Powołanie...?

Forum o nerwicy natręctw: doświadczenia, historie, pytania.

Powołanie...?

Avatar użytkownika
przez refren 27 sty 2016, 17:24
Edward27, może to marzenie Twojej mamy mieć synów księży czy misjonarzy, ale nie powinna wmawiać Tobie i bratu swoich własnych pragnień, zwłaszcza posługując się Matką Boską.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3255
Dołączył(a)
05 sty 2013, 20:12

Powołanie...?

przez Kasiula93 29 sty 2016, 19:02
Witam wszystkich. Potrzebuje pomocy. Widzę, że więcej osób ma podobny problem. Nie mam stwierdzonej nerwicy, nie byłam nigdy u psychologa, zawsze miałam się za silną, wytrwałą dziewczynę do pewnego momentu. Pół roku temu miałam pierwszy atak lęku. Wtedy nie wiedziałam dokładnie co się dzieje. I własnie najgorsze było to, że lęk uderzył w najczulszy i najważniejszy punkt mojego życia, do którego zawsze dążyłam czyli małżeństwo. Jestem osobą wierzącą, praktykującą. Ale zawsze dążyłam do małżeństwa, a tu nagle w głowie myśl, że może Bóg chce ode mnie czegoś innego, że może zakon, Załamałam się, miałam silne ataki paniki, nie mogłam spać, serce mi kołatało, raz nawet rano krew leciała mi z nosa, płakałam. Rozmawiałam o tym z Księdzem i powiedział mi, że takie myśli natrętne to pokusa, że mam się uspokoić i cieszyć życiem. Przyznaje, że na jakiś czas to mi pomogło, poznałam chłopaka, zakochałam się, jestem z nim do dzisiaj i naprawdę go kocham. Jest wierzący, odwzajemnia moje uczucia, w rozmowach myślimy o wspólnej przyszłości. Ale niestety te natrętne myśli nade mną wisiały i później znowu miałam ataki lęków. Ostatnio prawie codziennie budzę się ze ściśnietym żołądkiem, kołatającym sercem, natrętnymi myślami, które rozsadzają mi głowe. Przestałam się modlić praktycznie, czytać gazety, na ulicy ciągle widzę gdzieś zakonnice...wpadam w paranoje. Dużo czytałam o powołaniu, z resztą kto to przechodzi to chyba wie, jak to jest czytać te wszystkie strony i tu raz się załamywać a tu raz cieszyć. Wiem, że nie pociąga mnie życie w zakonie, pragnę małżeństwa, ale i tak cały czas się boję i nie mogę przestać myśleć. Kocham Boga, ale strasznie boję się Jego woli, boję się, że jak znowu zacznę się do niego zbliżać, modlić itd. to poczuję to powołanie. A ja naprawdę tego nie chcę. Jestem bardzo pogubiona, nie wiem co robić, mam ochotę przestać myśleć, bo to myślenie sprawia, że jestem kompletnie nieszczęśliwa i zamiast żyć normalnie, skupiam się na sobie i nie myślę o niczym innym. Kolega Ksiądz przy ostatniej rozmowie powiedział mi, że Bóg tak nie działa, że powołanie tak nie działa. I staram się realnie myśleć, ale mam wrażenie, że wpadłam w obsesje myślenia o tym, ale z drugiej strony może tylko sobie tak to tłumaczę? Proszę pomóżcie, poradźcie coś bo naprawdę nie daję rady. Mam teraz czas sesji, staram się trzymać, ale niestety nie idzie mi to. Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca i coś poradzicie. :(
Offline
Posty
14
Dołączył(a)
29 sty 2016, 18:34

Powołanie...?

przez Kasiula93 29 sty 2016, 23:26
Dzięki Edward27 :) Ogólnie sam fakt, że jednak nie jestem sama z tym problemem jest pocieszające. Nie chcę tracić wiary przez to natręctwo ale chcę znowu zacząć żyć tak jak przed tym. Też mnie ostatnio Ksiądz spytał jak się czuję przy swoim chłopaku. A to są jedyne chwile i momenty kiedy czuje się sobą, czuje, że radość mi wraca. Ty masz narzeczoną a to już duży krok w Twoim życiu i to bardzo dobry :) Życzę Ci powodzenia! A powiedz mi czy warto iść z tym do psychologa? Dla mnie to jest wstydliwe i nawet gdyby to nie wiem do jakiego....Narazie sama próbuje brać magnez systematycznie i dbać o aktywność fizyczną.
Offline
Posty
14
Dołączył(a)
29 sty 2016, 18:34

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Powołanie...?

przez Reynevan 30 sty 2016, 12:58
Kasiula93 napisał(a):Rozmawiałam o tym z Księdzem i powiedział mi, że takie myśli natrętne to pokusa, że mam się uspokoić i cieszyć życiem.

że niby czyja pokusa?


Spoko, masz silną nerwicę lękową/natręctw. Proponuję wybrać się do specjalisty. Zalecam też zastanowienie się nad sensem swojej religii, która w głównej mierze oparta jest na filozofii greckiej i średniowiecznych dogmatach. :)
Reynevan
Offline

Powołanie...?

przez Kasiula93 30 sty 2016, 13:34
Reynevan - chodziło o to że to jest pokusa, która odciąga mnie od mojej drogi. Co do zastanowienia się nad sensem swojej religii....to jest w tym racja. Mam wrażenie, że w pewnym momencie powołanie zaczęłam traktować jak jakieś przeznaczenie przed którym nie można uciec. Mimo, że wiem że to jest abstrakcja to myśli nadal wracają i znowu brne w zakmnięte koło, a mój organizm i psychika mają tego serdecznie dość i może rzeczywiście przydałby się specjalista. :smile:
Offline
Posty
14
Dołączył(a)
29 sty 2016, 18:34

Powołanie...?

Avatar użytkownika
przez refren 30 sty 2016, 16:12
Kasiula93 napisał(a): Rozmawiałam o tym z Księdzem i powiedział mi, że takie myśli natrętne to pokusa, że mam się uspokoić i cieszyć życiem.


Brawo dla księdza. Mi się zdarzyło swojego czasu przy ostrych natręctwach, że jeden ksiądz tak powiedział: to jest pokusa, nie myśl o tym więcej, biorę na siebie za to odpowiedzialność. To mnie wtedy uratowało, miałam jazdy po tym, jak byłam na modlitwie wstawienniczej i poprosiłam o "słowo", czyli fragment Pisma Św specjalnie skierowany dla mnie (mam do tej praktyki teraz bardzo mieszane uczucia i nie polecam nikomu z natręctwami). Zinterpretowałam je tak, żeby potwierdzić moje lęki i szaloną koncepcję na temat "przeznaczenia" (to było wiele lat temu i z całą pewnością mogę powiedzieć, że było to absurdalne). Ksiądz już niestety nie żyje. Zastanawiam się nieraz, dlaczego tak mało księży potrafi tak postąpić, mimo że mają do czynienie z ewidentnie udręczonymi osobami. Ksiądz ma inne zadanie niż psycholog, jest od pomocy duchowej i podpowiedzi, nieraz rozstrzygnięć w kwestiach sumienia. Jest też od tego moim zdaniem, żeby rozpoznawać udręczenia diabelskie (zło nieraz się podszywa pod dobro, czyli np. "powołanie", aby kogoś wpędzić w depresję, zniechęcić do życia i wiary) i pomóc komuś się od nich uwolnić.

Dla wielu osób sam fakt, że ktoś ma lęki na temat wiary oznacza, że wiara jest bez sensu. Wiedzą lepiej, że ich ateizm jest słuszny, wręcz niezbicie udowodniony, co raczej moim zdaniem wynika z wąskich horyzontów niż z rzetelności wobec swojego umysłu, a na pewno jest niemożnością wyjścia poza swój subiektywny punkt widzenia czy emocje - bo przeżycia, doświadczenia, przekonania kogoś innego na temat wiary mogą być zupełnie inne. Bo dla innych osób wiara ma wartość, nieraz doświadczały, że ma sens i nie chcą z niej rezygnować, nawet jeśli przychodzą w niej trudne doświadczenia. Osobiście uważam, że te doświadczenia prowadzą do czegoś lepszego, nikt nie powiedział, że życie zawsze musi być łatwe, nieraz tani komfort nie prowadzi do prawdziwego szczęścia i rozwoju, natomiast przetrwanie trudnych chwil i nadzieja w Bogu tak, bo te chwile kiedyś się kończą i wszystko jest lepsze niż było wcześniej.
To nie wiara jest według mnie objawem nerwicy, jak niektórzy twierdzą. Objawem nerwicy jest raczej to, że ktoś zaczyna mieć problemy z praktykami religijnymi, które wcześniej wykonywał. Większość na przykład ludzi, która chodzi na mszę, czuje się normalnie albo jest to dla nich dobre, budujące przeżycie. Jeśli komuś nie sprawiało to trudności, a w pewnym momencie zaczyna odczuwać w trakcie mszy lęki, natrętne, np. bluźniercze myśli, to dla mnie jest logiczne, że problemem jest niemożność spokojnego praktykowania wiary, a nie sama wiara.
All men will be sailors, then, Until the sea shall free them...
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3255
Dołączył(a)
05 sty 2013, 20:12

Powołanie...?

Avatar użytkownika
przez refren 30 sty 2016, 16:28
refren napisał(a):To nie wiara jest według mnie objawem nerwicy, jak niektórzy twierdzą.

Lub przyczyną.
(opcja edytuj już nie działa)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3255
Dołączył(a)
05 sty 2013, 20:12

Powołanie...?

przez Kasiula93 30 sty 2016, 16:36
Refren - dobrze to wszystko ujęłaś w słowa, zwłaszcza to o niemożności spokojnego praktykowania wiary. Nigdy bym nie umiała tak tego nazwać. Tylko cały czas wisi nade mną pytanie jak się tego pozbyć? Mózg cały czas jest nakręcony i mimo tego, że staram się realnie myśleć, bo w końcu Bóg jest ostatnią osobą na świecie, która by chciała do czegoś przymusić i dlatego mamy wolną wolę, to i tak lęk cały czas jest i nie umiem się tego pozbyć. Moja rodzina już złości się jak po raz setny przeżywam to samo, sama zresztą mam już tego dość, chłopak wspiera mnie ale jest przeciwny pójściu do jakiegoś specjalisty, bo uważa, że naprawdę chory człowiek potrzebuje lekarzy i że nie powinnam brać leków. Czy komuś udało się z Was powiedzmy odpuścić i jakoś się pozbyć tych natrętnych myśli?
Offline
Posty
14
Dołączył(a)
29 sty 2016, 18:34

Powołanie...?

Avatar użytkownika
przez refren 30 sty 2016, 17:39
Kasiula93 napisał(a):Moja rodzina już złości się jak po raz setny przeżywam to samo, sama zresztą mam już tego dość, chłopak wspiera mnie ale jest przeciwny pójściu do jakiegoś specjalisty, bo uważa, że naprawdę chory człowiek potrzebuje lekarzy i że nie powinnam brać leków.


Pójście do psychologa to niekoniecznie branie leków, a zdrowie nie polega na tym, że się nie pójdziesz do lekarza, ale że się będziesz dobrze czuć. Może lepiej się dzielić problemami z psychologiem, który je rozumie, nie ocenia, stara się udzielić jak najlepszej pomocy, niż z rodziną - bo rodzina raczej nie zrozumie do końca problemu, a poza tym nie ma dystansu, Twoi bliscy pewnie martwią się o Ciebie, może irytują swoją bezradnością albo myślą, że mogłabyś sobie poradzić ze swoim problemem, tylko nie chcesz. To znaczy dobrze, że rodzina i chłopak tak ogólnie znają Twoje problemy, ale w natręctwach jest pewien przymus ciągłego dzielenia się swoimi wątpliwościami z kimś z zewnątrz, żeby nam je rozwiał i żeby poczuć ulgę. A rodzina i chłopak niekoniecznie mają do tego siłę i widzą sens rozmawiania ciągle o tym samym. To znaczy nie wiem czy tak robisz, ale ja wiem, że kiedy byłam w lęku, to próbowałam ciągle z kimś rozmawiać, nawet jeśli reakcje drugich osób były różne. To znaczy nie mogę powiedzieć, że np. rozmowy z mamą mi nie pomogły, bo nieraz tak, wręcz były zbawienne, ale też nieraz było to bezprzedmiotowe - było tak, że na dwoje babka wróżyła, raz to pomagało, a innym razem prowadziło do nerwów. Moim zdaniem ważne tylko, żeby psycholog nie naruszał Twoich wartości i żebyś się z nim rozumiała, czuła bezpiecznie.
Z lekami jest tak, że pomagają, ale potem trudno jest je odstawić i miewają różne skutki uboczne, więc trudny wybór, ale jak się jest na takim etapie, że nie można zupełnie wykonywać swoich obowiązków, uczyć się czy pracować, to może to być ratunek, zawalone życie nikomu nie pomoże wyjść z nerwicy.
All men will be sailors, then, Until the sea shall free them...
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3255
Dołączył(a)
05 sty 2013, 20:12

Powołanie...?

Avatar użytkownika
przez Michellea 30 sty 2016, 18:39
Też kiedyś mi się wydawało, że Bóg mnie powołuje. Szczególnie jak przeczytałam na jakiejś katolickiej stronie, że jeśli to prawdziwe powołanie, to Bóg może sprawić, że osoba, która tego nie chce, zmieni zdanie :roll:
refren napisał(a):Jest też od tego moim zdaniem, żeby rozpoznawać udręczenia diabelskie (zło nieraz się podszywa pod dobro, czyli np. "powołanie", aby kogoś wpędzić w depresję, zniechęcić do życia i wiary) i pomóc komuś się od nich uwolnić.

No to teraz się wystraszyłam, że moja nerwica to efekt działania złych mocy :hide:
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2178
Dołączył(a)
04 sty 2016, 14:11
Lokalizacja
Warszawa

Powołanie...?

Avatar użytkownika
przez refren 30 sty 2016, 19:37
Nie chodzi mi o jakieś niesamowite moce czy opętanie, jako osoba wierząca widzę rzeczywistość duchową tak, że człowiek każdego dnia spotyka się z pokusami, przez całe życie, a dążeniem złego ducha jest uczynić nas nieszczęśliwymi, przez to zawsze będzie nam podsuwał różne myśli destrukcyjne, namawiał do tego co złe, nieodpowiedzialne i szukał drogi, aby nas zniechęcić do wiary, stosując różne podstępy. Będzie tak dopóki żyjemy na tym świecie. Na jednego będzie działać namawianie do pobłażania sobie i lekceważenia grzechów, na innego wpędzanie w nadmierne poczucie winy i np. zamęt na tle rzekomego powołania. Co nie znaczy, że nie można tego zracjonalizować, bo posługując się rozumem też jesteśmy zwykle w stanie ocenić, co dla nas jest destrukcyjne, a jeśli nie (bo jesteśmy na przykład zaburzeni przez lęk), to może nam ktoś w tym pomóc.

Michellea napisał(a):Szczególnie jak przeczytałam na jakiejś katolickiej stronie, że jeśli to prawdziwe powołanie, to Bóg może sprawić, że osoba, która tego nie chce, zmieni zdanie :roll:


Powinni się zacząć zastanawiać pisząc takie rzeczy, bo zbyt wiele osób ma potem jazdy.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3255
Dołączył(a)
05 sty 2013, 20:12

Powołanie...?

Avatar użytkownika
przez Michellea 30 sty 2016, 20:08
refren napisał(a):Powinni się zacząć zastanawiać pisząc takie rzeczy, bo zbyt wiele osób ma potem jazdy.

Powinni. Zajęło mi dużo czasu, żeby o tym zapomnieć. Oczywiście przeczytałam dziesiątki artykułów na katolickich stronach czym jest powołanie i jak je rozpoznać. Po tym wszystkim, jak tylko widzę artykuł o powołaniu, to omijam go szerokim łukiem. Raczej ze "zmęczenia materiałem" i złych wspomnień związanych z tym czytaniem, niż z obawy, że natręctwa wrócą. Choć ja bardziej miałam lęk dotyczący tego, że przyrzekam Bogu zostać zakonnicą i jak to pomyślę, to już koniec, będę musiała zostać.

refren napisał(a):Nie chodzi mi o jakieś niesamowite moce czy opętanie, jako osoba wierząca widzę rzeczywistość duchową tak, że człowiek każdego dnia spotyka się z pokusami, przez całe życie, a dążeniem złego ducha jest uczynić nas nieszczęśliwymi, przez to zawsze będzie nam podsuwał różne myśli destrukcyjne, namawiał do tego co złe, nieodpowiedzialne i szukał drogi, aby nas zniechęcić do wiary, stosując różne podstępy. Będzie tak dopóki żyjemy na tym świecie. Na jednego będzie działać namawianie do pobłażania sobie i lekceważenia grzechów, na innego wpędzanie w nadmierne poczucie winy i np. zamęt na tle rzekomego powołania. Co nie znaczy, że nie można tego zracjonalizować, bo posługując się rozumem też jesteśmy zwykle w stanie ocenić, co dla nas jest destrukcyjne, a jeśli nie (bo jesteśmy na przykład zaburzeni przez lęk), to może nam ktoś w tym pomóc.

No niby wiem, że są pokusy, ale z drugiej strony przeraża mnie perspektywa tego, że coś może mi wkładać myśli do głowy. Co do opętania itp., to również mam lęk z tym związany, kiedyś myślałam, że jestem opętana. A to wszystko zaczęło się od tego jak ksiądz na lekcji religii o tym opowiadał, np. jak to dziwne rzeczy mogą się dziać w domu. Do dziś czasem wraca mi lęk, że jakiś odgłos, który usłyszę w nocy to coś złego... No i parę razy przeczytałam, że nerwica może tak naprawdę być efektem działania diabła, co mnie strasznie wystraszyło. Jak mi się to przypomni od czasu do czasu, to zaczynam szukać na ten temat informacji, żeby się uspokoić. Efekt jest oczywiście odwrotny. Teraz też tak zrobiłam (czemu Bóg nie może jakoś uleczyć tej mojej głupoty? :roll: ). Za każdym razem kończy się to myślami, że wielbię szatana, chcę być satanistą itp. A jak się zatrzymam nad tą myślą, żeby sprawdzić czy to mi się podoba albo po prostu dam przejść tej myśli, to potem mam schizy, że tak naprawdę tego chciałam. Najgorsze jest to, że pomyślałam, że chciałabym spróbować, żeby się przekonać jak to jest, może by mi się spodobało (i znowu, jak mogłam tak pomyśleć?)

To ja już wolałabym być zakonnicą :D (A tak naprawdę, to wolałabym mieć męża, Boże :) )
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2178
Dołączył(a)
04 sty 2016, 14:11
Lokalizacja
Warszawa

Powołanie...?

przez akwen 30 sty 2016, 22:39
maniek102 napisał(a):Czy ktoś z was ma natrętne myśli dotyczące powołania do zakonu/kapłaństwa? Ja od kilku lat mam nerwicę natręctw i było tego trochę: że jestem psychopatą, gejem, mordercą... A teraz znowu to że jestem powołany najpierw do seminarium teraz że do zakonu. Myślę o tym całymi dniami i czasami doprowadza mnie to do szału albo do bluźnierstw skierowanych wobec Boga a po chwili go za to przepraszam i na spokojnie mówię: "Panie Jezu kocham Cię ale chcę powołanie do małżeństwa a nie zakonu"- tak w ogóle to chyba mam zbyt skrupulatne sumienie i poczucie winy nawet po najmniejszym grzeszku. Wierzę w Boga i dziękuję mu za pomoc w moim zmaganiu się z chorobą ale nie chcę być zakonnikiem ani księdzem! Ciągle o tym myślę, boję się, analizuję. Lękam się teraz modlić i chodzić do kościoła bo myślę że mimo mojego sprzeciwu Bóg i tak mnie omami i wybiorę tą drogę. Przeczytałem chyba wszystko na temat powołania i wiem że to nie moja droga że to mnie nie pociąga. Między innymi ludzie z nerwicą nie są brani do zakonu ale to nadal mnie dręczy i odbiera spokój. proszę o odpowiedź... :cry:


Zacytuję wybitnie niesmacznego, ale i czasem słusznie prawiącego klasyka:

Ktoś rodzi się podfruwajką, ktoś księdzem, a ktoś inny - złodziejem. Jeśli nie będziemy policjantami, to będziemy nikim ...

- Jeśli czujesz takie powołanie nie musisz od razu zostawać księdzem, są różne drogi do kapłaństwa, w tym te umożliwiające założenie rodziny i doświadczanie przyjemności z posiadania żony. Możesz zostać kapłanem prawosławnym, pastorem albo mnichem buddyjskim (tu już zależy od obrządku, niektóre umożliwiają założenie rodziny i rozmaite stany pół-kapłaństwa, niektóre nie).
Offline
Posty
398
Dołączył(a)
27 sty 2016, 23:34

Powołanie...?

Avatar użytkownika
przez refren 31 sty 2016, 00:32
Michellea napisał(a):
refren napisał(a):Powinni się zacząć zastanawiać pisząc takie rzeczy, bo zbyt wiele osób ma potem jazdy.

Powinni. Zajęło mi dużo czasu, żeby o tym zapomnieć. Oczywiście przeczytałam dziesiątki artykułów na katolickich stronach czym jest powołanie i jak je rozpoznać. Raczej ze "zmęczenia materiałem" i złych wspomnień związanych z tym czytaniem, niż z obawy, że natręctwa wrócą. Choć ja bardziej miałam lęk dotyczący tego, że przyrzekam Bogu zostać zakonnicą i jak to pomyślę, to już koniec, będę musiała zostać.

refren napisał(a):Nie chodzi mi o jakieś niesamowite moce czy opętanie, jako osoba wierząca widzę rzeczywistość duchową tak, że człowiek każdego dnia spotyka się z pokusami, przez całe życie, a dążeniem złego ducha jest uczynić nas nieszczęśliwymi, przez to zawsze będzie nam podsuwał różne myśli destrukcyjne, namawiał do tego co złe, nieodpowiedzialne i szukał drogi, aby nas zniechęcić do wiary, stosując różne podstępy. Będzie tak dopóki żyjemy na tym świecie. Na jednego będzie działać namawianie do pobłażania sobie i lekceważenia grzechów, na innego wpędzanie w nadmierne poczucie winy i np. zamęt na tle rzekomego powołania. Co nie znaczy, że nie można tego zracjonalizować, bo posługując się rozumem też jesteśmy zwykle w stanie ocenić, co dla nas jest destrukcyjne, a jeśli nie (bo jesteśmy na przykład zaburzeni przez lęk), to może nam ktoś w tym pomóc.

No niby wiem, że są pokusy, ale z drugiej strony przeraża mnie perspektywa tego, że coś może mi wkładać myśli do głowy. Co do opętania itp., to również mam lęk z tym związany, kiedyś myślałam, że jestem opętana. A to wszystko zaczęło się od tego jak ksiądz na lekcji religii o tym opowiadał, np. jak to dziwne rzeczy mogą się dziać w domu. Do dziś czasem wraca mi lęk, że jakiś odgłos, który usłyszę w nocy to coś złego... No i parę razy przeczytałam, że nerwica może tak naprawdę być efektem działania diabła, co mnie strasznie wystraszyło. Jak mi się to przypomni od czasu do czasu, to zaczynam szukać na ten temat informacji, żeby się uspokoić. Efekt jest oczywiście odwrotny. Teraz też tak zrobiłam (czemu Bóg nie może jakoś uleczyć tej mojej głupoty? :roll: ). Za każdym razem kończy się to myślami, że wielbię szatana, chcę być satanistą itp. A jak się zatrzymam nad tą myślą, żeby sprawdzić czy to mi się podoba albo po prostu dam przejść tej myśli, to potem mam schizy, że tak naprawdę tego chciałam. Najgorsze jest to, że pomyślałam, że chciałabym spróbować, żeby się przekonać jak to jest, może by mi się spodobało (i znowu, jak mogłam tak pomyśleć?)

To ja już wolałabym być zakonnicą :D (A tak naprawdę, to wolałabym mieć męża, Boże :) )


Może w złym kierunku poszła ta rozmowa, bo nie ma co się koncentrować na myśleniu o diable i rzeczach budzących lęk, ale do Jezusa przyszedł szatan na pustyni i go kusił, choć z pewnością nie był On opętany ani nie był satanistą. Tak samo kiedy powiedział "Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił". Jak dla mnie destrukcyjne czy depresyjne myśli typu "nic mnie już dobrego nie czeka" czy "moje życie nie ma sensu, to jedynie pasmo cierpień" są albo mogą być pokusą, a to nie znaczy, że ktoś jest opętany czy że zaczną się dziać z nim dziwne rzeczy albo w jego mieszkaniu. Działanie diabła to często podtykanie takich myśli, i z tym styka się każdy i nie ma przy tym nadzwyczajnych zjawisk, to taki mały wewnętrzny jątrzyciel, któremu można powiedzieć "spieprzaj dziadu", ale czasem się za bardzo rozpanoszy. Tak samo jak mamy dobre natchnienia, mamy i złe. Nie wszystkie zresztą pokusy pochodzą według teologii od diabła, pochodzą także od nas samych (z naszej słabości, cielesności) i od świata (bo jest zmysłowy, a nie duchowy).
Ale jeśli czytanie o czymś budzi Twoje lęki, to lepiej unikaj takiej tematyki.

Po tym wszystkim, jak tylko widzę artykuł o powołaniu, to omijam go szerokim łukiem.

I słusznie.

Michellea napisał(a):Oczywiście przeczytałam dziesiątki artykułów na katolickich stronach czym jest powołanie i jak je rozpoznać.


Katolickie strony... Naprawdę wiele zadziwiających rzeczy można tam przeczytać... Trzeba mieć dystans, a jeśli się nie ma, to omijać, choć są też wartościowe strony i artykuły.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3255
Dołączył(a)
05 sty 2013, 20:12

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 15 gości

Przeskocz do