Boję się że coś sobie zrobię

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

Boję się że coś sobie zrobię

przez xpathx 04 cze 2011, 10:55
Nie wiem czy to jest właściwe miejsce na tym forum aby o tym co u mnie się dzieje ... skupię się jednak na tym że odczuwam uzasadniony lęk przed utrata wszystkich bliskich i lęk przed myślami samobójczymi, które mnie od jakiegoś czasu prześladują. :cry:

Dlaczego?

W ciągu roku zburzyło się moje życie. Rok temu mąż wyprowadził się z domu, mieliśmy ratować nasz kilkunastoletni związek, poprzez tymczasową separację. Miesiąc później zmarł nagle jego ojciec, wspierałam, pomagałam jak mogłam w takiej sytuacji. Kilka tyg. później poinformował mnie, że już nie wróci bo dobrze mu samemu. Przeżyłam to bardzo, bo między nami nie było źle i nie było planu na rozstanie, chodziło o wzmocnienie uczuć które podgasły. Zaczęłam chodzić do psychologa, rozpoczęłam terapie dda z nadzieją że to chwilowe załamanie z jego strony. psychicznie ledwo to przeżyłam. W tym czasie zaczęły się u mnie pierwsze objawy chorób, na skutek dużego stresu. On pojawiał się, smsy, rozmowy i miałam nadzieję, że może coś się odmieni. Pojawiał się i znikał, a ja walczyłam ze sobą żeby rano wstać i żeby nic sobie nie zrobić. W sierpniu pierwszy raz wspomniał o rozwodzie, że ma ochotę na spróbowanie z kimś innym. Potężny cios, który nasilił myśli samobójcze. Pomogło trochę wsparcie psychologa, psychotropy, ale i tak czułam się jak wrak. Poza tym nic nie warta, przegrana, upokorzona kobieta.
Okazało się jednak, że pozorne wzmocnienie i pogodzenie się z problemem, przełożyło się na choroby psychosmoatyczne. Pod koniec roku byłam już leczona na zaawansowaną astmę, silną alergię, wrzody ... A on po normalnym kontakcie, po rodzinnych spotkaniach , w grudniu jednak ponownie wspomniał o rozwodzie, ze już mnie nie kocha, że jest na mnie zablokowany, że musi żyć sam, że z nim jest coś nie tak. Bałam się o niego, cierpiałam, ale nie chciałam robić mu już takich problemów, skoro nie odpowiadał na moje sugestie wspólnej terapii, zadbania o nasz związek. Gdy rozmawialiśmy on zawsze strasznie płakał, liczyłam że to są uczucia, że może jest jednak nadzieja. Wierzyłam, że zgodnie z sugestią psychologa jest on w kryzysie, że musimy tylko nauczyć sie komunikować. Ja uczyłam się tego, próbowałam wałczyć ze swoimi słabościami. Najważniejsze dla mnie było że on jest dobrym człowiekiem, zagubionym, okresowo potrzebującym wolności, ale jednak wartościowy, mój ideał.
2 miesiące temu trafiliśmy do sądu (jego pozew), rozwód otrzymaliśmy wciągu 2 tygodni, bez orzekania o winie. Zgodziłam się, bez szarpania, choć w trakcie procesu przeżyłam skrajny poziom załamania, emocjonalne apogeum, ale tez w jakimś stopniu katharsis. Od tego czasu nie kontaktowaliśmy się ze sobą bo chciałam wyzerować się i wrócić do normalności, nabyć jakąś formę dystansu. Choć było trudno i moje myśli krążyły wokół niego, to jednak jakoś żyłam.

Niestety okazuje się, że może być znacznie gorzej od kilku dni wiem, że moja mama (zaledwie 50 lat) ma zaawansowanego raka z licznymi przerzutami i bez szans na wyleczenie. Załamałam się zupełnie, kolejna (ostatnia) osoba odchodzi z mojego życia. Nie daje rady. Mam być silna, a czuje że rozpadam się. W akcje desperacji i nadziei na jakieś zrozumienie zadzwoniłam do ex-męża. Oczekiwałam odrobiny współczucia w końcu byliśmy razem prawie 15 lat. Tyle lat też moja mama była w jego życiu. Przyszedł, powiedziała że współczuje, że w ostatnio jakoś tak wszyscy umierają .... a na deser powiedział że od kilku miesięcy (juz w trakcie małżeństwa) jest z inna kobietą i mało tego ona jest z nim w ciąży. Eksplodowałam. To już dla mnie stanowczo za dużo. Płacze, płacze, płacze , od 3 dni prawie nic nie jem, bo nie mam siły, przy życiu trzyma mnie tylko myśl żeby jeszcze pomoc mamie. Nie umiem nawet wyrazić jak mnie to zabolało. Po rozwodzie i całej serii wcześniejszych klęsk - ktoś powiedział, wierz że już będzie lepiej, a tu każdy dzień rzuca mnie brutalnie o ziemie. :cry:
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
04 cze 2011, 10:53

Boję się że coś sobie zrobię

Avatar użytkownika
przez Badziak 04 cze 2011, 20:32
To musi ogromnie boleć. :(
Zaburzenia depresyjno-lękowe z elementami fobii społecznej:
Anafranil SR (klomipramina) 150 mg
Amizepin (karbamazepina) 400 mg

+ terapia behawioralno-poznawcza :)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1412
Dołączył(a)
19 kwi 2010, 23:21

Boję się że coś sobie zrobię

przez basiula179 04 cze 2011, 21:34
Quźwa dziewczyno weź się w garść , bardzo Ci współczuję (tez mam fulllllll problemów )
ale trzeba "łeb" podnieść do góry i do przodu walić
( ja jestem osobą wierzącą moja mama zmarła w wieku 30lat ja wtedy miałam 10 {teraz ja mam 30}
tez mam napady paniki żeby nic sobie nie zrobić {zwłaszcza gdy mam nie do końca kontrolowane myśli} wtedy mysle tylko o tym że jakbym cos sobie zrobiła to już nigdy nie spotkałabym mojej mamy
Ty kochana nie masz 50 lat żeby zadręczać się jakimś kołkiem.
Radzę Ci żebyś poszła w poniedziałek do psychiatry opowiedz dokładnie o sytuacji w jakiej się znajdujesz. A tymczasem weź 2 tabletki uspokajające jakieś bez recepty (jutro rano i na wieczór tez możesz wziąść w razie potrzeby) i spróbuj się odprężyć , mi w takim stanie jak Twój pomógł bardzo psychiatra i leki jakie mi przepisał .
PAMIĘTAJ GŁOWA DO GÓRY WSZYSTKO BĘDZIE OKI;-)
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
04 cze 2011, 21:19

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Boję się że coś sobie zrobię

przez xpathx 05 cze 2011, 00:24
Badziak napisał(a):To musi ogromnie boleć. :(


Niewyobrażalnie :cry:

-- 05 cze 2011, 00:30 --

basiula179 napisał(a):Ty kochana nie masz 50 lat żeby zadręczać się jakimś kołkiem.


Wiem, że to jest absolutnie najwięcej na co mnie stać. Poza tym nie jestem w stanie otworzyć sie na nikogo innego. Nie wierze, nie ufam, czuję wręcz wstręt przed nowym związkiem. Jednocześnie panicznie boje się samotnosci. Nie chce być sama szczególnie w takich okolicznosciach jakich jestem teraz :cry:

basiula179 napisał(a):Radzę Ci żebyś poszła w poniedziałek do psychiatry opowiedz dokładnie o sytuacji w jakiej się znajdujesz. A tymczasem weź 2 tabletki uspokajające jakieś bez recepty (jutro rano i na wieczór tez możesz wziąść w razie potrzeby) i spróbuj się odprężyć , mi w takim stanie jak Twój pomógł bardzo psychiatra i leki jakie mi przepisał .


Jem psychotropy, środki uspakające i tylko na moment pomagają jak zasypiam, potem jest jeszcze gorzej. Poza tym tak dlugo sie nie da ....

-- 07 cze 2011, 17:59 --

jest bardzo źle. nie radzę sobie zupełnie. znajomi kazą mi o nim zapomniec, a ja nie umiem. potrzebuje go tak bardzo. mam pomagać i wspierać mamę. a sama potrzebuję pomocy ... przejełam cała diagnostykę na siebie (ona nie zna wyników), a ja nie jestem w stanie już tego słuchać ze to koniec, a jej mowić nie martw się bo to tylko male powikłanie. myśli jego bliskości z nią doprowadzają do paniki ... czuję że stoję nad przepaścią i wystarczy tylko 1 krok ....

-- 15 cze 2011, 19:26 --

Siada mi całkiem psychika. Z mamą coraz gorzej, medycyna już się w zasadzie poddała. Nie mam juz z kim pogadac o tym jak strasznie czuję się przez to że on mnie w takich okolicznościach odtrącił. Mam lęki związane z bolem i śmiercią mamy, swoja samotnością, bezsensem życia. Nie funkcjonuję zupelnie, załatwiam tylko sprawy związane z mamą i rozpadam się (spie, płacze, wpadam w jakieś stany zawieszenia, nie mogę jeść, skupic się na niczym innym).
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
04 cze 2011, 10:53

Boję się że coś sobie zrobię

przez xpathx 12 lip 2011, 20:11
Śmierć mamy, zdrada męża, rozwód ... brak sensu
Boję Nie daje rady. Od roku bombardują mnie sytuacje kryzysowe. Jeszcze niepozbieram się po jednym a dostaję nowa dawkę, obecnie leżę już na ziemii i wydaje mi się że gorzej być nie może, a życie mnie kopie, kopie, kopie ... a własciwie wydaje mi sie ze juz tylko moze byc gorzej i mam ochtę uciekać. :cry:

Rok temu mąż wyprowadził się z domu, mieliśmy ratować nasz kilkunastoletni związek, poprzez tymczasową separację. Miesiąc później zmarł nagle jego ojciec, wspierałam, pomagałam jak mogłam w takiej sytuacji. Kilka tyg. później poinformował mnie, że już nie wróci bo dobrze mu samemu. Przeżyłam to bardzo, bo między nami nie było źle i nie było planu na rozstanie, chodziło o wzmocnienie uczuć które podgasły. Zaczęłam chodzić do psychologa, rozpoczęłam terapie dda z nadzieją że to chwilowe załamanie z jego strony. psychicznie ledwo to przeżyłam. W tym czasie zaczęły się u mnie pierwsze objawy chorób, na skutek dużego stresu. On pojawiał się, smsy, rozmowy i miałam nadzieję, że może coś się odmieni. Pojawiał się i znikał, a ja walczyłam ze sobą żeby rano wstać i żeby nic sobie nie zrobić. W sierpniu pierwszy raz wspomniał o rozwodzie, że ma ochotę na spróbowanie z kimś innym. Potężny cios, który nasilił myśli samobójcze. Pomogło trochę wsparcie psychologa, psychotropy, ale i tak czułam się jak wrak. Poza tym nic nie warta, przegrana, upokorzona kobieta.
Okazało się jednak, że pozorne wzmocnienie i pogodzenie się z problemem, przełożyło się na choroby psychosmoatyczne. Pod koniec roku byłam już leczona na zaawansowaną astmę, silną alergię, wrzody ... A on po normalnym kontakcie, po rodzinnych spotkaniach , w grudniu jednak ponownie wspomniał o rozwodzie, ze już mnie nie kocha, że jest na mnie zablokowany, że musi żyć sam, że z nim jest coś nie tak. Bałam się o niego, cierpiałam, ale nie chciałam robić mu już takich problemów, skoro nie odpowiadał na moje sugestie wspólnej terapii, zadbania o nasz związek. Gdy rozmawialiśmy on zawsze strasznie płakał, liczyłam że to są uczucia, że może jest jednak nadzieja. Wierzyłam, że zgodnie z sugestią psychologa jest on w kryzysie, że musimy tylko nauczyć sie komunikować. Ja uczyłam się tego, próbowałam wałczyć ze swoimi słabościami. Najważniejsze dla mnie było że on jest dobrym człowiekiem, zagubionym, okresowo potrzebującym wolności, ale jednak wartościowy, mój ideał.
2 miesiące temu trafiliśmy do sądu (jego pozew), rozwód otrzymaliśmy wciągu 2 tygodni, bez orzekania o winie. Zgodziłam się, bez szarpania, choć w trakcie procesu przeżyłam skrajny poziom załamania, emocjonalne apogeum, ale tez w jakimś stopniu katharsis. Od tego czasu nie kontaktowaliśmy się ze sobą bo chciałam wyzerować się i wrócić do normalności, nabyć jakąś formę dystansu. Choć było trudno i moje myśli krążyły wokół niego, to jednak jakoś żyłam.

Na początku czerwca dowiedziałam się, że moja mama ma rozsianego, nieoperacyjnego raka watroby, otrzewnej. Trudno było w to uwierzyć bo wyglądala dobrze, troche bolała ją brzuch .... Rokowania (przekazane tylko mnie) były jednak złe.

Załamałam się zupełnie, kolejna (ostatnia) osoba odchodzi z mojego życia. Nie daje rady. Mam być silna, a czuje że rozpadam się. W akcje desperacji i nadziei na jakieś zrozumienie zadzwoniłam do ex-męża. Oczekiwałam odrobiny współczucia w końcu byliśmy razem prawie 15 lat. Jednak w dzien kiedy dowiedzialam się że mama jest śmiertelnie chora, moj ex-mąż poinformował mnie że od 7 m-cy jest z inna kobieta (przyjaciółką rodzinny) i że spodziewają się dziecka. Od tamtego dnia zniknął z mojego życia, pomimo tego że wcześniej utrzymywaliśmy stały kontakt.

W tamtym tyg. zmarla moja mama, choroba wyniszyła ją wciągu 1 miesiąca. W maju była jeszcze zdrową, uśmiechniętą kobietą dzisiaj jej nie ma. Ostatnie dni cierpiała bardzo, ten czas ja się nią opiekowalam więc obserwowalam ja jak traci siły. Byłam przy niej jak umierała (nie moge zapomnieć tych obrazów). Teraz nie napisałam nawet smsa z kondolencjami. Nie rozumiem go. Jestem całkiem sama z tymi sprawami, ... ale i tak najgorsze sa te emocje ... smutek, żal, lęki, panika, apatia, zranienie, ... i mysli samobojcze (aby tylko uwolnić się z tego myslenia). Boję się ...probuje przespać jak najwiecej czasu, zjadam Hydroxyzinum i śpie, ale potem jest bolesne przebudzenie ... nie daje z tym rady. :cry:
Ostatnio edytowano 12 lip 2011, 20:35 przez *Monika*, łącznie edytowano 2 razy
Powód: połączono wątki z uwagi na tematykę Twojego postu, ponadto proszę, aby nie powielać i dublować postów.
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
04 cze 2011, 10:53

Boję się że coś sobie zrobię

Avatar użytkownika
przez *Monika* 12 lip 2011, 20:40
xpathx, współczuję tego, co Cię spotkało. Nie chciałabym być na Twoim miejscu.
Nie piszesz nic o dzieciach.
Czy mogę o to zapytać?

Żałoba po stracie kogoś bliskiego, w tym przypadku-matki jest zrozumiała. Ty borykasz się jeszcze z utratą byłego męża, to też na swój sposób żałoba, z którą nie pogodziłaś się.
Nie wiem co mam Tobie napisać. Napewno musiałabyś pogodzić się z sytuacjami, które Cię dotknęły.
NIe pozostawaj bez opieki specjalisty.
Czy jesteś jeszcze w terapii?
Obrazek
Avatar użytkownika
Offline
Główny Moderator
Posty
18813
Dołączył(a)
16 paź 2009, 19:20
Lokalizacja
Ślązaczka z krwi i kości

Boję się że coś sobie zrobię

przez xpathx 12 lip 2011, 21:57
Monika1974 napisał(a):xpathx, współczuję tego, co Cię spotkało. Nie chciałabym być na Twoim miejscu.
Nie piszesz nic o dzieciach.
Czy mogę o to zapytać?


Nie mieliśmy dzici, bo jak juz byłam na to gotowa to on kategorycznie ich nie chciał (... jak widać tylko ze mną)

Monika1974 napisał(a):Żałoba po stracie kogoś bliskiego, w tym przypadku-matki jest zrozumiała. Ty borykasz się jeszcze z utratą byłego męża, to też na swój sposób żałoba, z którą nie pogodziłaś się.
Nie wiem co mam Tobie napisać. Napewno musiałabyś pogodzić się z sytuacjami, które Cię dotknęły.
NIe pozostawaj bez opieki specjalisty.
Czy jesteś jeszcze w terapii?


Nie wierze w terapie, intelektualnie potrafie wyprzedzić pytania i tor myślenia psychologa. Nie podoba mi się, że idziemy po jakiś stereotypach. Byłam u 3 i to nie dla mnie. Jedyną osobą ktora mogłaby mi pomoc to pewnie ja, a mnie juz nie zależy :(
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
04 cze 2011, 10:53

Boję się że coś sobie zrobię

przez GorzkaPrawda 20 lip 2011, 19:52
Xpathx, strasznie Ci współczuję, wiem, że to niewyobrażalny ból...


Strasznie Cię boli rozczarowanie, mąż, którego kochałaś, okazał się człowiekiem niewartym Twojej miłości. Teraz nie wyobrażasz sobie, że możesz jeszcze kiedyś być szczęśliwa, nie wyobrażasz sobie, jak masz w ogóle dalej żyć, ale... jeszcze możesz i będziesz szczęśliwa, proszę, trzymaj się tej myśli, kiedy jest tak źle.
Potrzeba na to sporo czasu, ale tak jeszcze będzie, zobaczysz.

Teraz nie wyobrażasz sobie też, jak mogłabyś być z innym mężczyzną, boisz się komukolwiek zaufać, ale to oczywiste. Minęło za mało czasu, trudno oczekiwać, że będą Ci w głowie (w dodatku po stracie Mamy) nowe znajomości, romanse, związki... Na to przyjdzie czas później.

Wiadomo, że po takim rozczarowaniu i utracie miłości sądzimy, że nie chcemy być już z nikim innym, że to wszystko nie ma sensu, że miłość nie istnieje... tak reagujemy na taki cios.

Potrzeba duuużo czasu. Każdy radzi sobie z tym inaczej, jedni krócej, drudzy dłużej...



Wiem, że to, co się stało z Mamą jest straszne. I bardzo Ci współczuję. Żadne słowa nie będą tutaj teraz odpowiednie...




Droga xpathx,
czy chodzisz do psychiatry? Czy dostałaś jakieś leki?
Czy zgodziłabys się na pobyt w szpitalu?
Dla siebie, po to, żeby kiedyś móc być szczęśliwą, warto się leczyć...

Co do terapii, to rozumiem, że nie przypadło Ci do gustu kilku terapeutów, ale jest jeszcze wiele innych, warto spróbować, bo to może dać Ci bardzo dużo.
Naprawdę.
Możesz trafić na świetnego specjalistę, z którym znajdziesz wspólny język.


Co myślisz o tym, żeby spróbować?

Jak się teraz czujesz...?
Offline
Posty
6
Dołączył(a)
23 mar 2011, 15:28

Boję się że coś sobie zrobię

przez betty_boo 20 lip 2011, 21:06
słuchaj... na 1 osobie świat sie nie kończy! facet odszedł, mama umarla ale Ty żyjesz.

nie możesz ciagle zyc swoim nieudanym związkiem i go rozpamiętywac.

masz chociaz jakaś prace albo coś czym sie mozesz zająć? moze powinnas pomyslec o wolontariacie, pracy z niepełnosprawnymi, itp. tak żeby zobaczyć niedolę innych i przestac sie skupiac na innych??

to moglo by ci pomóc.

o byłym mężu juz nie nasz co myslec.
Offline
Posty
1232
Dołączył(a)
11 maja 2008, 08:58

Boję się że coś sobie zrobię

przez betty_boo 20 lip 2011, 21:58
"mysleć" w sensie 'liczyć na jego powrót"
Offline
Posty
1232
Dołączył(a)
11 maja 2008, 08:58

Boję się że coś sobie zrobię

przez Noopii 25 lip 2011, 14:16
trwać w przeszłości to jakby umrzeć za życia,żeby zapomnieć trzeba zacząć żyć tu i teraz.Wiem że jest czas żałoby,ale nie powinien trwać za długo bo może nas zniszczyć,wchłonąć.A dalej trzeba żyć.Cieszyć się i kochać.
Noopii
Offline

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 7 gości

Przeskocz do