Hipochondria - jakie choroby sobie przypisywaliście..?

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

Re: Hipochondria - jakie choroby sobie przypisywaliście..?

Avatar użytkownika
przez bliksa 04 paź 2009, 15:18
też mam taką nadzieję, to pewnie zwykły wkręt ;)
Są takie chwile, w których człowiek przytuliłby się nawet do jeża.
Avatar użytkownika
Offline
Przyjaciel forum
Posty
1827
Dołączył(a)
26 kwi 2009, 16:19
Lokalizacja
F 41.2

Re: Hipochondria - jakie choroby sobie przypisywaliście..?

przez ruski 18 paź 2009, 22:04
Ja oczywiście "miałem" już raka kręgosłupa, szpiczaka mnogiego oraz obecnie zauważam u siebie objawy stwardnienia rozsianego, ponieważ w nocy mam odrętwiałe nogi i w ciągu dnia czuje drgania mięsni na prawie całym ciele, ale głównie ręce, nogi, twarz, głowa, a do tego mam szum w uszach, a szczególnie w lewym. Do tego zmęczenie w ciągu dnia. Byłem u neurologa, opukał mnie, sprawdził wszystkie odruchy i nie skierował mnie na żadne badnia, ale i tak oczywiście uważam co innego. To masakra jakaś.
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
17 paź 2009, 22:53

Re: Hipochondria - jakie choroby sobie przypisywaliście..?

przez marcjanna 19 paź 2009, 09:07
bliksa - to chyba jednak nie wkręt, bo drugi test wyszedł niepewny, teraz czekam na wyniki badań ze szpitala w kierunku właśnie boreliozy i sm i pewnie zacznę leczenie... pal licho już czego. mam doła, cholernego doła, ale wiem, że tylko ode mnie zależy moje własne samopoczucie. mimo to nie potrafię go polepszyć. najgorsze jest czekanie, trochę jak na wyrok. latam do ubikacji co 5 minut. :lol: jeden plus tego wszystkiego, że schudłam. :smile:

ruski - mnie za pierwszym razem też wysłał do domu, a za drugim dał skierowanie do szpitala na tydzień i diagnostykę (wyszłam już tydzień temu i nadal nie wiem co mi jest), haha, i weź tu zrozum świat
Offline
Posty
109
Dołączył(a)
15 wrz 2009, 01:14

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Hipochondria - jakie choroby sobie przypisywaliście..?

przez 1507 19 paź 2009, 22:10
schiza, psychoza, depresja i inne z zakresu...
1507
Offline

Re: Hipochondria - jakie choroby sobie przypisywaliście..?

przez Rusek 21 paź 2009, 13:39
Witam. U mnie zaczęło się prawi 5 lat temu niedługo po tym jak urodziła mi sie córeczka.
Powiększony węzeł chłonny - w gazetce przecztałem że może to być chłoniak i od tego momentu najgorsze 2 miechy życia... Okazało się że to nic takiego - przerost i stan zapalny migdałów.
Myślałem że t okoniec, a jeadnak rok temu w związku z uporczywym kaszlem - fobia rak płuc. RTG bez zmian.
Niestety ten kaszel się utrzyzmuje i powracają zapalenia oskrzeli (dziś kończe antybiotyk). Od dziecka mam zreszta tendencje. Lekarz mówi bronchit czyli przewlekły stan zapalny z nawracającymi ostrzejszymi zapaleniami (łapię ze 2 razy do roku) . Zawsze olewałem leczenie (kończyłem antybiotyki po paru tabletkach, piłem w czasie kuracji alkohol i doczekałem się) . Mama też ma kłopoty z oskrzelami ale ze 40 lat pali. Ja mam 31 lat i nigdy niepaliłem, jestem silnym, dużym facetem (kupa lat na siłowni, zdrowa dieta itp). W rodzinie brak nowotworów. A jednak siedzi ten rak w głowie i aktulnie od 10 dni ma znowu ten koszmar pomimo, że byłem już u lekarza swojego i w pracy i nic niepokojącego nieznaleźli oprócz nieżytu oskrzeli. I myśli - a moze się nie znają (choć to doświadczeni lekarze), ja wiem lepiej bo zaczytuję się o chorobach. NIe da się żyć po prostu! Jak patrzę na moją córeczkę to łzy w oczach, strach, panika że nie zobacze jak rośnie , ma swoje dzieci. DRAMAT!!! Jutro kontrola i chyba powiem lekarzowi o moich fobiach chorobowych. Mam nadzieję ze mnie uspokoji i zaczne normalnie żyć bo się rozlatuję....
Ale pomaga mi czytanie o Waszych przypadkach.
Ech - ide zaraz na siłownię - bo to jedyny ratunek na taki stan u mnie.
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
21 paź 2009, 08:57

Re: Hipochondria - jakie choroby sobie przypisywaliście..?

przez Koturre 21 paź 2009, 16:01
Witam wszystkich,
moja historia zaczęła się ok. pół roku temu. Od roku miałem nową pracę. Pracowałem przy programowaniu automatów przemysłowych w średniej firmie (ok.300 osób). Pewnego dnie zrobiło mi się słabo, miałem dość maszyn, smrodu chemikaliów, hałasu - zasłabłem. Zostawiłem rozgrzebaną maszynę i ruszyłem w kierunku pielęgniarki (opieka medyczna zakładu). Po drodze, zataczając się, wpadłem na pana prezesa, który zapytał co się stało.. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że źle się czuje i muszę natychmiast do lekarza. Odpowiedział - może poczeka pan chwilkę, mamy konkurs na pracownika miesiąca... Rzuciłem wiązką prosto w twarz panu prezesowi i nie patrząc na reakcję udałem się do pielęgniarki. Zaciągnął mnie tam kolega, bo sam nie byłem w stanie dojść. W gabinecie usiadłem, zmierzono mi ciśnienie, puls i cukier. Cukru we krwi było za sporo za mało. Pielęgniarka powiedziała, że będę musiał pójść do lekarza, najlepiej od razu. Miałem już mało siły, podobnie jak i cierpliwości. Znowu zacząłem przeklinać, zachowywać się agresywnie. Zrzuciłem z biurka ciśnieniomierz i inne rzeczy. Opuściłem firmę przeklinając głośno. W szpitalu na izbie przyjęć nie chcieli mnie przyjąć - bo śmierdziałem chemikaliami. Skierowano mnie od razu na ostry dyżur na toksykologię. Wsiadłem w taksówkę i pojechałem. I tu się zaczęło. Wiedziałem, że jak jest hipoglikemia (mało cukru we krwi) to należy coś słodkiego wypić, zjeść. Nie wiedziałem tylko ile.. Po drodze wypiłem 3 coca colę 1,5L i zjadłem z pól kilo czekolady. W szpitalu efekt - cukier ponad 180 :). Diagnoza - cukrzyca. Potem lekarz pierwszego kontaktu, badania negujące cukrzycę. Więc może to insulinoma myślała pani doktor? Pytam co to takiego? - A, taki guz na wątrobie.. Po dwóch tygodniach znów u lekarza, po skierowania. Więc skierowanie do endoktrynologa - wynik ok. TSH - ok. Prostata ok. To neurolog - oczekiwanie na wyniki tomografu (podejrzenie raka mózgu), pijany zdrowo przyszedłem po wyniki - tak się bałem że umrę na raka. Wyniki ok. Kardiolog pyta - miał pan problemy z sercem? - Biegałem maratony z czasami poniżej 3 godzin, więc mówię, że raczej nie. Badania. Wynik - Jest pan okazem zdrowia!.
Ogólnie wszystkie badania super - tylko że czułem się jakbym miał zaraz umrzeć. Serce mi waliło jak oszalałe, zawroty głowy, piszczenie w uszach - WSZYSTKO co tylko można sobie wyobrazić. Psychiatra - i leki:Lorafen, Tranxene..
Któregoś dnia, gdy serce znów dało o sobie znać łomocząc pomyślałem sobie - już ja ci k...a dam powód do bicia. Przebrałem się i poszedłem pobiegać. Przebiegłem z 30 km i NIC! Nic się nie stało. Odstawiłem benzodiapiny którymi się faszerowałem bez sensu. Dopiero wtedy poznałem co to jest lęk.. Tydzień siedziałem w domu, bo bałem się wyjść.. Szukałem wszędzie odpowiedzi co się ze mną stało?!? Znalazłem na tym forum - Dzięki Wam wszystkim - serio.
Odnośnie tematu postu to wmówiłem sobie: raka mózgu, HIV, raka prostaty, reumatoidalne zapalenie stawów, schizofrenię, insulinomę, że od zepsutego zęba siadło mi serce, setki innych chorób - z czego teraz mam niezły ubaw, ale wtedy było to straszne..
Walczę z nerwicą do dzisiaj i jest już dużo lepiej. Przynajmniej wiem co mi dolega. A tak przy okazji doszedłem do wniosku, że nie ma lepszego prezentu dla hipochondryka jak encyklopedia zdrowia:D

Pozdrawiam wszystkich.
Koturre
Offline

Re: Hipochondria - jakie choroby sobie przypisywaliście..?

przez normalny będe 21 paź 2009, 17:44
Nerwica natręctw i lękowa, fobia społeczna, perfekcjonizm, derealizacja i wiele więcej których nie zdiagnozowałem albo nie pamiętam :)
Odchodzę z forum jako zwycięzca. Bo tak naprawdę nic mi nie było. Ale wszystko temu potworowi co siedział mi w glowie i jest u każdego człowieka, zniszczyłem go jego własną bronią. Obojętnie co nie zrobię będe szczęśliwy, w granicach rozsądku, bo przecież nie zabiję człowieka. :) Pokój wam.
Offline
Posty
27
Dołączył(a)
05 paź 2009, 18:54

Re: Hipochondria - jakie choroby sobie przypisywaliście..?

przez rusek_pl 22 paź 2009, 18:47
Witam wszystkich znerwicowanych i tych zdrowych.
Mam 32 lata, mieszkam w średniej wielkości mieście, mam rodzinę, dom, niezłą pracę. Na pierwszy rzut oka jestem normalnym, zdrowym facetem, do którego życie się uśmiecha często. Od dziecka byłem lekko nadpobudliwy a przy tym wrażliwy. Intelektem wybiegałem nieco ponad przeciętność. W szkole się świetnie uczyłem, miałem sporo znajomych, byłem lubiany. Później studia z wyróżnieniem, mnóstwo pasji, zainteresowań, życie pełną gębą... Dostałem niezłą posadkę, może niezbyt dobrze płatną ale w moim zawodzie. Usamodzielniłem się, założyłem rodzinę i miałem wieść sielankowe życie... Tak w sumie było kilka lat.
Wszystko się zmieniło wraz ze zmianą pracy. Małe ruchy personalne w firmie i przeniesiono mnie na stanowisko, które średnio mi odpowiadało. Do tego moim przełożonym został człowiek, który wywoływał we mnie wyłącznie agresję, złość i bezsilność. Wytrzymałem z nim rok i odszedłem. Już wtedy pojawiły się pierwsze symptomy zaburzeń emocjonalnych. Spadła mi ogólna motywacja życiowa, zacząłem zamykać się powoli w sobie, przewartościowałem kilka spraw. Ideały podeptał surowy realizm. A że jestem wrażliwym neurotykiem to ruszało mnie to wszystko gdzieś w środku. Łapałem się niestety na tym, że coraz częściej popadam w jakąś zadumę, apatię, smutek... Życie mnie nie cieszyło, chociaż wokół mnie nie działo się nic złego. Najbliżsi nawet nie dostrzegali różnic w moim zachowaniu. Udawałem jak mogłem, robiłem zasłonę dymną wokół, nic nie mówiłem bliskim.
Niedługo potem przyszedł jednak większy kryzys i załamanie. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Serce mi zaczęło łomotać w klatce, ręce drżały, robiło się mi zimno... Zawsze byłem wrażliwy na punkcie zdrowia, więc bezzwłocznie udałem się z tymi objawami do lekarza. Miałem wtedy 26 lat. Internista przeprowadził wywiad, zbadał mnie, obejrzał i wydał diagnozę: depresja. Nie chciałem uwierzyć, chociaż zdawałem sobie sprawę, że jestem "nerwowy z natury". Lekarz zapisał propranolol w razie ataków, kazał się więcej ruszać na powietrzu, zalecił picie melisy i unikanie sytuacji stresujących. Nie brzmiało to źle więc nie dałem się losowi. Miewałem jeszcze ataki i napady duszności połączonych z kołataniem serca, ale lekceważyłem poniekąd te objawy. Jeszcze się nie bałem, że to jakaś poważniejsza choroba. Przez głowę przechodziły mi myśli, że to może serce szwankuje, że może mam stan przedzawałowy, albo coś innego... Zgłaszałem to później lekarzowi, który zlecił EKG, badania krwi i coś tam jeszcze. Nie wyniknęło z tego nic nadzwyczajnego. Miałem jedynie podwyższony cholesterol, ale z nadwagą to normalka. Moja psychika jakoś się uspokajała sama po wizytach w gabinetach. Rzuciłem nawet palenie w imię poprawy stanu zdrowia ogólnego.
Objawy się jednak zaczęły nasilać z czasem. Znowu wizyta u lekarza rodzinnego. Znowu podstawowe badania, wywiad, EKG. Jednak tym razem usłyszałem coś odmiennego od dotychczasowych diagnoz: NERWICA. Lekarz przeprowadził wywiad w kierunku tegoż zaburzenia i uznał, że niestety mogła mnie dopaść nerwica. Na pytanie, czy aby na pewno odparł: to panu powie moja koleżanka - psychiatra. Zaśmiałem się na głos! Ja i psychiatra!? Lekarz też się uśmiechnął i powiedział, że nie tacy jak ja chorują na nerwicę i nie takich jak ja położyła ona na łopatki bez pomocy specjalistów. NIe przekonał mnie nadal swoją argumentacją, lecz zaaplikowaną mi sertralinę zacząłem nieśmiało przyjmować. Na początku nie odczuwałem kompletnie nic, więc zrodził się we mnie niesmak i niechęć, a do tego zacząłem podważać diagnozę lekarza. Po 3 miesiącach brania leku samodzielnie postanowiłem odrzucić go uznając, że nic mi nie jest. Sam zrobiłem znowu serię podstawowych badań, które nic nie wykazały i nazwałem siebie zdrowym na ciele i umyśle. Miesiąc później wylądowałem u gastroenterologa z bólami brzucha, kłuciem żołądka, paleniem w gardle i skrętami jelit. Wykonano mi USG brzucha, które nic nie wykazało. Lekarz zaordynował tylko leki rozkurczowe: no-spa i duspastalin. Uznał jednocześnie, że podejrzewa przyczynę objawów w stanie emocjonalnym. Uznałem, że może trcohę za dużo się denerwuję różnymi sprawami i obiecałem poprawę. Brałem leki i nic poza tym dla ducha nie robiłem. Jelita się uspokoiły, ale nie całe wnętrze.
Szybko nadeszło rozczarowanie... Kolejna zmiana pracy. Tym razem nieco bardziej drastyczna, gdyż połączona ze zmianą stylu pracy, zmianą otoczenia i branży. Musiałem zacząć niemal wszystko od nowa. Duże ciśnienie, presja, czas, oczekiwania. To był etap przełomowy w moich zaburzeniach nerwicowych. Organizm niemal od razu zareagował negatywnie. Pierwszymi objawami był niespokojny sen, ataki duszności, uczucie zgniatania klatki piersiowej, kołatanie serca, duszności przemienne z zimnym potem. Do tego wróciły zaburzenia układu pokarmowego - skurcze jelit, pobolewanie żołądka, zaburzenia wydalania. Zacząłem przypominać sobie poprzednie dolegliwości oraz zaburzenia z ostatnich lat. Wtedy zrodziła się we mnie myśl, że może to być jednak jakaś choroba somatyczna, a nie dolegliwości ze strony psychiki. Pamiętam jak na samą myśl zrobiło mi się słabo i mdło. Zacząłem analizować po kolei objawy. Wszystkie wskazywały w pierwszej kolejności na chorobę żołądka lub jelit. Znowu poszedłem do lekarza internisty, który wysłuchawszy mnie uważnie skierował ponownie do psychiatry. Zlekceważyłem jego diagnozę i samodzielnie wykonałem badania krwi. Nie wykazały ponownie nic niepokojącego. W necie wyczytałem jednak, że nerwica mylona jest często z zaburzeniami tarczycy. Szybko pobiegłem do laboratorium zrobić badania w tym kierunku. Jakież było moje zdziwienie, gdy poziom hormonów okazał się jednak nieco zachwiany. TSH było podniesione, ft4 w normie a ft3 też podniesione. Myślałem, że znalazłem jednak przyczynę. Szybko się umówiłem na wizytę u endokrynologa, który przeanalizował wyniki i zlecił USG tarczycy. Badanie nic nie wykazało, tarczyca prawidłowa, bez zmian, echogenicznie w porządku. Endo nie była w 100% przkonana jednak do wyników, gdyż jednorazowy pomiar uznała za zbyt mało miarodajny. Zaaplikowała jednak maleńką dawkę hormonów i kazała wrócić z wynikami po 6 tygodniach. Tak zrobiłem. Okazało się, że wyniki były książkowe. Zaleciła mi dalsze branie leku i powrót do gabinetu za pół roku. Szczęśliwy, że odkryłem przyczynę swych dolegliwości nie spałem dobrze zbyt długo. Hormony przyjmowałem swoją drogą a objawy pojawiały się dalej. Wmawiałem sobie, że to musi tak wyglądać.
W pracy nadal było nerwowo, w domu też różnie bywało. Moje jelita nadal szwankowały, żołądek też czasem dawał się we znaki, do tego te zimne poty i uczucie spięcia całego ciała. Szczególnie na twarzy zacząłem odczuwać jakby wypieki czy mrowienia. Później miałem je na całym ciele. Mój głos zmienił jakby nieco barwę, zaczął chrypieć. Czułem się jakiś osłabiony, połamany. Myślałem, że to może od tych hormonów tak się czuję. Zgłosiłem się więc znowu do enokrynologa. Zlecono badanie - wszystko w normie. Moje objawy nie były więc wynikiem zaburzeń tarczycowych. Coś się jednak ze mną działo dalej złego. Zacząłem się niepokoić. Pomyślałem, że może mnie źle diagnozują. Może powinienem zrobić bardziej specjalistyczne badania czy testy. Dopadla mnie nawet myśl, że to może być jakiś nowotwór, który dopiero co zaczął dawać pierwsze objawy somatyczne. Cały czas miałem bowiem zakłóconą perystaltykę jelit, pobolewania jamy brzusznej w różnych miejscach, do tego osłabienie i ogólną niechęć do życia. Czułem się kompletnie wypompowany. Napadów lęku na szczęście nie miałem, ale energii zero. Kiedyś uprawiałem sporty, miałem mnóstwo pasji i zainteresowań. To wszystko zniknęło nie wiem kiedy. W domu zamknąłem się w sobie, odsuwałem się powoli od bliskich. Zacząłem żyć myślą, że coś mi dolega i muszę szybko dowiedzieć się co to jest, zanim będzie źle.
Kolejny raz wylądowałem u gastroenterologa. Lekarz popatrzył na mnie przed badaniem, zmarszczył brwi i spytał: dlaczego pan się denerwuje i spina, boi się pan badania? Nie wiedziałem co wtedy powiedzieć. Zrobił mi USG, osłuchał, obmacał podusił brzuch. Postawił diagnozę: IBS (zespół jelita drażliwego) na tle nerwicowym. Zalecił mi spokój, wizytę u psychiatry i dał leki rozkurczowe na jelita. Dalej mu nie wierzyłem w rozpoznanie. Wmawiałem sobie coraz częściej różne dolegliwości ze strony jelit, z nowotworem jelita grubego włącznie. Zrobiłem badania na krew utajoną uważając, że coś we mnie siedzi. Kolejna wizyty u pana doktora doprowadziła mnie do przekonania, że ci lekarze są do niczego. Poprosiłem o badanie endoskopowe jelita grubego. Lekarz kategorycznie odmówił twierdząc, że z medycznego punktu widzenia nie ma podstaw. Upierał się, że nic mi nie jest a zgłaszane objawy są typowe dla nerwicy. Mimo wszystko nalegałem aż usłyszałem zdanie, że nawet za kasę w tym kraju nikt nikomu serca nie przeszczepi ani nie narazi na niepotrzebne nieprzyjemności. A ja nadal nie wierzyłem i szukałem...
Mój brzuch, jelita i żołądek wariowały na zmianę. Znowu wylądowałem u lekarza z bólami w okolicach przełyku i dwunastnicy. Podejrzewałem wrzody lub guza. Skoro USG nie pokazało nic, to trzeba coś innego wymyśleć. Wykonano mi gastroskopię. Oprócz Helicobacter pylori oraz lekkiego zapalenia nic nie wykazała. Lekarz uznał, że żołądek od nerwów tak się objawia bólowo. Przeleczono mnie antybiotykiem i innymi lekami. Wkrótce przeszły dolegliwości żołądka, ale nadal dolegały jelita. Do tego zacząłem czuć kłucie pod żebrami. Najpierw z lewej strony, później z prawej. Zacząłem podejrzewać jakąś chorobę wątroby. Badania nic niestety nie wykazały kolejny raz...
W tym samym czasie endokrynolog widząc wyniki badań zalecił odstawienie hormonów. Kolejne pomiary stężenia TSH i frakcji nic nie wykazały. Pół roku obserwacji dowiodło, że wszystko z tarczycą ok. Chcąc wykluczyć zaburzenia przysadki lekarz zlecił jeszcze jakiś specjalistyczny test, który wyszedł ok. Tak więc od zaburzeń z tarczycą się uwolniłem. Zalecono tylko spożywanie więcej jodu w pokarmach. Ale to nie dało mi spokoju. Nadal miałem różnego rodzaju dolegliwości. Napadowo się pociłem, czułem spięcie twarzy, ramion, nadal odczuwałem osłabienie, zniechęcenie życiem, brak zainteresowań, jelita się nadal skręcały. Podejrzewałem jakąś poważną chorobę, która mnie powoli wykańcza chociaż jej nie widać. Do tego zacząłem mieć podejrzenia raka krtani, gdyż czułem jakąś przeszkodę w gardle. Zaliczyłem wizytę u otolaryngologa, który wykluczył moje podejrzenia a stwierdził chroniczne przesuszenie śluzówki. Zaaplikował jakieś leki i kazał uważać na klimatyzację w aucie i biurze, bo to od niej mogę mieć tę dolegliwość. Minęły problemy gardłowe i pojawiły się bóle w szyji. Miałem wrażenie, że coś siedzi mi w okolicach węzłów chłonych i uciska. Zacząłem panicznie obmacywać szyję, dusić ją, ugniatać. Ból nie znikał. Naczytałem się w necie róznych historii i uznałem, że objawy pasują do ziarnicy. Dopadł mnie momentalnie lęk o zdrowie, życie... Na samą myśl zbierało mi się na wymioty. Chodziłem do lekarza z wynikami badań krwi i nie mogłem się pogodzić z ich opinią, że nic mi nie dolega. Nie docierały do mnie argumenty medyczne. Zacząłem w końcu myśleć wyłącznie o chorobach. Budziłem się i pierwsze co, myślałem o objawach zgłaszanych przez moje ciało. Najmniejszy sygnał był pretekstem do doszukiwania się nowych schorzeń i chorób. To stało się obsesyjne. Nie umiałem normalnie żyć i myśleć. Skupiony byłem wyłącznie na moim lęku przed chorobą, szczególnie nowotworową. Nic się nie liczyło, tylko poszukiwania. Myślałem, że się wykończę... Ledwo funkcjonowałem.
W końcu postanowiłem posłuchać innych i za namową znajomej przełamałem się do wizyty u psychiatry. Nie było to łatwe, ale postanowiłem spróbować. Pierwsza wizyta niewiele wniosła prócz rozpoznania rzekomej nerwicy. Potwierdzono zatem podejrzenia innych lekarzy. Zaaplikowano mi paroksetynę. Po miesiącu brania poprawa była niewielka. Druga wizyta już była owocniejsza. Lekarz połączył paroksetynę z lekami rozkurczowymi, by odciążyć jelita. Po kolejnym miesiącu zaburzenia zniknęły niemal całkowicie. Brałem więc leki i wierzyłem w rozwiązanie problemu. Poszedłem też kilka razy do psychologa, którego polecił psychiatra. Jednak nie znalazłem w nim oparcia i szybko zaprzestałem wizyt. Z czasem postanowiłem, że skończę z lekami skoro czuję się dobrze. Zgodnie z zapisami na ulotce zmniejszałem dawki leku powoli aż odstawiłem go całkowicie. Przez prawie miesiąc miałem jakby zachwiania równowagi i uczucie splątania. Przetrwałem jednak i żyłem bez paroksetyny. Uwolniłem się od leków! Myślałem, że wygrałem! NIestety szybko się przekonałem, że od nerwciy nie łatwo się uwolnić :(
Objawy wrócily po pół roku. Chcąc nieco schudnąć zastosowałem sobie dietę. Wierzyłem, że pomoże mi poprawić kondycję i samopoczucie. Miałem świadomość, że ostatnio nieco się zaniedbałem: przytyłem sporo, miałem mało ruchu, popijałem częściej alkohol. Zmieniłem więc radyklanie sposób odżywiania, wyeliminowałem z diety prawie całkowicie mięso, tłuszcze, cukry. Jadłem małe porcje ale częściej. Więcej się ruszałem. Po miesiącu schudłem 7 kg. Po następnym kolejne 5. W sumie 12 kg. Efekt był miły dla oka. Jednak ciało zareagowało dwojako. Z jednej strony spadł mi poziom złego cholesterolu i obniżyły się ALATy ale z drugiej strony zaszwankowała psychika. Zacząłem sobie podświadomie wmawiać, że chudnięcie ma związek z jakimiś zaburzeniami. Znowu zaczęły mi dokuczać jelita, które się kurczyły jakby. Czułem się znowu osłabiony (zwalałem na dietę). Straciłem chęć do życia ponownie. Zacząłem napadowo odczuwać zimno, nogi mi się trzęsły pode mną, czułem wewnętrzne silne spięcie, szczękałem zębami. Do tego odczuwałem jakby dziwne ssanie w żołądku, chociaż jeść mi się nie chciało. Zaczęły mi jakby łzawić oczy gdy wychodziłem na zewnątrz. Dłonie mi drętwiały momentalnie i mrowienie na twrzy się pojawiało. Z czasem doszło kołatanie serca, uczucie ciężkości klatki piersiowej, pocenie się samoistne, bóle w okolicach krocza, zachwiania równowagi (ale takie dziwne). Znowu zacząłem biegać po lekarzach, robić badania. Nie chce mi się wymieniać ich wszystkich, ale nic niepokojącego nie wykryto i nie zdiagnozowano. Za to kolejny raz uslyszałem, że to nerwica lękowa z elementami hipochondrii. Codziennie wstaję i wsłuchuję się w ciało. Doszukuję się w najdrobniejszej reakcji organizmu świadectwa poważnej choroby, nie wykluczając nowotworów, guzów mózgu i innych poważnych dolegliwości. Te ataki są coraz silniejsze, paraliżują mnie całkowicie. Nie mogę normalnie żyć, działać, nic robić. Rozmawiałbym tylko o swoich dolegliwościach. Lekarze upierają się wciąż przy swoim a ja im nie wierzę. Byłem u psychologa na jednej wizycie, ale niewiele mi pomógł. Umówiłem się więc na wizytę u psychiatry. Już niedługo... Mam nadzieję, że dotrwam, bo jest ciężko. Staram się jednak wierzyć, że to tylko/aż nerwica.
Pozdrawiam wszystkich.
rusek_pl
Offline

Re: Hipochondria - jakie choroby sobie przypisywaliście..?

przez polakita 23 paź 2009, 10:43
Koturre napisał(a):Witam wszystkich,
Po drodze, zataczając się, wpadłem na pana prezesa, który zapytał co się stało.. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że źle się czuje i muszę natychmiast do lekarza. Odpowiedział - może poczeka pan chwilkę, mamy konkurs na pracownika miesiąca... Rzuciłem wiązką prosto w twarz panu prezesowi i nie patrząc na reakcję udałem się do pielęgniarki. .


Oj ale fajna historia, uśmiałam się :))

ale swoją drogą jeśli zasłabłeś (a nie wydawało ci się tylko że zemdlejesz) i jeśli cukru miałeś sporo za mało, to mogłeś zasłabnąć właśnie od hipoglikemii. w każdym razie ja w czasie ataków nerwowych cukier miałam idealny.

No coż pozostaje mi życzyć ci dużo zdrowia!
polakita
Offline

Re: Hipochondria - jakie choroby sobie przypisywaliście..?

przez ktokolwiek 31 paź 2009, 12:29
kurde jestem nowy choc na nerwice choruje od 7 miesiecy. chodze do psychologa na terapie i jest calkiem niezle...ale od 2 dni jest gorzej. 2 dni temu przeczytalem artykul na onet o kolesiu u ktorego wykryli schizofrenie i teraz ja sie boje ze ja mam albo ja dostane. tak jakby przeczytanie artykulu moglo mnie zarazic to choroba. od 2 dni chodze wkur... i ciagle o tym mysle zeby nie zachorowac, ze od tego myslenia moge na to zachorowac. czytalem juz na tym forum ze to raczej niemozliwe ale nie wiem czemu sie tego boje...
Offline
Posty
3
Dołączył(a)
31 paź 2009, 09:31

Re: Hipochondria - jakie choroby sobie przypisywaliście..?

przez 1507 31 paź 2009, 12:50
HIPOHONDRIA JEST jedną z najtrudniejszych nerwic w leczeniu, uważajcie by nie dac się zbytnio ponosić ;)
1507
Offline

Re: Hipochondria - jakie choroby sobie przypisywaliście..?

przez gabisia79 02 lis 2009, 22:56
czy wiecie może o jakichs spotkaniach hipochondryków w Wawie?

jak nie poznam kogos o podobnych lękach jak ja - to nie uwierzę ze to naprawdę nerwica.. wydaje mi się ze tylko ja jedyna na swiecie mam taki problem.. w zyciu nikogo takiego nie spotkalam...

chyba że jest tu jakaś 28-30 latka z Warszawy, która jest totalnie sama ze swoim problemem i nie ma z kim pogadac jak ja?
(jestem tegoroczną męzatką, bez dzieci, pracuję i męczę się z tą nerwicą)
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
02 lis 2009, 22:20

Re: Hipochondria - jakie choroby sobie przypisywaliście..?

przez 1507 06 lis 2009, 23:57
gabisia79 napisał(a):czy wiecie może o jakichs spotkaniach hipochondryków w Wawie?

jak nie poznam kogos o podobnych lękach jak ja - to nie uwierzę ze to naprawdę nerwica.. wydaje mi się ze tylko ja jedyna na swiecie mam taki problem.. w zyciu nikogo takiego nie spotkalam...

chyba że jest tu jakaś 28-30 latka z Warszawy, która jest totalnie sama ze swoim problemem i nie ma z kim pogadac jak ja?
(jestem tegoroczną męzatką, bez dzieci, pracuję i męczę się z tą nerwicą)


i co będziecie sobie nowe choroby wyszukiwać? Lepiej obracać się w "zdrowym" towarzystwie z godnie z powiedzeniem: z kim przystajesz takim się stajesz" :). A tak na serio to może terapia grupowa? Też mnie uspokaja że ktoś ma podobnie jak ja że nie jestem ewenementem pychiatrycznym.
1507
Offline

Re: Hipochondria - jakie choroby sobie przypisywaliście..?

Avatar użytkownika
przez kitty341 07 lis 2009, 09:44
aktualnie myślę, że mam raka płuc.. 3 dzień boli mnieza lewą łopatką.. Nie jest to ciągły ból, tylko tak kłuje co jakiś czas, np. jak przełykam jedzenie.. ;-(
"Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie".
Chcę czasem ulec niebu gwiaździstemu!
Avatar użytkownika
Offline
Posty
398
Dołączył(a)
04 paź 2007, 09:39
Lokalizacja
Warszawa

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google Ads [Bot] i 10 gości

Przeskocz do