Ataki (jak wyglądają, jak sobie radzimy)

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

Re: Ataki (jak wyglądają, jak sobie radzimy)

przez martinibianco 14 lis 2009, 21:03
Ja właśnie jestem w trakcie ataku. Wzięło mnie nie spodziewanie i zupełnie nie wiem czemu akurat dziś i w tym momencie. Oddycham głęboko, mimo ściśniętej klatki piersiowej...staram sie przypomnieć co mówi mi Pani psycholog...Spokojnie, tylko spokojnie...leci sobie "mam talent", mój mąż coś tam robi w łazience, coś myje, zaraz sobie zrobię herbatkę...spokojnie, to tylko mój umysł. Ze strachu dostałam biegunki i miesiączki. Już mi lepiej. Zawsze gdy jestem w trakcie miesiaczki to ataki są silne. Pewnie przez hormony, burza w organiźmie, uderzenia gorąca i miękkie kończyny, zawroty głowy. Boże, to nieprawdopodobne jak mózg potrafi kierować ciałem. Będę żyć conajmniej do 90 lat i teraz w ogóle nie powinno mnie to obchodzic....matko, zaś panikuje...nic nie pomaga
Offline
Posty
3
Dołączył(a)
12 lis 2009, 01:06

Re: Ataki (jak wyglądają, jak sobie radzimy)

przez 1507 14 lis 2009, 21:07
martinibianco, może trzeba hormony zbadać i coś w tej sprawie poprawić
1507
Offline

Re: Ataki (jak wyglądają, jak sobie radzimy)

przez martinibianco 14 lis 2009, 21:23
a myślisz, że to przez hormony...ale chyba nie ataki są spowodowane gospodarką hormonalna?
Chociaż wolałabym myśleć, że mam popsute hormony a nie, że jestem stuknięta:((((
Już się trochę wyciszyłam...tylko spokój...
Offline
Posty
3
Dołączył(a)
12 lis 2009, 01:06

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Ataki (jak wyglądają, jak sobie radzimy)

przez Aredhel025 15 lis 2009, 01:34
bee84. Całkiem źle? Mi moja tendencja olewcza bardzo pomaga i dzięki niej wsiadłam do tego pieprzonego autobusu i szczęśliwie przejechałam całą drogę. Nie boję się śmierci i ten fakt mi bardzo pomaga również. Jednocześnie też zdaję sobie sprawę, że to tylko urojenia mojego mózgu i to też pomaga. Przez leki umrę 20 lat wcześniej bo wykańczają wątrobę jak cholera, więc i tak mi już nie zależy, przynajmniej kasę oszczędzę na jakieś tymczasowe zachcianki i mi sie humor poprawi. Pewnie powiecie- lepiej już żyć te 20 lat mniej bez lęku niż z nim. No sorry, ja uważam, że leki nie pomogą i tak bo jak ktoś sobie chce coś wmówić to i tak to sobie wmówi. Jakbym się przejmowałą byle sraczką w pksie to już bym dawno siedziała zamknięta w czterech ścianach w domu i nigdzie nie wychodziła bo wszytskiego się boję. Sram a ten strach, będę chodziłą gdzie mi sie podoba i najwyżej dostanę 50 ataków i serce mi wysiądzie. Leki są na krótką metę i jeśli chodzi o nerwicę to nie dają pożądanych skutków. Też się zastanawiałam nad leczeniem farmakologicznym i czytałam o tym dużo. Wiele lekarzy nie zaleca. bo umysł ludzki jest w stanie sam to przezwyciężyć skoro sam to tworzy, zalecane są psychoterapie i własne samozaparcie ewentualnie jakieś doraźne leki uspakajające. Jak ty masz ochotę za każdym razem histeryzować z powodu ataków i siedzieć w klatce razem z lekami to prosze. Ja nie zamierzam. Pójdę gdzie mi się podoba a jak sama temu nei podołam to znaczy, ze jestem słaba i w dalszym życiu też sobie nie poradzę. Wiesz myślę, że w takich przpadkach warto zostać wolontariuszem w hospicjum lub coś takiego i zobaczyć jak ludzie chorują naprawdę i to już nie są niestety wytwory umysłu tylko realność.
Offline
Posty
15
Dołączył(a)
11 lis 2009, 01:34

Re: Ataki (jak wyglądają, jak sobie radzimy)

Avatar użytkownika
przez Victorek 15 lis 2009, 03:21
Aredhel025, masz rację, bardzo dobrze jeżeli pomaga ci taktyka olewania lęków, i leków nie potrzebujesz, bo twoje własne nastawienie wystarcza.
Żywa złość na chorobę i samozaparcie w tym względzie może zdziałać bardzo bardzo wiele.
Tylko nie wiem po co w tym złość do innych chorych....nazywanie kogoś histerykiem mija się czasem o kilometry z prawdą, piszesz, że jak ktos wie, iż gdzie wychodzi i już się przygotowuje na atak to już histeria nie lęki, a guzik prawda. Lęki chorobowe czyli nerwicowe tak równiez działają, taki jest mechanizm.
Ja na przykład nie mógłbym być wolontariuszem w hospicjum, mnie samo patrzenie na czyjeś cierpienie wprowadza w silne lęki, naprowadza na myśli o życiu, śmierci co daje dodatkowy strach, panikę. Nerwica ma różne oblicza.
I faktycznie jest ona jedną wielką symulantką, ale tez jak najbardziej realną chorobą emocji, którą trzeba leczyć często różnymi sposobami.
Jak by ktoś chciał pogadać, szczególnie o depersonalizacji jestem na GG
Możesz wcisnąć świnię we frak ale nie powstrzymasz chrumkania :)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1137
Dołączył(a)
10 wrz 2008, 13:31
Lokalizacja
Łódź

Re: Ataki (jak wyglądają, jak sobie radzimy)

Avatar użytkownika
przez bee84 15 lis 2009, 14:48
Aredhel025 ... chyba mnie nie zrozumiałaś ... ja uważam, że Twoje podejście jest jak najbardziej słuszne i godne podziwu ... ale nie wiem jak to się ma do przypadków, w których nie da się wszystkiego olać
... co do histeryzowania ... Victorek ma racje ... właśnie na tym ... i głównie na tym :!: polega nerwica ...
Ja gdybym popracowała dzień w hospicjum np. z chorymi na raka ... to szkoda gadać heh

..... i dziwi mnie, że uważasz, że chorzy na nerwice nie zdają sobie sprawy z tego, że inni cierpią na poważniejsze choroby i realnie umierają ............. wierz mi, że doskonale wiem, że można REALNIE umierać i cierpieć ... i m.in. właśnie dlatego popadłam w hipochondryczną nerwice

[Dodane po edycji:]

p.s. ...... poza tym nie napisałam, że "jest z Tobą całkiem źle" ... tylko "całkiem NIEźle" heh ;)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
442
Dołączył(a)
30 maja 2008, 10:36
Lokalizacja
gdańsk

Re: Ataki (jak wyglądają, jak sobie radzimy)

przez Aredhel025 15 lis 2009, 19:05
Bardzo was przepraszam jeśli kogoś uraziłam moim dobitnym gadaniem lub nie zrozumiałam tak jak w przypadku tego" nieżle". Ja sama czasem mam ataki i wiem, że nawte jak ma się tysiące strategii to nei zawsze zadziałają i po prostu przychodzą. Jednak te strategie często pomagają w szybkim opanowaniu paniki i uspokojeniu się. J staram się analizować moją psychikę i powody tego wszytskiego i raczej doszłam co to powoduje i naprawdę jest tego bardzo wiele nie tylko jedna rzecz. Poza tym zauważyłąm, ze zanim nie myślałam o nerwicy i zdarzyły mi się może ze dwa góra trzy ataki to łąpały mnie one tylko wtedy jak czegoś najpierw się bałam a potem jakby mi to nei mogło przejść. Tak samo było ostatnio u kuzyna, miałąm jakiś koszmar obudziłam się i teoretycznie powinnam już się nei bać a atwdy włąśnie się zaczęło. Na szczęście opanowałam to ale z kolei po tym incydencie zaczęłam się doszukiwać u siebie chorób i doszłam właśnie do nerwicy( chyba tej hipochondrii też się jecsz enei pozbyłąm w 100%) i teraz cąły czas pomimo wsyztsko o tym myślę i nie daje mi to spokoju. Włąśnie dlatego uwazam, że to wytwór mojej wyobraźni i staram się już w zalążku to pokonać. Nie wiem jak będzie dalej. Zobaczymy. Pozdrawiam
Offline
Posty
15
Dołączył(a)
11 lis 2009, 01:34

Re: Ataki (jak wyglądają, jak sobie radzimy)

przez asiulek 16 lis 2009, 08:59
Ehh ja też sie staram walczyć i różnie mi to wychodzi...wiem jednak że trzeba jakoś sie przezwyciężyć i mimo wszystko wychodzić z domu,przebywać z innymi ludżmi.Ja np wczoraj czułam sie dobrze a dziś rano już jestem zdenerwowana i czuje żołądek,a czekają mnie praktyki i zajęcia na uczelni ;(
Offline
Posty
6
Dołączył(a)
11 lis 2009, 15:08

Re: Ataki (jak wyglądają, jak sobie radzimy)

przez 1507 16 lis 2009, 23:21
KasiaMi11, ja brałem seroxat kiedyś i bardzo mnie spinał, napady lęku, paniki ustąpiły, serduch i cisnienie zwolniły, ale pojawił się lęk ciągły i stale chciało mi sie płakać, po przesiadce na paxtin z lękami było już lepiej, ale miałem duże zmiany nastrojów w ciągu dnia, lekarz stwierdził na tej podstawie osobowość dubiegunową :), ale diagnozę maiłem nerwica lękowa, po dołożeniu convulexu było ciut lepiej. Po odstawieniu leków miałem silny atak myśli natrętnych że coś komuś zrobię, napady złości, lęku, depresyjne stany, po wejściu w luxete z niezłymi jazdami, ustabilizowałem się ale dostałem schizy na punkcie religii i zwierząt. Po 1,5 zażywaniu luxety zgodnie z lekarzem doszlismy do wniosku że lek na mnie nie działa i odstawiłem. Wspomniane schizy dziwnie się wyciszyły, i prawie wogóle mi nie dokuczają, znów naszły mnie zmiany nastrojów ale nie tak gwałtowne, łagodniejsze, po zażywaniu omega 3 stany depresyjne niemal zniknęły, znów się ustabilizowałem. Miewam lekkie dd, lekkie lęki oraz inne dziwne jazdki typu deja vu i zbliżone. Jak narazie funkcjonuję bez leków, jadę na suplementach i jestem w dobrym kontakcie z psychologiem. Pracuję, chodze na siłkę mam rodzinę, hobby jakieś tam i zmagam się z tym co mi dolega. Reasumując: biorąc leki czułem się tak samo jak ich nie brałem (po ustąpieniu napadów lęku), mogę smiało powiedzieć że mogę żyć bez lekarstw przeciwdepresyjnych póki co i mam nadzieję że tak zostanie. Mogę również stwierdzić że bez lekó jest mi chyba psychicznie lepiej. Nadal mam tylko obawy przed psychozą ale jak mi pani psycholog powiedziała statystycznie jestem już po za. Co będzie czas pokaże, oby na plus
1507
Offline

Re: Ataki (jak wyglądają, jak sobie radzimy)

Avatar użytkownika
przez KasiaMi11 17 lis 2009, 09:35
Ale widzisz mi po odstawieniu leku wróciły silne dolegliwości somatyczne,jazdy z sercem były najgorsze.

Jakie serce taki lęk...
Avatar użytkownika
Offline
Posty
174
Dołączył(a)
11 wrz 2008, 13:13
Lokalizacja
Lublin

Re: Ataki (jak wyglądają, jak sobie radzimy)

przez wandziula 17 lis 2009, 21:44
Chyba bym musiała pół nocy siedzieć, żeby napisać jak wyglądają i jak sobie z nimi radzę :)
Ok, zacznę od tego, że czasami sobie nie radzę :) ale w 80% daję radę, nauczyłam się tego na terapii, trochę sama, trochę z pomocą różnych forumowiczów.

Najpierw były ataki sercowe, tachykardie. Zaczełam sobie radzić głębokim oddychaniem albo łagodnymi środkami ziołowymi. Niestety doprowadziły po 2 latach do zaburzęń rytmu serca ale to osobna bajka.

Były zawroty głowy i to takie, że chodziłam trzymając się ścian :D
Były duszności, bóle w klacie, drętwienia, mrowienia itd cała gama, full opcja :) Najlepiej nie czytać, nie nakręcać się, iść pobiegać (serio, serio), pograć w coś, zadzwonić do kogoś.
A gdy łapie prawdziwy lęk najlepiej otworzyć buzię i wydać z siebie dźwięk, jak nie ma słuchacza, to można rozmawiać z kotem na przykład i się tego nie bać, po prostu rozmowa powoduje rozluźnienie mięśni sztywnych podczas napadu lękowego.

Najgorsze są dla mnie ataki paniki. Zdarzyły się parę razy, później był lęk przed lękiem, no jednym słowem klasyka i niczym was nie zaskoczę :)

Pierwsza panika w pociągu i dałam radę, chociaż mdlałam, pot ze mnie leciał, umierałam - wiecie ;) ale powiedziałam sobie, że to bankowo nerw i odpuściło.

Najgorsze dwa miałam w pracy, gdy byłam sama w dziale i stwierdzałam w środku dnia, że jak mi się cos stanie, to mnie znajdą na 2 dzień dopiero no i to powodowało jazdę na maksa. Nie do opanowania, a później 2-3dniowe zmęczenie "po". Najlepsze jest to, że w trakcie wiedziałam oczywiście, że to panika ale była nie do przerwania wtedy.
Miałam też niezłą jazdę w korku jako pasażer, myślałam że autentycznie dostanę fioła. Wyciągnęłam tel i zaczęłam przepisywać kontakty, cyferki.. po mniej więcej 4 minutach zaczęlam się śmiać, że nerwicę tak łatwo oszukać :)

Mam lepsze i gorsze tygodnie, mam lepsze i gorsze dni. Wiem mniej więcej co powoduje lęk, wiem jak go mniej więcej opanować. Jak prowadzę i łapie, to palę (chociaż to się musi skończyć natychmiast ze względu na serducho), albo słucham muzyki, albo do kogoś dzwonię. Najważniejsze to uświadomić sobie i czesto powtarzac, ze w sytuacjach "bez wyjscia", które powodują lęki czyli korkach, kolejkach itd.. , to warto wiedziec, ze zawsze można się zatrzymać na boku, wyjść z kolejki, olać, położyć się nawet i pooddychać. Nic się nie stanie, nie umrze się od ataku paniki, nikomu nie zrobimy krzywdy. Trzeba się uspokoić, wyrównać oddech.

Nasze mózgi są mega!
Musimy tylko się nauczyć je wykorzystywać tak, żeby było nam dobrze, a nie źle i z czasem to się każdemu uda :)
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
17 lis 2009, 21:13

Re: Ataki (jak wyglądają, jak sobie radzimy)

Avatar użytkownika
przez KasiaMi11 18 lis 2009, 21:25
Wandziula dobrze to napisałaś. ;)

Jakie serce taki lęk...
Avatar użytkownika
Offline
Posty
174
Dołączył(a)
11 wrz 2008, 13:13
Lokalizacja
Lublin

Re: Ataki (jak wyglądają, jak sobie radzimy)

Avatar użytkownika
przez kimjesteś 18 lis 2009, 23:53
U mnie najgorsze są duszności i ból w klatce...a jak już zacznę się nakrecać,to koniec.....
Jak już jest tragicznie,ratuję się Xanaxem,ale to konczy się resztą dnia w łóżku...biaganie...ZDECYDOWANIE TAK!!!
Biegam,biegam,,,sport to zdrowie podobno i naprawdę pomaga,ale nie radzę w trakcie ataku czy po ,raczej zapobiegawczo :)
Zawsze boję się zawału serca,ale jescze żyję :)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
48
Dołączył(a)
13 lis 2009, 00:33

Re: Ataki (jak wyglądają, jak sobie radzimy)

przez Aredhel025 19 lis 2009, 12:36
Może zrobię teraz lekii off topic ale szukałam tematu o znaczeniu snów i ich wpływie na nerwice tylko nie mogę znaleźć i nie pamiętam czy był taki osobny czy w ktorymś z innych tematów poruszono ten aspekt. W każdym razie już od jakiegoś czasu natrętnie śni mi się moja koleżanka. Przez 6 lat byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Ona jak i ja zawsze miałyśmy jakieś kompleksy dotyczące wyglądu. Różniłyśmy się pod względem fizycznym, ale to nie było oczywiście żadną przeszkodą. Ona jednak często mi wypominała jak ja to mam do bani, że tak wyglądam a nie inaczej, że nie znajdę sobie faceta itd( byłam wysoka i chuda). Pomimo to super się dogadywałyśmy. Potem w nastęopnych latach wyrobiłyśmy się sporo i temat wyglądu nie był już przytłączajacy. Potem ona zaczęła wypominać mi cechy charakteru, uwazała, że ona jets super fajna a ze mną zawsze coś było nie tak. Widać było jak cholera, że ona to swoje 'fajne' zachowanie wymusza i podlizuje się do każdego. Okropnie mnei to denerwowało no ale nadal byłyśmy przyjaciółkami. Potem było jszcze gorzej, normalnie nie do zniesienia, chwaliła się cyzm popadnie swoją rzekomą inteligencją itd. dosżło do tego, że potrafiła mnie zwyczajnie upokarzać. W końcu ona wyjechała. Mam z nia straszne złe wspomnienia i już się nie zadajemy wcale. Teraz już żadnej z nas nei zależy. Odżyłam z jednej strony. Tylko, że teraz cały czas mi się ona śni, że idzie ulicą a ja uciekam, żeby się z nia nei psotkać, albo jak mi wypomina moje wady, moje cehcy charakteru. I to już nie raz nie dwa, ostatnio śniłą mi się 4 dni pod rząd i pomimo, że się wysypiam to budzę się przytłoczona jak po jakiejś wielkiej kłótni. Jeśli tak dalej będzie to dłużej tego nie wytrzymam i pójdę do psychologa. Sen to jedna z moich ulubionych ' czynności życiowych' bo się mogę uspokoić , oderwać od świata i myśleć o czymś innym a tutaj takie natręctwa. Budzę się i czuję jakbym była jakąś kosmitką nienadającą się do życia. Jak myślicie czy ten sen może coś znaczyć lub mnieć wpływ na cokolwiek?
Offline
Posty
15
Dołączył(a)
11 lis 2009, 01:34

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 18 gości

Przeskocz do