Jak pomóc?

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

Jak pomóc?

przez Wiśnia 18 sie 2013, 01:07
Zdecydowałam się napisać, bo sama już nie wiem jak się ustawić do problemu, jak pomóc, czego może oczekiwać osoba chora a bardzo mi bliska. Mąż ma objawy nerwicy. Nie znam się czy to lękowa, czy napadowa, czy jeszcze jakaś inna. Ma napady gorąca, kołatanie serca, znacznie podwyższony puls, w czasie ataku podwyższone ciśnienie, wrażenie w tym czasie jakby miał umrzeć, uczucie lęku, poty itd. Potem silne bóle brzucha, lęk o swoje życie, brak chęci do czegokolwiek. Często czuje się do DE, nie ma na nic chęci, bo wszystko go boli, łazi skwaszony. Ale jak nic go nie boli jest OK.To takie krótkie epizody ostatnio. A sprawa ciągnie się juz od kilku lat z przerwami, a od ponad roku praktycznie towarzyszy nam non-stop. Pierwszy taki atak miał ok.10 lat temu. Mial robione za każdym razem EKG- wszystkie OK, kolonoskopię i gastroskopię (bóle brzucha) - OK, wszystkie inne wyniki OK. Czyli-standard, jak tak pobieżnie obejrzałam inne fora.
Od kilku miesiecy doszły jeszcze fobie- na dużej przestrzeni, ze cos się stanie i nie zdąży nikt mu pomóc - ataki paniki, klaustrofobia(ewakuowaliśmy sie ostatnio na wycieczce po podziemiach) i jakiś atak paniki na basenie....
Ponieważ sprawa ciągnie się tak długo i nic nie wskazuje na to, że dolegliwości dotycza bezpośrednio ciała, namówiłam go na wizyte u psychologa (właściwie decyzja zapadła z mojej strony po wycieczce do podziemi, bo zepsuliśmy naszemu dziecku wycieczkę po prostu, stwierdziłam, że coś trzeba z tym zrobić, bo jest coraz gorzej)
Mąż był na wizycie, ale jest sceptycznie nastawiony do terapii, którą zresztą w naszych krajowych warunkach (z NFZ wizyta raz w miesiącu, podczas gdy terapia musiałaby sie odbywać co najmniej 2x w miesiącu) musiałby odbyc prywatnie. Twierdzi, że woli ze mna pogadać niż z jakąs obcą babą.....
A teraz sedno sprawy. Jestem już tym wszystkim zmęczona. Nic nie wyglada normalnie. Ataki ciągle nawracają, a ja umieram ze strachu o niego- a jak się potem okazuje NIC SIĘ NIE DZIEJE TAK NAPRAWDĘ. Nie to, że posadzam go o urojenia, ale wiadomo, powinien zdać sobie sprawę ze swojej nerwicy, a nie nakręcac się wpedzjąc w coraz to gorsze lęki. Ja jestem tym zniecierpliwiona, odsyłam do psychologa, na terapię, bo twierdzę, ze on moze pomóc, zna mechanizmy, moze dotrze do źródła jego problemów. On twierdzi, ze bagatelizuję, albo ignoruję, ze on chce wsparcia... Dawałam mu wsparcie cały czas (tak mi sie wydawało) i próbowalam jakoś realnie i praktycznie pomóc (szukałam lekarzy, dzwoniłam sama, załatwiałam wizyty, szukałam jakiegos rozwiązania) Ale teraz... nie mam już siły na empatię, czy głaskanie po głowie skoro on sam jakby nie chce sobie pomóc i mamy błędne koło. moja milość go nie wyleczy tylko (tak mi sie wydaje) konkretna pomoc psychologa. Z lekami mamy baaardzo złe doświadczenie w rodzinie. Nie mamy żadnych problemów, ani finansowych, ani mieszkaniowych, dziecko zdrowe, śliczne, następne w drodze.. A my już od kilku lat razem borykamy się z nerwicą. razem, bo mnie też się udziela. Zepsute imprezy, swięta, wyjazdy, wspólne z dzieckiem wakacje, bo źle się czuje, bo znowu cos się dzieje... Nie wspominając o pogotowiu, nerwówce... Ja nie pracuję i nie wiem czy ten ciężar odpowiedzialności za rodzinę nie jest dla niego za spory (on twierdzi, ze nie, ze nie widzi w tym problemu)
Jak mu pomóc???? Ja już sama nie mam siły i czasami szlag mnie trafia i nie ukrywam tego. Wiadomo jemu też to nie pomaga. Ale dobija mnie trwanie w tym stanie tak długo, a moje prośby, ze coś musi sie zmienić (tryb życia chociażby) napotykaja na mur. Jak go przekonać do terapii. Twierdzę, że tylko taka mogłaby mu pomóc, a nie rozmowa ze mną. A moze nie mam racji? Tylko, ze do rozmowy ze mną tez się nie kwapi. Jak już to mnie to też meczy, głownie to, że nie potrafie mu pomóc, a czuje , że powinnam, a nie tylko przytulać. Jak to wygląda z tej drugiej strony?? Ale się rozpisalam.......
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
18 sie 2013, 00:31

Jak pomóc?

przez Mightman 18 sie 2013, 09:10
Wiśnia napisze Ci z mojego pkt widzenia i mojej Narzeczonej.
Z pkt widzenia nerwicowca - on chce bardzo się wyleczyć, nie chce być dla Ciebie żadnym ciężarem tylko że jest przykryty "peleryną" która jakby mu uniemożliwia podjęcie radyklanych kroków bo się boi kolejnych ataków, kolejnego złego samopoczucia, ma też głupie PRZEŚWIADCZENIE że mu nic już nie pomoże itp. Poza tym nerwica często idzie za rączkę z epizodami depresyjnymi, ja byłem wręcz wściekły wewnątrz że moja kobieta mnie o coś prosi, chce wyjść nawet do sklepu razem a ja nie bo się bałem, leżałem całe dnie, nie miałem na nic ochoty, siedziałem ze swoim lękiem wewnątrz mimo że z zewnątrz wyglądałem normalnie. Mimo tego że jest on pewnie ciągle na nie na dużo rzeczy, to Ty załatw mu pscyhoterapie - (nie wiem gdzie mieszkasz) ale jak w większym mieście to jest kupe placówek, jedynie długo się czeka około 1-2 miesiąca na pierwszą wizyte, a potem to już jakoś się machnina kręci i idzie(spotkania najczęściej są co tydzień około 50 minut). Zaznaczam że terapia trwa długo, około 2 lata, na samym początku jest jeszcze gorzej niż normalnie i to jest najważniejszy moment żebyś nawet tam męża zawoziła i wpychała do tego gabinetu. Potem przychodzi jakby przełamanie i z każdą wizytą jest coraz lepiej :D

Z perspektywy mojej Narzeczonej wyglądało to tak że była mną zmęczona czasami jak Ty teraz mężem ale jak kochasz to walcz o Niego bo pomoc osoby bliskiej którą się kocha to jakby fundament pozbierania się z tego zaburzenia. Bądź dla Niego wyrozumiała ale zarazem nie niańcz go jak dziecko oraz bądź stanowcza (wiem że się to gryzie razem :D ).

Powodzenia życzę! Zbierz się w sobie i ostatnimi siłami załatw psychoterapie a jak mówisz że macie pieniążki to można zawsze chodzić prywatnie wizyta około 100 zł :)
Offline
Posty
734
Dołączył(a)
20 lis 2011, 18:12

Jak pomóc?

przez Wiśnia 18 sie 2013, 11:24
Bardzo dziękuję za ten głos, bo utwierdza mnie w przekonaniu, ze terapia to słuszna droga. Jest u nas dużo osrodków. na poczatek umówiłam go w poradni z NFZ, ale wiadomo jak to u nas w kraju wyglada. Poszedł, ale nie był przekonany. Twierdzi, że woli mnie się wygadać, a nie jaiejś obcej babie ;) On zaczyna temat, mówi mi o dolegliwościach, jak się czuje itd i jak się okazuje oczekuje ode mnie wsparcia, żebym go rozumiała, pogłaskała po glowie, była mu bliska. A ja jestem zmęczona i bezsilna. Nie potrafie mu pomóc. Mam wrażenie, że wysłuchując tego wszystkiego on pociaga mnie również na dno i jakby bronię sie przed tym. Mamy małe przekochane dziecko, następne w drodze, jesteśmy młodzi, powinniśmy tryskac energią. A się okazuje, że dziadkowie mają jej więcej niż my. On wiecznie zmęczony, ja w zaawansowanej ciąży, a dziecko chce brykać. I dobija mnie to. Jakiś taki mechanizm obronny się we mnie wykształcił, że zaczęłam się na ten problem zamykać. Zupełnie naturalnie, bo wczesniej się przejmowałam, umierałam ze strachu o jego życie, że faktycznie cos mu sie dzieje. Ale za każdym razem w szpitalu wyniki w porządku, wyrok: na tle psychicznym. Wiadomo, jeśli cały czas słyszy się alarm przeciwpożarowy, a za każdym razem pozaru nie ma, to w końcu sie na niego obojetnieje. Rok temu lekarz mu dał skierowanie na szczegółowe badania, do tej pory ich nie zrobił. Chwała Panu, ze w końcu rzucił palenie, po x moich namowach. Nie pomogło to rzucenie co prawda znacznie, ale palenie pewnie tez mu nie pomagało. No, ale dla mnie to logiczne: masz poważne sygnały ze strony organizmu, że cos jest nie tak, to na wstępie odrzucam wszystko co może mi szkodzić, nie?
Kazda impreza (prawie), wyjazdy, wycieczki są do DE przez jego samopoczucie. Na wczasach ostatnich juz wybuchnęłam. Bo wszystko markotne, rozlazłe jakieś, bez zycia i energii, wymuszone, widzę ten cierpiętniczy wyraz twarzy albo bez przerwy jest spięty i wszytsko go boli... Ile mozna dźwigać taki ciężar i nadrabiac miną?
Z drugiej strony wiem, że to nie jego wina, wiem jak może sie czuć. Trwa to jednak tak długo, że ja już mam zwyczajnie dość. Tym bardziej, że w ciąży czuję się teraz fatalnie. Tez mam swoje bolączki i stresy (wiadomo boję się o ciążę i poród, nasze dziecko to pociecha, ale z drugiej strony niezły stres ;)) Schodzi to gdzies na dalszy plan. jak mam mu truć jeszcze to efekt taki że przewaznie ze soba wiele nie rozmawiamy...
Ech, dobra, utwierdzę go w słuszności terapii. Byle nie farmaceutykach, bo mamy przykład najbliższej rodziny, że donikad to droga. Zgubne efekty widac jeszcze po 20 latach...
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
18 sie 2013, 00:31

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Jak pomóc?

przez Mightman 18 sie 2013, 12:07
To że potrzebuje twojej aprobaty i ciągłego czuwania nad nim to normalne, też tak miałem po prostu chciałem być pępkiem świata, każdy miał latać koło mnie żeby w razie czego pomóc natychmiast, pewnie się to bierze z braku poczucia wewnętrznego bezpieczeństwa.
Powiedz że Ty nie jesteś terapeutą, jesteś jego żona i jego wsparciem a wygadanie się przynosi ulgę tylko chwilową - napewno to tak czuje. Tamta obca baba wie gdzie gryźć żeby dojść do tego bagna które go wciąga. Im szybciej zacznie terapie tym lepiej, podjęcie decyzji o terapi i przełamanie się to jedna z lepszych moich życiowych decyzji.

Ja też jestem anty farmakologia w kwesti natury psychicznej, sam wylądowałem u psychiatry ale leków nie wziąłem. Jak mąż ma np. szybcie bicie serca czy bóle brzucha to kup mu w aptece Validol - pastylki ziołowe które właśnie "rozluźniają" mięśnie gładke serducha i jelit :) Mi to pomaga i nawet te irracjonalne lęki nt. śmierci czy cholery wie czego pomagało. Niech też bierze magnez i wprowadźcie zdrową diete bo może to też być zaburzenie na braku jakiś witamin czy czegoś czy nagromadzenia metali ciężkich. Achaa i też bardzo ważne, wiem z autopsji że mąż pewnie będzie się wzbraniał ale bierz go jak najczęściej na spacery, zeby się poruszał jakkolwiek i nie siedział w domu i pusto patrzył w tv, kompa czy ściany. Będzie się sprzeciwiał, będzie miał jakieś zachamowania ale zmuszaj go wręcz do tego :)
Offline
Posty
734
Dołączył(a)
20 lis 2011, 18:12

Jak pomóc?

przez essprit 18 sie 2013, 12:27
A ja dość przeciwnie ciut do przedmówców ;)

Nie opiekuj się nim tak, nie niańcz, nie zabieraj specjalnie na spacery, nie kupuj leków (jak ktoś wyżej pisał) ... bo to WSZYSTKO co dla niego robisz ma ODWROTNY SKUTEK.
Po co ma się leczyć skoro TY wszystko zrobisz, uspokoisz go, zrozumiesz <sic!>, pogłaszczesz i przytulisz ... zawieziesz na terapię, napiszesz w jego sprawie na forum, znajdziesz specjalistów etc. ?
Ba, jeszcze ma wiarę taką, że Ty jesteś specjalistą od zaburzeń psychicznych ;)

Spytaj się męża czy jak będzie mieć problem kardiologiczny to też będzie od Ciebie żądał leczenia ? Domowa koronografia czy co ? ;)

Stawiaj warunki, jasno i konkretnie - leczenie. Niech zobaczy też tą rzeczywistość z twojej strony - jesteś tym po prostu zmęczona, jesteś niezadowolona z waszego wspólnego życia. I trwa to już LATA !
Nie jest to kwestia miesiąca przecież ...

A terapia - standardem jest 1 x tydz. Są też ośrodki na NFZ - gdzie masz grupową terapię (stacjonarną/ambulatoryjną) - i jest to skomasowane (codziennie przez 3 m-ce). Warto znaleźć psychoterapeutę certyfikowanego przez PTPsychiatryczny/Psychologiczny (google).
Offline
Posty
1421
Dołączył(a)
14 gru 2008, 13:21

Jak pomóc?

przez Mightman 18 sie 2013, 13:30
essprit, Nie odnieś mojego postu jako ataku na Twoja personę ale czy przezyłeś/aś nerwice lękową? :) Bo ten kto nie miał za ciula pana nie zrozumie co siedzi w głowach takich osób :)

Nie mówie oczywiście że jestem jakąś wyrocznią. Pisze to co ja przeżywałem i to co mi pomogło :)
Offline
Posty
734
Dołączył(a)
20 lis 2011, 18:12

Jak pomóc?

przez essprit 18 sie 2013, 15:10
Mightman, rozbawiło mnie "za ciula pana" ;)

Jasne przecież, że nie odbieram tego jako ataku !

A swoją drogą tak bardzo się nie różnimy - oboje mówimy przecież to samo - leczenie poprzez psychoterapię ...
A różnica polega na tym, że Ty bardziej piszesz ze swojej perspektywy (tak b.ochronnie), a ja staram się spojrzeć też z perspektywy żony - jej dobra (ona jak pisze też ma niełatwo). Sam napisałeś o byciu pępkiem świata ;) A im bardziej autorka (z dobrych chęci, oczywiście) mu pomaga, tym dłużej on nie podejmuje leczenia.
Offline
Posty
1421
Dołączył(a)
14 gru 2008, 13:21

Jak pomóc?

przez Wiśnia 18 sie 2013, 15:50
Mam naturę dość wybuchową i czasami bardzo trudno mi ukryć złe emocje, a jeżeli już mi się udaje to po jakimś czasie wszystko wybucha tak czy siak, zwłaszcza jeśli długo cos w sobie tłumię.Ale oboje uznaliśmy, że lepiej jak się pokłócimy niz jak się mamy do siebie nie odzywać. Co do traktowania to ostatnio bliższe mi było podejście Essprit, bo juz mnie wykańczało dźwiganie na swoich plecach własnych bolaczek, złego samopoczucia i jeszcze bycia terapeutką. On nie chce ode mnie porad praktycznych, bo jak twierdzi, może sie tego dowiedzieć od lekarza, czy internetu. A ja od x czasu cały czas jak mantre powtarzam: ćwicz, zacznij od zwykłej gimnastyki (chętnie bym z nim poćwiczyła, ale ledwo sie ruszam), spaceruj (mamy dziecko, weź je na dwór, zabaw, masz okazję), weź się za siebie, musisz się postarać, musisz miec wiecej ruchu (wiadomo wstaje rano, jedzie samochodem do pracy, tam siedzi w zaknietym pomieszczeniu, jedzie spowrotem, w domu zasiada przed kompem i siedzi do późna a następnego dnia to samo) I niby to wie, ja mu to powtarzam, ale tego nie robi! I juz szlag mnie trafia. Kiedys chodziliśmy po górach, jeździliśmy na rowerze, nartach. teraz przypomina rozdygotanego staruszka, co się boi, ze mu laska sie złamie i padnie na ziemie i walnie się w łeb i nikt mu nie pomoze i umrze. Boi się wychodzic w góry bo przestrzeń, boi się czasami nawet jeździc autem wieczorem przez las, bo najdzie go atak i koniec, wykituje, bo żywego ducha wokół, boi się basenu, bo zamknieta przestrzeń, brak tlenu, boi się przestrzeni..... Ja już wymiekam. Tracę siły na wsparcie i zaczynam być twarda właśnie. To tak jak przy uzależnieniu- trzeba robic wiele rzeczy wbrew partnerowi, być twardym i nieubłaganym NIEWSPÓŁUZALEŻNIONYM. U nas jest tak: musisz coś z tym zrobić- wiem, wiem nawet co- OK- ale nic z tym nie robi! I tak trwamy w tym już lata. Kiedys było łatwiej mieliśmy tylko siebie i swoje przyjemności. Teraz jest dziecko i bedzie następne. I to powinien być motyw i pretekst do aktywności wszelkich przecież. I niby czasem jest, ale to taki krótki zryw, a potem znowu wszystko opada i znowu boli i znowu leży. Ja to wszystko rozumiem, ale moje zrozumienie nie zmieni tej chorej sytuacji, która i mnie dobija i staje się coraz gorsza!
Dziękuje wszystkim za porady, jestem otwarta w dalszym ciągu na sugestie. Dziękuję za inny punkt widzenia. Nie twierdzę że jestem ideałem i aniołem. Nie, ale kocham go oczywiście i nie wyobrażam sobie żeby mu nie pomagać. jednak swoim niańczeniem moze przyniosę wiecej szkody np? Postaram sie duzo z nim rozmawiać. On jest bardzo fajnym i otwartym facetem, tylko takim ostatnio... ospałym?
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
18 sie 2013, 00:31

Jak pomóc?

Avatar użytkownika
przez agusiaww 18 sie 2013, 19:02
Wiśnia, po prostu jestes z facetem,ktory wymaga bardziej matki niz zony. Jak sama napisalas,on mowi, ze potrzebuje od Ciebie wsparcia i nianczenia, i dopoki nie bylo dzieci, to jeszcze mozna zaakceptowac. Niestety teraz dzieci sa wazniejsze. Po prostu zapiz go na terapie i ma chodzic, jak nie, to Ty sie zajmuj dziecmi, ale bedziesz miec swiadomosc, ze bedziesz i dla nich matka i ojcem, bo skoro jemu sie nie nic nie chce. Wg mnie to przyzwyczailas go do sytuacji, ze wszystko robisz, a mu tak nawet wygodnie. I teraz trzeba dac kopa w tylek. Niech sie obudzi. I zacznie swoje dzieci stawiac na 1 miejscu a nie siebie.
Warto żyć, warto marzyć, bo to co osiągalne możliwe jest do zdobycia.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
6261
Dołączył(a)
05 mar 2009, 09:22

Jak pomóc?

Avatar użytkownika
przez abraxas 18 sie 2013, 19:02
Wiśnia, jak dla mnie to skoro on nie chce iść do psychoterapeuty to Ty idź i wyłóż problem. Bo się wykończysz, a tak przynajmniej usłyszysz co robić w obecnej sytuacji.
Bywają dni dobre, ale bywają i złe, i te też muszę przyjąć za własne. Są dni, kiedy jestem z kamienia, czasem z żelaza, najczęściej, niestety ze szkła.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
964
Dołączył(a)
26 sie 2012, 11:04

Jak pomóc?

przez Wiśnia 18 sie 2013, 23:00
Nie jest tak, że jemu sie nic nie chce. Fakt, że ja zajmuje się domem i wychowuje dziecko, bo jestem z nim caly dzień w domu. Jestem na wychowawczym. Traktuję to jako hmm moją działke i prawie wszystko robie ja. Ale nie jest tez tak, ze on jest jakimś samcem Alfa. Pomagał mi od pierwszych dni małej. Znam facetów, którzy ani razu nie przewinęli swojego dziecka, nie byli z nim na spacerze. On nie z tych. Chodzi tylko o to, ze ostatnio (tzn przez ostatni rok, czy może dłużej) wszystko lub większość odbywa się jakby z przymusu, bo on cierpi. Wychodzimy z podziemi, na ktore dziecko się cieszyło, bo on ma atak paniki, na basenie chodzi skwaszony (ale zajmuje się małą).. ale już więcej nie chce tam jechać. Wyrzucam go prawie na dwór na plac zabaw pod wieczór, bo ja nie mam siły w ciągu dnia jak jest upał z moją ciążą i dolegliwościami, o których nie będę sie tu rozpisywać. On idzie niechętnie. Jakby nie czuje tego rodzicielskiego obowiązku, ze tak trzeba, bo dziecko tego potrzebuje zwyczajnie, wyszaleć się, wybiegać. Ja nie mam teraz siły po prostu na opiekę nad małą, ale jak jest dzień wolny, to on sam sie nie zbierze do kupy i nie wpadnie na to, że wyjdzie z małą na rower np. (bo przecież dziecko tego potrzebuje) I ja też do tej pory nie naciskałam za bardzo, bo starałam się rozumieć jego stan i dolegliwości, ale zdaje się, że mu nie pomagam, a jedynie pogrążam. Chyba powinnam w tej kwestii być stanowcza. Może powinnam go bardziej zaangażować go w opiekę nad małą. Bo jeśli się dobrze czuje to bawi sie z małą oczywiście, ale potrzeby wyjścia z nia z domu nie ma, bo nie lubi wychodzić. Dziecko jest w takim wieku i takie ma potrzeby, ze lubi fikac brykać i skakać, a my jak para emerytów. Ja - wiadomo, a on- oj nie, dzisiaj boli mnie brzuch, plecy, zle się czuję i co tam jeszcze.... Śmiac mi sie chciało bo ostatnio mała coś chciała z nim robić, on jęknął a ona: boli cie brzuch? - nie - bolą cie plecy? - nie. - no to co cię boli?!

Ale jest szansa. Jesteśmy na etapie powaznych rozmów i stwierdził ostatnio, ze zrobi dla nas wszytsko. Ze nie moze tego zniesc jak widzi jak inni faceci bawia się z dziecki na placu zabaw a on taki do niczego. Jest szansa, ze bez przymusu sie wszystko obejdzie. Może nie będzie łatwo, ale... do ugryzienia ;)
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
18 sie 2013, 00:31

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 26 gości

Przeskocz do