Czy to nerwica?

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

Czy to nerwica?

przez ellisabeth 29 sty 2013, 21:29
Witam,

jestem tutaj nowa, a zdecydowałam się zarejestrować ze względu na to, że nie wiem już jak sobie radzić z problemem.
zacznijmy od tego, że żyję w bardzo dużej rodzinie, z czego znam tylko swoich rodziców i dziadków z jednej strony. Co z resztą? Rodzice i siedmioro rodzeństwa mojego taty wyrzekło się go, gdy ożenił się z moją mamą i nawet nie przyszli na mój chrzest. Rodzina mamy? Skłócona. Nie znam nikogo. Bardzo boli mnie to, że nie mogę poznać nawet swojej babci, która gdzieś tam sobie żyje... Cóż, ostatnimi czasy dowiedziałam się o nich bardzo wiele. Na przykład o tym jak mój tata był "torturowany". Ojciec wbijał mu widły w ręce, bił, wyzywał... mama także była zastraszana przez swojego ojca, widziała jak groził mojej babci, a swojej żonie, nożem.

ale jest to chyba jeden z mniejszych problemów, jakie mnie w życiu spotkały. Tata pochodzi z pijackiej rodziny. Mimo tego, że nie pije, to to wszystko bardzo rzuciło mu się na psychikę. Od jakichś 7 lat jestem bita, wrzucana do wanny z lodowatą wodą kilka razy. Ciągle słyszę tylko krytykę z jego strony, to że mi nie ufa, że nie wolno mi wierzyć, że niczego w życiu nie osiągnę, nigdy nie stanę się wartościową osobą. Strasznie boli mnie to, że nie ważne, z czym do niego przyjdę, to zawsze w zamian otrzymuję awanturę i wypominanie mi tego, jaką jestem dziwką... mam chłopaka, który mieszka 400km ode mnie. Mój ojciec kompletnie go nie akceptuje. Potrafi codziennie wypominać mi każdy moment z naszego życia, to jakim jest gówniarzem, debilem, że ma nadzieję, że szybko zerwiemy. Ostatnio zaczął kontrolować mnie, sprawdzać moje smsy, moje rozmowy, chce blokować mi komputer. Mamę traktuję także niezbyt dobrze. Ona jest po studiach, on ledwo po zawodówce. Pisze za niego każde pismo, chodzi do lekarzy za niego, po prostu żyje za niego. A on i tak ją poniża i zachowuje się jak się zachowuje. Nie mam siły na to patrzeć. Kiedys był dla mnie bohaterem, był najlepszym ojcem, jakiego dziecko mogło sobie wyobrazić. Chciałam, by mój mąż był taki sam jak on. Nigdy więcej nie pomyślę o nim w ten sam sposób, jak kiedyś. Jakby jeszcze dodać do tego to, że potrafił się masturbować leżąc ze mną w łóżku... do dziś dnia nie potrafię normalnie go dotknąć. Czuję obrzydzenie.

Mam bardzo duże skrzywienie kręgosłupa - 55 i 45 stopni. Miałam przez to zepsute dzieciństwo - nigdy nie mogłam wychodzić na dwór, ciągle po lekarzach, ćwiczenia, groźby operacji... bardzo zepsuło mi to samoocenę. Nie potrafię cieszyć się z własnego wyglądu. Od dziecka słuchałam jaka to ja jestem okropna. Babcia nie raz mówiła mi, że przez kręgosłup nikogo nie znajdę, będę samotna, czeka mnie "gówniane życie". Kiedyś jej w to wierzyłam. Nie wiedziałam, że mogę być pokochana.

I to, co zwaliło mi chyba najbardziej życie. W wieku 11 lat byłam molestowana seksualnie przez długi czas. Przez wiele lat nie mogłam sobie z tym poradzić, bałam się nawet chodzić do lekarzy - mężczyzn. Nie mówiłam o tym nikomu, zamykałam się w sobie i płakałam po nocach, odizolowałam się od ludzi.

Ogólnie mam dość poważną nerwicę, przez co parę razy już trafiłam do szpitala z atakami serca, omdleniami, które zdarzają się dostatnio dość często, bądź a'la zapalenie wyrostka robaczkowego. Nie mam miesiączki przez nerwy, siada mi serce, ciągle krwawię z nosa. W końcu zdecydowałam się pójść do psychologa. Oczywiście mój tata z niego zrezygnował, "bo to idiotka"

Mam też jedną, prawdziwą przyjaciółkę, dzięki której nadal tu jestem. To ona pomagała i pomaga mi przejść przez najtrudniejsze momenty mojego życia. Kiedy jeszcze nie znałam swojego chłopaka, to ona trwała przy mnie, mimo moich wahających się humorów, mimo problemów, mimo wszystkiego, mimo że olewałam ją, bo uważałam, że sama mam największy problem. Jest przy mnie nadal, zrobiłam jej wiele złego, ale ona wciąż mi pomaga i zawdzięczam jej, można powiedzieć, całe życie. Gdyby nie ona, to pewnie moje myśli samobójcze stałyby się prawdą, a nie tylko marzeniami w głowie. Kocham ją jak siostrę i chcę być przy niej nawet w najtrudniejszych momentach.

Borykałam się z niską samooceną, molestowaniem, próbami samobójczymi... jednak od półtora roku jest mi lepiej. Jest mi lepiej, od kiedy poznałam swojego chłopaka. Dzięki niemu zauważyłam, że mam po co żyć, że jestem wartościową, mądrą i piękną kobietą, że nie ma co się tak przejmować. Kocham go, on mnie i ja o tym wiem. Podobam mu się taka, jaka jestem. Zawsze o mnie dba, szanuje, martwi się, rozmawia... jest takim moim prywatnym psychologiem. Jednak dzieli nas 400km i 3 lata, nim zamieszkamy już razem. Ale wiem, że to przetrwa. Kochamy się, mam wrażenie, że to jest właśnie ten. Jednak mimo tego, że jest mi lepiej dzięki niemu, to nadal potrzebuję pomocy psychologa, bo jest to dla mnie zbyt ciężkie. Całe moje życie opiera się na braku zaufania rodziców, ciągłych wizytach w szpitalu z powodu nerwicy i padających kolejnych narządów, czy stawów, bądź związanego z kręgosłupem.

To właśnie dzięki tym ludziom, jak i dzięki swojej mamie, które pomaga mi i jest jak najbardziej po mojej stronie, wygrzebałam się z tego najgorszego stanu.
Od roku nie mam myśli samobójczych, ale to nie zmienia faktu, że nadal jest ze mną źle... biorę tabletki uspokajające, ale one za wiele nie zmieniają.
Przez długi czas miałam spokój. Teraz zaczęło to znowu do mnie wracać. Czemu? Nie wiem.

Aa, no tak. I jeden, bardzo ważny szczegół. Rok temu zaczęłam popadać w anoreksję. Nie mogłam patrzeć na swoje ciało, jedyną rzeczą, nad którą mogłam zapanować w życiu, było właśnie jedzenie. Powiedziałam sobie "nie zjem", to tego nie zrobiłam. Nie było tak, jak z rodzicami. Kiedy oni coś chcieli, ja to robiłam. W sumie, kiedy się z tego wyleczyłam, zaczęłam się obżerać. Potem znowu moment anoreksji. Było dobrze. Ale mam wrażenie, że znów patrzę na swoje ciało tak, jak na "gruby pasztet". Gdy jestem z moim chłopakiem jest mi lepiej. Ale przez odległość niestety widzimy się rzadko. A mój stan na nowo się pogarsza. Chciałabym jeszcze dodać, że borykam się z natręctwem myśli. Wymyślam sobie jakieś bzdury, trzymam się ich, a potem jest co jest...

Chaotyczna wypowiedź... ale nie potrafię chyba inaczej tego zebrać w słowa.
Niektórzy mogą powiedzieć, że to depresja. Ale objawy somatyczne oraz inne, wszystko, nawet lekarze mówią, że to jest zwykła nerwica. A ja nie umiem sobie z nią kompletnie radzić. Mam momenty, kiedy jest gorzej, kiedy jest lepiej... czy to minie?
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
29 sty 2013, 20:59

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Pholler i 23 gości

Przeskocz do