Moja historia. Ciekawe, czy mam jakieś szanse...

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

Moja historia. Ciekawe, czy mam jakieś szanse...

przez Keji 01 sie 2012, 04:08
Żeby nie zrobić eseju, postaram się streszczać, bo w rzeczywistości jak się rozpiszę, to mogłabym Sienkiewicza przebić.

"Zaplecze" rodzinne
Ze strony matki powtarzający się schemat: Facet, brutal i alkoholik, współuzależniona kobieta Matka Polka, niezaradna, niesamodzielna, nie mówiąca o swoich emocjach, bojąca zmian, poświęcająca na ołtarzu rodzinnym, zarobiona i zalatana. Moja mamuśka akurat zamieniła alkoholika na nerwicowca i buca. Względem mnie nadopiekuńcza, potrafiąca wywrzeć ogromne poczucie winy, o moich problemach wie, ale to temat tabu i raz się tylko dowiedziałam, że skoro ona przeżyła swoje piekło, to ja nie mam tak źle i też jakoś muszę. Kocha mnie i chciałaby pomóc, ale nie potrafi we właściwy sposób, po prostu.
Ze strony ojca również słabe, zgnębione kobiety i faceci pozbawieni dla nich szacunku, nerwicowcy, bądź również alkoholicy. Problemy psychiczne nie istnieją, zawsze dowiadywałam się, że to wszystko "tylko moje nerwy" i zawsze byłam tą dziwną, co stwarza wszelkie niemiłe kwestie. Bo co, mi, ośmiolatce mogło przeszkadzać, że brat ojca mieszkający w tych samych murach biega z siekierą w jakimś schizofrenicznym ataku i nie mogę wyjść na dwór i policja przyjeżdża, a ja się boję? Głupia jestem. A problemów mieć nie mam prawa, bo mnie nie bili. Ojciec potrafił mi w wieku 4 lat powtarzać, że ludzie są porąbani i nie wolno im ufać, łazi bez celu, awanturujemy się, zrzuca całe swoje nieszczęścia na brak luksusów, a jak go weźmie, to zawsze palnie coś, jak to fajnie by było się masowo zabić. Również poświęcony na ołtarzu tej niecnej instytucji, jaką rodzina jest, ja mam się odchować bezproblemowo, by wreszcie mógł zasięgnąć wolności i zacząć żyć. Ostatnio mam wrażenie, że nieustannie ze mnie kpi.

Przedszkole: Po incydencie z nagłymi wymiotami zaczęłam bać się, że to się powtórzy i miałam okropny stres przed wyjściem z domu, okrutnie denerwowałam się, będąc w przedszkolu czy idąc do znajomej. Byłam bardzo wyczulona na wszelkie oznaki złego samopoczucia.
Podstawówka: 5 lat. Już tutaj czułam się gorsza i okropnie odizolowana od innych. Przez cały okres trwania, a najbardziej przez pierwsze 3-4 lata byłam czarną owcą i ofiarą poważnych prześladowań, nagonek. Bardzo dużo przykrych wspomnień, naprawdę. Od tekstów, przezwisk, antyklubów, odtrącaniu, graniu na emocjach, ośmieszaniu publicznemu po dowiadywanie się od innych dzieci, że nie ma dla mnie miejsca na tym świecie. Nie czułam się dobrze w grupie, przez lęk przed wymiotowaniem nie byłam w stanie wytrzymać na obozach, koloniach, wszyscy brali mnie za przewrażliwionego mięczaka. Bałam się chodzić sama na spacery, gdy miałam gdzieś iść, niejednokrotnie zawracałam, lęki zaczynały szaleć.
W ostatnim roku wyjechałam za granicę, licząc, że sytuacja się poprawi. Był to rok największej izolacji od ludzi, jaką kiedykolwiek przeżyłam. Szybko załapałam język, nie posiadając żadnych "naszych" w zasięgu, a jednak rok szkolny był w 99% odliczaniem ze łzami w oczach tych dziesięciu miesięcy. Byłam tam "unikatem", czymś nowym. Rok samotności, bycia uważaną za analfabetkę, idiotkę, rok zastraszania na każdym kroku przez "bullies" do tego stopnia, iż nie mogłam znaleźć w całej placówce spokojnego miejsca. Dzień w dzień nagonki, okrzyki za mną, zdarzały się bijatyki, plucie. Byłam obok innych, ale za szybą. Dostałam opinię mruka, zahukanej dziewczynki. Uciekałam od ludzi, izolowałam się. Od rodziny słyszałam pretensje, że sama chciałam. Pojawiły się pierwsze napady paniki, epizody depresji, myśli samobójcze, lęki rozwinęły się.
Gimnazjum: Znowu "miało być lepiej". Wiadomo, jak to się kończy. Tu z kolei wzbudzałam zainteresowanie, bo przyjechałam zza granicy. Tymczasem emanowała już wtedy ze mnie taka nerwowość, słabość, że szybko podłapałam wrogów. Byłam jedyną dziewczyną, którą chłopaki ośmielili się uderzyć, kopnąć, etc. Nie, żebym nie oddawała. Byłam przedmiotem śmiechów, ja, brzydka (otyłość, trądzik, hirsutyzm), znerwicowana fajtłapa. Chyba na czole miałam napisane, że można mnie upodlić. Zaczęły się ataki lęków i depresja na bardzo, bardzo poważnie. Z trudem momentami wysiadywałam 45 minut w ławce. W drugiej klasie sama zaciągnęłam się do psychiatry. Rozpoczęły się moje długotrwałe i problematyczne kuracje hormonalne i nie tylko, fizycznie u mnie kiepsko. Generalnie nie było tak źle, rozwinął się bardzo mój syndrom walki zamiast ucieczki, ogromna chęć samodzielności i odwaga, do stawiania czoła lękom oraz stopniowe poznawanie siebie pod kątem psychologicznym. Bardzo samotna jednak walka, bo bez wsparcia z zewnątrz.
Liceum: Pierwszy rok za mną i muszę przyznać, że był trudny. Starałam się za wszelką cenę "pokazać jaja", żeby ludzie nie weszli mi już na głowę, mogę sobie pozostać outsiderką, a co tam. Nie wyszło zbytnio, a jednak nie tak źle jak w poprzedniej szkole. Okazało się, że w niektórych rzeczach jestem bardzo dobra, pojawiły się liczne wyróżnienia, gratyfikacje, byłam bardzo sfrustrowana, gdy okazało się, że nerwica uniemożliwia mi zaprezentowanie swojej wiedzy np. na olimpiadzie ustnej, a choć piszę jedne z najlepszych tekstów w całej szkole, nie jestem w stanie nawet przeczytać ich na głos i jest to powodem ciągłych sporów, przez napady paniki nawet w trakcie mówienia czy referowania bądź właśnie czytania wiele tracę. Staram się za wszelką cenę mieć w dupie opinię innych, nie zgrywać ofiary losu, nie dać się stłamsić choćby nie wiem co, skutkiem ubocznym jest wzmożona agresywność, kłótliwość, ciężko ogarnąć moją osobę. Wciąż jestem mistrzynią gaf i "przypałów" ;) Przez wiele miesięcy kontynuowałam terapię środkiem wyniszczającym organizm, która wciąż trwa i jest to kolejny powód, dla którego ten rok nie był łatwy, musiałam bowiem funkcjonować z całym tym osłabieniem, zapaleniami, mdłościami, zwiększonymi lękami i agresją itp. Wszystko po to, by mieć normalną skórę. Odbijają mi się także teraz lata brania leków hormonalnych, sterydów i innego dziadostwa, które okazało się zbędne.Przede mną teoretycznie jeszcze dwa lata.

Skończyłam na tym etapie, że "uzależniona" jestem od autoanalizy, lęk towarzyszy mi w każdej minucie życia, natomiast napięcia, ataki paniki, złe samopoczucie, koszmary senne oraz epizody deprechy to czysta codzienność. Nie stąpam twardo po ziemi, choć z nosem w podręcznikach psychologicznych staram się "wyjść na ludzi". Nie potrafię ufać innym i zawiązywać z nimi głębszych relacji. No i tak jakoś leci... ;) Mój stan oczywiście w telegraficznym skrócie. Szacun, jeśli ktoś przeczytał całość. Z pozoru moje życie to przykład beznadziejności, bezcelowości oraz nudy. To, co dzieje się w głowie, wynagradza mi każdą bezproduktywną chwilę...
Keji
Offline

Moja historia. Ciekawe, czy mam jakieś szanse...

przez nomorewords43 03 sie 2012, 18:19
Keji napisał(a):Żeby nie zrobić eseju, postaram się streszczać, bo w rzeczywistości jak się rozpiszę, to mogłabym Sienkiewicza przebić./.../
Skończyłam na tym etapie, że "uzależniona" jestem od autoanalizy, lęk towarzyszy mi w każdej minucie życia, natomiast napięcia, ataki paniki, złe samopoczucie, koszmary senne oraz epizody deprechy to czysta codzienność. Nie stąpam twardo po ziemi, choć z nosem w podręcznikach psychologicznych staram się "wyjść na ludzi". Nie potrafię ufać innym i zawiązywać z nimi głębszych relacji. No i tak jakoś leci... ;) Mój stan oczywiście w telegraficznym skrócie. Szacun, jeśli ktoś przeczytał całość. Z pozoru moje życie to przykład beznadziejności, bezcelowości oraz nudy. To, co dzieje się w głowie, wynagradza mi każdą bezproduktywną chwilę...


Lubię przeintektualizowane pacjentki.Szczerze lubię.
Ale lubię odpowiadać na zadane pytania, a jedyne pytanie w Twoim poście to tytułowe:
"czy mam jakieś szanse...?"
A zatem Keji moje pytanie brzmi - na co konkretnie chcesz "mieć szansę"?
1. Na zaufanie innym i nawiązanie bliższych relacji z innymi?
Oczywiście, że tak, ale, żeby ułatwić.. jak śpiewa Dolores z The Cranberries:
"Don't analyse, don't analyse - that would paralyse your evolution".
2. Na wyjście z depresji... także masz wielkie szanse..
I napady lękowe skończą się....
Zmień obecnego terapeutę na terapeutę z innego nurtu,
gdyż statystyczna skuteczność psychoanalizy wynosi 0%. :D
-mam nadzieję, że pomogłem - nomorewords43
nomorewords43
Offline

Moja historia. Ciekawe, czy mam jakieś szanse...

przez Keji 04 sie 2012, 00:41
Lubię przeintektualizowane pacjentki.Szczerze lubię.

Czemu przeintelektualizowane? Bo styl pisania czy fakt, że interesuję się tym, co się ze mną dzieje?

A zatem Keji moje pytanie brzmi - na co konkretnie chcesz "mieć szansę"?

Na przestanie być niczym więcej jak rąbniętą neurotyczką. Jeśli nie zrobię porządku w głowie, to na co mi te relacje z innymi, skoro nie potrafię się nimi cieszyć?

Zmień obecnego terapeutę na terapeutę z innego nurtu,

Np? Od dwóch lat nie byłam u żadnego, bowiem moje miasto nie zawiera i z racji, że staruszkowie nie chcą już ani moich wydziwień słuchać, ani mnie transportować, ani podpisywać zgód, czekam do osiemnastki. Rok. Aktualnie nawet nie byłoby mnie stać na dojazdy, na same moje leki "fizyczne" poszło w przeciągu ostatnich 9 miesięcy koło 4,5 tysiąca.
Keji
Offline

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Moja historia. Ciekawe, czy mam jakieś szanse...

przez Seraphim 04 sie 2012, 00:42
o ciekawy temat :papa:
Offline
Posty
117
Dołączył(a)
04 maja 2012, 08:26
Lokalizacja
tu i tam

Moja historia. Ciekawe, czy mam jakieś szanse...

Avatar użytkownika
przez Kalebx3 04 sie 2012, 01:19
na same moje leki "fizyczne" poszło w przeciągu ostatnich 9 miesięcy koło 4,5 tysiąca.

To coś Ty brał ,że tak dużo?
>>> Jesteśmy żebrakami żyjącymi na koszt Boga >>>
Avatar użytkownika
Offline
Posty
9003
Dołączył(a)
26 cze 2011, 00:09
Lokalizacja
człowiek śmiertelny i grzeszny

Moja historia. Ciekawe, czy mam jakieś szanse...

przez nomorewords43 04 sie 2012, 10:42
Na przestanie być niczym więcej jak rąbniętą neurotyczką.


Rozumiem, że Twoje pytanie brzmi czy możesz przestać być rąbniętą neurotyczką...
Ależ tak. Jak najbardziej tak.

Jeśli nie zrobię porządku w głowie, to na co mi te relacje z innymi, skoro nie potrafię się nimi cieszyć?


Zgoda pytanie brzmi zatem: czy da się zrobić porządek w głowie bez pomocy psychoterapeuty?
TAK. Oczywiście. Tym się właśnie zajmuję, bo nie byłem u terapeuty od 5 (?) lat.
Uprzedzając pytanie : JAK?
Dla każdego odpowiedź na to pytanie jest inna.
Ponieważ jestem z natury miły, więc dam wskazówkę:
W filmie "Matrix" Neo ma wybór między niebieską a czerwoną pigułką.
Niebieska to status quo, czerwona to bolesna prawda.
Każdą decyzją / lub jej zaniechaniem wybieramy niebieską lub czerwoną pigułkę, prawda?
Każdego dnia masz szansę, by wybrać czerwoną pigułkę.
-pozdrawiam - nomorewords43
nomorewords43
Offline

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Baidu [Spider] i 5 gości

Przeskocz do