Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Forum o nerwicy natręctw: doświadczenia, historie, pytania.

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez Ezekiel 03 sty 2013, 15:30
karola21101987, wiem, że być może w Twoim przypadku to przesada, ale chcę zwrócić uwagę na istotę źródła nerwicy. Nie muszę szukać daleko - wystarczy odwołać się do definicji z tego forum:
nerwica-l-kowa-t20935.html
Nie zmierzam do tego, ani nie sugeruje w żaden sposób, że jesteś z rodziny dysfunkcyjnej, ale w przypadku pewnych uwarunkowań genetycznych oraz biorąc pod uwagę fakt, że w dzieciństwie mogły mieć miejsce:
niewłaściwe metody wychowawcze, presje i oczekiwania wpłynęły na ukształtowanie niewłaściwych cech osobowości, uniemożliwiających samoakceptację i wykształcenie umiejętności adaptacyjnych. (Niewłaściwe to nie złe metody, ale źle dobrane metody:) - mogło wpłynąć na rozwinięcie nerwicy.
Bywa, że na skutek uczenia społecznego i procesów warunkowania ukształtowały się nieprawidłowe cechy osobowości i nieadekwatne postawy, np. bierność, zależność od innych, uległość, sztywność, egocentryzm, lęk przed bliskością itd. Pojedyncze takie cechy nie stanowią patologii, ale predysponują, zwłaszcza gdy występują w określonych konfiguracjach, do wystąpienia konfliktów wewnętrznych powodujących nerwicę.
Chcę tylko zaznaczyć, że to nie do końca czyjaś wina, a zwłaszcza nie Twoja, że masz problemy z okazywaniem uczucia, a nawet jego odczuwaniem (no może raczej nazywaniem go czy blokowaniem go w sobie).
Nie oszukujmy się - pewnych pozytywnych emocji też można się nauczyć. W wieku dorosłym jest to trudniejsze, ale ciągle możliwe:)
Nie oskarżaj też go o krach w waszym związku. Wzajemne oskarżenia w niczym nie pomogą. On też nie powinien oskarżać Ciebie.
Widzisz, wątpliwości często są wynikiem nerwicy, ale faktycznie nie wszystkie muszą się z nią wiązać, natomiast lęki są już zawsze bezpośrednio lub pośrednio związane z nerwicą. Lęk jest bowiem wynikiem zaburzenia nerwowego. W przypadku nerwicy jest nieuzasadniony, ale nerwica bardzo łatwo pomaga skupić się na jakiejś przyczynie, czymkolwiek, bo inaczej odczuwałabyś poczucie szaleństwa, kompletnego niezrozumienia dla swoich myśli. To taki mechanizm obronny - ta Twoja konieczność poszukiwania przyczyny lęku. Przecież w nerwicy lęk nie ma źródła, po co więc tak uporczywie go szukasz? Po raz kolejny namawiam Cie byś zaakceptowała nerwicę zamiast przed nią uciekać:).
Zastanów się, skoro miewałaś już wcześniej wahania nastrojów, skoro miewasz je dalej, skoro raz coś czujesz raz nie - to choć wiem, że to trudne - spróbuj zracjonalizować - to moja nerwica tworzy mi w głowie czarne scenariusze.
Twój lęk przed tym, że go nie pokochasz jest dokładnie odmianą lęku przed lękiem. Boisz się o coś czego nie ma. Tak jak tłumaczyłem człowiek często upewnia się w uczuciu latami. W początkach związku ważniejsze jest co innego - czy Ci się podoba, czy dobrze Wam razem, czy miło spędzacie czas, czy macie o czym rozmawiać. Zastanów się nad tym, zastanów się co było właściwą przyczyną tego, że się rozstaliście. Czy faktycznie wina leżała, po którejś ze stron? Jeśli tak to nie martw się o to, ale jeśli nie ma jasnej przyczyny to może warto powalczyć z nerwicą i o naprawienie tego co się zepsuło?
Będziesz się bała naprawienia tego bo tak działa nerwica, ale zastanów się - skoro nic takiego nie zrobił to właśnie - czemu się go boisz? Czy jest się czego bać? Skoro nie skrzywdził Cie, nie On Cie zostawił to czemu właśnie Ty się go boisz? Gdzie w takim razie leży sens tego, że się rozstaliście - wiem, zdaję sobie sprawę, że to bedzie bardzo trudne, ale postaraj się jakoś to zracjonalizować:)
"Nie są godni miłości Ci, którzy niczym nie ryzykują"
Teorryt
Prawdziwa miłość - wolna i bezwarunkowa:
http://amor-vincit-omnia-in-finis.blog.onet.pl/
https://www.facebook.com/pages/Amor-Vin ... 5817138999
https://www.facebook.com/PrzezTrudyDoGwiazd
Offline
Posty
147
Dołączył(a)
26 gru 2012, 23:31

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez karola21101987 03 sty 2013, 16:22
Ezekiel, powiedzmy, że ten opis zrodła nerwicy calkiem odpowiada mojemu dziecinstwu... Jak dobrze pamietam to nawet kiedy wracam do czasow kiedy bylem wolna od nerwicy, mialam problemy z odczuwaniem takiej bezwarunkowej radosc, potrafilam cieszyc sie, ze moja siostra wypadla lepiej w konkursie na tle kolezanek, ale zaraz potem zastanawialam sie - a co ze mna? Kiedy ja bede taka szczesliwa? Kiedy na mnie beda patrzec... ja naprawde chyba mam problem... Zastanawiam sie czy czasami nie bylam zazdrosna nawet o to, ze moj chlopak potrafil tak optymistycznie patrzec na nas zwiazek (chociaz ja ciagle budzilam sie z lekiem i ciagle bylam smutna), podczas gdy ja wlasnie nie potrafilam sie tym cieszyc... Nawet teraz jestem troche zla o to, ze On tak nie przezywa. W glebi siebie czuje jakis zal, zal ze nie dalam nam szansy, sobie nie dalam szansy. Nie wiem sama czego chce od faceta. Fajnie spedzalam z nim czas, On czesto staral sie mi go urozmaiac, wyciagal mnie do kina, zabieral na wycieczki, spacery, lubilam jak glaskal mnie po glowie i delikatnie mizial mi plecy i naprawde mi sie podobal, dalej mi sie podoba... Tyle mam fajnych wspomnien z nim, a nie potrafilam w sobie obudzic uczucia.
No, ale skoro to nie jest jego wina, a ja tez nie czuje sie winna, ze nic nie czuje... to czyja to jest wina?
Staram sie wymyslec czego chce od faceta i nie wiem... naprawde nie wiem. Nie wiem czemu sie boje jego, ale mimo to nadal sie go boje, boje sie kontaktow z nim, boje sie myslec nawet o naprawianiu tego bo znow budzi sie we mnie lek. Co mam zrobic? Jak sie zachowac? Ja chyba naprawde za nim tesknie, ale bardziej boje sie... bac niz tego naprawic... Mam tysiac mysli w glowie... nawet nie wiem jak mialabym zaczac teraz z nim rozmowe... Widzialam go wczoraj w galerii i nawet usmiechnal sie do mnie delikatnie mi machajac, a mnie przeszyl lek, ze choc chcialam sie usmiechnac to nie potrafilam... nie rozumiem tego w sobie?
Offline
Posty
18
Dołączył(a)
02 sty 2013, 10:24

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez Ezekiel 03 sty 2013, 19:04
agata_08, bardzo chętnie wysłucham Twojej historii i bardzo chętnie postaram Ci się pomóc. Chcę pomóc wszystkim, którym będę w stanie pomóc także po prostu się nie krępuj i opowiadaj:) jeśli nie tu to nawet na pw, ale zawsze uważałem, że lepiej jest mówić o tym otwarcie, choćby po to by samemu stawiać czoła nerwicy.

karola21101987, odpowiem Ci wieczorem. Mam ważne spotkanie teraz, ale później oczywiście odpiszę.

-- 03 sty 2013, 23:37 --

karola21101987, nie powinnaś szukać szczęścia na siłę. Im mocniej go pragniesz tym dalej jesteś od szczęścia. Postaraj się przyjąć postawę - wcale nie muszę czuć się szczęśliwa, wcale nie muszę kochać. Zdaje sobie sprawę jak głupio to brzmi, ale właśnie tak jest. Patrzmy na pozytywne strony życia, na to co już jest dobrego w naszym życiu i cieszmy się tym, a szczęście i miłość sama przyjdzie;).
Jeśli miło spędzaliście czas, jeśli czułaś się przy nim dobrze, jeśli jeszcze Cie pociąga fizycznie, a jedynym czego się bałaś to możliwość, że go nie pokochasz - to spróbujcie to naprawić tylko nie wymagaj od siebie ani uczucia, ani szczęścia. Po prostu żyjcie tym co w danej chwili - tą miłą chwilą:)
Nie myśl najlepiej jak wrócić do Niego. Po prostu idź i pocałuj go, nie będzie czasu na lęk:), a potem wszystko się samo jakoś ułoży;) Nie oczekuj nic od Niego ani od siebie, po prostu ciesz się tym co w danej chwili:)
"Nie są godni miłości Ci, którzy niczym nie ryzykują"
Teorryt
Prawdziwa miłość - wolna i bezwarunkowa:
http://amor-vincit-omnia-in-finis.blog.onet.pl/
https://www.facebook.com/pages/Amor-Vin ... 5817138999
https://www.facebook.com/PrzezTrudyDoGwiazd
Offline
Posty
147
Dołączył(a)
26 gru 2012, 23:31

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez kama21 04 sty 2013, 04:26
hej:) mam bardzo podobny problem do Waszego, dlatego postanowiłam tu napisać. Może ktoś mi pomoże. Gdy byłam dzieckiem czułam jak coś w głowie podsuwało mi myśli związane z dziwną tematyką, dotyczące bliskich, rodziców etc. Nie zdawałam sobie sprawy, że może to mieć jakieś większe znaczenie w dorosłym życiu, potem pojawiła się niesamowita tęsknota za rodzicami podczas pobyty na koloniach, paranoiczny lęk, że nigdy ich nie zobaczę, że zginę w drodze powrotnej lub oni umrą, ciągły niepokój, brak apetytu, ból żołądka. Przeszło, żyję ja i oni też :) Problem pojawił się pół roku temu. Jestem związana z cudownym człowiekiem, bez którego nie wyobrażam sobie życia, ani też życia z kimkolwiek innym, nie mogłabym go zdradzić, nie interesują mnie inni faceci, mam do nich wręcz obrzydzenie, mój pociąga mnie fizycznie, nie mam oporów co do przytuleń, pocałunków itp. ale jest "coś" co czyni mnie nieszczęśliwa. Pół roku temu, po kilku miesiącach związku naszła mnie myśl "a co jeśli go nie kocham", "może już go mniej kocham", "co jeśli nie to", "on mi sie wcale tak nie podoba", a to przecież znaczy, że już mniej kocham, albo i wcale i ta w kółko, trudności ze snem, wymioty, ciągły niepokój, ból brzucha, rozstrojone stany emocjonalne- raz cudwonie, raz beznadziejnie. Ciągłe zastanawianie sie nad uczuciami, obawy, gdy wydawał mi się męski i tajemniczy, obway, że może mnie skrzywdzić, zdradzić i tak w kółko... byłam u psychologa. ale niestety mi nie pomógł. Chciałam tylko podkreslić, że zalezy mi na nim, bo zanim to się zaczęło, byłam pewna, że to "ten jedyny" , teraz też tego jestem pewna, ale przez ten stos wątpliwości już nic nie jest wymierne... na jakiś czas to mnie opuściło, może 2 tyg i wtedy byłąm pewna, że przeszło, jak w kalejdoskopie- raz pewna i zakochana, raz zakochana ale niepewna, wciąż zmuszona sobie to udowadniąc. Nie uważam się za jakieś indywiduum ale tłumacze sobie, że nie jestem głupia, żę powinnam sobie poradzić z tym sama... ale cóz- to nie pomaga. A kiedy mam wrażenie, że minęło i dziś jest już dobrze- to wtedy czuję się jakbym wyszła z siebie i spojrzała z jakiejś dziwnej strony na to, czego obawiałam się jeszcze wczoraj, uświadamiam sobie, że to absurd, i że wąłściwie o czym ja myśle, że to śmieszne, a na drugi dzień to samo i ten sam problem... nie mam siły, czy to rzeczywiście nerwica, czy może brak miłości i na siłe usprawieldiwianie siebie, a może niedojrzałośc emocjonalna, niepozwalająca na racjonalne zapatrywanie na sprawę? Proszę o odpowiedź |:) pzdr!
Offline
Posty
6
Dołączył(a)
04 sty 2013, 04:08

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez zmęczona1 04 sty 2013, 10:40
kama21, mam podobnie, kiedy wydaję mi sie że już przeszło patrzę na to wszystko jakby z boku i sama się smieje z siebie jak mogłam przejmowac sie takimi bzdurami, a za chwilę wszystko wraca. U mnie to trwa już bardzo bardzo długo ja nauczyłam się życ z tym czymś jak to nazywam tylko że mam dośc chcę lepszego życia, szukam jakiś opinii o psychiatrach z mojej okolicy bo naprawdę chcę w końcu o tym z kimś porozmawiac, i nic, nic nie wiem a nie chcę iśc do przypadkowego bo raz to zrobiłam i było tylko gorzej, widzę że twoja psycholog też ci nie pomogła. Raz ogólnie nakreśliłam problem mojej endokrynolog, kazała natychmiast iśc do psychiatry najpierw, nawet kogos poleciła sprawdziłam opinie w internecie, dużo pozytywów ale i są negatywy, dlatego się waham. Nudzi mnie to że co rano wstaję z tymi samymi problemami i kładę się z nimi spac, gdy w nocy się budzę jest to samo, ale pcham ten wózek,i pcham i nie wiem jak długo jeszcze..........
Offline
Posty
158
Dołączył(a)
23 paź 2012, 19:56

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez karola21101987 04 sty 2013, 10:49
Ezekiel, zastanawialam sie nad tym co bylo przyczyna tego, ze nasz zwiazek sie tak potoczyl i nie moglam znow przez to spac cala noc. Wczesniej tlumaczylam sobie, ze po prostu nic nie czuje, ale sama nie wiem dlaczego nic nie czuje, nie wiem czy moglabym sie rozstac, czemu tak szybko sie poddalam. Doszlam do wniosku, ze jesli ani to moja wina ani jego to moze faktycznie winna jest moja nerwica lekowa? Napisalam do niego... bede sie z nim widziala dzis o 15.00 bardzo sie boje, ale nie odwolam juz tego spotkania. Chcialabym chociaz moc z nim po prostu porozmawiac, boje sie bo za duzo ludzi juz sie zaangazowalo w nasze relacje, jego znajomi, moi znajomi Oni wszyscy jakby opowiedzieli sie po swoich stronach i chociaz chcieli bysmy byli razem to obawiam sie jakiejs wrogosci albo niezrozumienia z ich strony... Poinformuje Cie po naszym spotkaniu jak poszlo.

kama21, jak tak czytam twoj post to tak jakby byla w Twojej glowie, jak juz wroce do czasu kiedy bylam ze swoim facetem. Mialam dokladnie tak samo. Jednego dnia wieczorem bylam pewna i zakochana i balam sie, ze moze sobie znalezc inna, ze moze mnie zostawic, drugiego dnia rankiem juz nie chcialam sie do niego nawet przytulac... Wmawialam sobie, ze nie moge go kochac skoro nawet na to nie mam ochoty, a wieczorem znow pragnelam tylko wtulic sie w jego ramiona.... Mialam kryzys po dwoch miesiacach, rozmawialam z przyjaciolmi o tym, ze chyba powinnam juz cos czuc, a czuje mniej niz na poczatku, ale powiedzieli mi, ze to normalne te watpliwosci i po 2 tygodniach mi przeszlo, bylam szczerze zakochana, spedzilismy tyle wspanialych chwil, a potem znowu zaczelam sie zastanawiac nad tym czy cos czuje i znow pojawily sie watpliwosci, ze przeciez powinnam byc pewna, ze jesli sama nie wiem co czuje to znaczy, ze go nie kocham, a co jesli nigdy go nie pokocham... Bylismy razem raptem 4 miesiace, a mnie dreczyly juz dwukrotnie takie mysli, patrze teraz na to i sama nie wiem czy nie przesadzalam... Moja siostra powiedziala, ze byla ze swoim narzeczonym 3 lata zanim sie zorientowala, ze tak naprawde go kocha, wczesniej po prostu sie jej podobal... mysle, ze bez tej naszej nerwicy byloby nam duzo latwiej :(
Offline
Posty
18
Dołączył(a)
02 sty 2013, 10:24

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez SiwyCzarek 04 sty 2013, 11:28
Ezekiel. Ja trochę z innej beczki mam pytanie. Moja dziewczyna zachowuje sie dokładnie tak samo. To znaczy już nie dziewczyna. Zostawiła mnie jakiś czas temu twierdząc, ze Ona mnie nie kocha, nie potrafi mi też obiecać, ze pokocha. Spytałem czy nie moze po prostu zaufać, to powiedziała, ze powinno być łatwiej. Skąd za przeproszeniem Ona może to wiedziec skoro całe życie ucieka od związków. Chce sie zakochac zanik kogoś pozna? Byłem jej pierwszym chłopakiem, a Ona nie wiedzieć czeku tak po prostu odchodzi chociaż wcześniej zachowywała sie jak totalnie zakochana. Ona leczy sie na nerwice lekowa, nerwice natrectw. Ja chciałem jej jakos pomoc, ale nie potrafię. Byłem dla niej naprawde dobry, ale tak nagle odeszła. Odeszła w dodatku rzucając mi sie na szyję i calujac bo niby chciała sie pożegnać, tak jak część dziewczyn tutaj też nie chciała zrzucać winy na nerwice... Czy jest jeszcze szansa?
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
04 sty 2013, 11:08

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez daredevil9 04 sty 2013, 14:08
Czy jest tu jakiś facet z takim problem (nie kocham, lepiej jak sie rozejdziemy, nie będziemy szczęśliwi, itp)? Bo jak widzę posty samych kobiet, to oczywiście mam wkrętkę, że na prawdę nie kocham, bo tak tylko maja kobiety, a nie faceci...że facet nie ma wahań i niepewności...że się zmuszam do uczucia....Proszę o pomoc!!!!
Offline
Posty
46
Dołączył(a)
02 sty 2013, 22:44

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez Ezekiel 04 sty 2013, 15:52
kama21, objawy masz typowo nerwicowe, ale nie jestem psychiatrą by móc postawić diagnozę. Radzić sobie jednak z ewidentnymi zaburzeniami psychicznymi możesz bez takiej diagnozy. Może to nawet dobrze, że nie pomógł Ci psycholog, dobrze bo przynajmniej nie wmówił Ci, że to nie nerwica:). W każdym bądź razie Twoje wahania nastrojów są typowo nerwicowe. Zwłaszcza typowe dla nerwicy lękowej.
Twój paranoiczny lęk przed utratą rodziców jest wręcz podręcznikowym przykładem nerwicy lękowej. Powiem więcej - w znacznej części przypadków dziewczyn, z którymi nadal mam kontakt, a które przejawiały się takie lęki w przeszłości - właśnie w młodości przede wszystkim pojawiały się problemy w relacjach z partnerem, a konkretniej wątpliwości co do żywionego uczucia - każdy przypadek jest oczywiście indywidualny, ale analogia jest oczywista.
Znam przypadki dwóch dziewczyn, które podobnie jak Ty miewały paranoiczne lęki dotyczące śmierci rodziców, a to że zginą w wyjeździe, a to, ich już więcej nie zobaczy. To ogromne przywiązanie do rodziców często miało także odbicie w relacjach z dzieciństwa, tj. bliskość takich relacji z rodzicami bywała zachwiana przez np alkohol, agresję itd. Były to czasowe problemy, ale wpływały dwojako na psychikę tych dziewczyn. Po pierwsze zapisało w podświadomości traumatyczne wspomnienie, a po drugie - jednocześnie wywołało ogromne poczucie więzi i wzrost potrzeby podtrzymywania dobrej relacji z rodzicami.
To oczywiście jest przyczyną niedojrzałości emocjonalnej, a raczej pewnej ułomności emocjonalnej. Żywią brak zaufania do własnych emocji i myśli, a to podsyca tylko ogień wątpliwości w świadomości nerwicowców. One obie jednak mają poważny problem w relacjach z partnerami. Nie potrafią się w ogóle związać, a związki z obecnymi partnerami to męka w walce z wątpliwościami.
Jest jednak zależność między Tobą, a nimi. Musisz bowiem zrozumieć, że to Twoja nerwica zmusza Cie uwierzenia, że to nie to. Będzie Cie zmuszać przez ciągłe analizowanie i tą nieopartą pokusę poczucia pewności co do własnych uczuć, a tych nie da się być po prostu pewnym. Samo uczucie też nigdy nie jest stałe.
Jak to mówią - jeśli chcesz znaleźć problem to zawsze go znajdziesz. Sens leży w istocie nerwicy. Tu siłą rzeczy nerwica podświadomie zmusza Cie do ich poszukiwania i skupiania się na nich. Zdrowy umysł ignoruje takie myśli, chociaż również je miewa:)
To, że sobie musisz udowadniać, że go kochasz nie jest złe. To proces racjonalizowania uczucia. W walce z nerwicą to jedyna sensowna droga. Sprowadzasz uczucie do logicznej formy następstwa waszej relacji, tego, że wybrałaś partnera na tle innych itd.
Oczywiście to sama nerwica nie pozwala spojrzeć na to racjonalnie. Najgorsze i najtrudniejsze dla nerwicowców jest uświadomienie sobie czegoś tak oczywistego, a więc faktu, że wątpliwości będą zawsze:
1) ponieważ przyszłość nie jest faktem i w chwili obecnej jej nie ma, nie może być więc pewna
2) nikt nie jest idealny, wady i brak pewności jest normalny
3) świat emocjonalny jest "płynny", a więc wszystkie uczucia i emocje są zmienne.
W nerwicy wymaga się mimowolnie niestety konieczność odczuwania wewnętrznej absolutnej pewności i spokoju, co jest oczywistym następstwem problemów emocjonalnych. Nerwicowiec nękany wątpliwościami, lękami, natręctwami sam od siebie wymaga niemożliwego, a więc wspomnianych pewności i spokoju. Jeśli tego nie otrzymuje w związku z partnerem to wątpliwości rosną, rośnie lęk, zwiększa się częstotliwość i siła natrętnych myśli i tak w koło.
Racjonalizacja choćby przez wmawianie sobie, że stan pewności nie istnieje, że wątpliwości zawsze będą mnie dotykać jest słusznym podejściem.
Pamiętajcie proszę, że miłość to nie jest "magiczna i cudowna" więź, która pojawia się samoistnie. To coś co ofiarowuje się drugiej osobie, a więc w gruncie rzeczy to od nas samych zależy czy kogoś pokochamy czy nie. Im zmuszania się, zastanawiania się, skupiania się nad koniecznością odczuwania miłości tym bardziej sami wierzymy, że jej nie ma. W przypadku nerwicowców to trudniejsze, bo często myślą o tym mimowolnie:)

zmęczona1, postaraj się iść do psychiatry. Nawet jeśli Ci nie pomoże to warto się wygadać i warto usłyszeć jakąś diagnozę. W Twoim przypadku leki mogą być zbawieniem:). Z tą
endokrynolog też historia nie jest przypadkowa - endokrynolodzy bowiem mają doskonałe pojęcie jak bardzo wpływają hormony na stan psychiki. Często np kobietom wyjątkowo ciężko przeżywającym okres menstruacyjny przepisuje się te same leki, którymi leczy się nerwicę czy depresję. Wszelkie zaburzenia nerwowe mają często związek z zaburzeniami hormonalnymi.

karola21101987, czekamy więc na znak od Ciebie :) trzymam kciuki!

SiwyCzarek, :) życie bliskich, a zwłaszcza partnerów nerwicowców nie jest łatwe. Możesz mi wierzyć:). W Twoim przypadku jesteś na trudnym etapie. Zachowania są typowo nerwicowe. Zresztą jak sam twierdzisz ma już nerwicę zdiagnozowaną Twoja partnerka, ale problem polega na tym, że czasami ciężko jest stanąć w prawdzie przed samym sobą i zaakceptować tą nerwicę. To jest to o czym pisałem wcześniej, ta forma "wykluczenia" nerwicy jako przyczyny lęków i zaburzeń w relacjach. Po prostu szuka ich wszędzie tylko nie w sobie i w swojej nerwicy. To stąd prawdopodobnie problemy w relacjach i wiązaniu się z partnerami. Jedyna pozytywna cecha, to że odważyła się związać z Tobą. Sama odczuwana momentami potrzeba bliskości nie wystarcza by związać się z kimś, musiała faktycznie coś do Ciebie poczuć. Jednakże uświadamianie nerwicowców, którzy już się rozstali o tym by jeszcze to przemyśleli jest dużo trudniejsze niż namawianie ich do racjonalizowania uczucia trwając w związku. To trochę jak walka z wiatrakami. Podjęta decyzja umacnia ich w przekonaniu, że to faktycznie nie była nerwica. Czasami dopiero poczucie bezradności wobec nawracających lęków może pomóc zastanowić się nad swoją decyzją, ale nie zawsze to wystarcza - może bowiem nadal upierać się, że boi się teraz czegoś innego, a związku z Tobą już nie, więc faktycznie to było nie to. Być może dopiero kolejne porażki z partnerami mogą ją przekonać do tego, że to nerwica nie pozwala się jej związać. To bardzo trudne, warto by zmusiła się do rozważania nad swoją decyzją. Czasami konieczność odczuwania ulgi, spokoju i wolności od lęków i natręctw jest tak silne, że nawet nie podejmuje się prób walki z nerwicą.
To jak z torturowaniem człowieka aż wyda nam to co chcemy wiedzieć. W pewnym momencie ból jest tak wielki, że jedyne czego chcemy doświadczyć to ulga. Ulga w cierpieniu. Wydajemy więc nawet własną matkę czy przyjaciela, a potem usprawiedliwiamy się przed sobą tworząc jakieś dziwne wewnętrzne mechanizmy obronne:/
Poczekaj, może coś się zmieni albo nakieruj ją tutaj - to my pomożemy jej:)

daredevil9, nie - nie jesteś jedyny. Rozmawiałem ze sporą ilością facetów z tym problemem:). Fakt jest ich mniej niż kobiet, a to z kilku powodów - po pierwsze męska duma - ta nie pozwala się przyznać ani przed samym sobą, ani zwłaszcza przed światem do nerwicy, lęków i słabości emocjonalnych. Po drugie - świat hormonalny - kobiety są dużo bardziej narażone na zgubny wpływ hormonów, a to przez ich nadmierną aktywność, a to przez specyfikę kobiecego organizmu. Po trzecie - kobiety są dużo bardziej wrażliwe emocjonalnie - czytaj. dużo bardziej odczuwają wszelkie zmiany i słabiej radzą sobie z własnymi emocjami. Jest to niestety uwarunkowane biologicznie:)
Opowiedz może coś więcej o swoim przypadku. Spróbuj opisać to słowami:)
"Nie są godni miłości Ci, którzy niczym nie ryzykują"
Teorryt
Prawdziwa miłość - wolna i bezwarunkowa:
http://amor-vincit-omnia-in-finis.blog.onet.pl/
https://www.facebook.com/pages/Amor-Vin ... 5817138999
https://www.facebook.com/PrzezTrudyDoGwiazd
Offline
Posty
147
Dołączył(a)
26 gru 2012, 23:31

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez karola21101987 04 sty 2013, 17:37
Czesc znowu! Widzialam sie z nim, krotko, ale owocnie! Bylo w nim bardzo duzo spokoju, sluchal mnie, chcial zebym mowila i nie przejmowala sie niczym. Wytlumaczylam mu krotko w czym twki problem, ze wiem, ze On by chcial by bylo inaczej, ale ze ja tez bym chciala tylko nie potrafie. Ze potrzebuje czasu zeby bylo tak jak On chce, a On usmiechnal sie na koniec i powiedzial, ze jak bedzie trzeba to poczeka nawet 2 lata... byleby wiedzial, ze probuje z tym walczyc:). Najlepsze jest to, ze nad moim lekiem zaczelo wtedy gorowac poczucie, ze bylam strasznie glupia, to uczucie patrzenia na to z boku, na swoje leki:) nie wiem czy znow sie nie zakochuje, nie chce wpadac w poczucie euforii, ale jestem... wesola:) Wieczorem bedziemy rozmawiac o szczegolach... Dam znac:)
Pozdrawiam i walczcie z nerwica! Ja zaczynam wierzyc, ze mozna z Nia walczyc... ze to faktycznie nerwica jest problemem:) bede to sobie teraz powoli uswiadamiac!
Offline
Posty
18
Dołączył(a)
02 sty 2013, 10:24

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez zmęczona1 04 sty 2013, 17:45
Ezekiel, jak zaatakowała mnie nerwica po raz kolejny to pierwsze co zrobiłam to zrobiłam kontrolne badania tarczycy,poszłam do swojej doktorki ponieważ leczę się od kiedy zaczęło się źle dziac czyli około 10 lat, ale wyniki idealne powiedziała że to nie wina tarczycy, i żebym jak najszybciej poszła do psychiatry. No i tak tkwię w tym martwym punkcie, Jest światełko w tunelu, ktoś dał mi namiary na Poradnię w której się leczył, czekam na dalsze informację, jak otrzymam namiary na dobrego psychiatry to od razu się umawiam.
karola21101987, super, że zaczęło się dziac coś pozytywnego. Gratuluję :brawo:
Offline
Posty
158
Dołączył(a)
23 paź 2012, 19:56

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez daredevil9 04 sty 2013, 18:01
Ezekiel napisał(a):
Opowiedz może coś więcej o swoim przypadku. Spróbuj opisać to słowami:)



Ezekiel dzięki za odpowiedź...


Jestem ze swoją dziewczyną ponad 6 lat..."To" pojawiło się ok. 4 lata temu - nagła myśl, bez powodu, NIE KOCHAM JEJ. Zbagatelizowałem to, ale nie dawało mi to spokoju...Męczyłem się, próbowałem ignorować, robić coś...Starałem się uprawiać sport, ale jak np. pomyślałem o Niej, jej imię...Nagły paraliż. Poszedłem do lekarza psychiatry...Pierwszego lepszego, w mojej małej rodzinnej miejscowości. Wstydziłem się, bałem. Lekarz przepisał mi antydepresanty (seroxat 1x20 mg) i mówił, że to mogą być objawy depresji, a ponadto: "Jesteście jeszcze bardzo młodzi, mogą pojawiać się wątpliwości" (mieliśmy wtedy po 21 lat, teraz mamy 25). Poszedłem także do psychologa, który stwierdził "depresję przez małe d" oraz "strach przed odpowiedzialnością, dorosłością". W tym okresie z moją M. mieliśmy już wykupioną wycieczkę do Egiptu...Polecieliśmy, czułem się nieswoja...Niby wszystko ok, ale patrzyłem na Nią, widziałem wady fizyczne...Po pewnym czasie seroxat zaczął działać, ale obawa, że "TO" wróci była gdzieś ciągle w głowie.

I tak mijały miesiące, lata...Raz lepiej, raz gorzej...Udawało mi się załatwiać seroxat "po znajomości", gdy czułem, że wątpliwości nawracają...Z reguły pomagało. Od kwietnia 2012 postanowiłem, że poradzę sobie bez tabletek. Po 2 miesięcznej terapii odstawiłem je. Wątpliwości czasami wracały, ale po przytuleniu mojej M. wszystko mijało. Do czasu. W okolicach września podjąłem decyzję - do grudnia oświadczę się mojej M. Żyłem z ta świadomością radośnie, choć pojawiały się myśli tym razem: "jest ci źle, i masz nadzieję, że zaręczyny coś zmienią - a nie zmienią i będzie gorzej". Jakoś żyłem.

W połowie listopada przyszedł nagle krach. Prowadziłem wykład na konferencji, po czym, nagle, zaczęły mnie nachodzić myśli: "nic w życiu nie osiągnąłem, jestem zerem, inni mają lepiej, moja dziewczyna jest fatalna". Dopóki myśli dotykały tematów poza związkowych (lub dotyczyły ich w małym sensie" było w miarę ok - przynajmniej wątpliwości nie wracały. Jednak po pewnym czasie wróciły. Jak wspomniałem, kiedyś widziałem wady w wyglądzie, potem był okres na wady w charakterze, a teraz przyszyła myśl: "wygląd ok, charakter też, ale to nie to"...Myślałem , że umrę. Łydki mi sztywniały, gardło ściskało, do ubikacji biegałem co pól godziny, bo te myśli zamiast ustępować to się nasilały...Niestety nie mogłem w tym okresie dostać Seroxatu, gdyż byłem przez dłuższy czas u mojej M. Widziałem jednak, że to wraca, a ja nad tym nie panuję. Pomimo walki, chęci zajęcia się czymś, myśli we mnie były. Postanowiłem się oświadczyć. Kupiłem pierścionek (oczywiście później sto myśli: "wybrałem za tani", "za krótko go szukałem i wybierałem", itp. Ten moment jednak nadszedł. Całą noc wcześniej się cieszyłem, planowałem. W godzinie "N" byłem zestresowany na maksa (myślałem, że to naturalne),a po jej zgodzie, byłem sparaliżowany, ale wewnętrznie świadomy, że zrobiłem dobrze, że zrobiłem to, co chiałem JA. W ciągłym stresie na drugi dzień (przed wyjściem na urodziny do znajomych), pojawiło się: "oświadczyłem się i widzisz, jest jeszcze gorzej". Totalnie mnie sparaliżowało. Odganiałem myśl, ale na urodzinach tylko to miałem w głowie. Nie umiałem Jej przytulić, cały byłem spocony, zestresowany. Po 2 dniach nie wytrzymałem: powiedziałem, że zrywam (masakra!!) Było to dzień przed sylwestrem. Ona w płacz, a ja, czując wyraźnie, że nie ejstem sobą, chciałem się zabrać i uciec. Marzyłem, żeby schowała mnie matka i zerwała z moją M. zamiast mnie. Nic do mnie nie docierało. zabrałem swoje rzeczy i poszedłem pożegnać się z jej rodziną.

To mnie uratowało przed największym błędem życia (choć oczywiście teraz myśli mówią co innego;p). Porozmawiałem z jej ciocią, poszliśmy na spacer. Najgorszym było, że nie czułem nawet, czy chcę to naprawić. Chciałem upić się, wypalic paczkę papierosów. Miałem myśli: "spróbuj z inną, będzie Ci lepiej". potem, że odejdę, bo moja M. zasługuje na kogoś lepszego, potem, ze ja jestem za dobry dla niej...Dodam, że planowaliśmy w sylwestra imprezkę na kilkanascie osob - przez moją "akcje" wszytsko zostało odwołane/ Sylwestra spedzilismy razem. Bez szalenstw. Wytlumaczylem, ze nie wiem co sie ze mna dzieje, ze to nie sa moje mysli, ze to nie jestem ja...W Nowy Rok wrocilem do wynajmowanego pokoju w miesice, gdzie pracuje. Postanowilismy, ze wszytsko przemyslec sobie musze. bardzo chce z nia byc, ale boje sie jej ranic. Cos mi mowi: "teraz jest ci lepiej", a wiem, ze tak nie jest. Dodatkowo pojawily sie inne syndromy: wrazenie, ze wszyscy slysza jak przelykam sline, jak gryze posilek, drza mi rece, nogi...Jem bardzo malo juz od kilku dni, schudlem ponad 7 kg...Poczatkowo spalem po kilkanascie godzin, a teraz w nocy gora 3 (a czuje sie wsypany).

Dodam tylko kilka faktów z dziecinstwa:

- wychowalem sie bez ojca,
- ojczym mnie ignorowl, zajmowal sie "swoim" synem a moi mlodszym bratem, (bylem odpychany, stawiany w roli łamagi, nieudacznika),
- widziałem, w wieku ok. 12 - 13 lat jak matka probóje się udusci, (matka z ojczymem czesto sie kocili),
- ojca swiadomie pierwszy raz na pełnoletnosc zobaczylem,
- od dawna mialem problemy z nerwami - stresy, bole zoladka, dretwienia rak, bole serca.

Prosze o opinie, czy to moze byc NN? Bo ja juz sam nie wiem, czy nie kocham, czy to choroba...Jak są dobre chwile, to wiem, ze moja M. jest najwiekszym skarbem, jaki mam, ale gdzies w glowie siedzi, zeby uwazac, bo wszytsko wroci...Zaraz ide na 1 konsultacje do psychologa...Mam andzieje, ze pomoze. Wiem, ze glupio to brzmi, ale mam andzieje, ze jstem chory - bo nie wyobrazam sobie tak na prawde zycia bez M...ehhh i znowu wkretka, ze psycholog nawet jak powie mi, ze jestem chory, to tylko dlatego, zeby mnie zbyc i kase wyludzic za psychoterpie...POMOCY!! Ciagle mysle, analizuje...Staram sie byc idealny we wszytskim...poprawic najmniejszy blad, przesunac o centymetr zegarek, ktory krzywo wisi moim zdaniem...

Dziekuje wszytskim, ktorz zaangazuja sie w moj problem.

-- 04 sty 2013, 17:11 --

pragnę jeszcze dodać, że wszelkie słowa w gazecie, TV, interencie, kojarzące się z rozstaniem, zostają w mojej głowie...Mimowolnie klikam na linki w stylu: "jak rozstac sie po latach" i wkręcam sobie, że chyba tego chce...Cigale analizuje inne zwiazki, innych ludzi...Przygladam sie, ile lat maja znajomi, znani ludzie, ktorzy sie zenia, maja dzieci...czy aby nie jestm za mlody, czy lepiej nie czekac....chociaz wiem, ze czekam juz za dlugo...Ostatnio doszla mysl, ze "po prostu za dlugo czekalem na oswadczyny i dlatego jest jak jest"....ehhhh, jeszcze moglby duzo objaw opisywac, bo trwa to juz 4 lata...Dochodzi jeszcze derealizacja, depersonalizacja...Już sam nie wiem co jest prawdą, a co sobie wmawiam...:((((((((
Offline
Posty
46
Dołączył(a)
02 sty 2013, 22:44

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez Bezradna89 04 sty 2013, 18:19
KAMA21 przedewszystkim powiedz o tym swojemu chłopakowi.Gdybym ja o tym powiedziała mojemu chłopakowi na samym początku a nie po 6 latach byłoby teraz tego wszystkiego mniej w mojej głowie.A jeśli nie chcesz mu powiedzieć to pisz pamiętnik tylko taki w którym uwzględnisz wszystkie swoje myśli, wszystko co pomyślałaś a wydaje Ci się że nie powinnaś.Nie trzymaj tego w sobie.Objawy które występują u Ciebie to dopiero początek...u mnie pojawiły się takie objawy po paru miesiącach gdy poznałam mojego chłopaka.
I walcz, będzie trudno ale walcz.Gdybyś Go nie kochała to byś się nie zastanawiała, pozwoliłabyś mu odejść by był szczęśliwy z kimś innym.Uspokój się, przestań myśleć o tym.
To jest nerwica, nie mam jej zdiagnozowanej bo nie dogadałam się z hipnoterapeutą.Ale wiem że to coś potrafi zrobić coś strasznego z człowiekiem.
Pisze to bo po prawie 2 miesiącach walki z tym cholerstwem,(męczę sie ogólnie od 6 lat ) zaczynam widzieć światełko małe ale jest.
Poznałam mojego chłopaka gdy był na urlopie w Polsce.Pracował w Anglii.Każdy dzień z nim spędzony był najcudowniejszy na świecie.Jak wyjeżdzał był ryk i rzeka łez.Dziewczyny macie szczeście że macie swoich chłopaków przy sobie, ja musiałam czekać pół roku by Go znów zobaczyć.A to wszystko zaczęło się akurat gdy był w Anglii.
WYOBRAŻCIE SOBIE ŻE POSZŁAM W KOŃCU NA WIZYTĘ DO TEGO HIPNOTERAPEUTY OPOWIADAM MU TO WSZYSTKO O ON DO MNIE, NO DOBRZE
ALE PRZECIEŻ DO ANGLII NIE JEST WCALE TAK DALEKO( jako że nie musiałam na Niego czekać z utęsknieniem tylko mogliśmy się spotkać wcześniej),A BILET MÓJ CHŁOPAK MÓGŁ MI KUPIĆ BO PRACUJE W ANGLII.Już więcej tam nie poszłam.
Cieszę się tylko z tego że mój umysł nie spłatał mi figla i nie wyszłam z tamtąd z myślą że już wtedy nie kochałam swojego chłopaka, bo gdybym Go kochała to przecież znalazłabym sposób by do Niego dotrzeć.A coś takiego uwierzcie mi nie jest trudno wkręcić osobie z nerwicą.
Offline
Posty
24
Dołączył(a)
13 lis 2012, 14:53

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez zmęczona1 04 sty 2013, 18:26
daredevil9 napisał(a):
Ezekiel napisał(a):


-- 04 sty 2013, 17:11 --

pragnę jeszcze dodać, że wszelkie słowa w gazecie, TV, interencie, kojarzące się z rozstaniem, zostają w mojej głowie...Mimowolnie klikam na linki w stylu: "jak rozstac sie po latach" i wkręcam sobie, że chyba tego chce...Cigale analizuje inne zwiazki, innych ludzi...Przygladam sie, ile lat maja znajomi, znani ludzie, ktorzy sie zenia, maja dzieci...czy aby nie jestm za mlody, czy lepiej nie czekac....chociaz wiem, ze czekam juz za dlugo...Ostatnio doszla mysl, ze "po prostu za dlugo czekalem na oswadczyny i dlatego jest jak jest"....ehhhh, jeszcze moglby duzo objaw opisywac, bo trwa to juz 4 lata...Dochodzi jeszcze derealizacja, depersonalizacja...Już sam nie wiem co jest prawdą, a co sobie wmawiam...:((((((((

Miałam tak samo, strach oglądac filmy, czytac gazety, zwłaszcza jak to dotyczy tematyki tych okrypnych mysli które ciągle dręczą, od razu sobie to przypisywałam.

-- 04 sty 2013, 18:30 --

Ezekiel, znów wrócił ten dziwny ból w szyi z lewej strony na linii żyły. Nie boli jak ruszam głową to boli jakby w środku, ciężko to opisac. :hide:
Offline
Posty
158
Dołączył(a)
23 paź 2012, 19:56

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 10 gości

Przeskocz do