Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Forum o nerwicy natręctw: doświadczenia, historie, pytania.

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Avatar użytkownika
przez aussie 17 mar 2011, 20:08
starałam się, ale akurat miałam lepszy okres i nie mogłam sobie połowy rzeczy przypomnieć, jak teraz zresztą, tylko teraz to z innego powodu ;/ a czemu się śmiejesz? możesz mnie zdiagnozować, i tak pewnie nie uwierzę :P albo uwierzę na krótko.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
156
Dołączył(a)
17 gru 2010, 17:47

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Avatar użytkownika
przez aussie 17 mar 2011, 20:14
dzięki :) a mogą natręctwa wynikać z długotrwałego oszukiwania się? bo tego się boję ;/
Avatar użytkownika
Offline
Posty
156
Dołączył(a)
17 gru 2010, 17:47

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Avatar użytkownika
przez aussie 17 mar 2011, 20:21
no dobra... to może i wybiorę się na tą terapię. jeśli coś znajdę nieprywatnie. ale dzięki ;)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
156
Dołączył(a)
17 gru 2010, 17:47

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Avatar użytkownika
przez aussie 17 mar 2011, 20:24
ciekawe czy w moim mieście w ogóle jacyś dobrzy lekarze nieprywatnie przyjmują. w dużych miastach pewnie łatwiej, a moje jest... średnioduże ;p
Avatar użytkownika
Offline
Posty
156
Dołączył(a)
17 gru 2010, 17:47

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Avatar użytkownika
przez aussie 17 mar 2011, 20:31
z Olsztyna. z tego co wiem psychoterapeutów na pęczki nie mamy a ci co są woleli założyć prywatne gabinety :P ale może...trzeba poszperać.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
156
Dołączył(a)
17 gru 2010, 17:47

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Avatar użytkownika
przez Manka 17 mar 2011, 23:22
W mojej miejscowości jest szpital psychiatryczny :mrgreen: zresztą z tego ta miejscowość słynie :mrgreen:
Avatar użytkownika
Offline
Posty
260
Dołączył(a)
15 lut 2010, 13:35
Lokalizacja
DreamLand

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Avatar użytkownika
przez Manka 17 mar 2011, 23:31
Ale jest chyba większa od Jarosławia :P

-- 17 mar 2011, 22:45 --

Tak patrzę na ludność i widzę jednak tą różnicę małe miasteczko Jarosław zaledwie 39 tyś mieszkańców a Dębica 75 tyś. ... no o powierzchni i rozwoju kulturalnym a raczej jego braku nie wspomnę :mrgreen:
Avatar użytkownika
Offline
Posty
260
Dołączył(a)
15 lut 2010, 13:35
Lokalizacja
DreamLand

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez krzywy92 21 mar 2011, 15:29
Witam serdecznie
mam chyba taki sam problem jak wypowiadające się tutaj osoby i liczę na pomoc. Wkleję treść wiadomości, którą wysłałem do jednej forumowiczki, żeby przedstawić moją historię:

"Ogólnie, zaczęło mi się to wieku dojrzewania, jak miałem 15-16 lat. Otóż byłem w związku, 2 lata, wiesz pierwsza miłość itp. i pewnego razu tak siedziałem i pomyślałem, że już nie kocham tej dziewczyny. I mnie wzięło.. objawy na pewno Ci doskonale znane.. natrętne myśli, obsesyjne, non stop.. te efekty somatyczne, napięcie, stres, przygnębienie itp. I najgorsze było to, że w sumie wiedziałem że ją kocham, ale ani tak nie myślałem, potem przestałem czuć.. Po pół roku w takim stanie zacząłem autoterapię. Byłem 2 razy między czasie u psychologa, ale psycholog powiedział, że to może być ta nerwica, jednak nie ma co dramatyzować. No dobra.. tak czy siak, zacząłem tą autoterapię w sposób taki, że non stop myślałem wprost przeciwnie do tych natręctw. Czyli przykładowo jak było "a może ja jej nie kocham", to myślałem "kocham ją, jestem tak szczęśliwy" itp. i to rzeczywiście, po jakichś 7 miesiącach przeszło. Było wszystko w porządku, ale niestety, choroba wróciła znowu. Poszedłem do liceum i tam spodobałem się jednej dziewczynie. Kiedy się dowiedziałem o tym, stwierdziłem że rzeczywiście jest całkiem fajna.. no i się zaczęło znowu. Że tamtej nie kocham, że może się zakochałem w nowej itp. no i tym razem już nie dałem rady tego przezwyciężyć, chociaż walczyłem z tym do końca. końcem była sytuacja kiedy powiedziała mi pewnego raza ówczesna dziewczyna, że ze mną zrywa. po tym pomyślałem że w sumie jestem już wolny, więc zapoznałem się z tamtą dziewczyną z liceum i wyszło tak że zaczął się kolejny związek. ten związek był w sumie bez tych ataków, chociaż był moment, kiedy również spodobała mi się jedna dziewczyna i mnie te natręctwa dobrały, jednak tak w pewnym momencie przeszło. dodam, że wtedy zacząłem się bardziej zastanawiać nad tym, czy nie jest to przypadkiem właśnie nerwica natręctw. do końca tamtego związku nie miałem już żadnych nawrotów. później ta dziewczyna zerwała ze mną, ja po jakimś czasie poznałem nową, przy czym ten związek choć trwał prawie rok, był dla mnie niemożliwie ciężki psychicznie, bo niestety nieco się różniliśmy i ona prawdę mówiąc swoim zachowaniem zniszczyła mi tą sferę psychiczną. skończyliśmy po 8 miesiącach dokładnie. nawrotów nie było już od ponad półtora roku. po krótkim czasie zacząłem nowy związek, który normalnie się rozwijał, jednak po miesiącu coś mnie wzięło, poczułem kurcze taki mega ciężar, strach, jakąś blokadę, trudno mi powiedzieć. stwierdziłem wtedy, że widocznie jej nie kocham i zerwałem. po tym poznałem drugą dziewczynę i wszystko wyglądało zupełnie tak samo.. nagle po miesiącu zrywam. odczekałem jakiś czas z tymi związkami i poznalem dziewczynę która w zasadzie dla mnie jest idealna. poznaliśmy się, to się jakoś rozwijało, ja cały czas pamiętałem o tym że nagle coś mnie trafia, jednak stwierdziłem że kurcze, zakochałem się w niej i stwierdziłem, że zaufam sobie i tym razem jakoś to pokonam. w tym czasie nawroty tej choroby wróciły.. jestem człowiekiem bardzo wierzącym i nagle to wszystko co było wróciło.. natrętne myśli, stres, strach, ta pętla że człowiek się non stop zastanawia, nakręca siebie i wychodzi jeszcze gorzej, wszystkie efekty somatyczne typu pocenie, bezsenność, szybka praca serca.. a najgorsze że za każdym razem, te myśli były takie irracjonalne, wbrew mnie.. jak ta nerwica była już no w apogeum i miałem w zasadzie kryzys psychiczny, wszystko przeszło.. na myśl o obecnej dziewczynie. to trwa już od 2 miesięcy, zrozumiałem że jednak jest to nerwica natręctw, wszystkie objawy o których czytałem itp. się rzeczywiście zgadzają. wyczytałem, że to samo nie przejdzie jak myślałem do tej pory i poszedłem do psychologa. psycholog zapisał mnie na terapię. więc chodzę do pani psycholog, ale powiedziała że w zasadzie leczenie farmaceutyczne nie jest na tyle konieczne, ponieważ stwierdziła, że może poradzimy bez tego. przez te 2 miesiące bywało różnie, raz mniej, raz bardziej się to nasila. zazwyczaj przechodzi w nocy i odzywa się rano. czasami odzywa się jak jestem w szkole i oczywiście trwa do nocy. było do tej pory lepiej, teraz jest znacznie gorzej. i ku chwale bożej, znalazłem właśnie Twój post który opisuje dokładnie to samo co ja przeżywam. kiedy przeczytałem, poczułem wielką ulgę, że wiesz.. jednak jest to choroba, a nie że "może ja rzeczywiście jej nie kocham"/"może mi się znudziła" itp. mam naprawdę szczerze dość już tej walki z samym sobą, ale co gorsza.. kiedy przeczytałem Twojego posta i minął ten stres, natręctwa nie minęły. tylko, że odbija się to tak na mnie, że jak do tej pory byłem pewny, że ja wiem czego chcę, że wiem że nie chcę zrywać itp. to teraz już naprawdę nie wiem. nie mam pojęcia co czuję, a co myślę, nie mam pojęcia czy mi zależy nadal, czy nie. jak myślę o niej to czuję taki ciężar, smutek.. i nie wiem na ile jest to odbiciem moich prawdziwych uczuć, a ile tym czymś co we mnie siedzi. ale kurcze, nie mogę tak non stop żyć. nawet jakbym zerwał i miałbym już święty spokój, wiedziałbym że przy kolejnym związku będzie to samo.. ciężko mi, bo nie potrafię w zasadzie czuć jak inni, zdrowi ludzie. nie dość że mam te natręctwa, strasznie boję się związków, bo bardzo dużo przeżyłem i powiem Ci szczerze, że jak piszę w tym momencie tą wiadomość, to stwierdzam że już naprawdę niczego a niczego nie jestem pewny.. i nie mam zielonego pojęcia co mam zrobić. jedyne co mi przyszło do głowy, to to żeby zacząć leczenie farmakologiczne, wtedy chociaż zwalczę tą nerwicę.. a jeśli nic nie zmieni się w stosunku do moich obecnych uczuć wobec dziewczyny, to po prostu zerwę.. chociaż naprawdę chcę ją kochać (jeśli jej nie kocham), być z nią i żyć normalnie. wcześniej zrywałem, teraz tego po prostu nie chcę. jeśli jest inaczej, to nie mam pojęcia co we mnie siedzi, że co kolejny związek w pewnym momencie się u mnie wszystko zawala.. mam nadzieję, że jakoś mi pomożesz w tym wszystkim.."

Widzę, że ludzie piszą wiele szczegółów odnośnie swojej choroby jak i ujawniają sprawy prywatne.. ja oczywiście też zamierzam się otworzyć i być szczerym, gdyż chcę sobie pomóc. Co za tym idzie, jeśli czegoś nie ująłem w tej historii, to dodam to później w ramach ew. pytań, jeśli oczywiście ktoś zdecyduje się mi jakoś pomóc.. nie chcę też za dużo pisać w jednym poście, żeby jakoś rozsądnie to uporządkować. mam nadzieję, że ktoś jest w stanie mi pomóc, bo naprawdę w tym momencie nie ma zielonego pojęcia co mam robić..
Jestem tu po to by wygrać z tą chorobą i pokazać Wam, że jest to możliwe.
Offline
Posty
36
Dołączył(a)
19 mar 2011, 15:48

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez Inler 21 mar 2011, 23:24
Przeczytałem ten post wyżej i jestem zdumiony, że ktoś ma bardzo podobną sytuację do mojej, o której zresztą gdzieś tam pisałem. Dalej tworzę związek z tą samą dziewczyną, będzie już prawię rok. Jest mi ciężko, bardzo cięzko przez te myśli. Czasami jest to niechęć do niej, czasami jakieś głupie gadanie, że chodzi mi tylko o seks, czasami jest to nawet obrażanie jej w myślach, przez skojarzenia. Niekontrolowanie siebie. Jest to bardzo uciążliwe. Doszło do tego to, że nie możemy się rozstać. Ona mnie strasznie kocha, ja.. ja też ją kocham. Ale czasami wątpię w to. Staram się, oboje się staramy, chociaż różnimy się, nasze charaktery, częste kłótnie, problemy, ale udaje nam się wychodzić z tego cało.

Boję się, że targam jakiś bagaż przeszłości, zauważam bardzo wiele wspólnych cech mojego taty w sobie. Sposób traktowania, odzywania się. Bardzo mnie to irytuje, bo nie są to pozytywne jakieś rzeczy. Zaczynam się obawiać, ze tak już będzie zawsze. Każda moja relacja z kobietą będzie wyglądała w taki maniakalny sposób. A ja chciałbym tylko spokoju i pewności.

Mam takie sytuacje, że spojrzę się na inną dziewczynę, albo czuję, że chcę podejść i pogadać do jakiejś nieznajomem dziewczyny. I wtedy mogę analizować to przez pół dnia, co oczywiście psuje mi humor, sappomoczucie i tak dalej. To są absurdalne rzeczy, w które człowiek wierzy, którymi się kieruje. Czasami dochodzę do wniosku, że to nie ma sensu, że to jest zbyt ciężkie. Wiele razy w ciągu dnia słyszę głosy żeby to skonczyć, rozstać się. Cześto też czuję jakiś gniew w sobie, jakąś zazdrość. Mimo, że po czasie widzę absurd tej sytuacji i mojego zachowania, to tak mam. Jedno jakieś słowo, jedno, że idzie z koleżankami, a ja czuję zazdrość, mimo,ze jest to normalne! trochę to opanowałem, kontroluję. Staram się po prostu nie zwracać na takie moje stany uwagi i dalej spędzamy czas, jesteśmy dla siebie bliscy. Tylko boję się, że coś we mnie umiera... Szczególnie jak porównam to do czasu przeszłego, kiedy wszystko było takie łatwe, czułem piękno tego uczucia, czułem zbawienny wpływ , każdy gest, uśmiech dawał mi radość. A teraz to jest normalne, a ta normalność każe mi sądzić, że to minęło i już nie powróci.

Byłem na jednej wizycie, opłacanej przez nfz. Ale wtedy objawy te były inne, mniejsze, głupsze. Nie wiem co zrobić, zauważam w sobie dużo jakiś niepokojących, podchodzących pod borderline. I myślę, czemu tak wszystko muszę analizować, czemu inni mogą trwać w miłości, kochać, a ja sam sobie zaprzątam to życie? Psycholog stwierdził, że mam zaburzenia adaptacyjne... Nie wiem co z tym dalej zrobić. Chciałbym po prostu być normalny...
Offline
Posty
34
Dołączył(a)
26 wrz 2010, 17:07

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez krzywy92 21 mar 2011, 23:56
Nie ma co płakać Bracie. ciśniemy na leczenie farmaceutyczne i tyle. nie ma sensu przez całe życie z tym walczyć i czuć się non stop tak samo. Doskonale wiem jak jest, cieszę się że nie jestem sam z tym, bo widzę że są ludzie o takich samych problemach i to jakoś jednak motywuje, choć podkreślam, że nie życzę temu nikomu. Grunt to zachować dystans w jakikolwiek sposób, nie poddać się i nie stać w miejscu. Skoro te całe NN się do nas dobrało, to teraz trzeba się dobrać do niego i tyle. Idziemy się leczyć, piątka ! :smile:

-- 21 mar 2011, 23:35 --

Przepraszam za doubleposta, nie mogę edytować - ale odnośnie tej zazdrości, mam identycznie. Tzn.. jest to oczywiście różnie, bo raz jest tak że jestem strasznie zazdrosny, jak nawet mówi mi że idzie do miasta.. a raz jest tak, że nie czuję tej zazdrości to pewnie już jej nie kocham, pewnie już mi się znudziła itp.. tragedia.
Jestem tu po to by wygrać z tą chorobą i pokazać Wam, że jest to możliwe.
Offline
Posty
36
Dołączył(a)
19 mar 2011, 15:48

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Avatar użytkownika
przez mia666 25 mar 2011, 16:30
Hey.Dawno mnie tu nie było ,a to dlatego,iż balam się tu wejść.
Rozpoczęłam terapie.U innego psychologa.Stwierdził,ze tu nic nie ma wspolnego z nn..ze to jest jakas dziwna sytuacja,w ktorej po prostu pomieszały mi się role z mamą i tak jakby cierpie za nia..
Byłam na trzech spotkaniach.Pani mało skupia się na moim TŻ . Mówi,ze onn nie ma z tym nic wspolnego.
Być może uczucie sie wypaliło,znudzenie itp..nie wie..ale na pewno nie jest to nerwica.
Na początku nie mogłam tego przyjąć..nie wiedziałam o co chodzi.. Z moim TŻ -dystans,omijamy się w szkole,nie piszemy nie dzwonimy.Chciałam zatęsknić...Lecz przez cały czas nie mogę spać,nigdzie nie wychodzę..leże,płaczę i 24h MYŚLE. W myślach mam wszystko to co mnie wkurza w nim...jak się śmieje...jak używa jakichś słow... wszystko to co mnie zniechęca do niego. Chwilami myślę ,ze nie mogę zyc z kimś takim kto sie tak smieje,bo dostane szału... a zaraz płaczę dlaczego tak się tego uczepiłam?
Aktualna Pani psycholog mowi,ze załamanie podczas terapii jest czymś normalnym,bo znaczy ,ze coś się dzieje.
Ale ja nadal czuje ,ze to nn....i chciałabym aby tak było.Moja mama nie dopuszcza tej opcji. Mówi,ze nie mam być mądrzejsza od lekarza..

Do poprzedniej Pani chodziłam 2 miesiące... wiedziała jak to się zaczęło.na bierząco co czuję...jak do tego wszystko dosszło... stwierdziła nn,ale nie była pewna. Dwie opinie,dwie RÓŻNE opinie...o nich myślę cały czas...i czuję ,ze się wykańczam.


HELP.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
61
Dołączył(a)
07 wrz 2010, 17:39

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez agucha 28 mar 2011, 09:37
Mia to psychiatra jest lekarzem i on moze stwierdzic chorobe. Psycholog jak dla mnie to rodzaj filozofa ktory cos przypuszcza ale niczego nie jest pewien.
Offline
Posty
303
Dołączył(a)
30 sie 2009, 09:00

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez agucha 28 mar 2011, 11:36
Psychiatra jest lekarzem.. psycholog doradca. mozna z nim pogodac... moze szukac przyczyn choroby. Ja mam zle dowiadczenie z psychologiem. Tylko bardziej mnie zdolowal :))
Offline
Posty
303
Dołączył(a)
30 sie 2009, 09:00

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez kini. 05 kwi 2011, 20:41
Witam wszystkich. Mam zupełnie to samo co wy, a moja sytuacja najbardziej jest zbliżona do sytuacji Aussie. Co za głupie uczucie od 2 miesięcy... Czy to miłość czy nie miłość, czy ja siebie oszukuję i wmawiam sobie nerwicę, czy naprawdę tak jest. Ciągle coś mi w Nim nie pasuje. Z drugiej strony rozstanie wydaje mi się maksymalnie niedorzeczne i nie wyobrażam go sobie, nie widzę jego celu. Mam ciągłe wyrzuty sumienia, że analizuję Jego wygląd, mowę, sposób bycia. Na początku nie spałam po nocach, nie jadłam, miałam kołatanie serca. Wiem, że jest cudowny, ma wspaniały charakter, a z drugiej strony coś jest nie tak w tym wszystkim. A jeszcze 2 miesiące temu byłam pewna, że to ten na całe życie i wymyślaliśmy imiona dla naszych dzieci. Aż tu nagle bum, po półtora roku bycia razem (od pół miesiąca mieszkamy ze sobą) - wątpliwości, czy to ten, czy go kocham. Czasami mam chwile zapomnienia, wszystko wraca do normy, a później znowu te natrętne myśli, które nie pozwalają mi się na niczym skupić. Boże, o co chodzi z tym wszystkim. To mój pierwszy związek, ale jest naprawdę dobry, nie chcę się poddawać. Ale jak żyć z tymi myślami, że coś nie gra. Tak naprawdę nie mam żadnego powodu konkretnego, wszystkie wymyślam. Raz, że jest za niski, raz, że za dobry, raz, że za bardzo małomówny, że to może tylko przyjaźń. A innym razem myślę, że jest uroczy, idealny i fajnie się z nim gada. No i w końcu przyjaźń w związku też jest ważna. Jest porządnym człowiekiem, wrażliwym, czułym i zakochanym we mnie po uszy. Nie chcę go stracić z głupoty. Czasami myślę, że może mam za mało adrenaliny i wymyślam sobie jakieś bzdury. Że go nie doceniam, bo wszystko jest takie idealne w tym związku, nie mam porównania do żadnego innego. Że mam za mało przyjaciół, kontaktu z rodziną, żadnych pasji. A może to nie to. Może przy kimś innym nie byłoby problemów. A może ten problem siedzi we mnie i póki tego nie załatwię to będzie tak w każdym związku. Nie wiem. Chętnie wybrałabym się do psychologa, ale fundusze póki co nie pozwalają, a i czasu brak, bo zapieprz na studiach. Czasami potrzebuję takiego kopa i pokazania jasnych stron życia. Żeby ktoś nauczył mnie cieszyć się z dnia codziennego. Poradźcie coś!

-- 05 kwi 2011, 20:52 --

Sorki, miało być, że od pół roku mieszkamy, a nie pół miesiąca.

-- 11 kwi 2011, 21:19 --

czy temat został zamknięty czy już nikomu nie chce się pisać? :)
Offline
Posty
14
Dołączył(a)
05 kwi 2011, 20:15

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 11 gości

Przeskocz do