Nie radzę sobie - 12 lat od diagnozy, pomóżcie :(

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

Nie radzę sobie - 12 lat od diagnozy, pomóżcie :(

przez sama-ania 27 lip 2012, 19:48
Dzień dobry, bardzo proszę o jakieś wsparcie. :(

Nerwicę lękową zdiagnozowano u mnie prawie 12 lat temu. Można powiedzieć, że do tego czasu wiodłam normalne życie (wtedy) nastolatki. Lekarz powiedział, że przyczyną mogły być traumatyczne przeżycia w dzieciństwie. Tych było bardzo dużo: widziałam powolne odchodzenie mojego dziadka, potem ciężką chorobę ojca i różne negatywne tego skutki. Zawsze byłam bardzo wrażliwym dzieckiem, dobrze się uczyłam, co było przyczyną wytykania mnie palcami, jako kujona, a ja po prostu lubiłam się uczyć. Szkoła średnia to był błąd. Czułam się zaszczuta i nierozumiana, a z drugiej strony pozwoliła mi rozwinąć skrzydła. W ostatniej klasie liceum dostałam silnych objawów na tle chorobowym (nerki). Choroba była nierozpoznana przez 3 miesiące, byłam błędnie diagnozowana, w końcu dostałam zapaści i ledwie mnie odratowano. Po tym wydarzeniu po raz pierwszy ujawniła się nerwica. Wszystko przestało mnie cieszyć, zamknęłam się w domu, bałam się zostać sama, wyjść do ludzi, w nocy się dusiłam, myślałam, że naprawdę umrę. Lęk przed kolejną chorobą był straszny. Nerwica lękowa spowodowała zmiany w moim widzeniu, wzrok mi się rozdwaja - byłam u wielu okulistów, neurologów, miałam EEG i TK. Wszystko w normie. Lekarze mówią, że wzrok pogorszył mi się na skutek złego przepływu krwi i zalecają leki jak po udarach mózgu (nie wiem, czy regulamin forum dopuszcza konkretne nazwy, więc nie wymieniam). Brałam jakiś czas, ale nie pomogło.

Trafiłam na dobrego specjalistę, rozpoczęłam pracę nad sobą. Przez kilka lat było dobrze, chociaż zdarzały mi się epizodyczne napady paniki. Jednak potrafiłam się uśmiechać, być szczęśliwą, nie myśleć o chorobach. Po urodzeniu dziecka wpadłam w depresję poporodową. Czułam się zagubiona. Były chwile szczęścia, ale tylko krótkie. Z pomocą tego samego lekarza wyszłam na prostą. Zaczęłam o siebie dbać, zajmować się dzieckiem, pracuję, mieszkam z mężem i... znowu jest bardzo źle.
Dziecko jest już w wieku przedszkolnym. Długi czas nie mogłam się uwolnić od lęku o jego zdrowie. Jakoś udało mi się to opanować, nie panikuję już przy zwykłym katarze itp. Ale czuję, że żyję w ciągłym napięciu. Zasypiając boję się, że umrę i nie doczekam, aż on urośnie. Ciągle jestem zmęczona, chociaż przesypiam noce, nic mnie nie cieszy, czuję się złą matką, bo boję się sama iść z nim na spacer (jest bardzo żywym dzieckiem), bo mam wizję wypadku.

Zadręczam sama siebie tak, że nie mogę powoli normalnie funkcjonować. Dzisiaj znalazłam to forum, czytałam i zalewałam się łzami, bo jakbym czytała o sobie. Ciągle mam nerwobóle, ale już je chyba oswoiłam po tylu latach. Ze wzrokiem też już się przyzwyczaiłam, bo co innego mogę zrobić? Zauważyłam, że jak już raz na kilka miesięcy uda mi się bardzo odstresować i jestem szczęśliwa, to też widzę bardzo dobrze i podwójne widzenie zanika.

Przez ciągłą apatię i brak chęci do życia cierpi moje małżeństwo. Znamy się długo, mąż wspierał mnie w chorobie, ale widzę, że dalej już nie będzie. Powiedział, że i tak nic to nie daje, że może powinnam zamieszkać w szpitalu. Najgorsza jest jednak hipochondria. Dotyczy ona przede wszystkim skóry. Ciągle wmawiam sobie czerniaka. Badałam się u dermatologa. Jesienią zeszłego roku kazała przyjść na konsultacje latem, bo tylko 2 znamiona trzeba obserwować. A ja już się nakręciłam, że na pewno już mam raka... że jedno mi się od tego czasu powiększyło i guzek rozrósł (lekarz powiedział, że to tłuszczak tylko, ale mam wizję, że się pomylił, bo skóra nad nim jest zmieniona a nie powinna, no ale niby to wtedy widział, ale teraz jest inaczej. Mamy jechać na wakacje, a ja nie umiem o niczym innym myśleć.

Najgorsze, że mój terapeuta już jest na emeryturze i mi nie pomoże. Tzn niby mogę dzwonić, ale wiem, że to trochę krępujące... w moim małym mieście, w którym mieszkam od 2 lat, nie ma ani jednego gabinetu psychologicznego, żeby pójść doraźnie.... zresztą po ciągłych wędrówkach po lekarzach nie mam specjalnie już funduszy by iść prywatnie. Musiałabym szukać pomocy w najbliższym mieście wojewódzkim, a to cała wyprawa.... a chciałam po cichu. Nigdy nie szukałam wymówek przed pomocą psychologiczną, ale teraz to po prostu skomplikowane.

Nie mam znikąd wsparcia. Mąż ostatnio mi wyrzucił, że miał nadzieję, że będę normalna po tylu latach. Rodzice ciągle wypytują czy wszystko dobrze, a są już starsi i bardzo schorowani i nie chcę ich martwić. Źle sypiam, bo myślę o chorobach, zapominam o tym, co powinnam zrobić, i obsesyjnie myślę o śmierci. Jestem na skraju wyczerpania i załamania. Czuję się jak nikt i na dodatek się boję. Boję się, że dłużej sobie nie poradzę... Przepraszam, że tak długo. :(

Oglądam w kółko zdjęcia, kiedy byłam szczęśliwa i płaczę w samotności jak bóbr. To się nigdy nie skończy, tyle lat walki i czuję, że na nic.

-- 27 lip 2012, 21:47 --

Napisałam taki elaborat, że chyba nikomu się nie chce przeczytać do końca. W sumie się nie dziwię. :(
Offline
Posty
6
Dołączył(a)
27 lip 2012, 19:08

Nie radzę sobie - 12 lat od diagnozy, pomóżcie :(

Avatar użytkownika
przez monk.2000 27 lip 2012, 23:15
Z reguły piszę krócej, ale tym razem się może wysilę, mam nadzieję że nie znikniesz z forum i przeczytasz ;)

Na hipochondrię zachorowałem sześć lat temu, lęk przed śmiercią nie był bezpośredni. Gdzieś tam widziałem nietrwałość życia i to mnie martwiło. Moje hipochondryczne objawy skupiły się podobnie jak u ciebie na problemach ze wzrokiem. Chodziłem po specjalistach ale nic nie wykazano. Do tej pory często boli mnie głowa i mam problemy z używaniem wzroku, np przy czytaniu obraz staje się nieczytelny. Ale to tylko wtedy kiedy gorzej się czuję. Rada na hipochondrie jest taka że często występuje ona przy innych zaburzeniach, więc warto się z nich wyleczyć. Np. lecząc się z zaniżonego samopoczucia czy derealizacji. Na to mam sposób.

Jeśli chodzi o lęk przed śmiercią to jest to gorsza sprawa. Wielu ludziom pomaga wiara, mi niekoniecznie. Staram się racjonalnie tłumaczyć, że jak coś ma początek (narodziny) to ma i koniec (śmierć). Czemu człowiek martwi się tym co będzie po śmierci, a nie interesuje go co było wcześniej? Czytanie o NDE, nie specjalnie mi pomogło zażegnać ten lęk. Lepsze było np. przeczytanie o teorii strun. Że czas to po prostu czwarty wymiar tak jak np. długość. Czemu więc martwię się że życie jest ograniczone w czasie, a nie martwię się że jest ograniczony w przestrzeni? Hehe.

Liczę, że jakoś poradzisz sobie ze swoimi problemami. Na hipochondrie postaraj się poprawić nastrój, wtedy negatywne myśli nie mają takiej siły przebicia. Tyle z mojej strony, trzymaj się.
Awatar to skarb Atlantydy: starożytny Scion.

:( F.20
:smile: Solian 600mg
8) Akineton
Avatar użytkownika
Offline
Posty
8369
Dołączył(a)
26 lis 2011, 14:49
Lokalizacja
mój pokój

Nie radzę sobie - 12 lat od diagnozy, pomóżcie :(

przez sama-ania 28 lip 2012, 08:02
Bardzo Ci dziękuję. :) Dzisiaj chcę wyjechać do rodziny na kilka dni, tak sobie myślę, że jak pobędę trochę w gwarze ludzi to mi pomoże nie myśleć. Zauważyłam już dawno, że natłok pracy mi sprzyja... teraz mam tylko długi zaległy urlop i zamiast się cieszyć wypoczynkiem panikuję. :(
Offline
Posty
6
Dołączył(a)
27 lip 2012, 19:08

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Nie radzę sobie - 12 lat od diagnozy, pomóżcie :(

przez lorentzpwp 28 lip 2012, 15:06
Witam. W sumie to nie wiem czy dobrze trafiłem na takie forum. Otóż mam 18 lat i moja nerwica że to tak w ogole można nazwać , zaczęła się gdzies z 5 lat temu .
Okres dorastania etc. Miałem paraliżujące lęki przed wyjściem do grupy, spotkaniem z dziewczyną , moje ciało drżało a ja przeżywając to czułem ogromny wstyd.
Napięcie mięśni szkieletowych , bóle głowy etc. towarzyszyły mi niemal codziennie. Bałem się już nawet wychodzić z domu. Nie radziłem sobie z tym , chciałem zniknąć i odczuwałem ból istnienia. Jako małolat , sięgnołem po alkohol i piłem przed niemal kazdym wyjściem z domu. Moi rodzice używali bezodiazepin takich jak Xanax - alprazolam , Relanium - diazepam , Estazolam ( stikte nasenny). Po pewnym czasie , Odkryłem że tak powiem te leki w domu i ordynując je sobie samemu brałem rolke ( relanium) garściami , odczuwałem ulgę, myślałem , że cały moj potencjał , i inteligencje moge wykorzystać będąc pod wpływem benzo , acz nie zdając sobie sprawy jako jescze nieoczytany dzieciak o wzroscie tolerancji na powyższe substancjie. Pomijając jednak aspekt uzależnienia od pozniej juz Clonazepamu ktory działał jak panaceum na moje lęki społeczne etc. Zacząłem poprostu nadużywać a wręcz ćpać benzodiazepiny. Po wielu doświadczeniach nie tylko w tej kategorii narkotyków jakimi są same leki działające na receptory GABA podobnie jak alkohol ,zadałem sobie pytanie, czy jest jeszcze dla mnie jakieś wyjście z benzo , jakieś substytuty? Czy jestem już skończonym benzodiazepiniarzem z jakimis lękami których nikt nie rozumie hm ? Otóż sam juz nie wiem , pisze do Was ludzie , bo znalazłem sie w takiej sytacji ,że zaliczyłem juz 3 detoxy od klonow i w ogole benzo i alkoholu , nie mam głodów ani skrętów do tego ,jestem juz czysty ponad 3 miechy , a lęki ? No właśnie lęki są nadal może nie o takim stężeniu ale są i najgorsze jest to , że probowałęm brać juz mase leków antydepresyjnych z grupy SSRI i inhibitorow , natomiast to wszysto to jakies scierwo , które tak naprawde unicestwia libido i nie ''wyleczy'' lęków ani ran.
Przynajmniej u mnie to tak wyglądało , przedemną klasa maturalna a ja zastanawiam się co ze sobą zrobić , lekarzom nie ufam i nie mam zamiaru do nich jezdzic bo dosyc się juz nafaszerowałem lekami i /cenzura/ takie leczenie , dla mnie leki antydepresyjne , stabilizatory nastroju czy inne wyciszacze nie istnieją , istnieją tylko benzodiazepiny ktore naprawde działają , szkoda tylko że tak łatwo się w to wpierdolić , a trudno wyjść . Siedze po uszy w klimatach muzyki blues rock - jimi hendrix , led zeppeli , deep purple , dżem etc. i to mnie chyba ratuje , a czasami dobija. Doświadczeniem jakimś tam mogę się podzielić . Ale ku przestrodze innnym a zwłaszcza tym którzy mają jakieś podłoże lęków , fobii , niewyjasnionych strachów i ataków paniki , nie warto brać benzo. Pozdrawiam rock on !!
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
28 lip 2012, 14:41

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Igiaa i 21 gości

Przeskocz do