Natręctwa myśli...

Forum o nerwicy natręctw: doświadczenia, historie, pytania.

Re: Natręctwa myśli...

Avatar użytkownika
przez Rafał9 16 paź 2008, 14:18
No tak ale wiesz my tu zioła nie bakamy (zresztą są różne kategorie natrętów)

---- EDIT ----

Kolejna sprawa nie strasz nas - bo jakoś mi się wydaje, że zrobiłeś to jakby troszeczke specjalnie. My mamy już dość problemów z naszymi nerwicami.
Czy będę żył jutro nie umiem powiedzieć. Jednak wiem na pewno, że nie żyję dzisiaj
Avatar użytkownika
Offline
Posty
86
Dołączył(a)
23 wrz 2008, 22:14
Lokalizacja
DG

Re: Natręctwa myśli...

przez retro 16 paź 2008, 14:23
tak - no pewnie... denerwuje sie i oczywiscie tak dla zartu chcialem tylko wkurzyc nerwicowcow...

bez komentarza pozostawiam twoj komentarz :?
retro
Offline

Re: Zabojcze Mysli!!

przez eisenbein 16 paź 2008, 16:11
ja tez mam czasem takie mysli ze w nocy wstane i kogos z rodziny zabije bo bedzie mi sie to wydawalo normalne ale za chwile to przechodzi, to po prostu glupie mysli i tyle, rownie dobrze moze wpasc mysl zeby golym wybiec na ulice i tez tego przeciez sie nie zrobi,a ze sa czasem natretne to powracaja, najlepiej wtedy sie czyms zajac i nie dac sie rozwijac temu watkowi w glowie
Offline
Posty
95
Dołączył(a)
07 mar 2007, 13:20

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Natręctwa myśli...

przez Ninfa 16 paź 2008, 18:10
Akutualnie jestem na etapie niechęci do seksu, już kiedyś tak miałam w czasie fazy z życie w czystości, kiedy to postanowiłam (chyba rok temu) żyć w celibacie, na samą myśl o seksie robiło mi się niedobrze i wracało odczucie paniki.

Amandio,obecnie przechodze przez to samo.Kiedy tylko pomysle o seksie,od razu robi mi sie niedobrze.Sama juz nie wiem czy tak dzialaja leki antydepresyjne czy to juz sama choroba...??
Offline
Posty
23
Dołączył(a)
30 lip 2008, 13:19

Re: Natręctwa myśli...

przez konewkaa 17 paź 2008, 22:56
chcę go kochać. chcę żeby to była nerwica a nie brak miłości.
nie chcę analizować każdego faceta, porównywać z andrzejem, nie chcę żeby andrzej wydawał mi się paskudny. .. eh;///

Ninfa, no wlasnie. Zero przyjemnosci ze zblizen. Ciagle analizuje "nie mozesz uprawiac seksu z facetem ktorego nie kochasz, to grzech, kim ty jestes?" .
konewkaa
Offline

Re: Natręctwa myśli...

przez amandia 18 paź 2008, 08:48
Już sama nie wiem, czego chcę. Dziś ślub, gdybym wiedziała ile nerwów będzie mnie to kosztowało nigdy bym się nie zdecydowała. Jest ze mną tak źle że wczoraj poszłam na rozmowę do psychologa który powiedział mi, że czasem w życiu warto zaryzykować i że też mam prawo być szczęśliwa, i że mam prawo popełniać błędy. Wyszłam nastawiona pozytywnie, ale nie minęło kilka godzin i znów byłam w takim samym stanie jak przed wizytą. Nie wiem czy chcę wychodzić za mąż, właściwie to już nie chcę. Chcę wrócić do rodziców, do bezpieczeństwa, jakie miałam w dzieciństwie. Już zauważam, że zaczynam przejawiać zachowania z lat dziecięcych, kiedy to dopadała mnie panika: płacze pod kołdrą czy wymioty spowodowane stresem (a właściwie, które mój organizm sam wywoływał). Niby jestem z narzeczonym 5 lat, mieszkamy razem od roku, niby jestem dorosła, a cały czas jakaś cząstka mnie nie dojrzała emocjonalnie, i nie wiem czy kiedykolwiek dojrzeje. Nie wiem czy chcę zmieniać swoje życie, choć przecież już je zmieniłam, częściowo (może na siłę) usamodzielniając się - wyprowadzając się z domu co też niemało mnie kosztowało. Na logikę wiem, że ten papier nic nie zmienia, wiem, że te kilka minut w USC to nie koniec świata, to decyzja odwołalna, rozwód to nie wstyd, ale ja sama już nie wiem czy chcę. Coraz częściej czuję jak coś w środku mnie woła NIE, może to jest to dziecko? Nie mam pewności, że to kiedyś przejdzie, nie wiem czy po ślubie przestanę się bać, może będzie jeszcze gorzej, może panika nie minie, może już do końca życia zostanę taka ‘upośledzona’ emocjonalnie. Już sama się pogubiłam, czy go kocham, czy nie, czy jestem z nim z miłości czy z litości, a może z przyzwyczajenia? Nie wiem, a może decyduję się na ślub by zadowolić rodziców, spełnić oczekiwania ludzi którzy wiedzą o ślubie, by ich uspokoić (bardzo przejmują się mną ostatnimi dniami), może z jakiegoś innego przymusu, może ze wstydu przed tym, co ludzie powiedzą, jak kolejny raz to odwołam. Sama nie wiem, chciałabym mieć już spokój, a nie wiem jak go osiągnąć, chciałabym tak jak inni ludzie umieć myśleć pozytywnie, umieć podejmować decyzje, umieć żyć normalnie, jak dorosła osoba. Coraz częściej czuję, że chcę wrócić do domu, do rodziców i zamknąć się w swoim dziecięcym świecie, ale to jest krok w tył, wiem że bym się cofnęła, i prawdopodobnie już nigdy nie wyszłabym z tamtego świata, do końca życia byłabym z rodzicami, pewnie bym studiowała z nudów (mam niewielu znajomych), pracowała i żyła z dnia na dzień, a gdyby moi rodzice kiedyś odeszli, zostałabym sama jak palec, takie duże dziecko specjalnej troski – może to też powód dla którego chcę wziąć ślub, żeby uniknąć tej samotności. Narzeczony jest osobą mi bliską, choć teraz przytłoczona natręctwami myślę inaczej, nie chcę Go, chcę do Mamy, do Taty :( Na codzień ufam mu, czuję się przy nim już prawie tak bezpiecznie jak przy moich rodzicach. Wiem, że On mnie kocha, wiem, że znosi to wszystko: moje wahania i humory, wiem, że sporo może dla mnie poświęcić, ale nie wiem czy umiem to odwzajemnić, skoro ta dziecięca strona (nerwica?) wciąż wygrywa, to może nie jest to miłość, może on nie zasługuje na taką osobę, która potrafi tylko ranić i sama nie wie czego chce. Czasem nie wiem czy to nerwica, czy faktycznie go nie kocham, może próbowałam sobie to wmówić, może z różnych powodów chciałam, aby tak było, a nerwica jest tylko ‘przykrywką’, usprawiedliwieniem, bo jeśli nie jestem pewna w 100% tej miłości, tego, że chce z nim być, bo jeśli zachowuję się jakby ten ślub był dla mnie karą, to po co to wszystko? Nie wyobrażam sobie iść dziś do urzędu, spotkać się z jego rodzicami, na taką myśl znów wracają wszystkie negatywne uczucia, nie umiem się uspokoić, chyba nie dam rady, czuję że chce mi się wymiotować, łzy zalewają mi oczy. Powiedziałam sobie, że jeśli teraz się nie uda, to koniec, wyprowadzę się od narzeczonego, i w sumie ta myśl mnie uspokaja, ale z drugiej strony, na logikę wiem, że to nie rozwiązanie. Więc co zdecydować się i zobaczyć, co się stanie? Czy nie zawracać porządnemu facetowi głowy i pozwolić mu, aby ułożył sobie życie z kimś, kto na to zasługuje, kto naprawdę tego chce? Sama nie wiem, co mam zrobić. Tak naprawdę nie oczekuję odpowiedzi, nikt za mnie tej decyzji nie podejmie. Po prostu myślałam, że jak to napiszę będzie mi łatwiej, lżej. Ale nie jest :(
Czasem jedyne czego chcę to to żeby usnąć i już się nie obudzić :(
Offline
Posty
313
Dołączył(a)
05 paź 2008, 10:01

Re: Natręctwa myśli...

przez konewkaa 18 paź 2008, 14:08
Kochana Amandio. Ja podchodze do tego nastepująco:
pytam siebie co jest dla mnie w zyciu najwazniejsze. okazuje sie ze szczesliwa rodzina, szczesliwa dorosłośc. zawsze marzylam o tym ze stworzę wspanialą rodzine, wszyscy beda sie kochac, beda zdrowi. brakowalo mi tylko tego jedynego mezczyzny. zanim poznalam andrzeja mowilam o sobie: ta co moze pokochac do granic. a jednak gowno prawda. widac są we mnie jakies braki, paralizujący lęk, ktore zabrania mi byc szczesliwą.
idąc dalej -> zapytalam siebie jaki ten jedyny ma byc. no ok - dobry, wrazliwy, czuły, kochający, opiekunczy, kochany, spontaniczny. i co? okazuje sie ze andrzej dokładnie taki jest. czy więc jest mi niedobrze?
mam dokladnie tak jak ty. mysle sobie ze wmawiam sobie nerwice, na sile chce siebie usprawiedliwic . ze tak naprawde go nie kocham, ze zwiazalam sie z nim z nudy, z samotnosci, z marzen o wspanialej milosci, bo on mnie kochał. często dopadają mnie tez mysli ze wmówilam sobie cale to zakochanie, bo przeciez nie zakochalam sie w nim od razu, ale z czasem,
cholera. chyba mam wypaczoną definicje milosci. w ogole ostatnio często czuję sie jak wariatka.
jestem podatna. wmawiam sobie wszystko : począwszy od tego ze kocham innego, skonczywszy na tym ze andrzej jest obcą dla mnie osobą.
cierpię bo widze jaki on jest dobry i jak sie stara. chcialabym zeby to byla nerwica.
nie zostawię go. juz tyle razy chwytałam za słuchawkę telefonu, ale cos co mowilo "NIE" nagle zmienialo sie "na TAK". i balam sie ze moze jednak kocham i nie moge zerwac.

porąbane....
pociesze Cie tym ze jesli go nie zostawie, jak mowie. i on mnie na pewno tez nie. to niedlugo tez przyjda oswiadczyny i identycznie jak Ty bede sparalizowana wizją przyszłości. sama nie wiem czego chce, mam wrazenie ze sama siebie nie znam. watpie nawet we wlasne wartosci, tj. mysle sobie np ze ja wcale nigdy nie chcialam stalego zwiazku ale chce sie bawic i przezywac przygody flirty . kur*a. przeciez to nierpawda. nie jestem jak ta reszta;///

eh. rozgadałam sie ale ciezko mi na sercu. w doatku teraz jestem u mojego kochanego na kilka dni i przezywam to wszystko w jego obecności. :*** całuję mocno wszystkich.
konewkaa
Offline

Re: Natręctwa myśli...

przez retro 18 paź 2008, 19:39
Słuchajcie - mam jedno pytanie tylko. Czy komukolwiek z was zdarzały sie natrętne myśli (szczególnie, jeżeli ma się lęk przed schizofrenia, który nieraz paraliżuje) że ktoś np. wam czyta w myślach i wie, co myślicie? Bo ja nieraz tak mam. W ogóle dziś jest o wiele lepiej w porównaniu do dni poprzednich (bo mam wreszcie jako taką pewność, że to natrętne myśli, a nie urojeniowe), ale odczuwam nadal wewnętrzny niepokój i troszkę, a miejscami nawet dosyć, boję się, że to może doprowadzić do czegoś (np. do czegoś takiego, jak u filomatki - boję się tego bardzo)

Jak sobie radzicie, kiedy dopadają was nie tyle myśli, co myśli przed tym, żeby nie dostać tamtych myśli? (pokręcone, no nie?)

---- EDIT ----

Mimo wszystko cały dzisiejszy dzień od ostatniej rozmowy, która byla okolo poludnia, jest naprawde w porzadku (mimo, ze mysli drecza mnie, to jednak nie przejmuje sie juz nimi bo sie, ze to natrectwo); czasem jeszcze zdarzaja mi sie chwile zwatpienia (np. w momencie, jak dzis mi sie wieczorkiem pojawila mysl, ze o mnie mysli - aleto z teog, ze doslownie wczoraj wlazlem niepotrzebnie na strone i poczytalem o urjeniach ksobnych itp. i z tego strachu przed schizo), ale mysle optymistycznie i panuje nad tym; wiem, ze dla wielu moze sie to wydawac naiwnym mysleniem, ale po prostu ja chce wierzyc i staram sie uwierzyc, ze wyjde z tego, tak jak mowia mi to moi rodzice

i zycze optymizmu wszystkim mimo, ze naprawde wiem, co moga zrobic z nas nerwy i do czego doprowadzic i ze czasem pojawiaja sie mysli nawet te najgorsze

---- EDIT ----

aha - Victorek, wiem, ze czasem moze wydawac sie to juz koncem wszystkiego, ale tak nie jest!! trzymam naprawde kciuki i mam nadzieje, ze wyjdziesz choc na chwile z tego!! (twoje posty mnie podbudowaly - po prostu dobrze czasem wiedziec, ze nie jest sie sam z tym problemem w takiej dosc powaznej w sumie formie)
retro
Offline

Re: Natręctwa myśli...

przez amandia 19 paź 2008, 00:47
Kochani, udało się. Wyszłam za mąż, jestem z siebie dumna. Po tym co napisałam tu rano, wpadłam w jakś rozpacz, zaczęłam głośno płakać, coś we mnie krzycząło 'mamo, tato ja nie chcę', pomyślałam że to już koniec,nie chcę ślubu, że chcę wrócić do rodziców, że nie chcę nigdy mieć dzieci, nie chcę już nigdy uprawiać seksu, nie wrócę do pracy etc. I wtedy mnie tknęło. Pomyślałam że wszystko to czego się boję to sprawy 'dorosłych', czyli tak jakby we mnie było jakieś dziecko. Niby o tym wiedziałam już wcześniej, ale jakoś nie umiałam sobie tego poukładać. Pomyślałam że prawie wszystkie moje myśli, natręctwa są skierowane na rzeczy, które nie są dla dzieci, których dzieci nie rozumieją (głównie dot. seksu). Pomyślałam więc, że może przemawia przeze mnie to dziecko, to ono woła że nie chce ślubu, że to to powoduje natręctwa. Idąc dalej wymyśliłam, że przecież dziecko nie umie kochać miłością dorosłą, dojrzałą, więc dlatego wciąż obawiam się że nie kocham mojego faceta, bo to dziecko we mnie nie umie tak kochać, ono kocha rodziców, dziadków, psa, ale nie umie kochać mężczyzny. I jakbym nagle dostała olśnienia, zaczęłam śmiać się przez łzy. I poczułam, że jeśli teraz się wycofam, jeśli pozwolę temu dziecku we mnie (trochę to schizofreniczne hmm) mną rządzić, to do końca życia taka zostanę, pozwolę by to dziecko przeze mnie przemawiało, będę niesamodzielną, ubezwłasnowolnioną dziewczynką uwięzioną w ciele kobiety. Owszem wciąż miałam wątpliwości, ale postanowiłam potraktować ten ślub terapeutycznie, pomyślałam że jeśli dam radę, to może wszystko mi się uda, może nawet kiedyś poradzę sobie z natręctwami. Jeszcze wiele razy dzisiejszego dnia (nawet stojąc przed urzędniczką USC) zastaanawiałam się czy dam radę, czy tego chcę, wiele razy czułam panikę, cały dzień drgał mi każdy mięsień (jakbym się trząsła z zimna), dopiero wieczorem udało mi się coś zjeść, i była nawet chwila kiedy znów chciałam się wycofać, ale dałam radę. Powtarzałam dziecku aby się uspokoiło, postanowiłam ignorować jego wołanie, mimo iż było mi go żal - może to dziwne że piszę o nim 'to dziecko', ale tak jest mi łatwiej to zrozumieć. Naprawdę było ciężko, znów przychodziły myśli czy go kocham, czy warto, czy nie robię błędu, czy nie biorę ślubu ze względu na rodzinę (bardzo się ucieszyli gdy opowiedziałam im co wymyśliłam), ale stwierdziłam że nawet jeśli nam się nie uda, nawet jeśli po ślubie natręctwa nie miną, to przynajmniej będę wiedziała że spróbowałam, i zrobiłam krok w przód, a nie w tył, że nie wróciłam do rodziców, a zaryzykowałam. Jestem z siebie dumna, nadal czuję się zdenerwowana, nadal się obawiam, nadal czuję niechęć do seksu, wciąż myślę czy dobrze zrobiłam, i z jakiego powodu wyszłam za mąż, a nawet więcej bo teraz zaczęłam odczuwać zawstydzenie gdy ktoś mówi o mnie 'żona', czy jak myślę o przedstawieniu się nowym nazwiskiem. Ale chcę spróbować, bo już wiem że za wieloma z tych obaw ukryte jest moje dziecinne JA, że to ono się boi, a nie ja. Nadal są sprawy za które wiem, że odpowiedzialna jest moja niska samoocena, możliwe że są także inne powody mojego stanu, o których jeszcze nie wiem. Dlatego chcę wybrać się na psychoterapię, a przynajmniej na konsultację do lekarza-specjalisty od nerwic, który postanowi co dalej. Myślę że było warto, warto było choć przez chwilę poczuć się szczęśliwą i zadowoloną z siebie, choć kosztowało mnie to wiele nerwów i nie wiem czy zdecydowałabym się na to drugi raz, ale no cóż chcemy jeszcze wziąć ślub kościelny, kiedyś w przyszłości, więc pewnie będę musiała się jednak zdecydować po raz drugi. Teraz czuję się znacznie spokojniej, jestem niesamowicie zmęczona, jakbym nie spała kilka dni. Uff to chyba wszystko :)
Konewko a czy próbowałaś znaleźć u siebie przyczynę tego stanu? Przyczynę tego że nie wiesz czemu go kochasz?

---- EDIT ----

kochani jak widzicie moje szczęście długo nie trwało, bo znów tu jestem. Obudziłam się znów ze ściśniętym gardłem i paniką. To dziecko we mnie (a właściwie to jakby taka myśl, takie coś w mojej głowie) znów daje o sobie znaki, pomyślałam: 'O Boże co ja zrobiłam, straciłam rodziców, już nigdy nie będę mogła do nich wrócić', znów denerwuje mnie mój facet (jakoś trudno mi napisać to słowo na M), denerwuje mnie mieszkanie wktórym mieszkamy, mam ochotę znów schować się pod kołdrę i płakać. Logicznie ujmując wiem, że tak nie jest, ale sami wiecie jak to z nami jest. Staram się uspokoić to drugie JA, staram się nie poddawać panice, ale z różnym skutkiem. Mimo że znam przyczynę nie do końca się udaje, choć wczoraj wieczorem czułam że mogę już wszystko. Czyli nadal będę walczyć :( Może teraz na początku będziemy więcej czasu spędzać z moimi rodzicami, żeby się oswoić. Mam nadzieję że za jakiś czas będzie lepiej.
Offline
Posty
313
Dołączył(a)
05 paź 2008, 10:01

Re: Natręctwa myśli...

przez konewkaa 19 paź 2008, 12:19
Amandio, leć do kiosku i kup październikowy numer Zwierciadła. Gazeta geniusz, 12 zł, dołączyli do niej genialną książkę. Myślę ze pomoże Ci odnaleźć siebie. To nie zwyczajny poradnik i aż zdumiałam się ze akurat porusza temat który mnie dręczy od ponad 3 miesięcy. Przeczytałam ją dzisiaj rano, w drodze z Warszawy [od Andrzeja, bo tam studiuje] do siebie. Rozpisują się tam na temat DZIECKA które posiadamy w sobie, DOROSŁEGO i RODZICA, których posiadamy w sobie. To tłumaczy lęk jaki przeżywasz Ty.
Oczywiście to nie jest tak ze ozdrowiałam, nic z tych rzeczy. Ale już tak dawno nie płakałam, co kiedyś zdarzało mi się codzienne. Wybuchy paniki, że jestem z Andrzejem wbrew sobie. To tak jakbym sama siebie karciła za coś co nie jest idealne. Autodestrukcja.
Życie bez lęku wydaje mi się teraz ... dziwne. Uzależniłam się [to straszne] od stesu i paniki. To stało się częścią mnie. Chciałabym zeby ktos powiedział mi: KOCHASZ GO. i żebym uwierzyła mu i nie bała sie niczego.
Mój kolejny wielki problem: zupełny brak wiary w siebie i niska samoocena. W ogóle nie jestem sobą. Kiedy ktoś powie ze Andrzeja nie lubi lub jakas kolezanka ze nie jest zupelnie w jej typie - ja dostaję ataku paniki. "Jak to?! Ojej! Więc mi też nie ma prawa się podobać!". To tak jakby MNIE w ogole nie bylo, jakbym nie posiadala własnego "JA" mimo ze przeciez kazdy je ma. I chyba chodzi tu o to zeby odnalezc siebie, to sekret wyzdrowienia. Jakże trudny do osiągniecia.
Martwi mnie to bo mysle sobie ze chcę sie na siłę przypodobać, popisać . Musi tak byc skoro Andrzej ma podobać sie wszystkim. I tu znajduję kolejne powiązanie - moje neurotyczne dązenie do bycia dobrym czlowiekiem, lubianym przez wszystkich. Jak mnie ktos nie polubi czy skrytykuje to od razu dół i zyciowa porazka.

Coś tu jest nie tak.
Tylko w którą stronę mam się udać ?
konewkaa
Offline

Re: Natręctwa myśli...

przez amandia 19 paź 2008, 12:56
Konewko mam to samo, niska samoocena, bardzo niska + to dziecko które jst we mnie (niedojrzałość emocjonalna) + może coś jeszcze o czym nie wiem.
Konewko a napisz jak się ubierasz? W jakie kolory? Masz dużo ubrań? Lubisz dbać o siebie? Malujesz się na codzień?
Offline
Posty
313
Dołączył(a)
05 paź 2008, 10:01

Re: Natręctwa myśli...

przez konewkaa 19 paź 2008, 13:20
hm. jakby tu powiedziec. nie jestem typem strojnisi, ani dziewczyny ktora jest zrobiona od stop do głów. stawiam na naturalnosc, jednak ostatnio wylamalam sie i przefarbowalam wlosy. wczesniej rowiesniczki mowili na mnie "Ty jestes taka Antonina". bo rzeczywiscie naturalny makijaz, wlosy.
jak sie ubieram? okreslilabym swoj styl jako hippiesowski. kocham koszule:) interesuję się modą. dbam o siebie ale kiedy mialam najgorsze dni i zylam myslami, potrafilam wstac umyc zeby, isc z tłustymi wlosami, bez makijazu do szkoly. i wyglądalam jak wrak człowieka. nietrudno bylo zauwazyc ze cos jest nie tak.
moze porozmawialybysmy na gg? jesli chcesz.
konewkaa
Offline

Re: Natręctwa myśli...

przez amandia 19 paź 2008, 13:35
Konewko zapytałam bo lekarz u którego byłam w piątek zwrócił uwagę na mój strój i uczesanie. Włosy w kucyk, jeansy i t-shirt oraz bluza. Na codzień się nie maluję, tylko korektor, do fryzjera chodzę regularnie, ale moja fryzura niewiele się zmienia. Tak więc lekarz poradził mi abym zaczęła od garderoby i wyglądu zewnętrznego. Mam w szafie mnóstwo ciuchów, ale ich nie noszę, tak więc zgodnie z zaleceniem lekarza mam o siebie bardziej zadbać, uczesać włosy, zacząć nosić sukienki. Wiem jaki ma to mieć cel, ale nie wiem czy cokolwiek pomoże, jakoś trudno mi uwierzyć aby strój mógł cokolwiek zmienić.
Offline
Posty
313
Dołączył(a)
05 paź 2008, 10:01

Re: Natręctwa myśli...

przez konewkaa 19 paź 2008, 13:39
zgadzam sie z Toba. wiem ze mysl ze mogłabym nie kochać do tego stopnia mnie pochłania ze nie moglabym nagle zadabac o wyglad zewnetrzny. poza tym to tez jakies zagrozenie bo bym dostala paniki ze chce sie moze innym przypodobac, byc atrakcyjna. a ja dostaje zawału na mysl ze moge kochac innego..
konewkaa
Offline

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 8 gości

Przeskocz do