Mój lęk.

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

Mój lęk.

przez Atia 28 maja 2011, 21:40
Witam.

Ciężko mi sklasyfikować moje problemy. Nie leczyłam się nigdy u żadnego specjalisty, nie sądzę żebym była w stanie opowiadać komukolwiek że jest mi ciężko. Zwłaszcza, że nie doświadczam jakichś spektakularnych objawów,
które mogłyby wskazywać na to, ze jestem chora. Mam też opory przed pisaniem na forum, bo zdaję sobie sprawę
że nikt nie postawi mi fachowej diagnozy.
A ja tak bardzo nie lubię prosić kogoś o pomoc. Chyba nie chcę aby moje problemy zostały zbagatelizowane i boję się poczucia winy. Tego, ze tak naprawdę mogłabym wszystko zmienić i żyć normalnie. Że moje urojenia chorobowe są tylko dowodem mojej słabości i tego, że obecna sytuacja jest dla mnie w pewnym sensie komfortowa.
Impulsem do napisania jest to, że odkąd skończyłam gimnazjum pogorszyłam się w nauce.
Straciłam motywację, czuję się gorsza, niezdolna do rozwiązywania prostych problemów. Odkładam wszystko na później, często nie potrafię wykonywać czynności które wcześniej sprawiały mi przyjemność. Nie odrabiam zadań domowych. Świadomie dążę do tego, aby nie zaliczyć sprawdzianów. Kiedy mam czas na wykonywanie obowiązków robię coś kompletnie odbiegającego od moich zadań (np. teraz piszę na forum). Przez moje nieprzygotowanie bardzo się stresuję, często opuszczam lekcje. Miewam ataki bezsilności, kiedy chciałabym zrobić coś, a jestem w stanie tylko gapić się przed siebie i myśleć o tym jakie to żałosne że nie panuję nad tym co robię. Gorsze oceny tylko pogłębiają moją frustrację.
Chciałabym być postrzegana jako osoba inteligentna, wykształcenie ma dla mnie duże znaczenie.
Często uczę się bezsensownych z punktu widzenia szkolnego rzeczy, które wykraczają ponad program lub pogłębiam wiedzę z zakresu, który raczej nie zostanie sprawdzony na żadnym teście i zaliczeniu. Ale to sprawia mi przyjemność.
Zazwyczaj nie popisuję się moimi dodatkowymi informacjami. Boję się, że moja wiedza jest powierzchowna i zanim wypowiem się na jakikolwiek temat muszę to dokładnie przemyśleć i przeanalizować. Czasami piszę o swoich przemyśleniach w wypracowaniach, które zazwyczaj są doceniane przez nauczycieli. Kreuję się więc trochę na osobę,
którą nie obchodzą takie błahe problemy jak zadania domowe. Człowieka o różnorodnych zainteresowaniach, nie przejmującego się maturą i wymogami autorytetów.Robię sporo ponad wymagania. Ale to tylko pozory, bo tak naprawdę nie jestem usatysfakcjonowana większością rzeczy które wykonuję i nie radzę sobie w sytuacjach, w których inni doskonale się spisują.
Żyję w straszliwym zakłamaniu. Boję się wyznać komukolwiek co czuję, jeżeli to robię to zawsze poprzez aluzje. Nie chcę ujawniać, ze jestem słaba i nie radzę sobie. Myślę, że może to mieć podłoże w mojej relacji z rodzicami.
Nigdy nie otrzymałam od nich wsparcia emocjonalnego. Nigdy nie rozmawiałam z nimi o uczuciach. Czuję się niekochana i nieakceptowana. Oczywiście dbają o mnie, nawet poświęcają się bardziej niż bym chciała. Oszczędzają pieniądze, abym mogła uczęszczać do dobrej szkoły (nie mieszkam z nimi na co dzień), zawsze mam pod dostatkiem rzeczy, które oni uznają za ważne i potrzebne dla mnie. Chcą mi zapewnić bezpieczną przyszłość i dobry zawód. Dlatego kiedy mówię, że mam problemy załatwiają mi korepetycje, na które zazwyczaj nie chodzę, bo wstyd mi że sama nie potrafię sobie poradzić.
Czuję się winna, że nie mówię co myślę, ale kiedy chciałam rozmawiać źle się to kończyło. Moja matka nie potrafi znieść sprzeciwu. Lubi mnie nadzorować, chciałaby zrobić za mnie wszystko, żyć moim życiem. Potrafiłam doprowadzić ją do ataku histerii, kiedy nie chciałam się zgodzić na to, aby ubrać się tak jak ona sobie wyobraziła (ubieram się raczej w dość klasyczny i wyważony sposób, więc to raczej nie kwestia tego jak wyglądam, a faktu, że nie robię tego co mi nakazuje)
W sytuacji odmowy staram się być zawsze spokojna i opanowana, ale to ją tylko bardziej drażni.
Zdarzyło się, ze w takim ataku uderzyła mnie. To było już dosyć dawno, ale nie potrafię pogodzić się z tym, że kiedy nie jestem dzieckiem, które ona chce, a staram się być sobą to nagle staję się nic nie wartą i niewdzięczną córką.
Jest to osoba dość konserwatywna i lubiąca mówić innym co jest dla nich dobre.
Szanuję ludzi, którzy mają określone poglądy i nie przyjmują postawy konformistycznej wobec innych. Ale nie potrafię zrozumieć braku akceptowania granic i poszanowania dla innej osoby. A często jest tak, że matka potrafi ośmieszać ojca, mówić mu jakim jest nieudacznikiem. On jest osobą uległą i bardzo troszczy się o naszą rodzinę. Jednak też nie jestem w stanie z nim porozmawiać na jakiekolwiek intymniejsze od ocen szkolnych tematy. Nie chcę ich oceniać, może jestem przewrażliwiona. Przestałam oczekiwać, że kiedykolwiek usłyszę od matki cokolwiek oprócz : Jaki masz dzisiaj sprawdzian? Jednak sądzę, że mam prawo do jakiejś wolności, do błędu. Oni takiego prawa mi nie dają. A więc udaję osobę, która generalnie radzi sobie dobrze i tylko wieczorami płacze z bezsilności i pustki, chcąc aby to wszystko się nareszcie
skończyło i by nie musieć nosić maski.

Nie chcę poruszać zbyt wielu problemów w jednym wątku (a skłonności do nadmiernego analizowania siebie chyba jednak posiadam…) ale wspomnę jeszcze, że generalnie mam dosyć niską samoocenę (oprócz momentów, w których osiągam sukcesy naukowe lub mogę podyskutować na jakiś ambitniejszy temat i wystąpić w roli eksperta) Nie jestem atrakcyjna fizycznie. W pewnym momencie pogodziłam się nawet z tym, że resztę mojego życia spędzę samotnie. Samotność nie jest taka zła, jest bezpieczna, nie wymaga zmian i poświęcenia. Nigdy nie miałam chłopaka, nie całowałam się, wielokrotnie byłam zakochana bez wzajemności. Nie umiem tańczyć, być spontaniczna bez alkoholu.

Często pogrążam się w niezdrowej fascynacji dla osób, które posiadają cechy których ja nie mam. Bardzo pragnę pozytywnych uczuć z ich strony, jednak boję się odrzucenia i chyba zbyt natarczywie nalegam na kontakt (zapraszam na imprezy, piszę smsy i na gadu, staram się być pomocna) W sytuacji gdy dana osoba zbliża się do mnie czuję się winna. Jednocześnie chciałabym powiedzieć jej o wszystkich moich problemach, ale boję się że uzna mnie za osobę żałosną. Kiedy jednak akceptuje moje lęki i pociesza mnie, to też nie pomaga. Bo wtedy wcale nie chcę się zmieniać (Po co, skoro czuję się tak dobrze, kiedy ktoś pisze mi miłe słowa..? Może lepiej być słabemu i liczyć na współczucie?) Złe jest to, że mam skłonność do błędnej interpretacji uczuć.
Do euforii doprowadzają mnie zwyczajne miłe słowa (o ile usłyszę je od osoby którą uważam za mój ideał), w stan depresyjny wpędza krytyka. Zazwyczaj obiektem idealizowania i szukania kontaktu z ideałem jest osoba dość niedostępna. Wcześniej byli to atrakcyjni pod względem fizycznym i intelektualnym chłopacy. Nigdy nie zostałam przez nich wprost odrzucona, zawsze byłam traktowana z sympatią. Nigdy nie powiedziałam wprost co do nich czuję. Ale wiedziałam, ze oni nie będą sami zabiegać o kontakt ze mną. Aktualnie sytuacja skomplikowała się o tyle, ze jestem w bliskiej relacji z moją koleżanką. Fascynuje mnie ona pod względem charakteru, jej zachowanie jest dla mnie pociągające. Zastanawiam się nad tym, czy nie jestem osobą o skłonnościach biseksualnych (osobiście nie mam problemów aby się do tego przed sobą przyznać, jednak powiedzieć o tym komukolwiek – nigdy) To bardzo komplikuje relację między nami, bo z jednej strony jest to wspaniała osoba, która jest do mnie przyjacielsko nastawiona. Z drugiej boję się, ze przekroczę jakąś granicę jej prywatności, a nie chciałabym stracić jej szacunku i sympatii. Nie chcę zerwać kontaktu, bo daje mi on jedyną szczerą radość od wielu miesięcy, a męczy mnie on przez narastające chore myśli.

Do listy problemów z którymi się zmagałam trzeba dodać zaburzenia odżywiania
(mam lekką nadwagę i napady kompulsywnego objadania się, z którymi póki co walczę z pozytywnym rezultatem), lekką fobię społeczną (z tym, ze pragnę kontaktu z ludźmi, ale boję się negatywnej oceny), wyrzuty sumienia po masturbacji (teoretycznie naczytałam się jakie to normalne zjawisko,
a i tak czuję że jest to rzecz potępiania społecznie i praktykowana przez osoby chore emocjonalnie, co w sumie jest w moim przypadku prawdą), brak chęci do życia. Pogrążam się często w nierealistycznych marzeniach, gdzie wszystko
dzieje się tak jak ja to sobie zaplanuję i nie ogranicza mnie nic oprócz wyobraźni. Rekompensuje mi to
rzeczywistość, w której długo nie mogłam realizować swoich prawdziwych pragnień, a kiedy mam szansę
na jakąś zmianę cholernie się jej boję i tkwię w tym bolesnym punkcie.
Nie wiem czy jestem chora, czy to bardziej problem utrzymania zdrowych relacji z innymi ludźmi,
ale wiem że się boję. Strasznie się boję wziąć odpowiedzialność za moje życie.
Mam czasami ochotę to wszystko rzucić, wyjechać gdzieś daleko i nie myśleć o oczekiwaniach innych wobec mnie. Ale coś mnie tu trzyma i karze uśmiechać się i mówić, że wszystko jest w porządku.
Nie wiem co z tym robić.
Offline
Posty
11
Dołączył(a)
28 maja 2011, 21:26

Mój lęk.

przez imponderabilia 30 maja 2011, 16:08
myślę, że powinnaś porozmawiać z jakimś dobrym psychologiem, przełamać się i opowiedzieć mu o swoich problemach, serio, on Ci pomoże :)
Offline
Posty
30
Dołączył(a)
18 kwi 2011, 11:46

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 23 gości

Przeskocz do