Moja historia

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

Moja historia

przez rosie19 25 sie 2011, 22:17
To wszystko o czym chciałabym Wam opowiedzieć składa się z wielu punktów, dlatego zacznę od początku. Wszystko zaczęło się, gdy miałam sześć lat. Straciłam przytomność, zaniepokojeni rodzice wybrali się ze mną do lekarza, po czym zostałam odesłana do szpitala. Wtedy pojawiły się schodki, a pobyt w szpitalu okazał się być traumatycznym przeżyciem. - mimo, że było to trzynaście lat temu pamiętam tę sytuację jak dziś - płacz, wręcz rozpaczliwy szał byleby się stamtąd uwolnić. Rodzice musieli spędzać ze mną calutkie dnie, wyjeżdżali dopiero, gdy jakimś cudem udało mi się zasnąć choć i tak nie upłynęła chwila, a następowała pobudka i znów to samo - gdzie mama, gdzie tata, chcę do domu. Jakoś udało mi się przetrwać te kilka dni, wróciłam do domu i z troską kochanych rodziców udało mi się powrócić do normalności. Było kilka lat przerwy, kiedy znów zaczęło się dziać coś złego z moim stanem zdrowia. Mama zaplanowała wizytę u lekarza, a kiedy się o tym dowiedziałam zaczęło się dziać coś złego... Pojawiły się myśli, że może to coś poważnego, że znów będę musiała trafić do tego przeklętego miejsca (czyt. szpitala), zdenerwowanie towarzyszyło mi w każdej minucie oczekiwania, stałam się niedostępna, milcząca. I wtedy to podczas badania padło słowo operacja, czyli najgorsze przypuszczenia się spełniły. Znów to samo - potworne rozżalenie, w jednej sekundzie potrafiłam rozmawiać z tatą jak to będzie, gdy podadzą mi narkozę, a w drugiej zaczynałam panicznie płakać. Nie panowałam nad sobą zupełnie, a każdy telefon (szpital miał się odezwać w sprawie terminu) był dla mnie istnym zawałem serca, bo nigdy nie byłam na to gotowa choć zdaję sobie sprawę, że było to konieczne dla mnie, dla mojego zdrowia. Odezwali się, pojechałam. Tu rozpoczyna się sedno mojej opowieści. Opieka lekarzy, pielęgniarek była w porządku, wszyscy byli mili, sympatyczni, pomocni, miałam dużo wsparcia i pomocy, a mimo to tydzień spędzony tam spowodował nieodwracalne zmiany w mojej psychice, kompletnie ją zniszczył. Od tamtej pory biały fartuch, zdanie Pójdź do lekarza wywołuje u mnie spazmatyczny lęk. Ciężko jest opisać słowami, co wtedy czuje, to nigdy tego w pełni nie odda. Człowiek mający chociażby grypę wstaje z łóżka i maszeruje do ośrodka zdrowia, prawda? Tymczasem dla mnie to jest nie do zrealizowania. Choćbym miała 40 stopni gorączki i była potwornie osłabiona nie mogę tego zrobić, a kiedy już komuś siłą się to uda-rozpoczynają się objawy typowe dla nerwicy, czyli siedząc przed drzwiami do gabinetu moje tętno szaleje, natychmiast pojawiają się duszności, czuje się tak jak gdybym miała osunąć się na nogach i ta ciemność przed oczyma... Tak jest dokładnie za każdym razem. Nie wspominając o tak prowizorycznych czynnościach jak pobieranie krwi -na to też nie starcza mi odwagi. Jakiś czas temu na moje szczęście zakończyłam leczenie w szpitalu choć na ostatniej wizycie lekarz kazał udać mi się do specjalisty dla dorosłych podejrzewając nerwicę serca. Cóż, nie dziwię mu się skoro tętno znacznie przekraczało normę. Jednak jak się domyślacie wcale go nie posłuchałam i powiem Wam, że jest mi z tym dobrze - wiedząc, że nie wiążą mnie teraz żadne terminy i wizyty wreszcie mogę odetchnąć pełną piersią. Lecz, to nie wszystko. Zauważyłam coś nowego - wystarczy, że cokolwiek mnie zaboli, nawet nieznacznie, a już panikuję, że to nieuleczalna choroba, a to, że rak. Boję się śmierci, boję się o siebie, a to doprowadza mnie do szaleństwa. Potrafię wysnuwać sobie setki chorób i dolegliwości, ale niekiedy to bardzo przeszkadza w codziennym życiu. Może komuś wyda się to śmieszne, ale jako przyszła studentka chciałam trochę popracować i była potrzeba słynna książeczka Sanepidu.. Nie potrafiłam się przełamać i wykonać koniecznych badań, bo co jeśli wykryją jakąś chorobę? Musiałam to z siebie wyrzucić właśnie tutaj, bo w moim środowisku spotykam się z kompletnym brakiem zrozumienia. Ludzi najzwyczajniej w świecie to bawi i wciąż słyszę "Wariatka!", "Jak można się bać zwyczajnego badania?!" O, tak mniej więcej to wygląda... Może ktoś z Was cierpi na podobną dolegliwość? Może macie dobre rady jak sobie z tym poradzić? Tylko proszę, nie piszcie komentarzy typu "Szpital wcale nie jest taki straszny". Wiem, doskonale zdaje sobie z tego sprawę, tutaj chodzi o coś głębszego.
Jest jeszcze mnóstwo rzeczy, którymi chciałabym się z Wami podzielić, ale o tym następnym razem.
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
25 sie 2011, 02:00

Moja historia

Avatar użytkownika
przez *Monika* 25 sie 2011, 23:03
Witaj.
Tak, ten pobyt w szpitalu mógł wywołać taką traumę u Ciebie.
Myślę, że przyczyną mogły być relacje z rodzicami. Źle znosiłaś rozstanie z nimi. NIe wiem jak Tobie tłumaczyli to, że musisz poleżeć w tym szpitalu. Ty mogłaś odebrać to w kategoriach straty rodziców, że nie kochają Ciebie, że oddają Cię do szpitala. Tak, jakbyś kompletnie nie była przygotowana emocjonalnie na chwilowe przecież rozstanie z nimi. Nie wiem, mi się nasuwa jakiś błąd wychowawczy z ich strony, ale tak jak mówię, to są tylko moje przypuszczenia. Tamte wydarzenia kładą cień na podobne sytuacje czyli leczenie. W związku z tym przeżywasz poraz kolejny nieświadomy lęk. Przecież to nic takiego-pójść się przebadać...każdy tak powie.
uruchamia się w Tobie obawa o swoje życie podczas kolejnych badań i wizyt lekarskich. Jak dla mnie są to sprawy , które nadają się do przepracowania na sesjach terapeutycznych.
Wiem co przeżywasz. Ja przeszłam podobną sytuację bo w wielku 2,5 lat miałam zdiagnozowany nowotwór złośliwy.
Każdy jakikolwiek pobyt w szpitalu po dzień dzisiejszy napawa mnie lękiem, że to znowu może być nowotwór.Boję się.
NIe lubię wykonywać jakichkolwiek badań, ponieważ boję się odbierać później wyników. Wielokrotnie było tak, że nie były niepokojące, ale przeżycia z dzieciństwa rzutują na takie sytuacje.
Wiem natomiast jedno, że aby zmiejszyć lęk, trzeba podchodzić rozsądkowo-badać się profilaktycznie.
Polecam Tobie psychoterapię.
Obrazek
Avatar użytkownika
Offline
Główny Moderator
Posty
18813
Dołączył(a)
16 paź 2009, 19:20
Lokalizacja
Ślązaczka z krwi i kości

Moja historia

przez Elsa 26 sie 2011, 05:29
Witaj,
Ja mam podobny problem jak Ty. Boje sie pojsc do lekarza, boje sie zrobic jakiekolwiek badania, wlasnie zeby nie wykryto ze jest cos ze mna nie tak. U mnie zaczelo sie to wiele lat temu. Boje sie panicznie o siebie ze cos mi jest. To jest naprawde bardzo meczace. Pierwszy raz byl po porodzie w szpitalu. dostalam chyba ataku paniki, moje serce walilo tak szybko ze myslalam ze mi wyskoczy z klatki piersiowej, rece i nogi zaczely mi dretwiec, twarz, myslalam ze umieram. Zrobiono mi EKG, ale nic nie wykazalo, niby wszystko bylo w porzadku. Od tamtej pory panicznie sie boje o siebie. Bywaly chwile ze czulam sie dobrze i o niczym zlym nie myslalam. Po dobrych chwilach przychodzily zle, rozkladalo mnie kompletnie na lopatki, depresja, ataki paniki. Koszmar. Na dodatek mieszkam poza granicami Polski i np. nie stac mnie zebym poszla sobie do psychologa na kilka wizyt lub psychiatry. Lekarz rodzinny proponuje leki, ale ja panicznie boje sie brac tej chemii. Ale powoli zycie takie staje sie trudne, poniewaz ogranicza mnie moje zle samopoczucie. Gdziekolwiek jade do kogos, to zle sie czuje, a jak planujemy gdzies jakis wyjazd, to ja panicznie sie boje bo robie sie chora, nie moge spac, serce mi sie kolacze, i latam do lazienki. nawet boje sie isc do kosciola bo tam tez mi sie robi slabo. Nie jestes sama ze swoim problemem, i na pewno ludzie ktorzy nie czuja tego to nie rozumieja Ciebie. Na mnie tez niektorzy dziwnie sie patrzyli, wiec przestalam zwierzac sie ze swoich problemow. Sporo spraw w moim zyciu wydarzylo sie i ostatnie 3 lata to jest bardzo trudny dla mnie okres. Czuje sie fatalnie. Wiem ze musze cos z tym zrobic, przerwac to. Nie wiem, ale sama juz chyba nie moge sobie pomoc, albo nie potrafie. Nie bede wiecej rozpisywac sie, gdyz jest tego duzo wiecej. Momentami sa takie chwile ze wydaje mi sie ze juz jest troche lepiej, ale niestety dopada ponownie. Codziennie placze i czuje sie tak, ze nic mnie nie cieszy i o wszystko sie martwie. Stale jednak mam nadzieje ze nadejdzie taki dzien ze bedzie lepiej, pozniej jeszcze lepiej. Musimy miec nadzieje i wierzyc ze bedzie lepiej. Pozdrawiam
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
26 sie 2011, 04:30

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 23 gości

Przeskocz do