Nienawidzę swojego miasta

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

Nienawidzę swojego miasta

przez Jonal 07 kwi 2016, 15:22
Miasto w którym przyszło mi się urodzić i mieszkać nie odpowiada mi.

Obecnie mam tylko jednego znajomego, z którym utrzymuję kontakt. Reszta? Ci z którymi się nie najgorzej dogadywałem rozjechali się po całym kraju.

Nigdy nie lubiłem szkoły. Nauczyciele byli stronniczy i preferowali uczniów podlizujących się. W szkole podstawowej, w mojej klasie wyrosło kilku liderów, których decyzja była uznawana przez całą grupę. Mimo że byłem lubiany, nikt nie traktował mnie do końca serio. Niekiedy członkowie "elity" mi dokuczali, a z pewnością nie uznawali mnie za autorytet.

Najgorzej było w gimnazjum. Wspomniani wcześniej liderzy stali się niekwestionowanymi szefami całej klasy. Decydowali o tym na jaki film pójdziemy do kina, ich zdanie było nie do podważenia. Zawsze miało być jak oni chcieli. Uczniowie innych klas określali naszą mianem ich imienia.

Na podwórku nie dogadywałem się z rówieśnikami. Przytoczę kilka przykładów. Kiedy ongiś graliśmy w nogę i zaproponowałem przerwę, ci wykopali moją piłkę krzycząc abym s...ł. Gdy szedłem w koszulce Manchesteru z nazwiskiem "Gigs", słyszałem dobiegające słowa "łeeee Gigs to cienias". Albo kiedyś wyszedłem na dwór z kauczukiem, a młodociani koledzy próbowali wrzucić go na dach jednego z osiedlowych bloków.

Antypatia z jaką się spotykałem sprawiła, że przestałem wychodzić na podwórko. Mijało się to z celem, w końcu nie miałem z kim się bawić, a przemocy nie tolerowałem.

Wspomnę od razu, że na półkoloniach zawsze znajdywałem sobie kolegów i byłem lubiany.

W każdym razie czasy gimnazjum nie najlepiej wspominam. Nawet klasowa wycieczka potrafiła wyprowadzić z równowagi. Mianowicie, kiedy podróż miała zostać przeprowadzona za pomocą autokaru, każdy z uczniów wybierał dogodne dla siebie miejsce. Nie było z góry ustalonego siedzenia dla konkretnego nastolatka. Zdecydowałem się zająć pozycję w środku autobusu. Wtedy doszło do ostrej wymiany zdań z liderami, którzy uważali że to miejsce należy do nich. Kiedy odmówiłem sięgnęli po wulgarne słownictwo i groźby. Nie chciałem ustąpić, ale kolega który siedział ze mną wystraszył się.

W gimnazjum moja klasa liczyła 24 osoby. 11 chłopaków i 13 dziewczyn, tych się mocno wstydziłem. Spośród garstki męskich wyrostków miałem 4 dobrych kolegów, 4 znajomych z którymi szło zamienić słowo, lecz nie łączyła nas głębsza więź i 3 liderów, którzy zawsze o wszystkim decydowali.

Wspomnę, że liderzy co jakiś czas wagarowali, a usprawiedliwienia sami pisali. Kiedy ja w podobny sposób zrobiłem sobie wolne, jeden z nich wygadał wychowawczyni że kartka od rodzica jest dziełem mojego kolegi z ławki. Gdybym ja zrobił coś podobnego, nie miałbym w szkole życia, a pejoratywne określenia szłyby za mną niczym mrówki po pokarm dla królowej.

Liderom jednak nikt nie zwrócił uwagi.

Nauczyciele ich lubili, na koniec roku podwyższali oceny. I tak z 3,3,4,5 robiła się 5, a mi z 4,4,4,5 wychodziła 4.

Chcąc zyskać wyższą ocenę z wychowania fizycznego zgodziłem się zostać klucznikiem, osobą która ostatnia wychodzi z szatni i zamyka drzwi. Spełniałem swój obowiązek, lecz niekiedy jeden z liderów mówił, abym na niego nie czekał, bo chce zamienić słowo z kolegą. Wtedy wręczałem w jego ręce klucz i wychodziłem. Taka sytuacja miała miejsce parę razy.
Pod koniec roku przypomniałem się nauczycielowi, że obiecał iż wstawi mi o jeden stopień ocenę wyższą. Wtedy do akcji wkroczył lider, który stwierdził że nie wywiązałem się ze swej roli i najczęściej to on zamykał szatnię. Cały rok z paroma wyjątkami robiłem to co obiecałem, a przez gnoja nie otrzymałem nagrody.

Później po skończeniu gimnazjum z ulgą poszedłem do szkoły średniej. Niestety jeden z liderów wybrał się do tego samego liceum i na dodatek tej samej klasy. Szybko poznałem nowych kolegów, a nim się nie przejmowałem. Klasa liczyła ponad 30 uczniów. Mniej więcej 50% chłopców i drugie tyle dziewczyn. Wobec koleżanek byłem nieśmiały. Z większością kolegów się lubiłem, tylko kilku z nich darzyło mnie antypatią i pogardą.

Wszystko było w miarę okej, kiedy w trakcie lekcji wychowania fizycznego przyszło nam zagrać mecz z klasą maturalną. Kopaliśmy w piłkę, tylko że nasi oponenci próbowali strzelać z połowy boiska. Baliśmy się mocnych uderzeń. Jedno trafiło mnie w penisa i wtedy ze złości pokazałem strzelcowi fuck you. Uczeń zezłościł się i zaczął mi grozić.

Na tym się nie skończyło. W trakcie niektórych przerw przychodził do mnie z kolegami kierując w moją stronę pogróżki. Ponadto nękał mnie nauczyciel fizyki, który za wszystko lubił wstawiać jedynki, popisując się opowieściami że każdego roku wystawiał ocenę niedostateczną 40% nastolatkom.

Przerażony postanowiłem zmienić szkołę. Zapisałem się do innej.

W klasie było w porządku. Szybko mnie wszyscy polubili. Problem w tym że uczniowie z klas sportowych mnie zaczepiali. Niemal wszystkie roczniki klas o profilu sportowym atakowały. Wyzwiska, prowokacja, zaczepki, groźby, wszystko to powodowało że z coraz większą niechęcią chodziłem do szkoły.

Sytuacja nie zmieniała się, więc wybrałem się do kolejnej szkoły. Tam w klasie z nikim się nie zaprzyjaźniłem, przerwy spędzałem sam. W dodatku ponownie byłem zaczepiany, tym razem przez łysego z tępym wyrazem twarzy chłopaka, którego postura wskazywała wyraźnie na to, że siłownia nie była mu obca. Mimo to udało się ukończyć szkołę średnią.

Wyjechałem na studia do innego miasta.

Zanim przedstawię tę historię pragnę powrócić do wydarzeń z podwórka.

Jako dziecko nie poznałem na swym osiedlu przyjaciół. Później kiedy dorastałem ci którzy trzymali się razem mnie zaczepiali. Jeśli grali w kosza i któremuś wyleciała piłka prosto pod moje nogi, lekko kopnąłem ją w stronę nadchodzącego chłopaka. Myślałem, że zrobiłem miły gest, lecz nastolatek burknął "nie kop jej" i podstawił mi pod nogi haka. Innym razem wracałem ze sklepu, a siedzący na ławce smarki rzucały mi pod nogi kamienie. Najgorzej kiedy szła większa grupka i któryś z chłopaków mnie popchnął. Wtedy zareagowałem identyczną odpowiedzią. W konsekwencji usłyszałem, że mam wpierdol za to że biję ich kolegów. Lękałem się pójścia do sklepu, gdyż najczęściej ci z którymi miałem zatargi siedzieli na ławkach. Zresztą słyszałem różne nieprzyjemne uwagi, więc sam ich widok wzbudzał trwogę.

Studia i nowe miasto były dla mnie odskocznią.

W obcym środowisku czułem się dużo bardziej pewny siebie niż w swoim mieście.

Z ogromną swobodą wychodziłem z domu. Nie lękałem się usiąść na ławce i czytać gazety.

Poznałem nowych ludzi i odkrywałem zakątki miasta. Kiedy przyjeżdżałem do domu towarzyszyła mi siła - skoro w takim ogromnym mieście sobie radzę to tym bardziej tutaj.
Wszystko było okej do czasu kiedy potknęła się mi na studiach noga, a moja mama straciła pracę. Wtedy zmuszony byłem powrócić do swojego miasta.

Zauważyłem, że kiedy wychodzę na zewnątrz to moja sylwetka jest zgarbiona. Odczuwam bycie kimś gorszym od innych. Głupio mi lepiej się ubrać. Trudno mi iść z podniesioną głową.

Moje miasto mnie męczy. Składa się z niewielkiego centrum, galerii, parku i osiedli. Nie ma dokąd iść, ani co robić. Mogę spotkać się z tylko jednym kolegą. Tutaj gdzie mieszkam panuje ogromne bezrobocie, trudno o pracę.

Pragnę zaryzykować i odłożone pieniądze wydać na pokój w innym mieście. Mama mówi że tylko stracę pieniądze, że mogę iść tutaj na uczelnię, wyjdzie to taniej. Oczywiście ma rację, lecz w tym mieście źle się czuję. Kiedy mówię że tutaj mi wszystko nie leży, słyszę że wszędzie jest tak samo i kiepsko na tym wyjdę, w końcu nawet jeśli wyjadę znajdę pracę i szkołę to za samo utrzymanie pokoju zapłacę połowę pensji.

Tylko, że ja naprawdę mam tego miasta dość i nie widzę tutaj niczego zachęcającego.

Mama jednak upiera się że sobie wmawiam i powinienem zmienić swoje nastawienie.

Nie wiem czy jest sens się zmuszać i pracować nad sobą aby uwierzyć że tutaj też jest okej.
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
07 kwi 2016, 15:19

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 11 gości

Przeskocz do