, a więc nerwicę stając z Nią do walki, a nie uciekając przed nią. Nie uciekajcie przed nerwicą, bo za nerwicą stoi ten stan, do którego chcecie uciec. Stan spokoju i szczęścia. Wystarczy tylko przejść przez kolczaste krzewy, w które zbroi się nerwica, potem włożyć trochę wysiłku i bólu w zniszczenie gołymi rękoma tego monumentu jakim jest nerwica by za jej gruzami, już niegroźnymi stanąć w szczęściu i miłości:)

-- 08 sty 2013, 00:54 --

Gubisz się bo za wszelką cenę chcesz znaleźć odpowiedź na nękające Cie wątpliwości i lęk, zamiast przecierpieć, znaleźć źródło i zabić je w sobie;). Moglibyście być szczęśliwi, tak jak teraz możesz być szczęśliwa z kim innym, jak tylko przestaniesz wymagać od siebie konkretnego uczucia, którego nawet nie potrafisz zidentyfikować i zrezygnujesz z konieczności nazywania stanów emocjonalnych, zwłaszcza tych radosnych, które są Ci obce przez apatię.
"Nie są godni miłości Ci, którzy niczym nie ryzykują"
Teorryt
Prawdziwa miłość - wolna i bezwarunkowa:
http://amor-vincit-omnia-in-finis.blog.onet.pl/
https://www.facebook.com/pages/Amor-Vin ... 5817138999
https://www.facebook.com/PrzezTrudyDoGwiazd
Offline
Posty
147
Dołączył(a)
26 gru 2012, 23:31

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez daredevil9 08 sty 2013, 08:35
Ezekiel, bardzo fajnie tłumaczysz wiele rzeczy. Z takim spokojem, opanowaniem. Ja mam jedno pytanie (a właściwie dwa): Jak mogę rozpoznać, co jest moim natręctwe? Czy jst nim wątpienie w miłość do M. , czy może, po takim załamaniu, chęć powrotu, próbowania "jeszcze raz" z nadzieją, że teraz będzie lepiej...Drugie pytanie: obecnie, nie wiem czy po lekach, nie czuję nic. Mysli jakby się zzerowały (nie czuję ani kochania, ani niekochania), raczej obojętność (choć, gdy moja M. dzwoni z jakims problemem, staram się Jej pomóc, choć czasami jest to nieudolne i łapię się, że skoro nie potrafie Jej pomóc, zaangażować się całym sobą w Jej problem, to chyba mi nie zależy...brrrrr). Już sam nie wiem, co jest natręctwem, a co faktem....eh....Dręczy mnie po prostu, czy nie uciekam w chorobe przez niespełnienie swoich celów i dążeń (znaleźć jedną kobiete i być z Nia na zawsze)....Chcoiaż wiem, że jeszcze 3 miesiące temu było wszytsko ok, to boję się, że ten stan juz nie wróci, że chociaż kilka razy walczyłem z tymi myslami i uczuciem "niekochania", to tym razem to juz jest definitywne wypalenie i koniec...Bo teraz oprócz apatii i obojętności dochodzi jeszcze stres i wstyd przed rodzina i znajomymi, po całej akacji z zareczynami9 i rozstaniem po 2 dniach... Może ja po prostu nie umiem przyznać się przed sobą, że nie chcę być z moją M. i walczę o to? Sam już nie wiem...co o tym sądzisz?

-- 08 sty 2013, 08:00 --

A może ja po prostu boję się odpowiedzialności? Boję się dorosnąć, stać się głową rodziny, zacząć decydować...?
Offline
Posty
46
Dołączył(a)
02 sty 2013, 22:44

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez agata_08 08 sty 2013, 09:29
EzekielJa rozumiem ,ze nie mozesz pomoc.. Ja chce sobie pomoc sama,wiem ,ze nikt inny tego nie zrobi. Problem tylko w tym zebym wiedziala na 100% co mi jest. A zeby tak bylo musze isc do tego lekarza, co nie?
Ale kurcze no wydaje mi sie, ze to chyba jednak nie jest normalne,bo przeciez jest mi zal, ze wciaz psuje wszystko co zaczynam.Chce byc szczesliwa, ale z nikim mi nie wychodzi. Mam wrazenie,ze nie potrafie sie zakochac. Przeciez nie suzkam ksiecia z bajki. Ale nie sadzisz, ze ktos zdrowy ,patrzac z boku powiedzialby: Ty sie jeszcze nie zakochalas tak naprawde. Jak to bedzie TA osoba to poczujesz,ze to ona. Motyle itd. Myslisz ze tak by nie bylo? Bo to jest tak,ze jak ja sie juz w czyms jakby upewniam, wtedy zaczynam w to watpic. Np. zaczynam spotykac sie z chlopakiem. Im bardziej chce zeby wszystko bylo ok,wlasnie im bardziej sie otworze to wlasnie przychodzi zniechcenie lek, nagle sie w sobie zamykam. Wycofuje sie. To typowe dla nerwicy,tak?Tutaj weszlam na to forum i jeszcze dwa dni temu , nawet wczoraj rano, wydawalo mi sie,ze ja faktycznie to chyba moge miec. Bo przeciez to co pisalam na poczatku i pisze teraz to pisze szczerze. Ale wieczorem juz przyszly mysli,ze ja sobie tylko wmawiam. Ale sam mowiles, ze w nerwicy jest tak,ze watpimy co ejst prawdziwe a co nie. no tak? No uwazasz, ze ja moge tego nie miec, po tym wszystkim co pisalam? Jednak jak przychodzi taki jakby nagly 'atak' to ja dusze sie w sobie. chce plakac, nagle czuje ze 'to nie to'. To przeciez podobnie jak maja inni tutaj no nie? Z tym,ze ja nie mam tego tylko na konkretnej osobie, a z kazdym nowym chlopakiem. Wczoraj rozmawialam z bratem, ktory jak wczesniej wspominalam, ma problemy z natrectwami. Tez przez nie zerwal z dziewczyna. I to on po rozmowach ze mna powiedzial,ze jemu to wyglada na natrectwa i dlatego weszlam na to forum zeby zobaczyc co mysla i robia ludzie gdy to maja. No i razem doszlismy do wniosku, ze to, ze zrywalam z bylym moglo byc natrectwem(bo to przeciez przychodzilo tak z nienacka i nagle zrywalam) i to,ze on wraca tez moze byc natrectwem. Co o tym myslisz? Ja wiem ze problem tkwi we mnie i kazdemu chlopakowi to mowilam. Ale nie wiedzialam co jest i oni tez tego juz tym bardziej nie rozumieli. Powiedz. Czy Ty zobaczyles na poczatku symptomy nerwicy i nadal je widzisz? Czy juz ich nie widzisz? Widzisz, ja tez ciagle szukam we wszystkim potwierdzen, mam pelno watpliwosci. Przyjaciolka ktorej sie zwierzam, a tego nie rozumie sama mowi: "Agata moze masz dzis po prostu taki dzien,ze masz tyle watpliwosci. Jutro bedzie lepiej zobaczysz." Czasem jest lepiej , czasem nie jest.
Bo zobacz. Ja mam jeszcze takie cos, ze nagle przychodzi TO cos dziwnego, mam ten atak placzu, rozmawiam z bliska mi osoba, druga, 3. By mi pomogly,zrozumialy. I ja po tych rozmowach z nimi, czuje ulge,bo wierze ,ze mnie rozumieja i nagle przychodzi ta ulga.No bo nie jestem jzu sama z problemem. I teraz widze,ze mam to samo. Weszlam te 3 dni temu na forum czy jakos tak. I wtedy jeszcze bylam w trakcie tego 'ataku'. Tylko bym ryczalam itd., gubilam sie w myslach, nie rozumialam co mi jest. Dzis jakby czuje sie lepiej po tych rozmowach z Wami, choc sama nie wiem czemu . Ale chyba dlatego,ze to co mowisz tu Ty i inni wydaje sie byc mozliwe, wydaje sie, ze rozumiecie mnie zupelnie i tez zaczynam w to wierzyc.I na =gle wydaje mi sie,ze juz wszystko jest ok, ze rozwiazalam problem. Bo ile razy gadalam po tym jak zrywalam z D. i innymi i to mi pomagalo, na jakis czas uspokojalo. Ale jak widac problem za kazdym razem wraca. Bo teraz kiedy wydawalo mi sie,ze znow jestem na prostej i zapomnialam o tych zachowaniach , to sie znow powtarza. Czy to moze byc objaw nerwicy? Ze ten atak trwa kilka dni , a pozniej sobie wkrecam,ze to jest wszystko normalne, probuje o tym zapomniec i ide dalej. To sa te bledne kolka , ktore w nerwicy wkolko zataczamy? To jest to,ze ja wkolko uciekam i problem do mnie wraca, bo z nim jak dotad nie walczylam? Czy rozmowy z innymi faktycznie moge pomoc w tym 'ataku'? Czy to jest raczej to,ze oni nam mowia to,co chcemy usyszec i rzychodzi ta ulga?
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
03 sty 2013, 00:05

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 13 gości

Przeskocz do