Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Forum o nerwicy natręctw: doświadczenia, historie, pytania.

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Avatar użytkownika
przez LucidMan 18 lut 2009, 11:32
cereb, Nie wiem dlaczego nazywasz nas "nieczującymi" skoro akurat właśnie my za dużo czujemy, tylko w niewłaściwy sposób. Ale cóż, znerwicowanego może zrozumieć tylko znerwicowany. W Twoim poście da się odczuć sporą zazdrość, że niby my brak kochania usprawiedliwiamy chorobą. Tak jest, tyle że to jest bardzo błędne i naprawdę nie ma co zazdrościć ...
ale nie zmusze go do wyjscia z kuli
Oczywiście, że go nie zmusisz. Próbujesz zmienić człowieka. Pobudka! Nie da się zmienić nikogo, on musi sam się uświadomić, to wymaga czasu.

Do Gregor80
Widzę, że dobrze Ci idzie terapia. Kontynuuj ją, bo to Twoja jedyna szansa.
Lucid life
Avatar użytkownika
Offline
Posty
785
Dołączył(a)
09 sty 2009, 23:55
Lokalizacja
NeverLand

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez amandia 20 lut 2009, 00:32
polaola LucidMan dobrze gada. Najczęściej problem leży w nas samych: zbyt wysokie wymagania - często kompleks ojca (szczególnie u jedynaczek), nadopiekuńczość rodziców albo wręcz przeciwnie brak miłości w domu rodzinnym, co za tym idzie zerowa samoocena itd powodów jest wiele, wszystko do przeczytania w tym wątku ;)
Nikt Ci nie powie czy to jest miłość czy nie, nie dowiesz się też czy gdyby to był inny chłopak nie miałabyś takich samych uczuć. Powiem ci jedno, ja staram się nie zadawać sobie tego pytania: czy kocham, czy to miłość? Wyszłam za mąż za mojego obecnego, i chcę wierzyć że jest między nami uczucie, ba, po prostu chcę z nim być, chcę go zaakceptować, chcę spróbować i się przekonać. Staram się skupić na tym czy jestem szczęśliwa, a nie czy kocham. I uwierz mi, jak czytam o tym że ty nie wiesz, że on nie robi czegoś co chciałabyś by robił, że nie chcesz go zranić itd to tak jakbym czytała o sobie. Nie jest łatwo, ale czy się rozstaniecie, czy będziecie razem to zależy tylko i wyłącznie od was.
Cereb, ja miałam super dzieciństwo, wiec twoja teoria że wszystko jest wynikiem jakichś przeżyć w domu rodzinnym jest nie trafiona. I naprawdę, wiele bym dała żeby wiedzieć, żeby umieć kochać, żeby o tym nie myśleć, żeby wyjść z tej swojej 'skorupy' i okazać uczucie.
Offline
Posty
313
Dołączył(a)
05 paź 2008, 10:01

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez polaola 20 lut 2009, 11:39
Jak dla mnie ta gatka o wygodności w niekochaniu to bzdura.Ja nie chce sobie zmienic,i ot tak ok nie ten to inny.Ja bardzo chce zeby było jak dawniej.Zebym czuła co dawniej tz nie zastanawiała sie co czuje,wiem ze bez niego jest ciezej daltego rozmawiamy ze soba.Jemu tez było cholernie zle jak mi.Okazało sie ze mam depresje i prawdopodobnie do tego nerwice natretstw własnie.Ja nie moge,nie potrafie dopuscic do siebie mysli ze moje zycie miało by teraz byc bez niego;( biore leki oby było dobrze i nikt mi nie powie ze z tym wszystkim mi wygodnie.Nikomu nie zycze tego nigdy
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
16 lut 2009, 23:26

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez amandia 21 lut 2009, 10:38
Najgorsze jednak jest to, że człowiek budzi się, i nagle pojawia się myśłl, uczucie- Nie kocham go. Nie wiem czemu, skąd i po co. Nie wiem czy faktycznie tak jest, czy to NN. To jest dla mnie najgorsze w tym wszystkim :?
Offline
Posty
313
Dołączył(a)
05 paź 2008, 10:01

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez gregor80 22 lut 2009, 17:42
Witam,
Ostatnio napisałem że się poddałem cóż to nie takie proste, jak każdy z was chciałbym wkoncu poczuć szczęście, ulgę, poprostu zacząć normalnie żyć, z normalnymi problemami dnia codziennego. Myślę że znowu wracam do pracy nad sobą widzę że pomału wszystkie klocki z mojej układanki pasują do siebie. Tak mam nerwicę natręctw choć główne jej nasilenie wygasa nie wiem jak to się stało może czas możę terapia widzę tu poprawę. Nie wiem jak u was ale u mnie zaczeło się to wszystko tzn nn nerwicą wegetatywną i co do tego jestem w 100 % pewien. A tą nerwicę mam napewno przez rodziców, przez dom w którym była patologia dysfunkcja, zbyt wielkie wymagania stawiane przez ojca, którym musiałem sprostać kosztem zabawy, spotkań z kolegami, brzmi prosto ale ja wszystko robiłem aby być przez niego akceptowanym. Jedyną swoją wartość widziałem w ocenach co doprowadziło do sytuacji że kontakty z ludzmi ograniczyłem do minimum ale nie dla siebie ale dla ojca. Czynnik cholernie stresogenny. Zyłem dla ojca a nie dla siebie...to musiało wkoncu się załamać. Nerwica natręctw może powstać w ciągu chwili, naprawdę poprzez silne przeżycie czegoś i wówczas nerwica wegetatywna znika bo powstaje coś gorszego co ją zastępuje czyli nerwica natręctw. Konflikt emocji, pragnień to co my chcemy podświadomie a mysli jaki podsuwa nam nerwica. Jak sobie z tym poradzić... Ja jeszcze nie wiem choć w ciągu ostatnich czterech miesięcy zrobiłem postępy, wyeliminowałem lęk, pogodziłem się z faktem ze mam problem i coś trzeba z nim zrobić, co dało mi wiele bo nie rozczulam się nad sobą mówię sobie to nic że inni mają się lepiej są przecież ludzie którzy mają się o wiele gorzej. I przestałem analizować to chyba od tego momentu jest lepiej, przestałem myśleć, przestałem zadawać sobie pytanie CO BY BYŁO GDYBY, tak zdrowy człowiek nie robi a skoro ja chcę nim być to na logike nie mogę tego robić. I przyznałem się wobec siebie że nic nie czuję, nie zastanawiam się czy kocham czy nie zastanawiam się co spowodowało że ztałem się człowiekiem bez uczuć skoro zawsze byłem wyjątkowo wrażliwy. I widzę że na pewno muszę pokochać siebie. siebie dowartościować i widzę że to na dzien dzisiejszy jest największy problem mój. Myslę i zgadzam się z moją psychoterapeutką że kochając siebie można otworzyć się na uczucia do innych. I jedna rzecz bardzo ważna pomimo że słyszałem ją w ciągu roku wielokrotnie to do mnie nie docierała dlaczego bo ciągle analizowałem czy kocham czy nie czy mi się podoba czy nie, ale nie robię tego nie myślę tak bo to do niczego nie prowadzi TĄ rzeczą jest jesli kogoś kochasz to nie zwracasz na wygląd, więc jesli uda mi się na nowo odblokować uczucia to wiem że problem czy mi się podoba czy nie sam zniknie.
Pozdrawiam
Offline
Posty
8
Dołączył(a)
09 sty 2009, 10:45

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez cereb 25 lut 2009, 23:02
LucidMan miales racje, probowalam zmienic czlowkieka. Kiedys pokochalam go, zdecydowalam sie na malzenstwo, a on zachorowal. Zaczal dzien w dzien plakac z rozpaczy ze nic do mnie nie czuje. Wiec nie uwierzylam tym slowom, tylko pomyslalam ze to choroba. Poszedl do psychiatry, to samo stwierdzil. Poszlam do mojej psychoterapeutki i uznala tez ze zaburzenie lekowe, wynikajace z rodziny. No ale coz, dzis przekonal mnie ze sie pomylilam. Calkowicie. Mialam najwidoczniej jakis jego obraz w swojej glowie, i probowalam go do niego dopasowac. A on po prostu nigdy mnie nie kochal. teraz tym bardziej. Nigdy tez najwidoczniej nie byl tym czulym, kochajacym mnie, w jakim sie zakochalam. Widze ze sie pomylilam. Pomylilam sie rowniez bo zaufalam mojej psycholozce... Dlatego tak przy nim trwalam, bo jesli to choroba i trudny okres dla niego, to przeciez jako narzeczona nie moge go opuscic... ale on po prostu nigdy mnie nie kochal i tylko ja glupia uczepilam sie jak rzep psiego ogona i... przepraszam, wiem ze to nie na temat, no ale coz. Dzis mnie przekonal ze to juz koniec, a ja gonilam tylko za wspomnieniem... bylam glupia strasznie glupia.... mam nadzieje ze sobie teraz jakos poradze. przepraszam musialam sie wyzalic...

[*EDIT*]

Jeszcze raz ja. ma ktos jakies pocieszajace slowa, dla osoby, ktorej dopiero dzis uswiadomiono, ze kochala za bardzo i ze sei uzaleznila od faceta? ktora przez ostatni rok robila z siebie idiote i wstretnego pasozyta ktorego probowano przegonic, ale on sie nie dawal? macie jakies pocieszajace slowa, zebym az tak soba nie gardzila za to wszystko? prosze...
cereb
Offline

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez konewkaa 27 lut 2009, 22:34
a i wracam do starego loginu czyli konewkaa. czyli drugie 'a' na koncu powrocilo:) takze jakby coś to piszcie do mnie na tą wlasnie nazwe. kod aktywujący wreszcie ruszyl:) jescze raz pozdrawiam i sciskam wszystkich ;*
konewkaa
Offline

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez cereb 28 lut 2009, 16:05
Dziekuje Ci Konewka za mile slowa. Ale miedzy nami zostalo juz wszystko powiedziane. Najwidoczniej to ja jestem przyczyna jego wszelkich neiszczesc oraz jego nerwicy. Pewnie gdyby mnie nie spotkal bylby szczesliwym cczlowiekiem, nie wyladowalby w szpitalu. Ale ja go unieszczesliwilam i wpedzilam w chorobe... wiec juz wszystko zostalo powiedziane. Pozbyl sie mnie, wiec bedzie teraz szczesliwy, a moja w tym glowa zebym i i ja teraz byla szczesliwa po tym wszystkim. Bo kiedys naprawde wierzylam ze to tylko zaburzenia emocjonalne z powodu doswiadczen rodzinnych i nieumiejetnosci wyrazania zlosci, czyli calkowitej blokady na wszelkie uczucia. Sama w koncu kiedys myslalam ze nie jestem zdolna kochac, az poszlam na terapie, i mnie moja terapeutka nauczyla sie wsciakac, glownie na matke, robic jej awantury, i przeszlosc i terazniejszosc, i dzieki temu pokochalam bylego... no coz. nauczylam sie kochac, ale jeszcze nie nauczylam sie wybieraz wlasciwej osoby, ktora z mojego powodu nie bedzie chorowac na nerwice.
cereb
Offline

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez konewkaa 01 mar 2009, 01:03
tak sobie dzisiaj pomyslalam ze Wy wszyscy normalnie weszliscie w zwiazki, zakochaliscie się a ja kochac nie umiem :( ze po prostu potrzebuję zeby ktos mnie kochal, niewazne kto. mam przeciez za sobą takie historie ze utrzymywalam blizsze znajomosci z facetami ktorzy byli zrodlem komplementu, nic wiecej. nie chcialabym zeby okazalo sie ze tak bylo z Andrzejem tylko ze naprawde go kocham... :( a jesli nie, to czy moge pokochac na nowo? po raz pierwszy naprawde?

ehh,marne to moje zycie... gdyby Andrzej wiedzial o tym jak ja mysle naprawde to by się zalamal... :(
konewkaa
Offline

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez cereb 01 mar 2009, 10:21
Konewkaa, nie wierze w to ze istnieje ktokolwiek na tym swiecie kto nie umie kochac. Mialam swoja teorie na temat tego braku uczucia ( w mojego eksa przypadku nietrafna teoria, ale moze w twoim). Milosc jest uczuciem najglebszym. Zeby moc odczuwac milosc, trzeba najpierw czuc wszystkie inne uczucia. Zeby moc kogos kochac, trzeba najpierw siebie pokochac. A to oznacza, ze trzeba najpierw zaakceptowac siebie takiego jakim sie jest. Trzeba zaakceptowac wszystkie uczucia jakie sie ma w sobie, nawet te ktore sie uwaza nie powinny sie znajdowac w sercu. Trzeba pozwolic sobie na to, zeby miec zlosc do kogos, kto zranil, zal do kogos, kto nie spelnil oczekiwan, smutek gdy nie dzieje sie tak jak by sie chcialo. Zeby moc kochac, nalezy najpierw uszanowac siebie samego, i ustawic pewne reguly gry z innymi ludzmi. Tzn, nie pozwalac aby inni traktowali mnie w zly sposob, przezemnie nie do zaakceptowania. Ze inni musza nauczyc mnie szanowac, i jesli chca miec ze mna kontakt, to musza dostosowac sie do moich regul gry, czyli musza mnie traktowac tak, zebym sie czula dobrze w ich towarzystwie, a nie tak jak sie im zywnie podoba. Ze nie maja inni prawa ranic, krzywdzic. Jesli to robia, ja mam prawo sie wsciec, miec zal, pretensje, mam prawo nie chciec miec wiecej z tymi ludzmi do czynienia jesli nie beda widziec tego ze zranili. zeby moc kochac, trzeba nauczyc sie, ze tez nie wszystkich ludzi sie kocha i nie wszystkich ludzi sie lubi, i nie wszyscy ludzi musza mnie lubiec. Ze jestem taka jaka jestem, i bede sie otaczac ludzmi ktorzy cos dobrego do mojego zycia wnosza, w ktorych towarzystwie czuje sie swobodnie i dobrze, i ktorzy licza sie z moimi uczuciami. Zeby moc kochac kogos, musisz najpierw pokochac siebie sama. Ze wszystkimi dobrymi cechami oraz tymi ktore mniej lubisz. I zeby moc umiec kochac, trzeba sie nauczyc, ze kto chce byc przyjacielem, bliska osoba, musi liczyc sie z twoimi uczuciami, z twoimi potrzebami, pragnieniami, marzeniami. Inaczej nie jest to bliska osoba.
To jest moja teoria jaka mialam, ze moj eks nie czul zadnych uczuc. Ze on sam siebie wogole nie akceptowal. Chcial zeby wszyscy go lubili, i robil wszystko dla innych, zeby inni byli zadowoleni z niego (inni czyli glownie rodzina, ale ludzie w pracy rowniez, i chyba przez ostatnie 3 lata ja). Nie pozwalal sobie na zlosc do innych, gdy go ranili. Najwidoczniej myslal ze maja prawo ranic, albo ze gdyby powiedzial ze to go wkurza, ze wtedy przestanie sie go lubic. I w takiej sytuacji zapomnial o sobie. On sam zniknal gdzies. Jego uczucia, jego potrzeby. Skupial sie tylko na zadawalaniu innych a nie na zadawalaniu samego siebie. tego jego psychika nie wytrzymala. Musial przestac czuc, bo nie mogl zniesc tego, ze on sam jest nie wazny. Taka byla moja teoria. Jak mi ostatnio powiedzial bledna. Ze jego psycho inaczej twierdzi. No wiec. Ona wie lepiej. Ale moze moja teoria troche Ci konekwaa pomoze. Moze cos z niej jest prawdziwe dla ciebie. Bo dla mnie samej sie sprawdzila. Dluga to byla droga... 3 lata terapii... lata czytania ksiazek, w sumie idiotycznych (np. "co zrobic zeby byc lubianym"), uczacych wlasnie ze trzeba byc usmiechnietym zeby inni cie lubili... i to tylko poglebialo moje problemy. Do dzis mi zostalo, ze jak z kims gadam mam zawsze banan na twarzy, mimo iz najchetniej bym ta osoba walnela piescia w pysk, to tylko sie usmiecham. I nie powiem w mojej pracy jest to uciazliwe, bo niektorzy ludzie b. zle odbieraja ten usmiech, jakbym sie z nich smiala, z ich cierpienia i ich problemow... a mi przeciez zawsze tak zal tych wszystkich ludzi, ktorzy mi opowiadaja swoja historie. (troche nie na temat sorki)

ps. nie mow za wiele swojemu Andrzejowi. To naprawde strasznie boli uslyszec te wszystkie rzeczy. Powiedz mu to tylko, jesli zdecydujesz sie odejsc.
cereb
Offline

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez amandia 01 mar 2009, 11:13
Zeby moc odczuwac milosc, trzeba najpierw czuc wszystkie inne uczucia. Zeby moc kogos kochac, trzeba najpierw siebie pokochac. A to oznacza, ze trzeba najpierw zaakceptowac siebie takiego jakim sie jest.


Dokładnie to samo powiedziała mi moja poprzednia psycholog :) Niestety brak samoakceptacji, pewności siebie, kompleksy niezwykle utrudniają życie. Jedni są nieśmiali, a inni są na tyle tym zdołowani, że nie odczuwają wobec siebie żadnych pozytywnych uczuć. Obwiniają się o wszystko, mają natrętne myśli, które moim zdaniem nasze głowy same generują w celach autodestrukcyjnych, coby sobie udowodnić że jesteśmy okropni, beznadziejni, żeby jeszcze bardziej się zdołować. Wiem że taka osoba ma jakąś blokadę przed tym by myśleć pozytywnie, by odczuwać pozytywne uczucia, może czasem tego nie umie okazać innym, skoro nie potrafi być dobra dla siebie? W sumie większość z nas zaznała miłości od kogoś (rodzic, rodzeństwo, partner), ale co z tego jak w tym wszystkim nie umie jej dać innym, choć przecież wie na czym ta miłośc powinna polegać, jak wyglądać, i czujemy się jeszcze bardziej zdołowani, bo nie umiemy tych uczuć odwzajemniać, a przynajminiej nazwać. Bo tak naprawdę może nieświadomie, ale okazujemy uczucia, objawiające się w drobnych gestach, myśleniu o drugiej osobie, zainteresowniau nią i jej życiem, ale w swoim destrukcyjnym szale nie dostrzegamy takich drobiazgów. Oczekujemy wielkiego 'filmowego' uczucia, chcemy by nasze związki były takie jak związki naszych bliskich, przyjaciół, a jak nie są, jak nie pasują do konkretnych ram to wydaje nam się, że nie kochamy, że to nie miłość i czujemy się coraz bardziej sfrustrowani, odosobnieni i niezrozumiani. Rośnie to w nas coraz bardziej, coraz bardziej nakręcamy się że jesteśmy do niczego, i krąg się zamyka. Ja nie umiem go przerwać, nie umiem pozbyć się destrukcyjnych myśli, nie umiem powiedzieć DOŚĆ natręctwom, a przede wszystkim nie umiem uwierzyć w siebie.
Cereb, nie chcę tłumaczyć osób z NN, napewno trudno żyć z kimś takim. Najgorsze jest to że ja wiem o tym że ranię męża, wiem że jest mu przykro, wiem też jak cudownie jest żyć i cieszyć się życiem (bo jednak rzadko bo rzadko, ale mam chwile kiedy zapominam o NN, kiedy jestem tak zajęta że nie myślę i nie analizuję), ale po prostu nie potrafię, tak jak napisałam, nie mam siły by wytrwać, by polubić siebie, by myśleć pozytywnie. Myślę że gdyby nie silna psychika mojego męża już dawno byśmy się rozstali. Bo jestem nie do zniesienia, huśtawki nastrojów, niezdecydowanie, kłótnie o byle co, aż czasem myślę że powinnam umrzeć, po prostu sądzę, że on chcąc ze mną być nigdy nie uwolni się ode mnie, czuję że moja śmierć przywróciłaby mu wolność, bo ani nie umiem odejść, ani nie umiem kochać - jestem okropną osobą. Wciąż boję się że zmarnuję mu życie, myślę że mógłby być z normalną kobietą, z którą mógłby być szczęśliwy. I patrzcie znów tajemniczy krąg, ja myślę że marnuję mu życie, więc się dołuję i z moją psychiką jest coraz gorzej, co za tym idzie znów myśle że go nie kocham, i go ranię. A wiem przecież, znam mechanizm, może po prostu zamiast myśleć o tym jak go unieszcześliwiam, zrobić coś by był szczęśliwy. Tylko czy wtedy i ja będę szczęśliwa, czy będę miała siłę by żyć normalnie i nie dołować się? Mam nadzieję że rozumiecie o co chodzi, niby wszyscy wiemy jak to działa, doskonale zdajemy sobie sprawę co powiniśmy robić by było lepiej, ale co z tego jak nadal stoimy w miejscu. Z jednej strony wiesz że życie bez NN jest piękniejsze, a z drugiej nie umiesz się NN pozbyć. A podobno tylko od nas samych zależy o czym będziemy myśleć i co czuć, nic się nie dzieje poza naszym umysłem.
Offline
Posty
313
Dołączył(a)
05 paź 2008, 10:01

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez cereb 01 mar 2009, 12:15
amandia, caly czas piszesz ze ty go unieszczesliwiasz, i co zrobic aby on byl szczesliwy.a gdzie ty??? czy on ciebie uszczesliwia? czy on sprawia ze sie dobrze czujesz, czy on spelnia wiekszosc twoich oczekiwan? i co ty mozesz zrobic abys ty byla szczesliwa?

i mam taka prosbe, czy zna ktos jakies strony, fora, czy jak sobie pomoc, dla osob porzuconych przez bliskich? dla tych ktorzy rozpaczaja po stracie? gdzie by mnie zrozumieli, a nie czytali jak teksty wariatki, ze trwalam przez rok w zwiazku, gdzie facet gadal ze nie kocha. tutaj wolalabym juz jednak nie pisac, bo jednak moj byly pewnie tu zaglada i nie koniecznie musi wiedziec co sie ze mna dzieje. jesli ktos moze mi cos doradzic, to prosze o prywatna wiadomosc.
cereb
Offline

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez amandia 01 mar 2009, 15:52
Cereb on stara się bym była szczęśliwa, jesteśmy razem już prawie 6 lat i to jest naprawdę dobry człowiek. Ma swoje wady, wiele rzeczy mnie drażni, ale kto z nas jest bez wad? Widzisz ja chodziłam do wielu psychologów, do psychiatry również, opowiadając w kółko każdemu od nowa swoją historię sama doszłam do pewnych wniosków. Otóż unieszczęśliwam samą siebie, przez te myśli, przez wyrzuty sumienia, przez to że zamiast żyć i się cieszyć wciąż myślę co by było gdyby, wciąż żałuję jakichś rzeczy, wciąż uważam że jestem złym człowiekiem. Ponadto ja bardzo idealizuję mojego ojca, widzę u siebie że czasem jakby nieświadomie próbuję sprawić żeby mój mąż był podobny do mojego ojca, mąż to widzi i to normalne że się buntuje, i stąd się bierze wiele naszych problemów. Ja to wiem, ale nie umiem nad tym panować, choć bardzo się staram. Chwilami czuję że jestem z nim naprawdę szczęśliwa, że go kocham, ale najczęściej zaprzątam sobie głowę przemyśleniami i coraz to nowymi pytaniami. Czy jestem szczęśliwa? Myślę że to się również mocno wiąże z samooceną i samoakceptacją. Uważam że nasze kompleksy oddziwłowują na całe nasze życie, a nie wybrane dziedziny.
A co do zmiany forum, to chyba masz rację, ja absolutnie nie uważam Cię za wariatkę, nie oceniam, ale uwierz mi ktoś kto nie ma NN nie jest w stanie nawet zrozumieć naszych myśli oraz schematu działania nerwicy. Można próbować zaakceptować życie z nerwicowcem, można starać się mu pomóc, ale wymaga to chęci z obydwu stron. Ja niestety nie znam forum dla porzuconych, ale napewno takie istnieją. Tylko z forum trzeba ostrożnie, ja niestety mam tak że mogę zaglądać tu co jakiś czas, zwykle kiedy mi 'źle', bo bardzo łatwo przejmuję na siebie problemy innych, tzn. zaczynam sie zastanawiać czy ze mną nie dzieję się to co z inną osobą. Jedno jest pewne: czas leczy rany. Trzymaj się :)
Offline
Posty
313
Dołączył(a)
05 paź 2008, 10:01

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez cereb 01 mar 2009, 19:22
A szczerze, to mysle ze kazdy czlowiek w pewien sposob jest znerwicowany. Choc musze przyznac ze NN to juz wyzsza jazda.. ;) ale tak szczerze, to kazdy czlowiek sie zastanawia czy jest szczesliwy z ta druga osoba, czy to jest ta wlasciwa. Mysle ze nawet po 20, 50 latach malzenstwa zadaja sobie ludzie pytanie, czy aby napewno... co by bylo gdyby to byl ktos inny. To chyba w naszej ludzkiej naturze. Ale fakt, ze to wam z NN uniemozliwia wszelkie funkcjonowanie i podejmowanie decyzji i cieszenie sie z tych dobrych chwil i skupianie sie tylko na tych zlych myslach sprawia ze jestescie z NN. Ja tez lubie zajmowac sie problemami innych. moze dlatego tak dlugo bylam przy moim bylym. teraz zaczynam rozumiec ze to koniec. Ze musze zamknac ten rozdzial... ze niestety, on sie kiedys wyleczy i jakas inna kobieta z tego skorzysta, z calego mojego wysilku wlozonego w ten zwiazek. I masz racje, czas leczy rany, i kiedys moje uleczy. A wtedy mam nadzieje ze spotkam kogos juz bez takich wielkich problemow. Kogos, kto bedzie wstanie mi odwzajemnic wszystko co mu ofiaruje...
cereb
Offline

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 10 gości

Przeskocz do