Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Forum o nerwicy natręctw: doświadczenia, historie, pytania.

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez daredevil9 06 sty 2013, 00:02
Ezekiel dzięki bardzo, jesteś Geniuszem. Pomogłeś mi (chociaż wdrożenie Twoich zaleceń zajmie mi pewnie trochę czasu), ale także mojej M., co mnie tym bardziej ciesz.

Ja zazwyczaj jak czuje, że zbliża się okres, w którym pojawić mają się "myśli" czuję potrzebę kupowania różnych rzeczy (pierdół: czapki, rękawiczek, jaki drobiazgów, które potem okazują mi się zupełnie niepotrzebne. Podejrzewam, że to też może być skutek NN. Ma tak ktoś?
Offline
Posty
46
Dołączył(a)
02 sty 2013, 22:44

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Avatar użytkownika
przez singer 06 sty 2013, 00:11
czuję potrzebę kupowania różnych rzeczy (pierdół: czapki, rękawiczek, jaki drobiazgów, które potem okazują mi się zupełnie niepotrzebne.


Ma tak ktoś?


90 % kobiet na świecie :mrgreen:
Avatar użytkownika
Offline
Posty
109
Dołączył(a)
05 wrz 2011, 12:08

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez Ezekiel 06 sty 2013, 01:44
agata_08, oj Agata Agata :). Pierwsze moje pytanie - czy kontaktowałaś się z lekarzem - w tym przypadku psychiatrą? Pamiętaj, że wizyta u psychiatry nawet w przypadku zdiagnozowania choroby takiej jak nerwica nie oznacza, że jesteś "psychiczna".
Po drugie - czy w Twoim życiu wydarzyło się cokolwiek co odbiło się na Twojej psychice? Jakaś trauma, która dotknęła Cie w młodości? Dzieciństwie? Nie chodzi koniecznie o sytuację patologiczną, po prostu coś co "dotknęło" Cie w przeszłości.
Nie jestem cudotwórcą, masz rację - główna zasada w walce z zaburzeniami nerwowymi jest postawa, którą reprezentuje się samemu - po prostu Ty sama musisz chcieć sobie pomóc. W tym celu zawsze trzeba potrafić uświadomić sobie, że problem tkwi we mnie samym/samej. Jeśli nie przyjmiesz tego za fakt nigdy sobie nie pomożesz.
Jeszcze raz powtórzę - nie jestem psychiatrą, ale ja rozpoznaję tu symptomy nerwicy lękowej.
Dystansowanie się to problem typowy dla niektórych przypadków właśnie nerwicy lękowej. To swoisty syndrom, ale i ogromny problem bo świadczy o źle rozwiniętym świecie emocjonalnym (to czego jak wspominałem nie lubię, a więc inaczej niedojrzałość emocjonalna). Jest to tak jakby wrażliwy rodzaj fobii społecznej. Ten problem dotyka zwłaszcza kobiet, ale znam przypadki mężczyzn, którzy zachowują się podobnie.
Na wstępie postaram się Cie uspokoić - po pierwsze, to problem, który można przeskoczyć - nie zdajesz sobie teraz z tego sprawy, być może zrażona niepowodzeniami, ale to naprawdę realne i na drodze racjonalizacji - nawet całkiem proste:)
Po drugie - jeśli raz byłaś szczęśliwa, jeśli raz czułaś się zakochana, to możesz i poczuć się tak drugi raz, możesz też czuć się podobnie znacznie dłużej.
Po trzecie wreszcie - miłość to tak jak wspominałem, nie magiczna więź, która jest Ci pisana tylko i wyłącznie z jednym z pośród 7 miliardów ludzi. Miłość zawsze nosimy w sobie i wystarczy nauczyć się ją dawać by spostrzec, że Ona jest w nas samych.
Bardzo łatwo wytłumaczyć to na przykładzie dzieci z rodzin adopcyjnych. Wielu ludzi wierzy, że miłość między rodzicami, a dziećmi jest w jakiś sposób "odgórnie" uwarunkowana, być może genetycznie przez te tzw. więzy krwi. Adoptowane dziecko kocha jednak swoich rodziców dokładnie tak samo jak dziecko biologiczne, nie ma tu uwarunkowań genetycznych, nie ma więzów krwi, a mimo to miłość istnieje. Gdyby adoptowane dziecko nigdy nie stanęło przed faktem adopcji prawdopodobnie do końca życia żywiłoby taką samą miłość do rodziców jak to robi relatywnie dziecko biologiczne.
Nie zmierzam tu do wniosku, że miłości można się nauczyć. Miłość jest zawsze, w każdym z nas. Jedyne czego można, a nawet trzeba się nauczyć to ofiarowywanie miłości. Trzeba także umieć miłość przyjąć, a to również nie jest proste.
Zmierzam więc do tego, że miłość to stan świadomości. Emocje towarzyszące miłości są bardzo niedoskonałe i ulotne, to one sprawiają, że często odczuwamy "coś więcej". Taka mieszanina radości, szczęścia, euforii, nawet ekstazy. To właśnie płynność towarzyszących jej emocji sprawia, że czujemy wyraźną różnicę na różnych etapach związku. Kiedy wkrada się rutyna, wątpliwości, apatia, złość, egocentryzm i inne niesprzyjające związkowi okoliczności, odczuwanie miłości staje się znacznie trudniejsze lub nawet niemożliwe.
W relacji z rodzicami również nachodzą nas wątpliwości, często przez wzgląd na długość relacji (całe życie) dużo łatwiej nas irytują niż inne osoby, dużo łatwiej złościmy się na nich, ale właśnie przez wzgląd na tą samą relację i na jej długość mamy wykształcony autonomiczny mechanizm racjonalizacji. Nie przestajemy kochać rodziców bo często mimowolnie mówimy sobie "przecież to rodzice, nie mogę się tak na nich złościć".
W relacji z partnerem jest to o wiele trudniejsze, bo nie mechanizm racjonalizacji nie ma naturalnego charakteru, nie jest zakorzeniony z innymi nawykami, których uczyliśmy się od dzieciństwa. W przypadku rodziców jest to niemal tak naturalne jak zachowywanie równowagi podczas chodzenia. Wyuczone po prostu.
W przypadku relacji z partnerem trzeba takiej racjonalizacji uczyć się od początku. Zdrowy umysł uczy się tego szybko i również często podświadomie - długość związku wpływa na przywiązanie, miłe wspomnienia na pogłębianie się więzi, a to z kolei "instaluje" taki mimowolny mechanizm również w relacji z partnerem i daje to uczucie takiej naturalnej miłości.
Ten nękany nerwicą ma problemy ponieważ musi mierzyć się z nękającymi wątpliwościami i lękami. To przez te lęki i wątpliwości tak trudno jest osiągnąć stan naturalnego racjonalizowania. Szuka się więc odpowiedzi na wątpliwości na drodze analizy, a brak zrozumienia prowadzi do lęków i tak dalej i tak dalej, aż błędne koło się zamyka.
Stąd konieczność świadomego treningu racjonalizacji. Trzeba umieć stawiać pytania w pełni świadomie i trenować to dotąd aż wpadnie to w nawyk. Nawet jak wpadnie w nawyk dalej warto to "wałkować", tak aby wreszcie usilnie osiągnąć naturalność tejże racjonalizacji, tak jak w relacjach z rodzicami.

W zależności od rodzaju "problemu", a więc od tego jak nerwica, lęki, natręctwa - wpływają na daną osobę może to znaleźć odzwierciedlenie w różnych sytuacjach. W pewnym sensie zależy to od zaawansowania nerwicy tudzież od słabości w charakterze danej osoby. Część osób znajdzie swoisty mechanizm zaprzeczenia dla nerwicowych myśli o braku uczucia. Będą potrafiły się związać, ale będą też targane wątpliwościami, które będą powodować ogromne trudności w funkcjonowaniu, normalnym życiu, czy w odczuwaniu spokoju i radości. Inne osoby będą potrafiły z tym walczyć tylko czasowo, prawdopodobnie przez negację wątpliwości, jakąś formą ucieczki od nich, aż ich poziom będzie tak duży, że jedynym rozsądnym wyjściem będzie ucieczka, konieczność znalezienia ulgi w rozstaniu (oczywiście wcześniej będą szukać odpowiedzi na swoje wątpliwości, ale nie znajdą ich więc uznają, że to po prostu "nie to"). Jeszcze inne osoby będą właśnie się dystansować. Może to być związane z wyuczonym brakiem zaufania do relacji, która czegokolwiek wymaga. W momencie kiedy związek zauroczenie przeradza się w poważniejszą więź przychodzi świadomość, że jest coś co "muszę od siebie dać" zamiast "najwyższy czas bym coś od siebie dała, chcę dać coś od siebie". To ta świadomość niszczy w takiej osobie swobodę odczuwania radości ze związku. Przychodzi załamanie uczucia i wątpliwość. Miłość jest blokowana.
Na wstępie każdego związku tak zdrowy jak i chory umysł dozuje to uczucie miłości, ogranicza się do zwykłej sympatii, którą wzmacnia i odróżnia od zwykłej sympatii do kolegi to uczucie fascynacji i zauroczenia (fascynacja i zauroczenie natomiast przychodzi w związku ze skumulowaniem cech wewnętrznie pożądanych przez nas samych, ktoś po prostu ma te cechy, których szukam w facecie/dziewczynie). W miarę trwania związku i umacniania się relacji/więzi zdrowy umysł coraz odważniej otwiera się na partnera zmieniając powoli tą sympatię w miłość:).
Chory umysł, nękany przez zaburzenia, doszukuje się - często zbyt wcześnie i za szybko - konieczności okazywania miłości co w gruncie rzeczy przynosi odwrotny skutek - ściska sznurem ten worek z miłością. To jest to o czym mówiłem - im bardziej czegoś chcesz tym dalej jesteś od tego - zwłaszcza jeśli chodzi o emocje i uczucia. Taki człowiek po prostu koniecznie chce nazywać/porównywać/analizować/odczuwać pewność. To prowadzi do wątpliwości ponieważ dochodzi do sytuacji kiedy chce się nazwać coś czego nie ma.
Może to trochę głupie porównanie, ale to jak z telekinezą poniekąd. Uznajmy, że telekineza jest niemożliwa, jest po prostu bzdurą, a jeśli ktoś w to wierzy to przynajmniej weźmy za przykład kogoś, kto nie ma takiej zdolności. Człowiek taki siada przed stołem, na którym znajduje się długopis i próbuje siłą woli go przesunąć w dowolnym kierunku - dla wyrazistości przykładu powiedzmy, że w stronę partnera. Najpierw pojawia się irytacja, potem zadajesz sobie pytanie - dlaczego ten długopis tam nie idzie, narastają wątpliwości, rośnie irytacja, skupienie wokół samego siebie (egocentryzm) - w końcu przestał mnie interesować partner, liczy się już tylko mój problem z przesunięciem długopisu. Im bardziej chce się go przesunąć siłą woli tym bardziej wątpimy, w to, że nam się to uda. W końcu dochodzimy do wniosku, że jest to niemożliwe - jaki jest efekt? Partner nie będzie miał długopisu, który tak bardzo chcieliśmy mu ofiarować! Rozwiązanie jest bardzo proste - zamiast koniecznie skupiać się na tym by partner go dostał, wystarczyło o tym nie myśleć tylko po prostu go podnieść i mu go oddać. To jest ta różnica w funkcjonowaniu zdrowego i chorego umysłu. Zdrowy odruchowo, naturalnie złapie za długopis i go poda. Zaburzony umysł, będzie się zastanawiał, skupiał na tym, że musi ten długopis ofiarować jakąś cudowną metodą, siłą woli. Po drugiej stronie stołu siedzi partner, który ma wszelkie cechy pożądane, zauroczył mnie, zafascynował, lubię go i teraz dwie drogi - zdrowego umysłu - lubię go więc mu go dam i chorego - muszę się siłą woli zmusić by dostał ten długopis - analogicznie jest z uczuciem.
Trzeba racjonalizować trochę na siłę w takich przypadkach. Nie muszę przecież "po prostu" czuć, być pewnym - miło spędzam czas, więc dlaczego po prostu nie wyciągnę ręki i nie dam mu tego długopisu?

Nie zmuszaj się, racjonalizuj. Dystansowanie się to bardzo trudny problem, ale pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie, że to w Tobie leży ten problem. Potem już zobaczysz, że miłość to nie magiczna więź między określonymi osobami i nikim innym, ale sztuka, cudowna sztuka oddawania jej komuś bezwarunkowo.
Margaret Jameson powiedziała kiedyś "Miłość, która oczekuje wzajemności, to nie miłość" i ja się zgadzam z tym stwierdzeniem - miłość to uczucie, które oddajemy komuś, nie magiczna więź, która "aktywuje się" w momencie spotkania "tego jedynego". "To coś", moment kiedy powiesz, że "to jest to" nie istnieje w ukrytym wymiarze, ale w Tobie i Twoich oczekiwaniach. Jeśli ktoś Cie zauroczył i zafascynował to nie musisz się zmuszać do pewności co do żywionego względem niego uczucia.
"Po prostu bońć" jak głoszą słowa przeuroczej piosenki. Ty bądź i niech On będzie. Nie wymagajcie niczego od siebie nawzajem, jeśli lubicie ze sobą przebywać to wystarczy, ale przede wszystkim nie wymagajcie niczego od siebie samych, a wtedy to wreszcie poczujesz. Swobodę, spokój, miłość :) wtedy kiedy wykształci się ta niezmącona więź i naturalność w racjonalizowaniu wszelkich wątpliwości:)

-- 06 sty 2013, 00:51 --

daredevil9, rytuały to normalna rzecz. Tobie akurat trafił się taki;). Podobnie jest z tzw. omenami ataku nerwicy/myśli. Moja dziewczyna np. miewa nieuzasadnione napadły płaczu, dokładnie dwa dni płacze kompletnie bez powodu, innym omenem/zwiastunem jest niechęć do podejmowania się jakkolwiek wymagających zadań, niewiara we własne możliwości i taka lekka infantylność. Później przychodzi niesamowity atak apatii i dystansowanie się do relacji w związku. Jeśli chodzi o rytuał - moja dziewczyna lubi w takich chwilach unikać stresowych sytuacji (najlepiej wszystkich możliwych), zjeść coś słodkiego i przytulać się ogrzewając się kocem. Niestety przy ataku tych myśli jest to już o wiele trudniejsze.
"Nie są godni miłości Ci, którzy niczym nie ryzykują"
Teorryt
Prawdziwa miłość - wolna i bezwarunkowa:
http://amor-vincit-omnia-in-finis.blog.onet.pl/
https://www.facebook.com/pages/Amor-Vin ... 5817138999
https://www.facebook.com/PrzezTrudyDoGwiazd
Offline
Posty
147
Dołączył(a)
26 gru 2012, 23:31

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez daredevil9 06 sty 2013, 15:25
Dzięki za wszystkie Wasze rady...

Mam czasami tak, że wydaje mi się, wtedy, kiedy "nie kocham", że się oszukuję, że jestem z moją M. bo liczę, że Jej miłość nam wystarczy że przeleje się w jakiś wspaniały sposób na mnie...Gdy odganiam te myśli, czasami przychodzi do głowy, że Ona jest dla mnie "zbyt kiepska", że znajdę lepszą...Ostatnio miałem myśli, ze jestem za młody na ślub, dzieci, itp (mam 25 lat), że powinienem się jeszcze wyszaleć...jesteśmy razem 6 lat a więc odkąd mieliśmy 19 lat...Przychodzą myśli, że całe dorosłe życie spędziłem z Nią, zamiast popróbować życia, pokosztować, pobalować...(choć zawsze moim marzeniem było znaleźć jedną, wybraną i być z nią do końca życia). Rozpamiętuje niekiedy poprzedni związek, jakby było gbyby...Czasami myślę, że jakby mojej M. coś się stało, wypadek, jakiś poważny uraz, to byłoby mi łatwiej, bo z litości musiałbym przy Niej zostać...kiedyś rozmawiałem z moją M. i doszliśmy do wniosku, że miłość to przyjaźń plus seks;). Łapię się na tym, że nie mówię jej czułych słowek, nie komplementuję, a każda kobieta tego potrzebuje...Wtedy jest mi źle, tłumacze sobie "tacy są przecież faceci". Ja mam jeszcze gorzej...Oświadczyłem się, a po 2 dniach zerwałem...Oprócz tych myśli dochodzi jeszcze większy strach i wstyd - przed Jej rodziną, znajomymi...Te uczucie, które mnie naszło dzień po zaręczynach (Widzisz, teraz jest jeszcze gorzej niż było i będzie jeszcze gorzej!!!)brrr....Czasami wyobrażam sobie, że moja M. jest z kimś innym, z kimś, z kim jest jej lepiej...Ona sama mówi, że między nami jest wręcz idalnie, a ja nie umiem tego docenić, dostrzec...Dochodzi głos, że czas na zmiany, że zmarnujemy sobie zycie...Kiedy nie widzimy się kilka dni, kiedy o Niej nie mysle, to pojawia sie mysl: "oddalacie sie od siebie". Wtedy panikuję. Boję się, że na psychoterapii dojdę do wniosku, ze jednak nie kocham....I co wtedy??!!??!!6 lat poświęciliśmy na budowanie naszego związku, na kompromisy, dotarcie, ustępstwa, zaakceptowanie cech i zachować...Nie da się chyba tego w kilka dni zniszczyć i zapomnieć....

Dzisiaj się widzimy pierwszy raz od Nowego Roku....ciekawe jak będzie...Przed południem pomyślałem: zrobie coś miłęgo na wieczór, kolację, może kino....ale potem naszła myśl: "po co" "w jakim celu"....Ogólnie od kilku dni ejstem ospały, leze ciągle w łóżku (wychodzę tylko do pracy)...ja już sam nie wiem, czy lepiej mi z Nią, czy samemu...:(:(:(:(:(;(:(:(:(....Logicznie analizując chcę z Nią być, ma wszytsko, o czym przeciętny człowiek marzy....Ale wtedy pojawiają się my śli, że masz to tylko w głowie, a nie w sercu....MASAKRA!!

eh, co o tym sądzicie? iał tak ktoś?
Offline
Posty
46
Dołączył(a)
02 sty 2013, 22:44

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez Ezekiel 06 sty 2013, 15:50
daredevil9, w tak długim związku trzeba racjonalizować, a więc jeśli na logikę chcesz z Nią być to to jest dowód na to, że to jest coś więcej niż zwykły związek. Wniosek, do którego doszliście jest doskonały - miłość to przede wszystkim przyjaźń. Jeśli w związku nie jesteście przyjaciółmi to nigdy nie będzie Was łączyć cokolwiek więcej niż seks.
Uwierz mi - wątpliwości, które Cie nękają - nękają też każdego innego faceta w Twoim położeniu, ale przez Twoją nerwicę są wyjątkowo "upierdliwe". Sam pomyśl - skorzystałbyś z życia, szalejąc gdzieś z przypadkowymi partnerkami, ale czy to dałoby Ci to szczęście? Miałbyś potem tylko kolejne powody żeby żałować: a to dlatego, że Twoja seksualność stała się czymś powszednim, czymś czego nie możesz ofiarować życiowej partnerce jak skarbu. Spełniłbyś swoje fantazje, a potem co? Okazałoby się, że nie jesteś dzięki temu lepszym człowiekiem, ani nawet spełnionym. Uległbyś pokusie i potem byłby tylko żal i zastanawianie się "po co to wszystko było?"
Poza tym zastanów się - czy w związku z inną naprawdę byłbyś szczęśliwszy? Może na początku kiedy ta fascynacja, która daje Ci pozorne poczucie szczęścia czułbyś się szczęśliwszy, ale znów wpadłbyś w rutynę i czułbyś się jeszcze gorzej, bo doszłyby kolejne wątpliwości - czemu nie mogłem zostać z moją M.?
Nie szukaj w sobie szczęścia na siłę. Ciesz się małymi rzeczami, bo to one kreują Twoje życie, nie cudownie spadające z nieba wielkie wydarzenia i rzeczy:)
"Nie są godni miłości Ci, którzy niczym nie ryzykują"
Teorryt
Prawdziwa miłość - wolna i bezwarunkowa:
http://amor-vincit-omnia-in-finis.blog.onet.pl/
https://www.facebook.com/pages/Amor-Vin ... 5817138999
https://www.facebook.com/PrzezTrudyDoGwiazd
Offline
Posty
147
Dołączył(a)
26 gru 2012, 23:31

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez agata_08 06 sty 2013, 18:40
Ezekiel, Dziekuje za to wszystko co mi napisales. Jednak nadal czuje się mega zagubiona w tym wszystkim, choc zaczynam w tym co piszesz widziec siebie. Odpowiadajac na Twoje pytanie co do tej traumy w zyciu. Mialam zawsze kochajaca się rodzine, dom itd. Wiem,ze rodzice mnie kochali i chcieli dobrze. Ale odkad pamietam to zawsze balam się taty. Moj tata to typ choleryka, jak byslimy mali z rodzenstwem, dal czasem po prostu na tylek. Ja jestem najmlodsza z naszej 3. Kiedy tata chcial dac mi klapsa, to plakalam juz zanim go dostalam, raz nawet pamietam,ze jak bylam mala po prostu się zsiusialam ze strachu. Ale tylko raz tak naprawdę oberwalam za dzieciaka. Jednak gdy cos przeskrobalam, a tata podnosil głos, to wszystko we mnie się balo, az podksakiwalam czasem, gdy krzyknal. Ja wiem,ze on nie chcial zle..Albo tez tata czasem nie zastanawia się nad tym co mowi. Jego slowa potrafia ranic. I było tez wiele sytuacji, ze plakalam przez to co powiedzial. Niesprawiedliwie mnie osadzal, czasem jakos przezwal. Strasznie wtedy bralam te slowa do siebie, bo sprawialy mi bol. Dopiero koniec szkoly, studia, wyjazd z domu sprawily,ze zaczelam mieć inne relacje z tata i przeciwstawiac się mu, zniknal ten wczesniejszy lek. Ale do teraz jego slowa czasem tak mnei zabola, ze placze.
Inna sytuacja, która była dla mnie trudna, to jak mialam 8 lat, mama wyjechala na 2 meisiace do Stanow. Oczywiscie wrocila, ale bardzo ciezko było mi z tym,ze pojechala. Kazdy dzien liczylam do jej powrotu. Nic więcej nie kojarze, zeby bardzo zapadlo mi w pamiec. No chyba ,ze jeszcze to,ze od 14 roku zycia zaczelam mieć problemy ze zdrowiem, z czasem coraz powazniejsze. Choruje do teraz i raczej się już tego nie pozbede, na szczescie z tym da się zyc. Ale do tych mysli już przywyklam.

Od zawsze jestem malo pewna siebie, mam niskie poczucie wartosci.Wlasnie im bardziej choruje widze, ze staje się jeszcze jakby bardziej slaba psychicznie. Ogolnie, wkolko zadaje mnostwo pytan, jak male dziecko. Czesto są to pytania w których chodzi o to samo, zeby uzyskac kolejny raz twierdzaca odpowiedz, mimo,ze juz 2 razy ja slyszalam. Pewnie zdazyles to i tak już zauwazyc w moich wypowiedziach. Szybko ufam ludziom. Wiem,ze za szbko.
No i ten stan, który opisales, a idealnie opisuje moje zachowanie. Zawsze gdy poznam jakiegos chlopaka, nie wiem czy na sile chce się zakochac czy jak, ale od razu wydaje mi się, ze „to to”,ze jestem zauroczona i w ogole. Gdy on mnie olewa, placze itd. Po czasie mija. Gdy jednak on wchodzi w ta znajomosc , wszystko na początku się uklada, ale ja nadaje tej znajomosci szybkie tempo,jakbym od razu zaczela z nim być ledwo go poznajac, po czym tak jak pisalam wczesniej, nagle się wycofuje. I wtedy widze w nim coraz więcej wad, zaczynam czuc pustke i właśnie wraca do mnie Dawid. Dzis np. on mi się znow snil, a przeciez wcale tego nie chcialam;/. Czuje smutek. Z jednej strony zycze mu szczescia z inna laska. Z drugiej chce zeby był obok mnie i zebym to ja była znow w jego zyciu najwaznijesza. Czemu tak jest? Cemu jest tak,ze nie potrafie otworzyc się przed nowym chlopakiem tylko ciagle wracam do bylego? Faktycznie, jakby cos blokowalo mi te dobre uczucia, miłość itd. Bo ja nawet nie wiem czy naprawdę bylam zakochana. Jesli czulam takie uczucie , to trwalo ono bardzo krotko, bo po nim nagle przychodzilo to zniechecenie i mnostwo watpliowosci. Tlumaczylam to sobie zawsze stwierdzeniem, ze ja nie umiem się zakochac. Co więcej, ja pamietam ,ze wczesniej na samym początku znajomosci często od razu mowilam „tylko się we mnie nie zakochuj”, heh. To już wtedy było to co teraz?

Ja wiem,ze cos jest nie tak i problem lezy we mnie. Kazdemu chlopakowi to mowilam przy ktorym dzialo się to co teraz. I ja właśnie widze, ze problem pojawia się ,gdy ja się już otworze i nagle trzeba dac z siebie cos więcej, pojawiaja się zobowiazania. Dlatego taka ulge przynioslo mi to,ze powiedzialam mu,ze chce się spotykac bez zadnych zobowiazan, jak koledzy. Tylko,ze mimo ulgi ja dalej czuje w sobie TEN WIELKI SMUTEK. Jak on uslyszal mnie, to stwierdzil ,ze czuje się jak jakas pomylka. Ja wcale mu się nie dziwilam, ale tez nie umialam wyjasnic swojego zachowania.

Bardzo chce sobie pomoc, tylko wczesniej nie mialam pojecia jak to zrobic. Zawsze gdy mialam problem, mowilam o nim mamie. Ale ona nie rozumiala mnie,mimo,ze probowala. Ale często właśnie slyszalam, ze „ty jestes chyba po prostu niedojrzala emocjonalnie,ze tak ranisz tych facetow, sama nie wiesz czego chcesz. Moze jestes za mloda”. Ale przeciez ja na początku wiedzialam czego chce. Ale ktos patrzac na moje zachowanie faktycznie by pomyslal, ze nie wiem i jestem jakas niedojrzala. Skoro faktycznie jestem niedojrzala emocjonalnie to skad to wynika? Co teraz mam robic zeby życie w koncu zaczelo mi sie ukladac? Ja zaczne nad soba pracowac, bardzo chce zeby moje zachowanie się zmienilo, ale zeby tak ktos powiedzial mi co ja mam robic. To co powinnam robic zeby nie uciekac przed kimś jak się zaczynam już spotykac?

Jeszcze jedno. To samo mam z sytucjami intymnymi, seksem. Zawsze jak dojdzie do jakiegos bliskiego kontaktu z druga osoba, ja mam mnostwo mysli. I dużo pytam, probujac upewnic się,ze ja nie jestem dla tej osoby tylko zabawka. Wlasnie czuje przed seksem jakiś ogolny lek. Ten Dawid był bardzo dobry dla mnie,ale co do seksu to za bardzo naciskal. No ale nie zgwalcil mnie ani nic z tych rzeczy. Jednak wiem,ze nie bylam gotowa na seks, gdy on tego chcial. Ale mimo,ze nie chcialam to probowalam, rozumiesz? Czemu?Przeciez mnie nie zmuszal. Ale wydawalo mi się,ze strace go jak nic nie będzie, a nie chcialam go tracic. To było bezsensu. Ale ja się chyba balam samotnosci, a on byl mi bardzo bliski. Myslisz,ze to mialo wpływ na to ,ze teraz przed nowym facetem tyle mam obaw, ze się mna zabawi i tyle biore do glowy?

A propos lekarza. Nie boje się isc do psychiatry i uslyszec ,ze cos mi dolega. Szczerze? To bym chyba nawet wolala uslyszec, ze to jakas nerwica i po prostu bym sama sobie mogla wytlumaczyc te swoje zachowania, ze nie są calkiem normalne itd. Moj brat ma problemy z natrectwami. I jak zaczelam jemu się zwierzac, on jakby zaczynal mnie rozumiec, i poszlam raz do psychiatry. Ale ta wizyta była beznadziejna. To było chyba 2 lata temu. Lekarka jakby zlala mnie,chyba uznala jeszcze za dzieciaka. Może ja tez nie umialam powiedziec co czuje, tak jakbym zrobila to teraz. Ale ogolnie wiem,ze wyszlam z tym samym problem , z ktorym weszlam. Pare razy bylam tez u psychologa, bo ja naprawdę nie wiedzialam co mi jest, ale ta kobieta tez okazala się totalna porazka. Bylam 3 razy i skonczylam te spotkania, bo ona w ogole mnie nie rozumiala. Myslisz,ze powinnam isc do psychiatry? A skad wiesz,ze to symptomy nerwicy lekowej? Skad wiesz to wszystko co mi napisales, jeśli nie jestes lekarzem? Ja bym naprawdę chciala być pewna co mi jest,wtedy będzie mi latwiej. Bo tak kiedy nie wiem co mi dolega, to boje się,ze zaczne wierzyc,ze mam nerwice, a to okaze się nieprawda. I jak wtedy wytlumacze swoje zachowanie?Myslisz naprawdę, ze to nerwica?
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
03 sty 2013, 00:05

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez daredevil9 06 sty 2013, 18:48
Ezekiel dzięki ejszcze raz, mam nadzieję, że zbliżę się kiedyś do Twojego poziomu...Eh, zawsze jak mam złe myśli, mówię mojej M. że to cś w mojej głowie, że to nie jestem prawdziwy Ja...Czesto wydaje mi się, że jakbyśmy byli już po ślubie wszytsko byłoby lepiej....A potem trafiam na artykuły na internecie, ze: nie lcizcie na to, że slub rozwiąże problemyw wzwiązku. Nie będzie cudownym lekarstwem:....I przychodzi dół...Rozmyślanie...Boże, ja już nie wiem, czy jestem chory, czy sobie wmawiam na siłę....Psychiatra, psycholog zdiagnozowali mi nerwicę, Ezekiel czytałes mój post o moim zyciu, a ja dalej się zastanawiam, czy aby oni się nie mylą...Teraz czuję pustkę. Chyba jeszcze gorszą od tych myśli...Boję się, że za późno się zdecydowałem na leczenie, że miłość już uciekła, że ją przegapiłem...Czasami patrzę na inne dziewczyny, zastanawiam się jak by było z nimi...Jak jakas kolezanka powie coś, o czym też myśle, to nagle wydaje mi się, że to jest TO....Ach, czy aż tak działa choroba? A ż tak bardzo dotyka w to, na czym nam zalezy??!! Sam już nie wiem co mysleć...Prosze o jakąś radę...
Offline
Posty
46
Dołączył(a)
02 sty 2013, 22:44

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez Ezekiel 07 sty 2013, 00:56
agata_08, nie jestem psychiatrą tak jak wspominałem. Dlatego właśnie zalecam Ci wizytę, możesz nawet wydrukować swoje wypowiedzi z forum jeśli nie potrafisz tego tak swobodnie opowiedzieć przed psychiatrą. Oni mają to do siebie, że nie są często zbyt rozmowni. Jako lekarze wolą raczej słuchać i sucho oceniać fakty. Nie oczekuje od nich wylewności, ciepła i zrozumienia:) - to, że potrafią rozpoznać zaburzenia nerwowe nie znaczy, że będą Cie rozumieć - sami w końcu nie cierpią na podobną dolegliwość:). Nie bój się też farmakoterapii. Badania udowadniają, że ten rodzaj leczenia w przypadku zaburzeń podobnych do Twoich jest często jedyną skuteczną formą leczenia. Czasami nieodłącznym elementem jest psychoterapia, ale w przypadku zaburzeń kompulsywnych, fobii społecznych czy zaburzeń panicznych jest to prawdopodobnie jedyna skuteczna metoda. Z ostatnich doświadczeń i wielu rozmów znam jednak przypadki osób, które poradziły sobie z tego rodzaju formami zaburzeń lękowych (lęk przed brakiem uczucia, dystansowanie się) bez leków lub z minimalnym ich udziałem, ale były to silne charaktery, które potrafiły walczyć z nerwicą i przeciwstawić się mechanizmom ucieczki.
Skąd wiem, że to nerwica lękowa? Nie wiem! Domyślam się. Podobne symptomy ma wiele innych osób, z którymi rozmawiam i którym staram się pomóc, a które mają zdiagnozowaną nerwicę lękową. Wiele osób na tym forum ma podobne objawy, nawet moja dziewczyna jest niemal idealnym odzwierciedleniem Ciebie.
Dystansowanie się, wycofywanie, duszenie uczucia jest formą ucieczki od problemu, wyuczonej, ale szkodliwej walki z lękiem. To ewidentnie zaburzenie lękowe. Taka forma "rytuału" właśnie (kompulsji). Twoje zachowanie jest niejako mimowolnie przymusowe. Wyraża się to w różnych formach u Ciebie. Po pierwsze ciągła analiza, która prowadzi do wątpliwości i lęku. W nerwicy niepokój pojawia się "znikąd" i stąd bierze się potrzeba analizy. W nerwicy zawsze skupiasz się na tych wymagających, istotnych sprawach, jeśli więc jesteś z facetem to skupiasz się na nim, jeśli jesteś wolna to skupiasz się na byłym. Dlaczego tak bardzo były utkwił Ci w pamięci? Być może właśnie przez czynności seksualne.
Boisz się zmian, a te związane ze związkiem są zawsze bardzo istotne dla Twojego życia. Ciągła analiza prowadzi do tego, że coraz bardziej zaczynasz wątpić w sens zmian, a robisz to tylko po to by się uspokoić i znaleźć jakieś argumenty dla Twoich wątpliwości, tudzież przeciw nim. Twój niepokój i wątpliwości jednak są nieuzasadnione w większości przypadków bowiem dotyczą sytuacji, które nawet nie miały miejsca i pewnie nigdy się nie wydarzą.
Nie obwiniaj też mamy za brak zrozumienia. Problem polega na tym, że sama siebie nie zrozumiesz w pełni. Jest to przyczyną tego, że mechanizm działania takich zaburzeń nerwowych jest nieracjonalny, a więc nie wytłumaczalny w jakiś logiczny sposób. Oczywiście wiadomym jest, że Twoje lęki i obawy tyczyć się będą sytuacji dla Ciebie ważnych bo wokół nich skupia się większość Twoich myśli. Wątpliwości pojawiają się oczywiście wokół wielu spraw, ale nawet nie zwracasz na nie uwagi ponieważ inne sprawy nie mają dla Ciebie większego znaczenia. W przypadku związku i relacji z partnerem, przedmiotem wątpliwości jest coś dla Ciebie wyjątkowo istotnego.
Twój umysł wykształcił patologiczny mechanizm walki z wątpliwościami dotyczącymi spraw ważnych. Przy zauroczeniu przyśpieszasz sztucznie rozwój relacji z partnerem, być może dlatego, że chcesz jak najlepiej wykorzystać moment kiedy czujesz się szczęśliwa i pewna partnera by móc to przenieść na poziom, którego tak bardzo wewnętrznie pragniesz to potęguje tylko późniejsze wątpliwości i lęk przed zobowiązaniami, które pojawiają się nagle zamiast stopniowo. Setki pytań, które się pojawiają są dowodem na to, że potrzebujesz znaleźć argumenty dla swoich wątpliwości, które nie mają uzasadnienia. Nie rozumiesz dlaczego nie mają, dlatego tak bardzo chcesz poznać odpowiedzi, zamiast odpowiedzieć sobie, że to po prostu Twoje myśli, takie same jak każde inne. Niestety nie jest to proste by móc w to uwierzyć.
Co jest najlepszym lekiem na natręctwa i lęki? Każdy kto poradził sobie z tym problemem samodzielnie powie Ci jedno - cierpliwość. Cierpliwość wyrażana czasem, który przemija w cierpieniu związanym z nękającym Cie lękiem, natręctwem, wątpliwością. Musisz się więc siłą choćby powstrzymywać od swoich mechanizmów obronnych, od rytuałów, od uciekania. Trwaj w tym stanie, a lęk, wątpliwość same ucichną, nie szukaj dla nich argumentów, a kiedy już trochę się pomęczysz, spostrzeżesz, że strach ma wielkie oczy. To powiedzenie sprawdza się tu doskonale:). Jeszcze raz powtórzę! Cierpliwość! Cecha, która w nerwicy jest lekiem najskuteczniejszym, ale jest też jak woda na pustyni - niesamowicie o nią trudno, ale warto walczyć!
Cervantes mawiał i bardzo słusznie "Cierpliwość jest plastrem na wszystkie rany"!

daredevil9, postaraj się nie szukać na siłę argumentów dla swoich wątpliwości i lęków. Postaraj się je przeczekać. Racjonalizuj, nie skupiaj się na treści myśli/lęku. Skup się na tym, że on nie ma podstawy, przeczekaj, pomęcz się z tym, racjonalizuj tak jak wspominałem wcześniej. Nic na siłę! Po prostu trwaj i bądź partnerem dla swojej dziewczyny. Lęk minie zobaczysz. Musisz trenować swoje zaufanie do związku, a nie do Twoich wątpliwości. Twój umysł nie potrafi rozróżnić co prawda co jest prawdą, a co nie stąd naturalna racjonalizacja jest trudniejsza, dlatego musisz zadawać sobie pytania pomocnicze dotyczące spraw mniej dla Ciebie ważnych, które nie nękają wątpliwości, ale także starać się z zewnątrz rozpatrzeć to co się dzieje w Twojej głowie, a więc czy gdyby w podobnej sytuacji znajdował się Twój przyjaciel czy brat nie mówiłbyś mu, że przesadza, oszalał, albo jest po prostu głupi? Sam twierdzisz, że czasem wyobrażasz siebie z inną i myślisz, że może byłoby Ci lepiej - właśnie tylko myślisz, zastanawiasz się czy nie byłoby. Nie ma tu wątpliwości, bo nie jest to w danej chwili dla Ciebie istotne, nie widzisz, że nie ma tu żadnej pewności co do faktycznego zwiększenia odczuwanego szczęścia po zmianie partnera.
Chcesz znaleźć problem to zawsze go znajdziesz - taka jest zależność. Zdrowi ludzie nie zastanawiają się nad tym co będzie. Po prostu wierzą, że będzie dobrze. Trwają w związku z partnerem, z którym łączy ich więź powstała po miesiącach latach relacji, z którym łączy ich uczucie, które jest w pewnym sensie przez ten czas zracjonalizowane. Nie myślą o tym co by było gdyby, czy na pewno go/ ją kocham, czy z kimś innym nie będzie mi lepiej bo gdyby zaczęli to każdy by znalazł dobry powód by się rozstać. Myślisz, że ktoś taki ma lepszego partnera niż Ty? Zastanawiasz się czasem, dlaczego Twój przyjaciel jest szczęśliwy ze swoją dziewczyną? Co Ona takiego ma czego nie ma Twoja dziewczyna? On po prostu nie szuka powodu by się rozstać bo tych jest zawsze wiele. Jednakże równie wiele jest powodów by trwać w związku, by otworzyć się na partnera i by go kochać. Nerwica powoduje, że skupiasz się na tym czego się boisz. Boisz się bać - to naturalne, a więc za wszelką cenę chcesz wyeliminować wszelkie lękotwórcze sytuacje, jednak te w gruncie rzeczy nie istnieją. Są wytworem Twojej wyobraźni, nigdy się nie wydarzyły, a Ty uznajesz je za realne zagrożenie.
Ktoś kiedyś świetnie to opisał - żyjemy z wykształconym mechanizmem obronnym. Mechanizmem, który na drodze lat ewolucji sprawił, że nauczyliśmy się odczuwać strach przed zagrożeniem dla życia czy dobra tak naszego czy naszych bliskich. Strach, który w naturalny sposób podnosi czujność i poziom adrenaliny dzięki czemu potrafimy takiemu zagrożeniu stawić czoła. Żyjemy jednak w czasach kiedy zagrożenie nie jest już tak realne, w czasach pokoju, czasach gdy nie ma potrzeby walczyć z dzikimi zwierzętami, czasach gdy przetrwanie nie jest już tak zależne od nas samych, a wręcz często mamy jakieś minimum przetrwania zagwarantowane. (de facto właśnie dlatego prawdopodobnie zdecydowanie łatwiej doceniają, kochają i radzą sobie w życiu osoby, których przetrwanie było zagrożone przez biedę, wojnę, itd). Stąd nasz mechanizm obronny często w zaburzeniach nerwowych tworzy sobie nierealne zagrożenia czyniąc je realnymi, ale tylko w naszych głowach. Często są to właśnie te myśli - lęki i natręctwa.
Cały czas mam wrażenie, że na tym forum chcesz znaleźć sposób nie na wyzdrowienie, ale na ulgę. Myślisz, że ktoś podsunie Ci rozwiązanie, które potwierdzi Twoje wątpliwości lub całkowicie je rozwieje. Że ktoś zmusi Cie do ucieczki od związku i dzięki temu poczujesz ulgę albo sprzeda cudwone rozwiązanie, dzięki, któremu przestaniesz mieć wątpliwości. Zrozum więc - wątpliwości będą zawsze, ale to tylko myśli. Jeśli chcesz wyzdrowieć i uwolnić się od nich to słuchaj rad tych, którzy już z nimi wygrali. Nie uciekaj od cierpienia i wątpliwości, żyj z nim, a one sam ucichną:) to naprawdę bardzo proste. Nie jesteś w nich sam. Wszyscy wokół Ciebie mają wątpliwości, pewnie nawet w to teraz wątpisz (kolejna wątpliwość), ale tak właśnie jest. Wszyscy je mają i wszyscy z nimi żyją. Cierpliwość raz jeszcze! I by było łatwiej walczyć z wątpliwościami cytuję słowa pięknej piosenki: "always look on the bright side of life" - zawsze patrz na tą jasną stronę życia, nawet kiedy nerwica nie daje Ci spokoju, myśl o dobrych stronach:) na przekór jej, nie uciekaj od tych wątpliwości, one same ucichną:)
"Nie są godni miłości Ci, którzy niczym nie ryzykują"
Teorryt
Prawdziwa miłość - wolna i bezwarunkowa:
http://amor-vincit-omnia-in-finis.blog.onet.pl/
https://www.facebook.com/pages/Amor-Vin ... 5817138999
https://www.facebook.com/PrzezTrudyDoGwiazd
Offline
Posty
147
Dołączył(a)
26 gru 2012, 23:31

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez agata_08 07 sty 2013, 01:42
Ezekiel, dzieki za te wszystkie rady. Wlasnie cierpliwosci to mi zawsze brakowalo. Ale sprobuje nad nia pracowac. To pomsyle nad ta wizyta u psychiatry zeby doszla do skutku. Wiec skoro mam probowac walczyc z nerwica i odrzucac te rozne leki, to gdy przychodza do mnie mysli o bylym, ktore wywoluja we mnie smutek, co mam robic? Mam mowic sobie,ze nie sa prawdziwe? Ze ja nic do niego nie czuje i chce o nim zapomniec? A czy myslisz, ze jesli zwolnie tempo aktualnej znajomosci (albo nawet kazdej kolejnej)bo juz ta nerwica rzucila na nia swoj cien, to mozliwe jest zebym znow zaczela czuc sie dobrze przy tym chlopaku? Choc nie zakochalam sie,narazie czuje do niego po prostu sympatie, chyba nic wiecej.
Farmakoterapii wcale sie nie boje,chodzi tu raczej o to,ze ja biore juz dosc duzo lekow, a jak dojda kolejne to juz w ogole bedzie wesolo. No ale z drugiej strony chcialabym je brac jesli by mialy pomoc. No wlasnie tak jak pisales, wiem jacy sa lekarze heh, nawet bardzo dobrze. I wlasnie mam wrazenie, ze wiecej daja mi rozmowy na tym forum z Toba niz te wszesniejsze wizyty z psychologiem czy tym psychiatra.
Ale zobacz, pisales,ze w nerwicy skupiam sie na istotnych sprawach, jesli mam faceta mysle o nim, jesli jestem sama mysle o bylym. Ale czemu bedac z kims innym, zaczynam to psuc przez narastajaca nagle chec powrotu do bylego? Ja wtedy zawsze mam jakby stracha, ze z nim to byla prawdziwa milosc, a ja ja przegapilam. Choc to chyba jednak nie byla prawdziwa milosc, moze raczej przyjazn. No ale myslisz, ze to przychodzi do mnie jak zaczynaja sie zobowiazania przy innym chlopaku, ja przed nimi uciekam i pojawia sie nagle lek, ze moze to Dawid byl tym jedynym? Bo pamietam,ze faktycznie jak wracalo wczesniej do mnie to uczucie, to ja zrywalam z chlopakiem i mialam taka koniecznosc wrecz powrotu do D. bo czulam jakby taki mega strach, ze ja juz go na dobre stracilam. Powiedz, bo to mnie strasznie zastanawia. Czy myslisz, ze gdyby nie ta nerwica to ja bym umiala byc szczesliwa z bylym? Czy ja po prostu mimo wszystko nie pasowalam do niego(bo jednak czesto wydawalo mi sie, ze on mnie jakos nie pociaga fizycznie np.) i to ,ze mam ta nerwice powoduje ,ze on do mnie wciaz wraca? A jak sie schodzimy okazuje sie nagle, ze my przeciez nie umiemy byc razem. No cos w tym musi byc,tylko ja wlasnie nie wiem co tu jest prawda, a co nie.. Masz moze jakies logiczne wyjasnienie tego ?

-- 07 sty 2013, 00:45 --

A no i jeszcze jedno. Czy myslisz tez, ze moje dziecinstwo wplynelo na to,ze wlasnie mam teraz takie problemy? Czy skad one mogly sie wziac?

-- 07 sty 2013, 01:19 --

I wiesz teraz mi sie przypomniala jeszcze jedna rzecz. Jak bylam malym dzieckiem jeszcze , to pamietam, ze panicznie balam sie zostawac sama. Wystarczylo,ze zostalam w samochodzie na chwile,to zaraz z niego wychodzilam i szlam do sklepu, do ktorego widzialam wchodzacego tate. Innym razem kiedy bylam w domu tylko z mama i ona powiedziala mi,ze idzie na chwile na podworko zaraz wraca, ja tak sie balam, mimo,ze ona byla za domem, ze zaplakana wyszlam z domu i przeszlam ulica przez most do sasiada. Mialam wtedy jakies 5 lat. I byly tez oczywiscie inne sytuacje , podobne, ale bezsensu je opowiadac. Chcialam tylko zebys zobaczyl o co i chodzi. Ja nie wiem z czego to wynikalo. Ale myslisz,ze to jak sie zachowuje teraz jest zwiazane z moim dziecinstwem?
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
03 sty 2013, 00:05

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Avatar użytkownika
przez depresyjny86 07 sty 2013, 02:40
A może za dużo myślicie? Może za bardzo uzależniacie swoje szczęście od czucia miłości do partnera ?. Może za bardzo Wam zależy?
:)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
6839
Dołączył(a)
12 wrz 2006, 15:58
Lokalizacja
Gdańsk

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez daredevil9 07 sty 2013, 09:07
singer napisał(a):Dobra !
Zakładając związek, żeby nie było łatwo to małżeństwo z kilkuletnim stażem. Facet ma NN..na początku było z tym ciężko, ale odnalazł się ..potrafił zwalczyć większość dziwności, na co dzień prosperuje dobrze, uśmiechnięty, towarzyski..odchodzi od kobiety bo czuje, że to nie jest TO. Czuje, że jej nie kocha, że gdzieś tam za rogiem czeka na niego kobieta którą pokocha całym sercem, która będzie dla niego całym światem.. uosobieniem ideału w szpilkach. Małżeństwo definitywnie chce zakończyć. I co nim kieruje ? Jego prawdziwe ja ..chęć prawdziwej miłości? Czy może to NN zakłóca jego związek i wiarę w miłość ? Czy NN narzuca uczucia ( a raczej ich brak ) które zniechęcają i dają masę zwątpienia ?


Przyłączam się do pytania. Może ktoś odpowie? Ezekiel?
Offline
Posty
46
Dołączył(a)
02 sty 2013, 22:44

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez karola21101987 07 sty 2013, 10:42
Ezekiel, widzialam sie z moim chlopakiem. Wrocilismy do siebie. Ustalilismy pewne warunki, ktore On na mnie "wymusil". Wydaje mi sie, ze to rozsadne. Powiedzial, ze chce monitorowac jakby moja sytuacje z nerwica. Chce wiedziec jak najwiecej, jak to dziala itd. Chce zebym zmienila psychologa chocby po to zebym mogla sprawdzic czy inny psycholog mi powie co innego i chce poczytac to forum zeby wiedzial jak to dziala. Myslisz, ze to rozsadne? Powiedzialam mu o tym, ze nie jestem odosobnionym przypadkiem, chyba dlatego, ze jakos chcialam usprawiedliwic swoje zachowania.
Ciesze sie z powrotu, w sobote ogarnela mnie prawdziwa fala euforii. Naprawde czulam, ze znow sie zakochuje. Byl tak dobry dla mnie, ale podobalo mi sie, ze byl tez taki stanowczy i optymistyczny. Tym razem nie wzbudzalo to we mnie zazdrosci. Czulam sie nawet dzieki temu spokojniej.
Dzis rano naszly mnie jednak nowe leki. Strasznie boje sie nawrotu moich lekow. Odczuwam tez taki niepokoj dotyczacy tego co powiedza inni. Nie bylismy ze soba juz kawal czasu, boje sie wiec pytan ze strony moich znajomych, rodziny, jego znajomych... To troche takie przerastajace mnie... To automatycznie zmusza mnie do myslenia, ze jesli sie tego boje to moze znow to nie to, bo przeciez nie balabym sie tego gdybym byla pewna swojego uczucia do niego. Zastanawiam sie czy to nie powinno byc latwiejsze, ta milosc i w ogole? Z drugiej strony jak bylam z nim to naprawde mialam wszystko gdzies. Nie rozumiem dlaczego tak wszystko sie we mnie zmienia?
Offline
Posty
18
Dołączył(a)
02 sty 2013, 10:24

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez agata_08 07 sty 2013, 12:20
singer, daredevil az mi sie usmiech pojawil na twarzy po przeczytaniu tych ostatnich Waszych postów. Wiecie,ze ja zadaje sobie podobne pytania?Z tym,ze ja wczesniej nie myslalam o tym, ze mam nerwice, raczej przyjmowalam ,ze cos ze mna nie tak i najprawdopodobniej nie umiem kochac. Bedac z bylym facetem , to tez pamietam,ze myslalam sobie jak to bedzie z kims innym,ze tu brakuje tego czegos, bylam z nim niby szczesliwa, a czulam czasem jakas pustke, ja sama nie wiedzialam co czuje. Do teraz ukladajac sobie zycie z kims innym wkrada mi sie byly i nie daje spokoju, mimo,ze nie wiem czemu tak sie dzieje. Bo bedac z nim przeciez mi nie wychodzilo. I tez zadawalam sobie mnostwo pytan, ktore sa we mnie do teraz, czy ja go naprawde kochalam, czy moze szukalam dalej prawdziwego uczucia czy to jakies chore mysli niewiadomo skad, heh. Z tym,ze po wejsciu na tym forum mam odpowiedz czym sa te chore mysli...i widze, ze w koncu ktos zaczyna miec podobne problemy do mnie. Musze chyba isc do lekarza jednak zeby sie upewnic czy na 100% to nerwica. Niestety na pytania te nie odpowiem, sama nie znam odpowiedzi, a bardzo bym chciala poznac.. ;/ Widze wiec po Was, ze zycie z nerwica jest baaardzo trudne. Wkolko mnostwo pytan, watpliwosci, masakra;/ Gdy wydaje sie, ze juz wszystko jest w porzadku i zaczyna sie ukladac z jakims chlopakiem, to wtedy nagle trach jakis i zataczam kolko od nowa.. Nie jest tak?Tez tak macie?Czy może tylko tak ja mam? Ja mam wkolko mnostwo watpliwosci :( Ja po prostu nie wiem czy na pewno to mam, ale Ezekiel tez napisal,ze widzi tu symptomy nerwicy lekowej.. Moze Wy tez cos napiszecie?
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
03 sty 2013, 00:05

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez daredevil9 07 sty 2013, 13:23
agata_08 napisał(a):singer, daredevil az mi sie usmiech pojawil na twarzy po przeczytaniu tych ostatnich Waszych postów. Wiecie,ze ja zadaje sobie podobne pytania?Z tym,ze ja wczesniej nie myslalam o tym, ze mam nerwice, raczej przyjmowalam ,ze cos ze mna nie tak i najprawdopodobniej nie umiem kochac. Bedac z bylym facetem , to tez pamietam,ze myslalam sobie jak to bedzie z kims innym,ze tu brakuje tego czegos, bylam z nim niby szczesliwa, a czulam czasem jakas pustke, ja sama nie wiedzialam co czuje. Do teraz ukladajac sobie zycie z kims innym wkrada mi sie byly i nie daje spokoju, mimo,ze nie wiem czemu tak sie dzieje. Bo bedac z nim przeciez mi nie wychodzilo. I tez zadawalam sobie mnostwo pytan, ktore sa we mnie do teraz, czy ja go naprawde kochalam, czy moze szukalam dalej prawdziwego uczucia czy to jakies chore mysli niewiadomo skad, heh. Z tym,ze po wejsciu na tym forum mam odpowiedz czym sa te chore mysli...i widze, ze w koncu ktos zaczyna miec podobne problemy do mnie. Musze chyba isc do lekarza jednak zeby sie upewnic czy na 100% to nerwica. Niestety na pytania te nie odpowiem, sama nie znam odpowiedzi, a bardzo bym chciala poznac.. ;/ Widze wiec po Was, ze zycie z nerwica jest baaardzo trudne. Wkolko mnostwo pytan, watpliwosci, masakra;/ Gdy wydaje sie, ze juz wszystko jest w porzadku i zaczyna sie ukladac z jakims chlopakiem, to wtedy nagle trach jakis i zataczam kolko od nowa.. Nie jest tak?Tez tak macie?Czy może tylko tak ja mam? Ja mam wkolko mnostwo watpliwosci :( Ja po prostu nie wiem czy na pewno to mam, ale Ezekiel tez napisal,ze widzi tu symptomy nerwicy lekowej.. Moze Wy tez cos napiszecie?



Widzisz, ja już chyba z 6 raz wracam w błędne koło....Ale ciagle z ta samą dziewczyną, więc chyba to cos więcej, skoro ciagle chcę do Niej i dla Niej wracać? Też mi przez głowę czasmi przewija sie moja była partnerka, z która byłem 2,5 roku, a które po prostu z dnia na dzień stwierdziła sms-em, ze juz nigdy sie nie zobaczymy...Mój chory (tak mi się wydaje) umysł, tworzy imaginacje, jakby było z nia, czy by sie nam nie udało, chociaż na logike wiem, jak bardzo mnie skrzywdziła...Zastanawiam się, czy poprostu jakieś mimowolne mysli odnosnie zranienia obecnej dziewczyny (wizje związku z kims innym, mówienie, ze nie kocham), moga być związane z porzuceniem przez poprzednią partnerke...Dla mnie najgorsze, ze powoli zaczynam tracic juz siły...Nie wiem, czy to ta nerwica czy może faktyczny brak miłości...Czasami już nawet nie wiem,c zy jest sens walczyć...eh, zastanawiam sie, czy nie prosciej byłoby samemu, chcoiaż wiem, ze moja M. nadaje sens mojemu życiu i sprawia, że staje sie lepszym człowiekiem...Przeraża mnie, że bywają okresy, że czuję się zmęczony związkiem, obecnoscia drugiego człowieka....i wtedy nie wiem, czy to choroba, czy to Ja...straszne...Nie umiem sam okreslic, czego chcę, a boje się, ze podczas psychoterapi, która zaczynam w piatek, wyjdzie, że faktycznie nie kocham, a choroba jest tylko moja ucieczką....:(:(:(
Offline
Posty
46
Dołączył(a)
02 sty 2013, 22:44

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 5 gości

Przeskocz do