Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Forum o nerwicy natręctw: doświadczenia, historie, pytania.

przez aga25 22 kwi 2008, 12:45
Kapralis wiem o co ci chodzi ale to nie do końca chodziło mi o zakochanie wiesz kiedy wchodziłam w mój związek wcale nie było różowo rzekłabym nawet trochę pochmurnie. Przez pewien etap musieliśmy przebrnąć żeby zrozumieć że jesteśmy dla siebie. U mnie to jest intuicja, przeczucie że ten partner jest tym, z którym chcę być aż po wieki wieków. A im dłużej go obserwowałam w związku tym bardziej się w tym upewniałam. Wiecie czasami warto słuchać intuicji i tego "głosiku", który podpowiada nam co jest dla nas dobre a co nie. Wiem że życie we dwoje nie jest łatwe ale nie znaczy to że nie jest wspaniałe, że nie mam prawa się cieszyć i być szczęśliwa z tych wszystkich problemów, problemików które udało nam się razem rozwiązać. A miłość dla mnie to proces. Z każdym dniem, rokiem miłość staje się coraz bardziej oczywistym uczuciem. Ja jestem dopiero na początku drogi, mogę powiedzieć że dopiero pojawił się u mnie ten zalążek miłości. Ode mnie będzie zależało czy się rozwinie czy zwiędnie. Mogę powiedzieć, że będę starała się ze wszystkich sił aby się rozwijał.
Mój sposób na natręctwa jest bardzo prosty, niedawno do tego doszłam o co w nich chodzi i widzę gdzie tkwi błąd. Po pierwsze trzeba sobie zadać pytanie dlaczego myślę że nie kocham skoro to nieprawda dlatego, że całą swoją energię wkładam w swój związek, cieszy mnie każda chwila spędzona z moim Michałem, martwię się o niego, tęsknię za nim, staram się mu pomagać w trudnych chwilach, chcę dzielić z nim życie. A zatem myśl ta jest fałszywa a wręcz rzekłabym obelżywa podobnie z natręctwami o zdradzie. Kiedy pojawiają się u was te myśli czy pojawia się w nich wasz partner. W moim wypadku nie. Jestem tylko ja bezwzględna, zimna i sama - powrót do świata wyobrażonego ale w realnym świecie jest przecież Michał, którego bardzo kocham i za żadne skarby nie chciałabym go skrzywdzić, kocham go dlatego w życiu nie chciałabym go w jakikolwiek sposób zdradzić - wyczuwam w tych natręctwach chory egoizm, myślenie tylko o sobie i swoich przyjemnościach. Te natręctwa budzą lęk, panikę histerię bo chociaż o nich myślimy wcale ich nie chcemy, nie są zgodne z tym jacy jesteśmy w rzeczywistości. Tutaj potrzebne jest poczucie własnej wartości, wiara w to, że się jest wspaniałymi ludźmi. Bo tacy jesteśmy ale musimy w to uwierzyć wtedy łatwiej będzie zrozumieć fałszywość tych natręctw.
głowa do góry wszystko jest i będzie ok
Offline
Posty
137
Dołączył(a)
11 gru 2007, 16:34

przez aga25 22 kwi 2008, 15:26
Kordianka nie bardzo mi się podoba określanie siebie wrakiem rozumiem że możesz czuć się wyczerpana walką z chorobą bo mnie też bardzo wymęczyła ale spróbuj odwrócić to w bardziej pozytywną stronę dla siebie. Dzięki tej chorobie wiesz że jesteś bardzo wrażliwą osobą, łatwo zapewne cię zranić ale wrażliwość to ogromna zaleta i trzeba się tym cieszyć. Szukasz jednak wiedzy na temat tej choroby a więc jednak gdzieś w głębi duszy tkwi w tobie siła i odwaga do walki z nią. Przestań przejmować się krytyką innych. Masz prawo i to sobie powtarzaj być kim chcesz. Nie chowaj się za tymi wszystkimi maskami, które wypracowałaś zapewne przez szereg lat. Spróbuj spojrzeć na siebie pozytywnym okiem. Akceptuj swoje wady ale ich nie eksponuj, skup uwagę na zaletach, rozwijaj je. Świetnie że gdy ktoś cię krytykuje ty potrafisz mieć swoje zdanie o to chodzi ale też musisz ty sama popatrzeć na siebie z dystansem. Widzisz sama gdzie leży twój problem spróbuj więc go rozwiązać nie jest to łatwe czasami to męki ale warto spróbować bo tu chodzi o twoje życie, które masz tylko jedno.
głowa do góry wszystko jest i będzie ok
Offline
Posty
137
Dołączył(a)
11 gru 2007, 16:34

przez cookiemonster 22 kwi 2008, 16:27
kordianka co ty mowisz :) czlowiek jest stworzony do szczescia :) i kazdemu z nas nalezy sie ono tak samo :)
Offline
Posty
119
Dołączył(a)
17 kwi 2008, 17:57

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

przez apsik84 22 kwi 2008, 19:42
kapralis napisał(a):Apsik witaj,

Super, że czujesz się coraz lepiej :-) powiedz jak sobie z tym poradzilas i daj innym jakas porade - podziel sie swoim sposobem na te mysli :-) A powiedz mi czy dolegliwosci somatyczne tez juz ustapily? :-) Mam nadzieje, ze tak. Mówisz, że jesteś szczęśliwa i coraz bardziej pewna swoich uczuć - kiedy do tego doszłaś, może potrzebowałaś jakiegoś momentu by to w końcu do Ciebie dotarło? Trzymaj sie cieplutko ;-)


to właściwie pytanie, na które sama do końca nie znam odpowiedzi :) Momentem przełomowym było nie tyle uświadomienie sobie, ze to co przeżywam to choroba, ale zaakceptowanie tego w 100%. W pewnej chwili po prostu przestałam dyskutować ze sobą nt czy jednak może to nie choroba... W momencie, gdy zaczęłam ją akceptować, wiedziałam z czym walczyć.
Bardzo (!) pomogły mi leki... były świetnie dobrane i bardzo na mnie działały. Ich skuteczność odczułam po 3 miesiącach brania i wtedy właśnie poczułam siły i odrodziła się we mnie nadzieja, że życie ma sens.
Psychoterapia pozwoliła mi zagłębić się w siebie i troche przeszukać wnętrze gdzie jest powód wszystkiego i kim tak naprawdę jestem. Moja psycholog stwierdziła, że nie znała jeszcze osoby która by sobie wykreśliła tak ostre granice postępowania i żebym spróbowała je czasem przekroczyć. Odkryłam przyczyny tych moich granic. Jak byłam młodsza miałam obsesje religijne, że wszystko jest grzechem - wtedy poradziłam sobie z nerwicą sama (nawet nie wiedziałam, że nn mi dolega) czułam się dziwiakiem, ale żyłam jakoś z tym lękiem przed grzechem, z obsesjami z czarnymi i bluznierczymi nieraz myślami o Bogu, których nie chciałam. To, pewnie dlatego że nie było leczone, wróciło w innej formie i uderzyło w mój związek. Nie odkryłam tylko przyczyn tej pierwszej nerwicy... no ale zaczęłam rozumieć, że świat nie jest czarny albo biały, że nic nie jest takie, że wszystko jest względne, że to, że wybiore miłość do chłopaka nie oznacza, że muszę rezygnować z miłości do np. Boga czy rodziców, lub odwrotnie. Zaczęłam to sobie uświadamiać. Powtarzałam sobie też (w tych najgorszych chwilach), że nie muszę tu i teraz wiedzieć, czy kocham, że nie muszę na każdym kroku definiować swoich uczuć. Stworzyłam własną definicję miłości, którą dopasowałam do siebie, w której mogę nie czuć, mogę być wściekła, mogę czuć obojętność, mogę nie lubić np na chwilę się przytulać itd. Powtarzałam sobie też, że wolę zwariować niż żyć bez mojego ukochanego - tego trzymałam się najmocniej. W pewnej chwili zrozumiałam też, że Bóg nie jest mi przeciwnikiem w tym wszystkim, co również było moją obsesją - pewien ksiądz powiedział mi że Bóg przychodzi ze spokojem a nie takim lękiem i nie targa człowiekiem po kamieniach do utraty przytomności...
W momencie, gdy odzyskałam siły próbowałam godzić się z przeszłością. Spotkałam się na przykład z moim byłym chłopakiem, który w moim życiu odegrał dużą rolę i niszczył mi psychikę i bardzo kiedyś mnie zranił, po to by wyjaśnić pewne niedomówienia, które nie dawały mi spokoju.

Pewnych rzeczy nadal nie rozwiązałam, ale myślę, że to z czasem jakoś mi się w głowie poukłada. Niektórych nadal nie rozumiem. Ważne jest to, że troche wyluzowałam. Stałam się mniejszą perfekcjonistką niż kiedyś. Przestałam na wszystko patrzeć jako "dobre" albo "złe". Życie jest szare, ludzie są szarzy... I ta szarość jest właśnie piękna. Cieszę się, że wyzbyłam się negatywnych odczuć dzięki tej całej walce i teraz odczuwam spokój...

Jeśli chodzi o objawy somatyczne to nie ma nic ;) tzn. teraz pojawiają się tylko ze stresu - ale już takiego normalnego np. przed jakimś wystąpieniem czy coś, nie są one jednak tak mocne. Jeśli chodzi o ten nieracjonalny stres to już go nie ma, poszedł sobie ;) tak samo jak wszelkiego rodzaju nudności itp. Myśli straciły moc - niemalże całkowicie. Czasami mi się coś tłucze po głowie, ale jest to tak słabe, że szybko zapominam. Jak się to wszystko uspokoiło, przyszedł spokój i pozytywne emocje - uczucia do mojego ukochanego. Był to powolny proces, ale na szczęście dożyłam momentu, że wiem, że chcę z nim żyć i nawet nie muszę tego rozstrząsać i się zastanawiać :)

Trzymam za was kciuki i wierzę, że Wam się uda!
Offline
Posty
148
Dołączył(a)
26 sty 2007, 01:29

przez kapralis 22 kwi 2008, 20:05
Super apsiq :-) A powiedz mi tylko jeszcze bo ciekaw jestem - co bralas, w jakich dawkach i ile czasu? Podzielsie tez informacją nt. rodzaju terapii w ktorych uczestniczylas/uczestniczysz ;-) Cos mi sie wydaje, ze musze jednak wrocic do lekow bo bioxetin byl marnie dobrany i pogorszyl moj stan, potem z niego zrezygnowalem i juz nie wrocilem do lekow a wydaje mi sie ze bez nich nie dam sobie rady raczej... PEwnie zrobie to dopiero po slubie i mam nadzieje, ze do tej pory jako tako to sobie wszystko poukladam by nie meczylo mnie to zbytnio :-) trzymam za Ciebie apsiq kciuki i za wasz zwiazek - zycze powodzenia. Przede mna jak widze jeszcze kilka powaznych krokow, m.in. rozmowa z ojcem, ktory mi sporo namieszal w zyciu, a takze rozmowa z moja ex - chce wiedziec dlaczego mnie tak naprawde zostawila - z czystej ciekawosci bo czasem takie pytania mialem a nie dostalem od niej zadnej informacji zwrotnej. Tylko tyle i az tyle. Nie wiem czy dam rade ale sie postaram ;-)
"Życie nie jest ani proste, ani złożone. Poprostu jest." Antoine de Saint-Exupéry
Offline
Posty
74
Dołączył(a)
26 wrz 2007, 16:14
Lokalizacja
Warszawa

przez apsik84 22 kwi 2008, 22:38
Ja brałam Fevarin. Zaczynałam od 25 mg co dwa dni (i to juz na mnie działało!) potem powoli zwiększałam dawkę. Przy 50 mg/dziennie czułam się tak sobie i dopiero jak osiągnęłam 75 mg/dziennie to odczułam zdecydowaną poprawę:) leki biorę już ok 1,5 roku. Teraz odstawiam biorę ok 25mg na trzy dni. Co ciekawe psycholog mi radziła dostosować dawkę do siebie (pokobminować z jaką będzie mi najlepiej). Ważne: jak się zaczyna brać trzeba powoli zwiększać dawkę, analogicznie - gdy się odstawia powoli zmniejszać. Działanie może też zależeć od masy ciała.
Moja psychoterapia trwała ok 4-5 mcy (jedna wizyta w tyg). Trafiłam na babke specjalizującą się w nn. Miałam wielkie szczęście, bo z tego co słysze to ciężko czasem o kogoś dobrego. Moja terapia to chyba była poznawcza.

Pozdrawiam :)
Offline
Posty
148
Dołączył(a)
26 sty 2007, 01:29

przez Marusia 23 kwi 2008, 08:55
Apsik84 jesteś żywym przykładem na to, że można z tego wyjść :) bardzo mnie pocieszyłaś. Ja jestem dopiero na początku tej trudnej i długiej drogi, którą przeszłaś, ale wierzę, że mi się też uda :) Ja także chodzę od m-ca na cotygodniową terapię, biorę do tego leki Xetanor (paroksetynę). Minął dopiero krótki okres, ale widzę już lekką poprawę, oby była coraz większa. Masz rację, że trzeba tą chorobę zaakceptować, w naszym przypadku stworzyć własną definicje miłości, a nie bajkowej, wyimaginowanej miłości, o której się marzyło. Także jestem perfekcjonistką, mam dobrze określone własne zasady, granice i pewnie to mnie ogranicza :( mam nadzieję, że mi się też uda osiągnąć to co Tobie :) bardzo mnie pocieszyłaś Pozdrawiam Cię serdecznie twoje posty są pełne pozytywnej energii!!
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
17 kwi 2008, 07:47

przez cookiemonster 23 kwi 2008, 10:07
apsik84 kurcze ja tez mialam takie obsesje jak bylam mala ,ze wszytsko co robie to grzech... do teraz mi tak zostalo i ja sie kloce ze soba , czesto mam tak ,ze jak cos mi sie nie podoba to ja musze akceptowac bo sobie w myslach mowie ,ze Bog by pewnie zaakceptowal tez tak mialas? moj chlopak stwierdzil ,ze ja biore na siebie wszystko ,ze musze byc idealna kosztem siebie nawet :( wczoraj doszlam wlasnie do wniosku ,ze religia we mnie odgrywa duza role od dziecka , ja tez mialam takie mysli zle na temat boga a potem sie zadreczxalam jak ja moglam tak powiedziec ,ze pewnie do piekla teraz pojde:D
Offline
Posty
119
Dołączył(a)
17 kwi 2008, 17:57

przez aga25 23 kwi 2008, 10:09
Apsik fajny post. Cieszę się że wychodzisz z tego. U mnie również podobnie jest duża poprawa. Mnie wczoraj znów dopadły natręctwa nt wyglądu mojego Michała tzn bardzo mi się podoba ale momentami czepiam się szczegółów i to mnie wkurza bo od razu dobry humor mi się psuje. Domyślam się dlaczego tak się dzieje. Pisałam zresztą o tym na tym forum. Zawsze czepiałam się swojego wyglądu, nigdy się sobie nie podobałam a jak przestałam się czepiać siebie znalazłam sobie inny obiekt do czepiania (mojego ukochanego). Coraz częściej dostrzegam jak bezwzględnie i bezdusznie traktowałam siebie do czasu kiedy w moim życiu nie pojawił się Michał. Ten wypracowany przeze mnie przez te lata mojego życia mechanizm myślenia i postrzegania rzeczywistości jest naprawdę przerażający. Tak niestety siebie traktowałam. Najtrudniej zaakceptować siebie takim jakim się jest ale zdaję sobie sprawę, że jeśli tego nie zrobię nadal będę krzywdzić siebie i innych moimi ocenami.

[ Dodano: Dzisiaj o godz. 9:15 am ]
Napisałam że mi się poprawia ale momentami niektóre myśli mnie potrafią tak wkurzyć że wszystko wraca tylko na szczęście umiem z tym walczyć. Też zaakceptowałam tę chorobę no cóż jest to rodzinne i wiem, że jeśli chodzi o mnie to rozwijało się w "dogodnych" do tego warunkach ale tak jak Apsik przestałam mieć żal do ojca, mamy, siostry itp. rozumiem że pewnych rzeczy nie byli świadomi i wiecie co jest super zwłaszcza, że Michała też już na 99% zaakceptowali.
głowa do góry wszystko jest i będzie ok
Offline
Posty
137
Dołączył(a)
11 gru 2007, 16:34

przez cookiemonster 23 kwi 2008, 10:20
aga25 wyobraz sobie ze ja mam tak ze jak moj chlopak zepnie wlosy to wydaje mi sie kims innym niz jak je ma rozpuszczone no masakra :D mnie to czasem zadziwia ,ze takie rzeczy maja na mnie wplyw ale staram sie z tym walczyc :D ej powiem wam ,ze ciesze sie ,ze jestem na tym forum i dzielimy sie problemami :) pomagacie mi i wiem ,ze nie jestem sama z tym!
Offline
Posty
119
Dołączył(a)
17 kwi 2008, 17:57

przez aga25 23 kwi 2008, 16:13
Zastanów się czy naprawdę wokół Ciebie nie ma kogoś, kto by potrzebował twojej pomocy. Mam wrażenie, że z dnia na dzień pogrążasz się w swoim żalu ale czy na pewno nie jesteś w stanie sobie wybaczyć złamania tych zasad każdemu zdarza się popełniać błędy i każdy ma prawo zmienić swoje życie jeśli tylko chce. Powinnaś udać się do lekarza lekarstwa by ci pomogły. Stres związany z lękiem zapewne mógł spowodować zakłócenia w prawidłowym funkcjonowaniu twojego organizmu bardzo pomocna w tym wypadku jest serotonina - hormon ten pozwoli wyciszyć twoje lęki. Mi bardzo pomógł Paromerck. Trzeba było trochę przecierpieć bo działa dopiero po kilku tygodniach ale teraz jest dużo lepiej. Mniej się boję i potrafię zrozumieć skąd te lęki się biorą. No i oczywiście psychoterapia się przyda. Naprawdę warto wyrzucić z siebie to wszystko co nas gryzie. Łatwiej wtedy odkryć skąd te lęki się u nas biorą. Wierz mi dużo też trzeba nad sobą pracować. Z takim podejściem jakim się Cookie kierujesz daleko nie zajdziesz. Musisz uwierzyć, że jedyną możliwością wyjścia z tej autodestruktywnej sytuacji jest wykrzesanie choćby odrobinki chęci. Uda ci się. Przyjrzyj się swojemu otoczeniu. Czy jest ktoś w nim z kim mogłabyś porozmawiać, kto by cię zrozumiał albo kto liczy na twoją pomoc, kto jest bliski twemu sercu? Spróbuj bo w życiu czeka cię zapewne wiele wspaniałych chwil ale najpierw postaraj się kawałek po kawałku rozbierać mur który wokół siebie stworzyłaś. NIE JESTEś NAJGORSZA - KAżDY CZłOWIEK MA SWOJą WARTOść. NIE POWINNAś TAK SUROWO SIEBIE OCENIAć. DAJ SOBIE WIęCEJ LUZU. MASZ PRAWO SIę MYLIć. Będzie dobrze ale musisz spróbować!

[ Dodano: Dzisiaj o godz. 3:15 pm ]
przepraszam chodziło mi o Kordiankę.
głowa do góry wszystko jest i będzie ok
Offline
Posty
137
Dołączył(a)
11 gru 2007, 16:34

przez lala 23 kwi 2008, 21:45
Witam, obserwuję to forum dłuuugi dłuuugi czas i na prawdę wasze słowa mi pomogły w zrozumieniu siebie:) Oczywiście mam niestety to samo co wy :( Przez 3 tygodnie było super! Zlewałam to wszystko, nie czytałam o tym, nie rozmawiałam, starałam się nie myśleć i było git. Aż do dziś, gdy dostałam książkę o tym jak się nie bać miłości... Była to książka religijno/psychologiczna... Z początku była całkiem całkiem, nastroiła mnie pozytywnie, ale teraz wszystko wróciło :( Napisano tam, że człowiek który w dzieciństwie zaznał mało miłości, tęskni za nią i jej szuka...a kiedy ją dostaje od kogoś jest usatysfakcjonowany, choć tak na prawdę wcale nie kocha tej osoby :( No i jak wiadomo myśl depresyjna/natrętna, że powinnam się rozstać ze swoim X, bo mam natrętne myśli, że go nie kocham, że mi się nie podoba i przez chwilę się z tym nawet pogodziłam :( Boże! Ale ja nie chcę! :( W ogóle ostatnio czuję się nieco wyobcowana, czuję się jakby nasze spotkania nie działy się na prawdę, były snem...nie wiem jak to ująć...a podczas tego wyszukuję wady w jego wyglądzie, żeby udowodnić sobie, że mi się nie podoba i jest brzydki, albo w jego charakterze, żeby udowodnić sobie że go jednak nie kocham :( Taka jest podobno reguła psychologiczna.....I jak ja mam iść do psychologa?:( A jak on powie mi to samo? Powie, że abym wyzdrowiała muszę się rozstać z moim X ?:( Dla mnie to będzie równoznaczne z końcem mojego świata.... Nie wiem już co o tym myśleć...znów wraca :(

[ Dodano: Dzisiaj o godz. 9:06 pm ]
Ah i jeszcze dodam, że w tej książce został także opisany mechanizm krytykowania pewnych zjawisk/pojęć, np. osoba która krytykuje osoby chcące być sławne, przebojowe, same są ambitne, choć to krytykują. Osoby które są próżne, krytykują próżniaków, itd... Nosz kurde! Nie mam się za pustaka, nie mam parcia na sławę, nie liczy się dla mnie aż tak bardzo wygląd zewnętrzny, mam inne wartości, więc je potępiam i krytykuję. I w sumie to co...wychodzi że ja jestem dokładnie taka jaka być nie chcę i jaka myślę że nie jestem? :| Miałam natręty związane z pedofilią, kazirodztwem, zoofilią. Potępiam to! I to znaczy, że jestem dokładnie taka, tylko nie chcę tego zaakceptować? Mam natręty, że nie kocham swojego mężczyzny, to znaczy że go nie kocham? To znaczy, że jestem taką egoistką i wykorzystuję go, wcale nie dając mu miłości? Czasami wyskoczy mu pryszcz, czasami ma głupią fryzurę, a do tego ma odstające uszy...nigdy nie zwracałam na to większej uwagi, ale teraz mi to wszystko "przeszkadza" i udowadniam sobie wtedy, że on mi się nie podoba i czuję wewnętrzną blokadę :( Jejku...przepraszam za brak składu, ale wyrzucam z siebie wszystko....kiedyś próbowałam tu napisać charakteryzując wszystko od początku do końca, krok po kroku, ale nie wyszło :( Wybaczcie z góry za chaotyczność, ale gotuje się we mnie! Heh... tenże wspaniały pisarz/psycholog przedstawił także wskazówkę do zrozumienia siebie, że trzeba pogodzić się z prawdą (jaka by nie była) i koniec. Uświadomić sobie co się dzieje i nie oszukiwać siebie i partnera.... :( Wiecie co ja poczułam wtedy? NIESAMOWITY BAŁAGAN, rzekłabym SYF! :( Nie wiem co mam myśleć, nie wiem kim jestem...
Offline
Posty
12
Dołączył(a)
29 mar 2008, 13:06

przez kapralis 24 kwi 2008, 09:46
lala napisał(a):Witam, obserwuję to forum dłuuugi dłuuugi czas i na prawdę wasze słowa mi pomogły w zrozumieniu siebie:) Oczywiście mam niestety to samo co wy :( Przez 3 tygodnie było super! Zlewałam to wszystko, nie czytałam o tym, nie rozmawiałam, starałam się nie myśleć i było git. Aż do dziś, gdy dostałam książkę o tym jak się nie bać miłości... Była to książka religijno/psychologiczna... Z początku była całkiem całkiem, nastroiła mnie pozytywnie, ale teraz wszystko wróciło :( Napisano tam, że człowiek który w dzieciństwie zaznał mało miłości, tęskni za nią i jej szuka...a kiedy ją dostaje od kogoś jest usatysfakcjonowany, choć tak na prawdę wcale nie kocha tej osoby :( No i jak wiadomo myśl depresyjna/natrętna, że powinnam się rozstać ze swoim X, bo mam natrętne myśli, że go nie kocham, że mi się nie podoba i przez chwilę się z tym nawet pogodziłam :( Boże! Ale ja nie chcę! :( W ogóle ostatnio czuję się nieco wyobcowana, czuję się jakby nasze spotkania nie działy się na prawdę, były snem...nie wiem jak to ująć...a podczas tego wyszukuję wady w jego wyglądzie, żeby udowodnić sobie, że mi się nie podoba i jest brzydki, albo w jego charakterze, żeby udowodnić sobie że go jednak nie kocham :( Taka jest podobno reguła psychologiczna.....I jak ja mam iść do psychologa?:( A jak on powie mi to samo? Powie, że abym wyzdrowiała muszę się rozstać z moim X ?:( Dla mnie to będzie równoznaczne z końcem mojego świata.... Nie wiem już co o tym myśleć...znów wraca :(

[ Dodano: Dzisiaj o godz. 9:06 pm ]
Ah i jeszcze dodam, że w tej książce został także opisany mechanizm krytykowania pewnych zjawisk/pojęć, np. osoba która krytykuje osoby chcące być sławne, przebojowe, same są ambitne, choć to krytykują. Osoby które są próżne, krytykują próżniaków, itd... Nosz kurde! Nie mam się za pustaka, nie mam parcia na sławę, nie liczy się dla mnie aż tak bardzo wygląd zewnętrzny, mam inne wartości, więc je potępiam i krytykuję. I w sumie to co...wychodzi że ja jestem dokładnie taka jaka być nie chcę i jaka myślę że nie jestem? :| Miałam natręty związane z pedofilią, kazirodztwem, zoofilią. Potępiam to! I to znaczy, że jestem dokładnie taka, tylko nie chcę tego zaakceptować? Mam natręty, że nie kocham swojego mężczyzny, to znaczy że go nie kocham? To znaczy, że jestem taką egoistką i wykorzystuję go, wcale nie dając mu miłości? Czasami wyskoczy mu pryszcz, czasami ma głupią fryzurę, a do tego ma odstające uszy...nigdy nie zwracałam na to większej uwagi, ale teraz mi to wszystko "przeszkadza" i udowadniam sobie wtedy, że on mi się nie podoba i czuję wewnętrzną blokadę :( Jejku...przepraszam za brak składu, ale wyrzucam z siebie wszystko....kiedyś próbowałam tu napisać charakteryzując wszystko od początku do końca, krok po kroku, ale nie wyszło :( Wybaczcie z góry za chaotyczność, ale gotuje się we mnie! Heh... tenże wspaniały pisarz/psycholog przedstawił także wskazówkę do zrozumienia siebie, że trzeba pogodzić się z prawdą (jaka by nie była) i koniec. Uświadomić sobie co się dzieje i nie oszukiwać siebie i partnera.... :( Wiecie co ja poczułam wtedy? NIESAMOWITY BAŁAGAN, rzekłabym SYF! :( Nie wiem co mam myśleć, nie wiem kim jestem...


Witaj lala :D
Dobrze, że odważyłaś się napisać na forum - sam ten fakt, że wyrzuciłaś z siebie ten problem na "papier" powinien Ci w znacznym stopniu ulżyć :smile: Jeśli "przestudiowałaś" strony tego topicu od początku - ja tak zrobiłem zanim napisałem pierwszego posta w tym temacie - zauważysz w jak skrajnie ciężkich stanach wiele osób z tego tematu, a mimo to brnąc dalej w temat i doczytując do najświeższych stron tematu zauważysz jak wiele osób diametralnie zmieniło swoje podejście do problemu po dłuższej terapii i ew. pomocy farmakologicznej w postaci odpowiednio dobranych leków. Z mojego doświadczenia wiem, że ludzie z naszymi problemami, którzy bardzo często mają również problem z niska samooceną, są bardzo podatni na to co powiedzą/napiszą/uważają inni wokół nas - to jest największy błąd. Przeczytałaś książkę, o której wspominasz w swoim poście i co? Łykasz wszystko jak "młody pelikan". Standard. Ja też tak robiłem i pewnie po części do dziś tak czasami robie. Problem polega na tym, że żyjąc opiniami i życiem innych, nigdy nie będziesz sobą. Żyjąc tak jak inni by chcieli byś żyła rezygnujesz totalnie z własnej osoby - nie dziw się potem stanom lękowym i depresji. Jeżeli już musisz z kogoś brać przykład to niech to będzie apsik84 i aga25 :D Mają to samo co ty, a zobacz jak diametralnie różni się ich podejście od Twojego mimo podobnego startu? Nie będę Cie na siłe przekonywał, że Kochasz bo gadania całego świata nikogo nie przekonają skoro sami sobie nawet w tej kwestii nie wierzymy :smile: Jedno jest pewne - musisz przyjąć to co się dzieje teraz i .... dorosnąć. Miłość to nie tylko uczucia, ale i codzienność, szare i mniej pogodne dni też, problemy i rozterki... do tego trzeba dorosnąć. jedni potrzebują na to 20 inni 25 a jeszcze inni 30 lat swojego życia. Tego się nie da przeskoczyć. Jedno jest pewne i to masz jak w banku już dziś - Twoje życie i Twój związek zależy TYLKO i WYŁĄCZNIE od CIEBIE! Żadna myśli, żaden lęk, dołek itp. nie zmuszą Cię do podjęcia decyzji wbrew Tobie! Daj sobie czas - dużo czasu - nie stawiaj żadnych barier czasowych. Trzymam za Ciebie kciuki - myślę, że będzie dobrze. Przed Tobą b.dużo pracy nad sobą i waszym związkiem. Pytanie tylko czy chcesz i czy jest sens? A może, czy jeszcze jest sens?

p.S.: czytając twoją wypowiedź do mnie również wróciły te myśli i ten stan ale tym razem nie udało się im mnie powalić :-) Ja wiem co w życiu dla mnie najważniejsze - moja miłość, moja ukochana i rodzina, która z nią założę, a której sam szczęśliwej nigdy nie miałem - teraz będę miał, swoją własną kochaną rodzinę ;-) Dziękuje Bogu/losowi za to cierpienie bo dzięki niemu zrozumiałem czego chce w życiu i co jest w nim najcenniejsze. Pewnie jeszcze nie raz padnę i jeszcze w nie jeden dołek przyjdzie mi wpaść, z tą różnicą że teraz będę miał dużo więcej siły do walki, a sama walka nie będzie już po omacku. I nie obchodzi mnie co sądzą inni, nawet najwięksi filozofowie i teologowie tego świata nt. miłości mojej/twojej/każdego z nas bo IT'S MY LIFE!
"Życie nie jest ani proste, ani złożone. Poprostu jest." Antoine de Saint-Exupéry
Offline
Posty
74
Dołączył(a)
26 wrz 2007, 16:14
Lokalizacja
Warszawa

przez aga25 24 kwi 2008, 14:29
Hm! Lala witaj na forum. Nie wierz temu co napisał ten facet w tej książce. Po pierwsze wcale nie znasz tego autora, nie wiesz kim on jest, jaki jest w stosunku do innych ludzi a to że napisał książkę to nic nie znaczy. Wiesz co skoro on ma takie podejście do życia to moim zdaniem idzie na totalną łatwiznę. To skończony egoista najwyraźniej. Jakim prawem ocenia ludzi skrzywdzonych. Ja bym rzekła cham. Po pierwsze każdy bez względu na to w jakiej rodzinie się wychował, co przeżył, jakie błędy popełnił nie jest jednostką nie zdolną do miłości. Trzeba się jej uczyć. Miłość jest w nas ale właśnie trzeba pokochać siebie takim jakim się jest razem ze wszystkimi swoimi ułomnościami. Też tak miałam że czepiałam się wyglądu Michała ale zrozumiałam że kocham mojego Miśka takim jakim jest człowiekiem a wygląd w zasadzie nie jest dla mnie ważny, zresztą wygląd zewnętrzny jest bardzo ulotny. Jednego dnia jesteś piękna/y, silny, następnego dnia może jakaś choroba toczyć twoje ciało. Podoba mi się bardzo mój Michał chociaż nie jest taki jakim sobie go wyobrażałam i wiesz co tym bardziej mnie to cieszy. Jest zwyczajnym, prawdziwym(a nie wyobrażonym) kochanym człowiekiem z którym chcę być do końca życia i dłużej. Wiesz dla mnie kasa też nie ma takiego znaczenia ważne byśmy razem z Michałem za nasze zarobione pieniądze godnie żyli ale za wszelką cenę do sukcesu dążyć nie będę. Kolejną bzdurą moim zdaniem jest zazdrość w stosunku do ludzi sławnych i bogatych bo ja tego nie mam. Ja jestem szczęśliwa że ani nie jestem sławna ani bogata. Wystarczy popatrzeć na taką sławną i bogatą Breatney Spears która dzień po dniu stacza się w dół, jak popada w nałogi, jak niszczy siebie i swoje dzieci i co ja mam jej tego zazdrościć nigdy w życiu. W ogóle rzadko się zdarza aby ludzie bogaci byli ludźmi kochającymi (chyba że pieniądze) i co ja im mam tego zazdrościć - nigdy w życiu. Lala wierz mi bardzo kochasz swojego partnera wystarczy jako dowód że chcesz walczyć z tymi natręctwami nie poddawaj im się wyjdziesz z tego a tą książkę podaruj komuś albo połóż żeby cię dodatkowo nie wkurzała. Wiesz ten facet ma prawo pisać co chce ale wierz mi to co napisałaś co on w niej zawarł bardzo mnie uraziło i zapewne nie jednego też.
głowa do góry wszystko jest i będzie ok
Offline
Posty
137
Dołączył(a)
11 gru 2007, 16:34

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 7 gości

Przeskocz do