Czy wierzysz w wyleczenie?

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

Czy jest dla mnie ratunek?

przez BusterKeaton 04 sty 2007, 05:57
Witam Was.

Jestem tutaj pierwszy raz i nie bardzo wiem czego szukam, jak to powiedzieć, może poprostu opowiem bo to co się ze mną dzieje nie jest normalne i nie potrafię i nie mam siły już z tym walczyć.

Kurczę, naprawdę nie wiem od czego zacząć...

Może zacznę od tego, że mam na imię Grzegorz i mam 30 lat.
Od jakiś 10 lat moje życie jest wegetacją i to, że żyję wskazuje tylko oddychanie i puls na moim nadgarstku.

Byłem normalnie zapowiadającym się człowiekiem, podstawówka, ogólniak... (no może trochę bardziej odważnym niż inni, z racji tego, że późno dojrzewałem i pozycję wśród równieśników musiałem zapewniać sobie odwagą, popisami, przebojowością...) Zawsze byłem sprawny fizycznie, nawet bardziej niż inni, nie opuściełem żadnych zawódów sportowych. Zresztą nauczyciele W-F chętnie mnie widzieli w sporcie. Koszykówa, piłka nożna, pływanie - moje żywioły. Nigdy nie znałem uczucia, że coś mi dolega, coś mnie boli.

Przełomem stał się wyjazd na studia, zresztą nie wybrane przeze mnie tylko przez starego. Ja chciałem na AWF, a musiałem jeździć na studia zaoczne.(Geodezja). Od początku mi nie pasowało..., zamiast chodzić na zajęcia, włóczyłem się bez celu albo chodziłem z ledwie co poznanymi kumplami na piwo. Tak mijał czas...

To co stało się pewnego dnia, nigdy tego nie zapomnę!..., odmieniło moje życie, zamieniło je w koszmar. Koszmar, który trwa do dzisiaj.

Brat już był żonaty więc często do niego chodziłem, posiedzieć, pooglądać film, zwykłe sprawy. Kiedyś wracając do domu, poczułem się strasznie. Nie wiem co to było, nic mnie nie zabolało, ale serce zaczęło walić mi jak młotem, nogi zrobiły się jak z waty, odjęło mi oddech, chyba nie wiele widziałem wtedy. Nagle poprostu byłem przerażony, tak jakbym miał zaraz paść i umrzeć. Ze strachu zacząłęm biec jaknajszybciej do domu. Dobiegłem jakoś, wpadłem do pokoju powiedziałem matce, że czuję się strasznie i nie wiem co mi jest, że zrobiło mi się słabo. Kazała mi się położyć, nie wiem ile to trwało, trochę mi przeszło ale już nigdy potem całkowicie NIE DOSZEDŁEM DO SIEBIE. Od tamtej pory życie mi się zwaliło na łeb. Cały czas niepokój, że to mi się stanie jeszcze raz. Zacząłem się bać chodzić gdziekolwiek sam, nie mogłem zostawać w domu sam. Zazwyczaj wszędzie gdzie starzy się ruszyli ja ruszałem z nimi. Czasami budząc się sam w domu dostawałem ataków jakiejść trzęsawki, nogi z waty, okropne duszności, szybki oddech takie cuda się ze mną działy, że aż głupio mi o nich mówić. Najgorsze jest to, że sam nie umiałem sprecyzować co mi tak naprawdę jest. Na pytanie matki co mi jest, nie potrafiłem konkretnie odpowiedzieć. Nie wiedziałem co mówić matce, nie wiedziałem co mówić kumplom. Ale życie szło więc musiałem znaleźć sposób, sposób na w miarę jako taką normalą egzystencję. "Z pomocą" przyszedł alkohol. Zauważyłem, że po alkoholu wszystkie te niepokoje odchodzą. Więc zacząłem pić... Zazwyczaj parę piwek załatwiało sprawę. W domu jeszcze jako tako dawałem radę, w zasadzie w domu nawet nauczyłem się z tym żyć ale jeżeli tylko przyszło gdziekolwiek wyjść, coś załatwić, czy z kumplami na karty zawsze musiałem znieczulić się piwkiem. Otworzyli oddział studiów ekonomicznych w mojej mieścinie więc zapisałem się. I tutaj zaczął się problem... Aż głupio o tym mówić :( Szkoła była oddalona jakieś 1km od mojej chałupy więc musiała mnie odprowadzać staruszka..., w pale się nie mieści, staruszka odprowadzająca 22-latka na studia. Na początku było najgorzej, pierwsze miesiące studiów przebiegały tak, że po tym jak mnie matka odprowadziła, leciałem szybko do sklepu, żeby kupić sobie piwo. Po wypiciu piwa dało się jakoś wytrzymać. Po jakimś czasie zauważyłem poprawę, nie wiem czym to było spowodowane ale zacząłem sobie dawać jakoś radę. Mogłem już sam chodzić do szkoły a piwo zastąpiła butelka wody mineralnej. No i jakoś przeszły 3 lata do licencjatu. Wydaje mi się nawet, że w tym okresie nawet mogłem już zostawać sam w chałupie, ale głowy nie dam. Dawne dzieje. Zdałem ten licencjat i przymierzałem się do magisterki. Wtedy jeszcze nie było magisterki na miejscu, trzeba było jeździć do W-wy. Ale, jak mówiłem, było całkiem znośnie więc nie obawiałem się tym faktem. Miałem już 25 lat. Starszy nie wywalał mnie na siłę do roboty ponieważ ma Pracownie Projektową w której mu pomagałem, pisanie na kompie, wydruki, jeździliśmy na ekspertyzy. Myślałem, skończę magisterkę i sobie coś znajdę. Staruszkowi w tym czasie całkiem dobrze się powodziło, miał dużo zleceń więc i ja więcej do roboty. No i kiedy moje życie zaczęło nabierać sensu i koloru, zaczęło się jako tako układać, przyszło najgorsze!! Szedłem po samochód do garażu, kiedy znowu poczułem ten strach, to koszmarne uczucie, tylko z siłą o stokroć większą niż 1 razem.(przynajmniej taki mi się wydawało). Stanąłem na chwilę, chyba nawet uklęknąłem, jakiś robotnik gapił się na mnie. Wydaje mi się, że zauważył, że coś ze mną nie tak. Jednak ja nie potrzebowałem pomocy od niego, wstyd mi się zrobiło, że ktoś to widzi. Ruszyłem szybszym krokiem do garażu. Wsiadłem do samochodu i próbowałem się jakoś uspokoić. Tak jakby trochę minęło. Nie mogłem starszemu odmówić żeby jechać z nim bo to była jakaś ważna sprawa. Zresztą starałem się zawsze ukrywać z tą moją dolegliwością bo przecież już było całkiem dobrze przez te 2-3 lata. Pojechaliśmy, nawet było ok. Ale nie długo. Było ok ale dopóki ktoś nie wjechał na temat, że jakaś dziewczyna zginęła w wypadku samochodowym. Poczułem, że wraca duszność, wraca ten koszmar... Powiedziałem, że idę do samochodu. W połowie drogi to już nawet nic nie wiedziałem na oczy. Nie wiem jak się doczłapałem do samochodu, wsiadłem, napiłem się wody, resztę wylałem na głowę. To były najgorsze 2 godziny chyba w moim, życiu. 2 godziny czekania na starego, koszmarnego strachu o siebie i uważania, żeby nikt tego nie zobaczył. Duszność, walka o niestracenie przytomności, drżące ręce, gorąco i zarazem trzęsawka w środku. Wkońcu przyszedł, ulga... Ale cały czas się trząsłem jak galareta, coś we mnie, w środku drżało... No i tak prysnął czar na normalność. Oczywiście o magisterce mogłem zapomnieć..., powrócił alkohol, chociaż nigdy go specjalnie nie unikałem. Ale nie piłem po to, żeby było mi lepiej, tylko dla zabawy, w towarzystwie. Teraz zacząłem pić dla normalności, żeby nie bolało, żeby się znieczulić, żeby udawać, że jest ok. Kumpli połowę straciłem, zostali tylko Ci najwytrwalsi... Najgorsze jest to, że gdy alkohol przestawał działać bolało jeszcze bardziej. Podjąłem próbę dojścia co mi jest... Porobiłem sobie badania, EKG - wyszło ok, badanie krwi - wyszło ok, tylko ciut za dużo cholersterolu. USG - chyba ok, tylko wotróbka nieco powiększona. Ale mówili, że w normie. W każdym bądź razie gładka. Płuca ok. Tylko coś mówili o "żyle wrotnej", ale w sumie do teraz nie dowiedziałem się do końca o co chodziło. No i jeszcze coś, czarne plamy pod oczami, które zaczęły mi towarzyszyć i towarzyszą do tej pory też jakoś do tej pory nie wiem dlaczego tak mam. Staruszka uznała, że jestem zdrowy tylko mi się w głowie po przerwacało z lenistwa..., z resztą już od jakiegoś czasu zaczęli gadać, że to z lenistwa, że przez alkohol.
Poszedłem jeszcze do psychologa, tam po głupiej, z której nic nie wynikało, gadce, przepisała mi jakieś półróżowe tabletki ogłupiające i przeciwdepresyjne - Prozac. Przestałem pić, zacząłem brać te tabletki... Nic mi to nie pomagało, Prozac nic mi nie dawał a po tych różowych chodziłem jak półprzytomny. Przydawały się tylko gdy nie mogłem zasnąć i w sytuajach krytycznych. Więc piłem dalej, to było jedyne lekarstwo na wyjście z domu, na życie towarzyskie. Niestety wszystkie kobity dawały sobie spokój po góra paru miesiącach. I tak żyłem sobie przez jakiś czas aż znowu powiedziałem sobie dość!! Postanowiłem walnąć półróżowe tabletki w kąt i poprostu nie pić!. Żeby udowodnić starym, sobie, że to nie wina alkoholu. No i nie piłem..., pół roku. Tylko, że moje życie zamknęło się w 4 ścianach pokoju. Nigdzie nie wychodziłem, chyba, że ze staruszkami. Czasami wpadali kumple na karty, przy których, żeby nie zwariować parzyłem sobie jakieś ziółka uspokajające. Nie było lepiej!, było coraz gorzej. Wkońcu, czego się obawiałem najbardziej, koszmar zaatakował w domu. Atak był silny do tego stopnia, że staruszka wezwała pogotowie, bo aż sama się wystraszyła. Przyjechali, dali zastrzyk, niewiele pamiętam z tego, jedyne co pamiętam to to, że mówiłem lekarzowi, że nie piję kilka miesięcy, i chyba usłyszałem od niego, że mnie szkoda, czy coś w tym stylu. Walnął mi zastrzyk po którym zasnąłęm. Potem znowu wegetowałem bez wychodzenia z chałupy. Aż przyszedł sylwester, ja sam w domu ze starymi. No i tak po pół roku nie picia uwaliłem się szampanem i piwem. Nareszcie była ulga. No i żyję sobie tak do teraz, spędzając czas nad kompem, znosząc koszmar codziennej marnej egzystencji z przerwami raz na tydzień na zalanie robaka. Tylko ostatnio mi jeszcze kark dokucza, jakoś mi zesztywniał, czasami poczuję jak by mi ktoś szpile od tyłu w głowę wbijał i w uszach słyszę bombowce.

Sporo rzeczy ominąłem pewnie, ale mniej więcej tak wyglądało ostatnie 10 lat mojego życia i raczej się nie zanosi na zmianę. Najwyżej na gorsze pewnie bo lata mijają. Nie wiem co mi jest i nie chcę się użalać nad sobą, naprawdę wiele mnie to kosztuje pisać tak o wszystkim. Nawet rodzinie tak wiele nie powiedziałem..., ale jak to mówią tonący brzytwy się chwyta, więc jeżeli znajdzie się ktoś z podobnym problemem lub ktoś kto potrafi mi powiedzieć co to się ze mną porobiło i czy jest jakaś nadzieja to bardzo proszę..., POMÓŻCIE!
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
04 sty 2007, 03:26

przez Dąbrówka 04 sty 2007, 09:45
Witaj BusterKeaton. Człowieku drogi, cierpisz na to samo co my tu wszyscy i masz takie objawy jak większość z nas - może to cie trochę pocieszy i uspokoi, że żyć będziesz tylko czeka cię nieustanna walka z objawami, atakami a przede wszystkim ze swoją psychiką. Niestety nerwica ma to do siebie, że atakuje kiedy się tego nie spodziewamy a jak się już zadomowi w nas to trudno się z nia pożegnać - to taki gość intruz, ale alkohol nie jest dobrym wyjściem z tej sytuacji. Proponuję abyś uważnie poczytał sobie tematy zawarte na forum, bo to cenne źródło wiedzy i pomocy i pisz kiedy tylko potczujesz potrzebę, pytaj i staraj się walczyć ale proszę nie alkoholem (z bagna wpadniesz w inne bagno).
Offline
Posty
142
Dołączył(a)
19 sie 2006, 12:24

Avatar użytkownika
przez gusia 04 sty 2007, 10:21
Muszę zgodzic się z Dabrówką.BusterKeaton,powiem tak,czytając co napisałes,w niektórych momentach miałam wrażenie jakbym czytała o sobie.Chodzi generalnie o to że:zaczęło sie identycznie,nagle,z niczego,i juz nigdy nie było"normalnie".rok czasu zwlekałam z podjeciem leczenia,własciwie sama nie wiedziałam co mi jest i tez przez ten rok piwko pomagało mi normalnie egzystowac(w miarę normalnie),bo przynajmniej potrafiłam gdziekolwiek wyjsc.Nie upijałam się,były to dwa,trzy piwa wypijane wieczorkiem,ale rano zamiast złego samopoczucia czułam jeszcze lekkie rozluźnienie i potrafiłam chocby zaprowadzic dziecko do szkoły.Niestety(a raczej stety),zauwazyłam że dzieje sie ze mna coś niedobrego(Ty tez to zauwazyłeś u siebie),alkohol to bagno,bałam sie leków,a o tym że popijam nie myslałam...szok!!!Zaczęłam leczenie,zdiagnozowano nerwice lękową,uwierz,to wcale nie głupie że matka odprowadzała Cie na uczelnię,tu na forum kazdy kto na to "gówno" cierpi rozumie doskonale co czułeś.Zobacz,ja leczę sie już ponad dwa lata,poprawa jest ogromna ,w sensie takim że zostaję sama w domu,nie mam głupich mysli,wyciszyłam się,fakt--nadal jeszcze nie wychodzę sama z domu,z kims owszem,choc tez niedaleko,ale wierzę w to że bedzie coraz lepiej.Zobacz,bo o tym chcę napisac przede wszystkim,nie mówie wcale ze dzis nie zdaża mi sie wypic piwa...tak zdaz mi sie bo jestem słaba,czasem mam wszystkiego dosc,i siegam....ale widzę że to tylko nasila objawy.Ja na poczatku pomagało ,tak teraz wręcz odwrotnie.Przyjełam więc zasadę ,albo się leczę,albo piję piwko......posłuchaj ,z tego da sie wyjśc,ludzie wychodzą,ale myslę że nie tędy droga.Tak sie nieuda.Wiec???
Nie napisałam tego tak jakbym chciała ,nawet nie bede czytac(nigdy nie czytam tego co piszę),ale mam nadzieje że zrozumiesz o co mi chodzi.
Pozdrawiam cieplo.
Płyń mój bluesie,płyń...
Avatar użytkownika
Offline
niebieski kwiat i kolce
Posty
2236
Dołączył(a)
23 cze 2006, 18:41
Lokalizacja
Sosnowiec

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

przez BusterKeaton 04 sty 2007, 14:43
...więc gusiu?, co mam robić, od czego zacząć, w jaki sposób, czy są na to jakieś leki, które naprawdę zadziałają?. Nie wiem czy potrafię jeszcze coś ze sobą zrobić, samo wstanie z wyra to dla mnie wielki wysiłek a co dopiero dać sobie nadzieję. Jak do tej pory wszystkie nadzieje na lepsze jutro, na poprawę, pryskały jak bańka mydlana pogłębiając tylko bagno w którym i tak siedzę po uszy. Z drugiej strony tak jak jest teraz być nie może bo kiedyś poprostu zwariuję. Jestem jak zawieszony w próżni...

Dzięki wielkie, że odpisaliście...
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
04 sty 2007, 03:26

Avatar użytkownika
przez gusia 04 sty 2007, 15:46
Buston..,naprawdę nie wiem co Ci doradzic.Myslę że przede wszystkim sam musisz bardzo chciec.Pytasz o leki,sadzę że chodzi Ci o leki które pozwolą Ci zacząc myslec troszkę inaczej,pozwolą sie wyciszyc.Wiesz?Uważam że powinienes udac sie do specjalisty(mowie o psychiatrze).Piszesz ze brałes Prozac..nie czułes sie najlepiej,wiesz,dobranie leków tez jest bardzo wazne,ja przez rok czasu brałam Leksapro (za które w dodatku slono płaciłam),i powiem Ci że nie dalo wielkiego efektu.Dopiero kiedy zmieniłam lekarza i leki(akurat na Stimuloton),zaczelam inaczej myslec.wiadomo nie jest to zadna rewelacja,nadal miewam dolki itp,ale juz po miesiacu(a nawet niecalym)moj nastroj wyraźnie sie poprawil.Przy tym nie odczówam zadnych skutków ubocznych,a jako ciekawostke powiem Ci że sama poprosiłam o ten a nie inny lek,poniewaz dzieki temu własnie forum,"poznałam" trzy osoby(wiem ,to nieduzo)ktore dzieki temu zaczely funkcjonowac.Mysle jednak,że same leki tylko "postawią" na nogi,a poxniej może psychoterapia...
Ja sama jak zauwazyłes jeszcze nie jestem "calkiem w porzadku" ;) ,ale "dojrzewam"myslę powoli(lepiej późno niz wcale) do psychoterapii,oczywiscie jesli wczesniej nie uda mi sie samej.
No i ten alkohol...czy naprawde jest Ci niezbedny???
Uwierz mi,pijac nadal tylko pogłebisz swój stan,a naprawde wiem o czym mówię ,inaczej nie pisałabym tego.
Tak więc,choc naprawde niewiele tu moge goraco namawiam na wizyte u lekarza,szczera rozmowe,i podjecie leczenia,naprawde da się,nie mysl że mi bylo łatwo,WCALE NIE BYLO,i nawet nie jest do tej pory ale tak jak powiedziales sam....czas ucieka,a przeciez jestesmy mlodzi i wiele jeszcze przed Nami,czy naprawde chcesz tak wegetowac???Ja juz nie!!!
(kurcze pisze chwilami jak ksiądz)
;)
Pewnie niewiele pomogłam ,ale naprawde przemyśl to.
Pozdrawiam,trzymaj sie i glowa do góry.
Jak tylko sie chce---da sie wszystko...ja wierze.
Płyń mój bluesie,płyń...
Avatar użytkownika
Offline
niebieski kwiat i kolce
Posty
2236
Dołączył(a)
23 cze 2006, 18:41
Lokalizacja
Sosnowiec

przez BusterKeaton 04 sty 2007, 16:38
Dziękuję za wsparcie gusiu, postaram się coś zrobić ze swoim życiem. Jeżeli tylko wystarczy sił to postaram się powalczyć, wiele sobie nie obiecuję ale może znajdę siłę i pójdę do lekarza, zapamiętałem nazwę tego leku, który Ci pomógł. Może i mi pomoże..., oby...

Ps. Te uczucie zesztywniałego karku i kłucie na obu końcach kręgosłupa jest wkurzające :(..., czy to może mieć jakiś związek z moim stanem psychicznym, czy zaczynam sie sypać fizycznie?
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
04 sty 2007, 03:26

Avatar użytkownika
przez gusia 04 sty 2007, 16:50
może,może ,może.....znajdziesz siłę,bo nie chcesz tak zyc!!!!Chcesz coś z tym zrobic.Lek niekoniecznie musi okazac sie rownie dobry dla Ciebie jak dla mnie,ale moze akurat.Przede wszystkim pomysl o sobie,bedzie dobrze,zobaczysz..,zobaczysz ze mozna zyc inaczej.Powiem Ci tak pocichutku,że ja zaczełam inaczej myslec odkąd znalazłam to forum,naprawde,czytając ilu ludzi z tego wyszlo,czasami takich ,którzy maja jeszcze wieksze problemy.Tak i chwilami zastanawiałam sie :co ja tutaj robie...?

Jesli chodzi o uczucie zesztywniałego karku.....owszem miewałam ,mysle że byłam okropnie spieta,teraz tylko czasami.
duzo ,duzo pracy jeszcze przede mną ale jestem pewna że dam rade ,choc chwile zwatpienia sie zdazają.
Ty również z tego wyjdziesz!!!!
Życzę ci duzo ,duzo sily w tej nierównej walce..Dasz rade

Wpadaj na forum i pisz,pisz,pisz w chwilach zwatpienia i nie tylko.
Pozdrawiam :P

Wow żadko kiedy az tak sie "angazuje" w temat :roll: ;) :roll:
Płyń mój bluesie,płyń...
Avatar użytkownika
Offline
niebieski kwiat i kolce
Posty
2236
Dołączył(a)
23 cze 2006, 18:41
Lokalizacja
Sosnowiec

przez BusterKeaton 05 sty 2007, 02:49
Dzięki wielkie gusiu! :P Pocieszyłaś mnie trochę, dziękuję Ci. Będę walczyć, bo najgorzej chyba siąść i rozłożyć ręce. Postaram się pisać od czasu do czasu jak mi się to udaje. Będę poprostu odwiedzał często to forum. Cieszy mnie, że nie jestem sam, że są ludzie z podobnymi problemami, którzy walczą i zrywają te cholerne kajdany w które los ich zakuł. Cały czas wierzę, że coś mnie jeszcze dobrego spotka... Całusy..., pozdrawiam :D

[ Dodano: Pią Sty 05, 2007 1:37 am ]
Dobra z Ciebie kobieta gusiu, naprawdę dobra i wrażliwa..., doceniam to, naprawdę, dziękuję..., szkoda, że albo może nie szkoda?, że nie jesteśmy hipopotamami, że zbyt mocno czujemy, zbyt mocno jesteśmy? Pozdrawiam Cię gorąco, buziaki...

[ Dodano: Pią Sty 05, 2007 1:47 am ]
Nie wiem jak odpowiedzieć na prywatną wiadomość..., pozdrawiam. W razie czego to moje GG to...., tu skasowałem ... Ale jak byś chciała pogadać to Ci podam GG..., dyskretniej. Pozdrawiam Gusiu <<>> :P

[ Dodano: Pią Sty 05, 2007 1:49 am ]
...
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
04 sty 2007, 03:26

przez toya75 05 sty 2007, 09:29
Pierwszą radę jaką mogę Ci dać to zaglądaj na forum jak najczęściej i pisz.To bardzo pomaga i jest swoistą psychoterapią.Ja na forum trafiłam przypadkowo szukając odpowiedzi na pytanie co się ze mną dzieję, ponieważ byłam w identycznej sytuacji co Ty.Druga rada to wizyta u psychiatry(lecz najlepiej żeby to był ktoś sprawdzony,polecony,z wieloletnim doświadczeniem )Lekarz przepisze Ci leki które Cię wyciszą i nabierzesz do wszystkiego dystansu.To bardzo ważne ponieważ jesteś raczej w stanie zbyt zaawansowanej nerwicy lękowej aby pomóc sobie sam.Po trzecie to psychoterapia która niestety ciągnie sie długo, ale masz gwarancję całkowitego wyleczenia.Ja właściwie jestem jeszcze na etapie psychiatry(będzie już dwa lata),czeka mnie psychoterapia(nie ukrywam że poprostu szukam kompetentnej osoby).Ludzka psychika to bardzo delikatna sfera i do tego potrzebni są naprawdę fachowcy.Nie oczekuj, że wyjdziesz z nerwicy w kilka miesięcy , to zbyt skomplikowany proces,choć po lekach zaczniesz naprawde lepiej się czuć.Myślę że na forum otrzymasz duże wsparcie,gdyz my Ciebie rozumiemy, a przecież zrozumienie to najważniejsza rzecz na jaką liczymy.
Pozdrawiam Monika
toya75
Offline

przez Katrin 05 sty 2007, 13:02
Cześć BusterKeaton, przeczytałam Twoją historię i postanowiłam dołączyć do grona. Aby Cię trochę uspokoić napiszę Ci o Sobie ja również choruję na nerwicę, moje objawy są podobne za każdym razem wydaje mi się że za chwilę dostanę wylewu albo zawału, ogarnia mnie paniczny lęk, drżenie całego ciała i na przemian uczucie zimna i gorąca, jaczęściej ataki mam w nocy - już kilka razy podróżowałam karetką na sygnale do szpitala - tak jednak po EKG okazywało się że wszystko jest ok. Nie wiem czy dla Ciebie równeiż ale dla mnie najgorszym w tej chorobie jest to że ataki następują nagle - nie wtedy kiedy się powaznie zdenerwuję tylko po jakimś czasie.... tygodniu czasami więcej .Przerażać mnie zaczyna również to że zaczynam popadać również w hipohondrię - ten stan jest jeszcze gorszy od ataków - otóż żyję w ciągłym przeświadczeniu że jestem chora - śmiertelnie, na różne choroby, najbardziej przerażające jest to że ta samonapędzająca się histeria powoduje że zaczynam odczuwać bóle i wydaje mi się że mam guzy itd. Mój Mąż ( cierpliwy człowiek niesamowicie) moje lęki odbiera oczywiście z powątpiewaniem i zaczynam rozumieć jego flustrację w tym temacie - no bo Kto by się nie wkurzał - jeżeli jego kochana Osoba co chwilę powtarza że umrze - albo że już długo nie pociągnie... a tak mam. Nie potrafię i nie mogę tego kontrolować. Staram się brać żadnych lekarstw oczywiście doraźnie Persen i takie jak Cardiol - noszę cały czas w torebce ( jak stara Babcia), bo nigdy nie wiadomo kiedy człowieka złapie.
Czytając to co napisałeś myślę iż powinieneś skorzystać z rad innych i skorzystać z usług specjalistów - mnie się wydaje że Ty możesz mieć nie tylko nerwicę ( to są te ataki) ale również depresję wynikacjącą z braku kontroli nad swoim organizmem i jego reakcjami.
Co do alkoholu - powiem to co inni - to nie jest rozwiązanie, ja praktycznie wogóle nie pijam żadnego alkoholu, czasami od wielkiego święta kieliszek wina... ale wiem że to nie jest rozwiązanie - mój Ojciec jest alkoholikiem - i nie moge patrzeć jak sobie niszczy życie - a przy okazji i najbliższym osobom w jego otoczeniu.
Życzę więc Tobie żebyś potrafił stawić czoła temu co Cię spotkało i uwierz w to że są naprawdę ludzie którzy Ci mogą pomóc !
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
05 sty 2007, 12:14
Lokalizacja
Stolica

przez BusterKeaton 05 sty 2007, 14:59
Bardzo dziękuję Wam za wsparcie, jesteście wspaniali , buziaki <<>> :P :P
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
04 sty 2007, 03:26

przez ninja71 06 sty 2007, 14:03
Dasz radę - tylko chciej! Nie pozwól by nerwica karmiła się Twoimi lękami - a Ty nie zagłebiaj się w nerwicy - to co Cię spotkało to lęk napadowy, blisko nerwicy a jednak to nie ona!!! To nie choroba psychiczna - w medycynie nazywa się nerwicą wegetatywną (dystonia wegetativa). Poczytaj moje posty (mam 36lat, zonę i wspaniałe dziecko, nerwicę zabijam 20 latami zawodniczego boksu). Chcieć to móc - i zaufaj mi to prawda!!!!

Mam tę myśl. Uczepiłem się jej z całych sił. Podążam za nią nieprzerwanie. Jest jak szklana kulka na szczycie wieży, staczając się na dół po spiralnych schodach - nie pęka lecz nabiera rozpędu. Na górze krucha, mała i niepozorna tak. Na dole potężna, nieubłagana i taka natrętna. Lęk niczym kulka – kulka niczym lęk. Myśl ta zawsze we mnie tkwiła tylko skutecznie potrafiłem ją na boczny tor skierować. Od zawsze się boję czegoś nierealnego. Czegoś nienazwanego. Nawet nie wiem czy to coś w ogóle istnieje. W podświadomości stworzonego strachu nie można okiełznać. A jednak sam strach jest taki realny. Bardzo prawdziwy!
NIGDY NIE MIAŁEM POCZUCIA BEZPIECZEŃSTWA
To wszystko tłumaczy i nic nie wyjaśnia.
Pierwotne zagrożenie.

Dom rodzinny nie jest bezpieczny! Nigdy nie potrafiłem w nim sam pozostać. Spać. Być. A gdy zostawałem – ów pobyt był jak szkoła przetrwania. Walczyłem z armią demonów. Każdy pokonany potwór odradzał się jeszcze większy, silniejszy, straszniejszy. Tykający zegar – skradał się cicho. Falujące firany – próbowały mnie złapać. Licznik gazu stukając cyklicznie – był jak wartownik nieubłagany, sen skutecznie z powiek spędzając. Wszystkie drzwi musiały być pozamykane. Im mniejsza przestrzeń wokół mnie, tym większa oaza spokoju. Okno musiało być zawsze uchylone – a gdybym potrzebował ratunku czy ktoś mnie usłyszy? Dobrze jest mieszkać na parterze, do ziemi taka krótka droga! Samotność i samodzielność a ja pragnąłem by ktoś mnie przytulił. Długo z matką spałem. Długo z domu nocami wychodziłem by się nie bać. Zła dzielnica. Ulice pełne zbirów. Ławki mętami wypełnione były niczym anielskie niebo w porównaniu z domem rodzinnym. Jak ja go teraz nienawidzę. Jak wielką ulgę przynoszą mi te słowa. Olać mój dom rodzinny!!!!!

Ulice nie są bezpieczne! Każdy stanowi potencjalne zagrożenie. Tu gdzie się wychowałem sami alkoholicy. Ich dzieci – to dzieci ulicy. Wtedy po raz pierwszy zapragnąłem uszyć sobie z mięśni garnitur na miarę. Praca ta tym trudniejsza im garnitur bardziej dopasowany. Patrząc w lustro w oczach widzę obłęd latami trenowany. To spojrzenie przerażało prawdziwych morderców. Ta mina i ostro zarysowana szczęka mówiły TO JA JESTEM NIEBEZPIECZNY. Byłem wtedy naprawdę nieobliczalny. Sztuki walki i morderczy trening stawały się jedynymi chwilami wytchnienia. Trening raz w tygodniu. Dwa. Trzy. Codziennie – a strach nie przemija. Postępy coraz większe. Sprawność lepsza, wytrzymałość doskonała, siła olbrzymia we mnie – a on zawsze znajdował słaby punkt, w który uderzał z impetem niszcząc to wszystko, co osiągnąłem. Mimo wielu wyrzeczeń zdaje się że jako wojownik słabo się sprawdzałem w towarzystwie, rozprawiając o wzruszeniach po przeczytaniu poezji MPJ. Samotność dębu – moje motto wtedy, dziś widzę jak do tego dębu starałem się upodobnić . Teraz ciągle jestem gotowy, stale napięty, czujny i uważny. Ty też możesz stanowić zagrożenie. Bój się!!!!!!!!!

Choroby nie są bezpieczne! Podobno chorowitym dzieckiem byłem. Zaczynam to czuć dopiero teraz. To w chorobach lęk jest ukryty. Hipochondria była moją nadzieją na normalność. Zawsze gdy chorowałem ojciec przestawał pić. Matka zaczynała dostrzegać moje potrzeby. Mnie. POJAWIAŁO się poczucie bezpieczeństwa. Wpadało na chwilę jak strudzony gość. By wraz z ozdrowieniem odejść – bo kogo zdrowy obchodziłem? Doskonale pamiętam gdy ospa mnie dopadła – ojciec pozwolił mi telewizor do późna oglądać. Wracał po pracy prosto do domu. Matka nie wy chodziła na ploty. Nagle wszyscy spełniali moje zachcianki, zaspokajali potrzebę miłości. RAJ. Teraz nerwica atakuje w przebraniu wielu chorób i za każdym razem daje jej się nabrać. Ciężko mi tak żyć. Czy strach będzie już zawsze moim gościem? Dziś to ja mam dawać poczucie bezpieczeństwa – a stale okazuję słabość. Obym miał siłę i chęć by pokonać ból i strach, bo teraz już wiem, że ZDROWY JESTEM.
Offline
Posty
13
Dołączył(a)
06 sty 2007, 01:48

przez BusterKeaton 07 sty 2007, 14:48
Dzięki ninja71, widzę, że tak jak dużo jest przyczyn tej wrednej dolegliwości tak też wiele jest metod radzenia sobie z nią. I to jest pocieszające, robić coś co nie pozwala nam zwariować, zabić złe myśli, walczyć! Wypowiedzieć wojnę swoim strzygom!!!!

Pozdrawiam.

[ Dodano: Nie Sty 07, 2007 1:44 pm ]
Moje życie jest do dupy...

[ Dodano: Nie Sty 07, 2007 1:48 pm ]
Jestem w kiepskiej formie dzisiaj...., kur...., strzyga męczy, siada na łeb i karmi się moim mózgiem.
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
04 sty 2007, 03:26

przez electroon 08 sty 2007, 02:54
Hmm.WItajcie!Przez przypadek znalazlem to forum ale bardzo sie ciesze ze tak sie stało.Teraz wiem ze nie jestem jedyny.Myślałem ze tylko ja mam tak narąbane w głowie.Mam takie same problmy jak Wy.Dziki lęk.Nie pomogło "pakowanie" nie pomogły sterydy siła mieśni.. To siedzi w głowie.W sumie sam jestem sobie winien.Lubie ostro zyc.Mam wysokie stanowisko w firmie,prowadze tez wlasna dziłalność.Ponadto uwielbiam kobiety.Nie potrafie bez nich życ.Czesto zdradzam przez to żonę.Tak wiec moje zycie to jeden wielki stres...po cześci na moja wlasna prośbe :-(.Nie umiem zyc z nerwica ale nie potrafie zyc bez tego stresu .Nie umiem wybrac :-(.i jedno i drugie mnie powoli zabija.Czytajac wasze wypowiedzi dochodzo do jednego wniosku.Ludzie z nerwica to ludzie bardzo inteligentni wrażliwi.Zbyt wrażliwi...Może my poprostu za duzo myślimy?Może przez życie trzeba iść inaczej?Bez zbednych przemyśleń?Ot jak gąska.Zjeść napić sie zrobic kupke i spać.:-)
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
08 sty 2007, 00:35

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 36 gości

Przeskocz do