Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Forum o nerwicy natręctw: doświadczenia, historie, pytania.

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez aga25 07 lut 2009, 10:17
Witajcie,
To co każdy z nas na tym forum musi zrozumieć to to, że to właśnie natręctwa nas oszukują. Ktoś wam kiedyś wmówił że nie macie prawa być szczęśliwi i kochać tak jak potraficie najlepiej. A tu nagle na swojej drodze spotykacie osoby dzięki którym odkrywacie, że to co wam wmawiano nie jest prawdą jednak wszczepione przez nieodpowiedzialnych ludzi niskie poczucie własnej wartości powoduje że wierzycie w natręctwa a nie swoim uczuciom i potrzebom. Czytajcie Alice Miller ta autorka uświadomiła mi wiele ważnych kwestii, które umożliwiły mi pokonywanie własnych lęków i natręctw.
głowa do góry wszystko jest i będzie ok
Offline
Posty
137
Dołączył(a)
11 gru 2007, 16:34

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez Oliwka 08 lut 2009, 00:49
Witam wszystkich! jak sie czujecie? ja juz sama nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć, u mnie jestteraz lepiej:) ale to jest chyba spowodowane tym ze moj chlopka jest za granica wiec zadko sie widujemy. Nie wyobrazam sobie zebysmy teraz razem zamieszkali nawet tu w polsce, czuje ze po jakims czasie znow wrócą moje lęki ktorych bardzo sie boję! staram sie o tym wszystkim nie myslec ale przeciez kiedys w koncu musimy rzem zamieszkac i razem byc!
powiem wam jedno ze moja terapeutka nie powiedziała mi ze to jest nerwica tylko ze kryzys tak jak w kazdym związku. Ona powiedziala mi ze przychodza do niej ludzie ktorzy nawet krótko po ślubie zaczynają mieć lęki i mówią ze patrzą na swoją drugą połowe i jej nie poznają, ze jest ona im calkowiecie obojętna i jakaś obca. Mysle ze są po prostu osoby bardzo wrazliwe ktore za dużo analizują i myślą i wtedy przychodza te glupie nasze mysli i lęki! Ja nie mialam nigdy wczesniej zadnych fobii no moze za wyjątkiem powtarzania pewnych czynności ale robilam tak tylko wtedy kiedy cos złego dzialo sie w moim życiu albo kiedy na czymś mi bardzo zależało i powtarzalo sie to naprawde rzadko i nie przeszkadzalo mi nigdy w zyciu bo raz to robilam a raz zapominałam:)
I ja jestem chyba taka osobą zbyt wrazliwą ktora zle znosi zmiany i zle adoptuje sie do nowych miejsc. A taką zmianą przeciez jest bycie w związku i mieszkanie razem. Tak to sobie tlumacze teraz. Ale w ogóle ta teoria mnie nie pociesza:(
Napiszcie o sobie troszke
Pozdrawiam Was
Offline
Posty
8
Dołączył(a)
17 gru 2008, 22:59

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez amandia 08 lut 2009, 22:23
Kochani, a u mnie nadal kiepsko. Zwykle 'ataki' trwały krótko, teraz to już prawie miesiąc, i wogóle sobie nie radzę. Czasem patrzę na męża i myślę sobie, coś jakby coś mówi mi, że przecież go nie kocham, po co z nim jestem. Wtedy zaczyna mi być niedobrze i coś jakby ściska mnie w gardle, czyli standardowy atak paniki. Tak jest w kółko, codziennie o tym myślę, czy go kocham, analizuję, zastanawiam się. Myślę że może faktycznie go nie kocham, że może po prostu nie chcę w to uwierzyć, tego zaakceptować i odejść, może moje ciało daje mi znaki (poprzez te ataki paniki, i niechęć do męża), śnią mi się jakieś sny po których dochodzę do wniosku że to nie ten, nawet słysząc smutną piosenkę o rozstaniach czy oglądając jakiś film w TV od razu się z tym utożsamiam i myślę że mam tak samo, że jestem w związku którego nie chcę, a facetem którego nie kocham. Kompletnie spadło mi libido - to też uznałam za znak że go nie kocham - wogóle przestaliśmy się przytulać, całować. Coraz częściej się kłócimy, o drobnostki, czuję że coraz bardziej się od siebie oddalamy.
Strasznie mi ciężko że nie mogę znaleźć odpowiedzi 'czy go kocham?'. Bardzo leży mi to na sercu :( No cóż ja sobie nie radzę, jest coraz gorzej. Moja psychiatra skierowała mnie na terapię do psychologa, czekam na 1 wizytę, jeszcze prawie miesiąc :((( Mam nadzieję że jakoś wytrwam, choć czasem myślę że już nie chce mi się żyć.
Jedyne co wam na chwilę obecną mogę polecić to książka Leo Buscaglii pt. "Miłość. O sztuce okazywania uczuć" oraz "Radość życia. O sztuce radości i akceptacji". Obie przeczytałam i zapomniałam o nich, ostatnio w czasie porządków je znalazłam i szczególnie ta pierwsza jest warta przeczytania.
Offline
Posty
312
Dołączył(a)
05 paź 2008, 10:01

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez gregor80 09 lut 2009, 15:16
Witam was wszystkich
U mnie już totalna klapa już się poddałem, związek się rozsypał uwierzyłem chyba swoim myslą żę nigdy jej nie kochałem nigdy mi się nie podobała, ciężko mi z tym, przestałem wierzyć już w cuda rok się z tym męczyłem i nie mam już sił. Dobiła mnie rodzinna impreza, byłem już bez mojej kobiety i cała rodzina jest zdziwiona, że taką fajną dziewczynę przepędziłem. Ciężko mi czuję śię parszywie jak inne kobiety mi się podobają. Nie wiem jak się mam pozbierać, dzisiaj kolejna wizyta u psychologa, boję się jej, co usłyszę, boję się że miałem największy skarb, szczęście jakie mnie spotkało w życiu a ja je zniszczyłem, jeszcze widziałem ojca alkoholika na imprezie zniszczonego alkoholem żygać mi się chce. Szkoda mi już siebie bo boję się że skonczę tak jak on, narazie unikam alkoholu jak ognia a szczególnie w ciągu ostatnich 12 miesięcy bo nie chce zacząć topić smutków w alkoholu. Dzięki Aga25 za wiadomość, coś w tym jest ja mam straszną niską samoocenę i może dlatego uwierzyłem słowom usłyszanym a mianowicie że jej nie kocham że mi się nie podoba.
Pozdrawiam wszystkich mam nadzieję że wam jednak się uda
Offline
Posty
8
Dołączył(a)
09 sty 2009, 10:45

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez aga25 10 lut 2009, 21:57
Witam,
Gregor piszę przede wszystkim do Ciebie nie poddawaj się bo popełniasz największy błąd w swoim życiu. Wiem to doskonale bo przechodziłam przez to samo i wyszłam z tego cholerstwa. Dopiero teraz uświadamiam sobie jak bardzo natręctwa w tym również że podobają się wam inne kobiety/ inni faceci jest wielkim oszustwem. W ogóle natręctwa to wielkie oszustwa, które tworzycie we własnej głowie po to, żeby utwierdzać wbijane wam przez lata hasła jacy to jesteście beznadziejni, jak to nie zasługujecie na szczęście, ile to musicie zrobić żeby zasłużyć na miłość. Otóż uprzejmie was informuję że to brednie, które zapewne wmawiali wam wasi opiekunowie, w które uwierzyliście bo byliście dziećmi, a które są po prostu draństwem wiem to z własnego doświadczenia. Walczcie o swoje szczęście bo to że znaleźliście się na tym forum dobitnie dowodzi, że na swojej drodze życia spotkaliście wyjątkowe osoby, które uświadomiły wam czym naprawdę jest miłość! Dlatego nie wolno wam niszczyć tego co najpiękniejsze w życiu waszej szczerej i prawdziwej miłości. Nasz mózg to sprytne urządzenie co nieco zapoznałam się z jego funkcjonowaniem i wiem, że raz zaprogramowany potrafi odtwarzać swój program bez względu na realne wydarzenia i rzeczywistość. Polecam poczytać o tym. Głowa do góry. Poczytajcie też Alice Miller.
głowa do góry wszystko jest i będzie ok
Offline
Posty
137
Dołączył(a)
11 gru 2007, 16:34

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez MartaF 11 lut 2009, 21:34
Aguś, bardzo nam wszystkim pomagasz! Zaglądaj do nas jak najczęściej, jesteś nam tu wszystkim bardzo potrzebna !!!!
Offline
Posty
76
Dołączył(a)
05 maja 2008, 11:07

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez kapralis 12 lut 2009, 13:07
Witajcie wszyscy "starzy" i "nowi" forumowicze :-)

Większość z ostatnio najczęściej się wypowiadających napewno mnie nie kojarzy bo zwykle są to nowe osoby, które stosunkowo niedawno dołączyły do forum i naszego Topicu, dlatego tez na starcie powiem trochę genezy, żeby dla nowych użytkowników moja późniejsza wypowiedz miała również ręce i nogi, a potem napisze "to" co chciałem Wam wszystkim stricte napisać :D

Do forum dołączyłem we wrześniu 2007 roku i od razu przystąpiłem do tego topicu bo był po części odpowiedzią na mój największy - jak wtedy uważałem - problem w życiu ("Kocham czy nie kocham mojej - wówczas jeszcze - narzeczonej, a dziś już od 7 miesięcy żony). W momencie kiedy napisałem pierwszy raz w tym temacie, posiadał on już ponad 50 stron, które zanim opisałem swoją historię skrupulatnie przeczytałem od tzw. "deski do deski", co nie będę ukrywał, już na starcie bardzo mi pomogło, bo utwierdziło mnie wówczas w przekonaniu, że jednak nie jestem z tym wszystkim sam i są ludzie, którzy czują bardzo podobnie - to bardzo ważne w tej przypadłości :-) Później już regularnie pisywałem co się u mnie dzieje i uczestniczyłem w całym forum, a w tym topicu w szczególności. Nie będę pisał całej historii mojej bo to bez sensu - każdy może wrócić do mojego pierwszego postu, który bez problemu można znaleźć przy pomocy funkcji "szukaj" :D Starczy powiedzieć, że wszystko zaczęło się dokładnie 3,5 roku temu - na 1,5 roku przed moim dołączeniem do tego topicu. forum było pomocne bardzo ale i tak życie zmusiło mnie do pójścia na terapie do ośrodka leczenie nerwic w Klinice Nerwic w Warszawie na Oddziale Dziennym, gdzie musiałem stawiać sie codziennie razem z cała grupą 14 osób by uczestniczyć w terapii nerwic, która była mi - z dzisiejszego punktu widzenia - bardzo pomocna, choć liczyłem na zdecydowanie lepsze wyniki. Przed terapia i w początkowej fazie leczenia brałem lek Bioxetin, który mnie totalnie dobił (nie liczcie, że go polecę :D :D ), następnie odstawiłem leki i po terapii chwile żyłem bez nich, później znów epizod masakrycznego nastroju, prawie rozstanie i powrót do leków - tym razem trafiony w 10-tkę Anafranil postawił mnie w ciągu 3 miesięcy na nogi, potem dawka podtrzymująca, a od pół roku bez leków totalnie. W trakcie z 10 wizyt w sumie u psychiatry/psychologa i to na tyle. Teraz stricte to co uważam :D

Niech nikt nie myśli, że pisze tu i się wymądrzam bo sie wyleczyłem i teraz jestem taki "cwany" bo tego nie odczuwam już... nic podobnego. Dolegliwość, która mi najbardziej przeszkadzała - bóle w klatce piersiowej i ścisk żołądka, występują często nadal - są już dużo słabsze ale nie raz dają mi się jeszcze we znaki i wtedy wraca również natrętne myślenie nad wszystkim znanym tematem "kocham czy jej nie kocham, podoba mi sie czy też wogóle mi się nie podoba". Myślenie natrętne (nie chcę zapeszać) ale przeszło mi w 99% i pojawia się tylko w najbardziej stresujących dniach i ustąpiło tak nieoczekiwanie, że dopiero podczas ostatniego epizodu uzmysłowiłem sobie, że kurcze to już kilka ładnych miesięcy jak wogóle nie analizuje i nie roztrząsam tego tematu nałogowo w mojej głowie - Bogu dzięki :-) Nie dam Wam lekarstwa na to dziadostwo, moge Wam dać jedynie siłe do walki bo wiem, teraz to czuje, wierze w to i jestem o tym przekonany - można to pokonać do poziomu w 100% akceptowalnego i nie przeszkadzającego w życiu codziennym. Nie ma wg. mojej skromnej opinii jednej recepty na każdego. Napewno będę Wam polecał leki ale tylko te dobrze dobrane do Waszego przypadku leki, bo one pomoga Wam w początkowej najgorszej fazie tego dziadostwa. Później trzeba bardzo dużo siły i pracy nad sobą ale jej owoce są bardzo istotne dla waszego dalszego życia i samopoczucia wewnętrznego. Jednego jestem pewny - każdy kto tu napisał choć jeden post nie ejst tu przypadkiem, wiedział co go boli, gdy szukał tego forum, wiedział dokładnie co mu dolega, tylko nie potrafił tego nazwać i kochał swoją druga połowe bardzo szczerze bo walczył o to pisnąć tu i szukając odpowiedzi - to pewne. Kluczem do powstania tego dziadostwa w naszym zyciu - ja tak uważam - jest bardzo niska samoocena i toksyczna rodzina, która miast dawać wsparcie działała destrukcyjnie i niejako negatywnie zaprogramowała nasza osobowość. Kolejną kwestią jest również brak dojrzałości w nas, brak umiejętności bycia dorosłym i brania odpowiedzialności za swoje własne czyny i życie. Najlepiej jakby inni za nas decydowali - kogo mamy kochać, ile mamy mieć dzieci i najlepiej, jak sie mamy czuc - ale tak, na cale szczęście się nie da i tego napewno trzeba się nauczyć. Warto poczytać kilka książek ale o tym aga25 - która również i mi bardzo pomogła - pisała wielokrotnie na tym forum i możecie sobie poszukać, one napewno pomoga w najważniejszych momentach. Nie odpowiem Wam na pytanie czy kochacie - bo sami wiecie...., że tak :-) Ktoś kto nie kocha nie walczy z samym sobą tylko idzie na łatwizne bo i tak nic nie traci i co mu zależy? :-) W naszym przypadku istotnie problem jest bardzo ważny i musi być przerobiony o czym najlepiej pisał z własnego "bogatego" w tej materii doświadczenia Jakub (http://www.forum.nerwica.com/co-by-by-o-gdybym-przesta-a-j-jego-kocha-t5117-450.html - tu macie jego pierwszy post). nie leczony problem napewno sam sie nie rozwiąże i będzie sie powtarzał dalej w kolejnych zwiazkach - po roztsaniu pewnie zwiazalibyscie siez nowa osoba ktora by Was zafascynowała ale już po kilku miesiącach, góra roku problem powróciłby znwou i cholera wie, za przeproszeniem, czy nie ze zdwojoną siła i co wtedy? u mnie zdecydowanie lepiej niż wtedy kiedy pisałem tu pierwszy raz, dużo mnie życie nauczyło, a najbardziej chyba akceptacji dla siebie samego i moich zmiennych uczuć, raz kocham, raz mniej ,raz wcale tego nie czuje, a zraz jestem zły wsciekły i nienawidze - czy to źle? Problem w tym, że każde uczucie i emocja są zdrowe i poprawne, nie ma tych złych uczuć a my najczęściej wpadamy w sidła nerwicy bo wyklcuzamy z siebie pewne, uznane przez ans samych za negatywne, uczucia i nie pozwalamy sobie ich czuć, a to prowadzi do blokady wszystkiego, bo blokując złosc blokujesz miłość i szczęscie i w efekcie neutralizujesz odczuwanie wszystkeigo w sobie. Nak oniec powiem Wam coś, jako mąż z niewielkim stażem i partner z dłuższym stażem :D - Miłośc to nie tylko uczucie i motylki, których Wam teraz tak brakuje, to przede wszystkim dzień powszedni i zwyczajna rzeczywistość, to moje postanowienie i wola bycia z drugą osobą - przede wszystkim... Dacie rade, wierze w Was i wierze, że mi również uda się jeszcze porpawić swoje nastawienie do życia i samopoczucie, które momentami psuje sie na kształt przeszłości...

Kurde ale się rozpisałem...
"Życie nie jest ani proste, ani złożone. Poprostu jest." Antoine de Saint-Exupéry
Offline
Posty
74
Dołączył(a)
26 wrz 2007, 16:14
Lokalizacja
Warszawa

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez amandia 14 lut 2009, 19:16
Aga25 nie zawsze probelm tkwi w rodzinie, ja miałam cudowne dzieciństwo, kochającą rodzinę, może trochę nadopiekuńczą ale z perspektywy czasu nie mogę powiedzieć żebym była nieszczęśliwym dzieckiem. Hmmm, raczej uzależnionym od rodziców: były histerie jak szłam do przedszkola, potem do szkoły, jak jechałam na kolonie itd. Zero samodzielności - do dziś z tym walczę. Prawdę mówiąc to nie umiem powiedzieć w którym momencie zaczęły się moje problemy, zawsze byłam dzieckiej bardziej wrażliwym i emocjonalnie reagującym niż inne dzieci. Potem przestałam w siebie wierzyć, zaczęły się problemy z samoakceptacją, z pewnością siebie - to trwa do dziś. Z tego chyba wynikają moje lęki i obawy że Go nie kocham, oraz wszelkiego rodzaju inne premyślenia. Dokładnie tak jak pisze kapralis - "bardzo niska samoocena". Czasem mam wrażenie jakbym naprawdę po części była dzieckiem, że jestem niedojrzała i za grosz nie umiem być samodzielna i odpowiedzialna, choć bardzo się staram. I co dziś walentyki a ja myślę że powinnam odejść od męża bo go nie kocham. I znów zacytuję kapralisa: "Nie odpowiem Wam na pytanie czy kochacie - bo sami wiecie...., że tak :-) Ktoś kto nie kocha nie walczy z samym sobą tylko idzie na łatwizne bo i tak nic nie traci i co mu zależy? :-)". Tu pojawia się u mnie myśl: a co jeśli należę do tych które wiedzą że muszą odejść a nie mają odwagi i dlatego trwam?? Jestem już bardzo zmęczona tymi wszystkimi przemyśleniami, na jedną pozytywną pojawia się u mnie 5 negatywnych :(

[*EDIT*]

Aga25 nie zawsze probelm tkwi w rodzinie, ja miałam cudowne dzieciństwo, kochającą rodzinę, może trochę nadopiekuńczą ale z perspektywy czasu nie mogę powiedzieć żebym była nieszczęśliwym dzieckiem. Hmmm, raczej uzależnionym od rodziców: były histerie jak szłam do przedszkola, potem do szkoły, jak jechałam na kolonie itd. Zero samodzielności - do dziś z tym walczę. Prawdę mówiąc to nie umiem powiedzieć w którym momencie zaczęły się moje problemy, zawsze byłam dzieckiej bardziej wrażliwym i emocjonalnie reagującym niż inne dzieci. Potem przestałam w siebie wierzyć, zaczęły się problemy z samoakceptacją, z pewnością siebie - to trwa do dziś. Z tego chyba wynikają moje lęki i obawy że Go nie kocham, oraz wszelkiego rodzaju inne premyślenia. Dokładnie tak jak pisze kapralis - "bardzo niska samoocena". Czasem mam wrażenie jakbym naprawdę po części była dzieckiem, że jestem niedojrzała i za grosz nie umiem być samodzielna i odpowiedzialna, choć bardzo się staram. I co dziś walentyki a ja myślę że powinnam odejść od męża bo go nie kocham. I znów zacytuję kapralisa: "Nie odpowiem Wam na pytanie czy kochacie - bo sami wiecie...., że tak :-) Ktoś kto nie kocha nie walczy z samym sobą tylko idzie na łatwizne bo i tak nic nie traci i co mu zależy? :-)". Tu pojawia się u mnie myśl: a co jeśli należę do tych które wiedzą że muszą odejść a nie mają odwagi i dlatego trwam?? Jestem już bardzo zmęczona tymi wszystkimi przemyśleniami, na jedną pozytywną pojawia się u mnie 5 negatywnych :(
Offline
Posty
312
Dołączył(a)
05 paź 2008, 10:01

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez polaola 16 lut 2009, 23:57
Wita was:)Bylismy razem 4 lata, wiem ze nie chce sie rozstac bo wiem ze on bedzie cierpial obchodzi mnie to bardzo,to co bedzie sie z nim dzialo.Nie wiem tez czy ja dam sobie rade bez niego..a jednak mysle ciagle czy powinnismy byc razem czy kocham, to chyba powinno sie wiedziec:(Skoro nie potrafie sie rozstac w obawie o to co bedzie dalej to mysle ze chore sa te mysli czy kocham czy nie..ale meczy mnie to.Czasem mysle ze to ten na zawsze innym razem niewiem..wydaje mi sie ze powinnam zostac sama a jemu dac mozliwosc bycia szczesliwym u boku zdecydowanej i pewnej dziewczyny co do tego czy chce byc juz z nim na zawsze
Rozstalismy sie na dniach bo ja nieche byc z nim i miec w glowie mysli typu kocham czy nie?powiem tyle ze ja tak bardzo bym chciala aby bylo jak dawniej miedzy nami abym wiedzila ze kocham..chce tego naprawde.wydaje sie ze cos nas tez omineło bo on nie chcial wielu rzeczy przezywac ze mna Typ domatora?nie wiem bo na poczatku zwiazku taki niebył.Mimo to próbowałam aby bylo dobrze namówic go na to na tamto,ale czesto szedl tam dla mnie i to było widac ze go to nie cieszy wiem ze nie mozna zmusic nikogo do niczego,ale twierdzi ze kocha,ze chce wychodzic(jak tego nie robi:() to chyba normalne gdy ma sie 21 lat ze chce sie wychodzic razem razem cos przezywac.Do tego nie potrafil chyba przez ten czas sie otworzyc przedemna..ja wiedzialbym o nim tyle co zobaczylam jakbym nie zapytala go o cos.Nie czul chyba potrzeby aby sie ze mna tym dzielic..nie umiał?a gdy pytałam czemu tego niechce powiedzil ze niewie..nasze rozmowy wygladly tak ja mowilam co mi nie pasuje(dlatego ze chcilam zeby bylo dobrze,zeby to zmienic razem dla nas)on milczał i jedynie mówił ze wg niego jest ok...Najgorsze jest to ze jesli nawet cos sie skonczylo to on nie widzi winy w sobie,za kazdym razem wzlotów i upadków zwiazku to ja musialm podjac decyzje co dalej czy dalej..ale czy ma sile zeby juz teraz bylo cos dalej..w chorobie gdy sama niewiem czego chce..gdy niema współpracy miedzy nami a wieczna walka i nakłanianie kogos do czegos czego chyba powinno sie chciec bedac ze soba,bedac młoda osoba.Przeciez przyjdzie czas na ustatkowanie sie na siedzenie w domu.Ale jak dlamnie jeszcze nie teraz,dla niego chyba tak ale czemu?gdy sie poznalismy byl facetem ktorego wszedzie bylo pelno wydawalo sie ze to on bedzie przejmował inicjatywe zaskakiwał..ale tak nie było nawet nie chcial sie zgodzic abym to ja to robiła..zebym to ja organizowała cos zeby on sie z tego cieszył..on poprostu poswiecał sie dla mnie tak mi sie wydaje.A przyznac sie do tego co on robi zle nie umie,nieche niewiem juz nic niewiem...a dzis ide do lekarza,czas walczyc,czas wygrac z ta cholerna choroba..Kocha mnie a niechce zemna wychodzic na imprezy,czegos nowego robic,czegos dla nas zorganizowac,do ludzi wychodzic czasem to robił ale chyba dlatego zebym nie powiedzila kolejny raz ,,czemu niechcesz.."tak bardzo bym chciala zeby umial mowic co czuje,mowic czemu nieche,nie szukac wymówek..ale nigdy nie zrozumiem czemu tego niechce chyba w milosci o to chodzi zeby byc z kims nie tylko w domu,a wychodzic cieszyc sie zyciem razem aby miec co wspominac.To normalne chyba.A u nas kazde wyjscie owiane bylo aura wielkiego wydarzenia jak to on wychodzi porzeciez...tak tylko bo chce czy dla mnie,bo trzeba chciec razem tak mi sie wydaje..mozna zrozumiec 1,2 ze komus sie nieche ale przez te 4 lata to bylo namawianie jego na cos,tak sie nieda.Nie zabrał jeszcze wszystkich rzeczy..ja chce sobie poukładac zycie z choroba zeby moc powiedziec czego chce..i wtedy i jemu mam powiedziec czy jeszcze czegos chce.Chcial bym przy mnie ale ja wole byc teraz sama bo zadreczam sie myslami czy kocham,a jak niewiem to nieche okłamywac.Ok moze jak niewiem to juz nie kocham,ale tak bardzo bym jednoczenie chciala zeby tak nie bylo zeby okazało sie ze ta choroba sprawia ze sama stwarzam sobie problemy,wymyslam cos co bardzo mnie rani.Tak juz kiedys czułam,potem to mineło teraz znowu..nie mam juz sił.Jak napisałam ciagle o tym mysle płacze,jestem z nim a w glowie czy kocham..i rycze i cale dnie rycze .Nie umiem go zaakceptowac jakim jest,kiedys juz takie cos włsnie mnie dopadło mineło i wróciło.Nie umiem do tego tak jakby zaakceptowac go jakim jest.Ciagle mysle analizuje.Miałam tez z tego co pamietam 2 czy 3 takie stany dotyczce bzdurnych chorych rzeczy-tez ryczłam,nie moglam przestac myslec.Wszystkim tak bardzo sie przejmuje.Jak czytam te posty niektore( bo wszystkie to za duzo :P)to jakbym widziala siebie ale oprocz tego mam tez stan apati tego ze mi sie nic nieche ze niemam sily do dzilania itp..na poczatku myslalam ze to depresja ale gdy czytam to co wy macie odnosnie milosci to mam to samo..prosze niech ktos odpisze;( jutro ide do psychiatry 1 raz

[*EDIT*]

Moze on tez sie pogubił,a moze nie a moze nie pasujemy do siebie ale te mysli ze nie pasujemy ze nie kocham tak bardzo bola to chyba nie przestalam kochac mecze sie juz z tydzien z tym :roll: to niepozwala mi zyc,myslalam juz nawet o tym ze nieche zyc,ale ni mialbym odwagi zeby skonczyc z zyciem..
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
16 lut 2009, 23:26

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Avatar użytkownika
przez LucidMan 17 lut 2009, 19:03
polaola,
wydaje mi sie ze powinnam zostac sama a jemu dac mozliwosc bycia szczesliwym u boku zdecydowanej i pewnej dziewczyny co do tego czy chce byc juz z nim na zawsze

Błąd. Koncentrujesz się na jego szczęściu, a nie na swoim. Nie myśląc o swoim szczęściu, możesz zapomnieć o uszczęśliwianiu kogoś innego.

Typ domatora?nie wiem bo na poczatku zwiazku taki niebył.Mimo to próbowałam aby bylo dobrze namówic go na to na tamto,ale czesto szedl tam dla mnie i to było widac ze go to nie cieszy wiem ze nie mozna zmusic nikogo do niczego,ale twierdzi ze kocha,ze chce wychodzic(jak tego nie robi:() to chyba normalne gdy ma sie 21 lat ze chce sie wychodzic razem razem cos przezywac.

Na początku zawsze jest inaczej. Jedno stara się przypodobać drugiemu aby spełnić oczekiwania tego drugiego :smile: . Chodzi o to, że mógł na początku założyć maskę "szalonego" chłopaka żeby Ci zaimponować. Jeśli nie zaakceptujesz go tym kim jest naprawdę i będziesz go zmuszać do uczestniczenia w sytuacjach, w których nie ma ochoty być, to w końcu będzie miał dość.

wydawalo sie ze to on bedzie przejmował inicjatywe zaskakiwał..ale tak nie było nawet nie chcial sie zgodzic abym to ja to robiła

Zakochałaś się w swoim wyobrażeniu o nim. Pozory i iluzje ubrane w maskę "szalonego" chłopaka. Poznałaś jaki jest naprawdę. Kurtyna opadła. Właśnie wtedy, gdy powinna się zacząć prawdziwa miłość, wszystko się skończyło...

Nie umiem go zaakceptowac jakim jest,kiedys juz takie cos włsnie mnie dopadło mineło i wróciło.Nie umiem do tego tak jakby zaakceptowac go jakim jest.

Jeśli nie akceptujesz go tym kim naprawdę jest, to nie ma tu o mowy o miłości. Możemy tu tylko mówić o: przyzwyczajeniu, przywiązaniu, trochę nawet o uzależnieniu. Wszystko to jest ślepe. Prawdziwa miłość nie jest ślepa. To najwyraźniej widzące uczucie pod słońcem :smile:

Moze on tez sie pogubił,a moze nie a moze nie pasujemy do siebie ale te mysli ze nie pasujemy ze nie kocham tak bardzo bola to chyba nie przestalam kochac

On się wcale nie pogubił. On tylko próbuje być sobą. Nie patrz na zewnątrz. Wszystko na zewnątrz Ciebie jest OK. To z Tobą jest nie w porządku, to Ty masz problem !! Jedyną osobą, która się tu powinna zmienić to TY. Ta zmiana ma być następstwem uświadomienia sobie Twoich negatywnych uczuć, emocji.

Pozdrawiam 8)
Lucid life
Avatar użytkownika
Offline
Posty
785
Dołączył(a)
09 sty 2009, 23:55
Lokalizacja
NeverLand

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez polaola 17 lut 2009, 19:29
To znaczy ze jednak nie kocham go;( sama myśl o tym tak bardzo boli;(

[*EDIT*]

Tak bardzo bym chciła zeby było jak kiedyś...bo ja naprawde nie widze siebie bez niego..naprawde,nie wyobrazam sobie nigdy juz z nim nie porozmawiac,nie przebywać..Jestem beznadziejna,zmarnowałam mu 4 lata.Ja nieche zeby o cierpiał nie chce;(
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
16 lut 2009, 23:26

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Avatar użytkownika
przez LucidMan 17 lut 2009, 19:47
polaola, masz potężny konflikt. Z jednej strony chcesz z nim być, nie chcesz go zranić, a z drugiej nie czujesz miłości do niego. Masz wyrzuty sumienia. Piszesz, że nie chcesz aby on cierpiał .. hmmm.. Cierpieć to będziesz Ty, jeśli ten konflikt narośnie i spowoduje inne problemy.
Spróbuj po kolei wykonać następujące kroki:
    1. Popatrz na siebie z góry, tak jakbyś patrzyła na inną osobę. Postaraj się uświadomić skąd biorą się w Tobie negatywne odczucia, emocje. Zastanów się, z jakiego powodu tak naprawdę cierpisz. Czy z powodu zmiany jaka Cię czeka, czy może z innego..
    2. Proponuję totalnie, prawdziwie szczerą rozmowę z chłopakiem. Powiedz mu o wszystkim co czujesz, a także co nie czujesz.
    3. Jeśli nie będziesz mogła sobie z tym poradzić, polecam wizytę u psychologa.

Więcej nie potrafię pomóc.

Pozdrawiam 8)
Lucid life
Avatar użytkownika
Offline
Posty
785
Dołączył(a)
09 sty 2009, 23:55
Lokalizacja
NeverLand

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez polaola 17 lut 2009, 19:56
Zrozum ja niewie czy to nie jest miłośc..i tak bardzo nie che zeby tak było,tak bardzo che zeby było jak dawniej..przeciez nawet gdy ktos sie z kims rozstaje bo nie kocha to nie placze całe dnie chyba bojac sie ze konczac cos zle robi,ze straci kogos na zawsze i juz nieda sie tego naprawić..konczy i juz a zresztom niewiem.Myslałam sobie ze z nim na zawsze, ze z nim slub i całe zycie a tu takie poppaprane cos..;( Jutro ide do psychiatry.

[*EDIT*]

Poco ta miłośc bo nikt mi nie powie ze jej nie było gdy sie konczy gdy tak cierpie..
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
16 lut 2009, 23:26

Re: Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez cereb 18 lut 2009, 10:00
Witam, jestem tu nowa. I tak naprawde to chcialabym powiedziec, ze zaczynam wam wszystkim ktorzy mowia ze nie kochaja, nie czuja, zazdroscic. Wygodne to nie powiem. Jestem ta dziewczyna o ktorej gregor kilka postow wczesniej pisal. Nie wiem po co mi to dal do przeczytania, zeby bardziej jeszcze sie poznecac? bardziej dokopac? nie wiem. Wiecie, wam nieczujacym jest bardzo wygodnie. bo po prostu siedzicie sobie i powiecie, a to nie byla milosc, tak nie mialo byc, z nastepnym bedzie juz lepiej. wygodne to. ale wiecie jak sie czuje ta druga strona, osoba? gdy nagle bez ostrzezenia przylazi sie do niej i gada ze nic nie czuje i beczy na na kolanie i tak przez miesiac, dzien w dzien przychodzi i placze? no to stwierdzasz ze cos tu nie tak, ze to nie to ze nie czuje, tylko jakis inny problem. wiec zaczynasz szukac, pytac, sama idzies do swojej psychoterepeutki i pytasz co to sie dzieje. i ona tlumaczy, ze dziecinstwo, rodzina. matka ktora tylko choddzi i mowi mu jakim jej syn jest smieciem, ojciec ktory woli alkohol nad wszystko inne. gdzie on nie mial zadnego znaczenia w rodzinie, gdzie jego uczucia wogole sie nie liczyly, wiec nauczyl sie nie czuc, bo tak bylo latwiej. no wiec, zaczynasz rozumiec, nawet te przykre slowa jak mowi ze inne mu sie podobaja, ze mam brzydka twarz...z racji milosci rozumiesz tego czlowieka i starasz sie wspierac, jezdzisz do szpitala, a on traktuje cie jak smierdzace gowno, ale jezdzisz, w koncu sie z nim zareczylas, czyli na dobre i na zle, ale on dalej swoje. zaczyna terapie, tam mu terapeutka mowi to samo co moja. ze rodzina itp. i tak mija czas, czekam i czekam az zechce zrozumiec. ale on nie chce. on nie chce ujrzec ze rodzina sprawila to nieszczescie. ze rodzina go nie nauczyla milosci, ze musial nauczyc sie tam nieczucia. ze tak naprawde musial zamknac sie w szklanej kuli, bo inaczej by nie wytrzymal w domu. woli spedzic swoje urodziny z rodzicami, tymi ludzmi ktorzy go "kochali". i w tym momencie juz wysiadam. on zwyczajnie nie chce, woli wierzyc ze rodzice go kochali, nie byli egoistami i mysleli tylko o sobie, wiec zasluguja na potepienie, tylko ze to byli kochajacy rodzice, ktorzy zasluguja na odwiedziny, telefony kontakt dobry. wolal z nimi urodziny niz ze mna. wiecie, wy nie czujacy macie sie dobrrze, bo powiecie ze nie kochaliscie. ale ci czujacy niestety... wiedza ze to byla milosc, tylko niestety, przeszlosc wygrala. ze wolicie byc bezpieczni w tej swojej szklanej kuli bez uczuc, anizeli narazic sie na kolejne zranienie, takie jakie was spotkalo w domu rodzinnym, czyli pelna ignorancja uczuc waszych, waszych potrzeb, pragnieni i marzen. poddaje sie. kocham tego czlowieka, ale nie zmusze go do wyjscia z kuli, uwierzenia w siebie, ze jest wartym milosci czlowiekiem, i ze sam tez potrafi kochac. nie zmusze go. wiec musze sie pozegnac z ta miloscia do niego, zaczynam byc juz stara dupa, a mam marzenia o rodzinie, dzieciach i musze teraz pomyslec o swoich marzeniach i postarac sobie je spelnic. chcialam z nim, ale do tego trzeba dwoch. musialam sie wyzalic, bo to troche nei fair ze dla takich jak wy sa fora, grupy wsparcia, a dla tych pozostawionych samych i opuszczonych nie za bardzo.
cereb
Offline

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 7 gości

Przeskocz do