Nerwica i depresja a związki i ambiwalencja

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

Nerwica i depresja a związki i ambiwalencja

przez Monocerotis 07 wrz 2015, 16:44
Witajcie,
Chciałabym Wam opowiedzieć moją historię, i spytać Was czy znacie odpowiedzi na moje pytania, które już dość długo mnie nękają i nie pozwalają uwolnić się od zaburzeń. Zacznę od tego, że jeden z najcięższych okresów mojego życia przeszłam ponad rok temu. Rozstałam się z chłopakiem po czterech latach. Dopadła mnie głownie depresja i bardzo sporadyczne lęki. Wtedy wyjechałam. Siedziałam codziennie od 5 rano na plaży w Chałupach i słuchałam morza. Tylko raz wpadłam w panikę, że jestem daleko od domu, że co jeśli coś się stanie...Resztę czasu spędziłam patrząc na fale. Pomogło. Wróciłam odmieniona, zrozumiałam, że świat się nie kończy. Tęskniłam, bolało, ale już nie tak jak wcześniej. Wzięłam swoje życie w garść, wynajęłam mieszkanie, kontynuowałam studia. Byłam cholernie szczęśliwa, poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi i wspaniałego mężczynę. Wszystko jak w bajce, tęcza znów wyszła na niebo. Mieszkamy razem od stycznia, wszystko było dobrze, plany wesela, dzieci.. aż do feralnego wieczoru. Tego dnia nie czułam się najlepiej, dzień wcześniej się pokłóciliśmy i od rana wiedziałam, że coś jest nie tak. Ponieważ studiuję Psychologię (o ironio), temat nerwicy i depresji przewijał się tego dnia na bieżąco. Od kilku dni myślałam o tym, wspominałam czasy depresji i ogólnie dopadała mnie jakaś nostalgia. Zrzuciłam to na leki które brałam (na zwykłe przeziębienie). Wróciłam do domu i w ramach przeprosin wybraliśmy się do kina. Chciałam wrócić do domu jak tylko tam doszliśmy, czułam niepokój było mi niedobrze. Po filmie dostałam ataku. Szłam do domu jak przez wąski tunel, niewiele pamiętam oprócz paraliżującego lęku. W domu usiadłam na łóżku i dostałam takiej paniki, że jedynym rozwiązaniem jakie pojawiło się w mojej głowie było samobójstwo. Cała się trzęsłam i prawie dusiłam. Mój chłopak nie wiedział co się dzieje, próbował przywracać mnie do porządku ale ja miałam chaos w głowie jakby ktoś mnie opętał. Nie wiem jakim cudem się wtedy uspokoiłam i zasnęłam... W kolejnych dniach jakoś się próbowałam ogarnąć, lecz tylko gdy mój chłopak wracał z pracy dostawałam jazdy, paliłam papierosa za papierosem i dostawałam telepawki. Naciskał na mnie żebym się wzięła w garść, żebym coś zjadła. To tylko pogarszało sprawę. W kolejnych dniach nie wytrzymałam i wylądowałam u psychiatry. Dostałam lorafen i miałam pociągnąć parę dni i przyjść znowu. Miałam wtedy egzaminy więc musiałam jakoś się ogarnąć. Niestety nie dałam rady. Spakowałam się i pojechałam do rodzinnego domu do mojej mamy. I tu ulga. Napady ustąpiły, powoli się uspokajałam. Lęki wywoływał tylko wyjazd na egzamin. Modliłam się żeby już siedzieć w autobusie powrotnym. Idąc dalej, niepokój zaczął się pojawiać gdy miałam zobaczyć się z moim chłopakiem. Kiedy przyjechał do mnie tydzień po tym co sie wydarzyło, ze stresu zwymiotowałam i nie mogłam się ogarnąć. Przynosił mi wspomnienia tego co się wydarzyło. I tak o to ciągnę trzeci miesiąc będąc w domu rodzinnym. Bywają dni dobre i bywają złe. Dopóki mój chłopak przyjeżdzał do mnie, było okej. Kiedy jednak ja mam jechać do naszego mieszkania, odchodzę od zmysłów. Samo wyobrażenie tego mieszkania budzi we mnie lęk. Kiedy już tam jestem okazuje sie nie być tak tragicznie ale czuję ze cały czas muszę się kontrolować. Kilka razy dostałam ataku będąc właśnie poza domem, boję się gdziekolwiek ruszać bo nie wiem co mi się uroi. Przez tyle czasu zaczęłam szukać odpowiedzi na to: dlaczego? Mam skierowanie na terapię ale niestety nie ma miejsc. Mam receptę na arketis ale uznaję to za ostatnią drogę ratunku. Nie mogę poradzić sobie z ambiwalencją jaką czuję wobec mojego chłopaka. Kocham go i przeraża mnie myśl że nie będziemy mogli być razem przez moją chorobę. Jednego dnia kocham go bezgranicznie a drugiego boję się go, że przy nim ataki wrócą. Wiele ze mną teraz przeszedł, nie chcę go zostawiać, ale nie umiem przestać o tym myśleć. Sama wpieram sobie, że tak na prawdę go nie kocham, że to dlatego pojawiły się ataki. Ta myśl mnie obezwładnia, bo niedługo muszę tam wrócić bo kończą się wakacje. Udaję, że już jest okej choć nie jest i nie wiem co mam dalej robić. Pomóżcie drodzy forumowicze, czy jest jakieś sensowne wytłumaczenie?
Offline
Posty
6
Dołączył(a)
07 wrz 2015, 12:49

Nerwica i depresja a związki i ambiwalencja

przez PineauDesChar 08 wrz 2015, 12:21
Związki a ambiwalencja - to bardzo trafne. Spierając się samemu ze sobą, bardzo trudno jest skupić się w pełni na drugim człowieku. Kiedy nasze lęki i problemy przesłaniają świat codzienny, nie uda nam się dać szczęścia drugiej osobie. Nie damy szczęścia sobie. A przecież to jest podstawą każdej relacji. Uczucie, wspólnie spędzony czas, wsparcie, przyjaźń, miłość. To wszystko powinno budować nasze własne szczęście. Co jednak kiedy tak się nie dzieje? Pomimo tego, że chcemy, że staramy się z całych sił? Coś nas powstrzymuje.

Wspomniałam już, że byłam w związku 7 lat. Nie był to związek udany, mimo wielkiego uczucia. Jak jest teraz, kiedy wszystko się skończyło? Nie potrafię określić tego, co czuję. Nie wiem czy czuję cokolwiek. W nowej relacji nie potrafię określić się w stosunku do partnera, co jest niesamowicie niesprawiedliwe. Na sformułowanie 'stały związek' reaguję złością.

Nie mogę pozwolić na to, żeby cokolwiek mnie teraz uwiązało. Przejmuję powoli kontrolę nad własnym życiem, a to niestety trzeba zrobić samemu. Pomimo wielkiego lęku przed odrzuceniem, który paraliżuje mnie czasami z nieziemską siłą - postanowiłam na samym początku naprawić siebie. Moim zdaniem nie powinno się wchodzić do związku, kiedy nie jest się pewnym, że dasz drugiej osobie wsparcie, a problemy nie będą się tylko mnożyć.

Nie chcę Cię w jakikolwiek sposób przerażać czy zasmucać. Nie chcę również namawiać Cię to rozstania. Nie. Jednak im wcześniej uświadomimy sobie jaka jest prawda, nawet gdy jest ona okrutna, tym szybciej będziemy w stanie doprowadzić się do porządku.

Nasz stan nie jest być może naszą winą. Ale niestety już w naszej kwestii leży wyprowadzenie się z niego. Pomyśl więc jak młoda jesteś, ile jeszcze czasu masz przed sobą - ale też, że żyjesz tylko raz. Że nie można tracić czasu na zastanawianie się nad każdym krokiem. Jedynym chyba wyjściem dla nas jest terapia. Intensywna i szczera terapia. Czy brak miejsc, nie jest przypadkiem wymówką? Obroną przed tym co musi nastąpić, żebyś w końcu mogła odetchnąć z ulgą? Zostawiam to Twojej ocenie.

Pozdrawiam
Offline
Posty
5
Dołączył(a)
07 wrz 2015, 21:31

Nerwica i depresja a związki i ambiwalencja

Avatar użytkownika
przez NN4V 08 wrz 2015, 13:32
Monocerotis napisał(a):.... Nie mogę poradzić sobie z ambiwalencją jaką czuję wobec mojego chłopaka. Kocham go i przeraża mnie myśl że nie będziemy mogli być razem przez moją chorobę. Jednego dnia kocham go bezgranicznie a drugiego boję się go, że przy nim ataki wrócą. Wiele ze mną teraz przeszedł, nie chcę go zostawiać, ale nie umiem przestać o tym myśleć. Sama wpieram sobie, że tak na prawdę go nie kocham, że to dlatego pojawiły się ataki. Ta myśl mnie obezwładnia, bo niedługo muszę tam wrócić bo kończą się wakacje. Udaję, że już jest okej choć nie jest i nie wiem co mam dalej robić. Pomóżcie drodzy forumowicze, czy jest jakieś sensowne wytłumaczenie?

Kocham, nie kocham - co to właściwie znaczy?
Wytłumacz.
__regvar __no_init volatile unsigned char flags
Avatar użytkownika
Offline
Posty
4347
Dołączył(a)
01 kwi 2015, 14:08
Lokalizacja
Wrocław

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Nerwica i depresja a związki i ambiwalencja

przez Monocerotis 09 wrz 2015, 18:05
Gdybym umiała to wytłumaczyć zapewne problemu by nie było. Opiera się to na skrajnej ambiwalencji wobec jego osoby, tzn. kiedy ze mną jest okej i wszystko dookoła jest okej wtedy kocham, tęsknię i pragnę bliskości. Kiedy wpadam w lęki i zastanawiam się nad wszystkim, wtedy czuję paniczny strach przed nim i przed tym co jest między nami, wtedy myślę że nie chcę być razem bo chcę sie uwolnić od lęku. Pamiętam chwile kiedy byłam szczęśliwa przy nim jakby nic innego do życia nie było mi potrzebne. Od czasu pierwszego objawu zaczęłam na niego reagować lękiem, ale w głębi serca wiem, że to nieracjonalne i że jednak powinnam brać pod uwagę te uczucia które nie były zdominowane moim złym stanem psychicznym i że to one są prawdziwe. Liczę na to, że kiedy się wyleczę wszystko wróci do normy, bo po prostu nie wiem które uczucia są prawdziwe, ani subiektywnie ani obiektywnie.
Offline
Posty
6
Dołączył(a)
07 wrz 2015, 12:49

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Baidu [Spider], Google Ads [Bot] i 33 gości

Przeskocz do