Do czego doprowadziła mnie nerwica. Moja historia

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

Re: Do czego doprowadziła mnie nerwica. Moja historia

przez magdalenabmw 09 wrz 2009, 02:30
Do czego mnie doprowadzila moja nerwica? Hm do wyprowadzki z domu 'na swoje' zeby mi rodzice na nerwy nie dzialali ;) i do zalozenia swojej firmy bo nie dalam rady pracowac u kogos i nie uciec. Kurde, chyba sa jakies plusy w nerwicy.
magdalenabmw
Offline

Re: Do czego doprowadziła mnie nerwica. Moja historia

przez gogear 11 wrz 2009, 04:00
ja myślę podobnie jak autor wątku :oops:
też mam takie emocjonalne zobojętnienie i tez myslę, że nikt nie może mnie polubić, a co dopiero pokochac. sama wytwarzam taki dystans wokol siebie, nie pozwalam ludziom sie do siebie zblizyc, a co dopiero zachecic do zblizenia! nie wiem czy u mnie nie jest to bardziej zaawansowane, ale o zgrozo! ciesze się, że weszłam na te forum. kropla wiedzy wiecej. nie jestem sama na tym swiecie, z niektorymi jest gorzej z innymi lepiej i chwala Najwyzszemu że nie podlega to niczyjej ocenie. to tez jest jakis krok w walce ze swoim zobojetnieniem. Bardzo ciesze się, że tu wstąpiłam :smile:

pozdrawiam!
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
11 wrz 2009, 01:58

Re: Do czego doprowadziła mnie nerwica. Moja historia

Avatar użytkownika
przez bliksa 11 wrz 2009, 10:27
Gogear my tez sie cieszymy, witaj ;)
Są takie chwile, w których człowiek przytuliłby się nawet do jeża.
Avatar użytkownika
Offline
Przyjaciel forum
Posty
1827
Dołączył(a)
26 kwi 2009, 16:19
Lokalizacja
F 41.2

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Do czego doprowadziła mnie nerwica. Moja historia

przez christina122 23 lis 2009, 16:58
Przegranyyy, ja dotrwałam do końca i przeczytałam Twój wpis.
Mi się wydaje, że właśnie, gdybyś znalazł sobie dziewczynę to Twoje samopoczucie z czasem mogłoby sie poprawiać stopniowo.

[Dodane po edycji:]

Przegranyyy, ja dotrwałam do końca i przeczytałam Twój wpis.
Mi się wydaje, że właśnie, gdybyś znalazł sobie dziewczynę to Twoje samopoczucie z czasem mogłoby sie poprawiać stopniowo.
Offline
Posty
102
Dołączył(a)
21 lis 2009, 20:17
Lokalizacja
Warszawa

Re: Do czego doprowadziła mnie nerwica. Moja historia

przez agi114 19 wrz 2010, 12:31
LucidMan napisał(a):Twój wzorzec myślowy tak mocno się wrył w Twój umysł, że nawet już nie potrafisz myśleć inaczej niż negatywnie. Piszesz: jestem skreślony, dla mnie już za późno, nie ma wyjścia, o związku mogę tylko pomarzyć itp.
Nadajesz non stop negatywną energię, która do Ciebie wraca i tkwisz w tym bagnie.
Po pierwsze, wcale nie jest na nic za późno. Zmieniać możesz zacząć się ot już od tej chwili.
Po drugie, nie psychiatrzy, nie leki, tylko psychoterapia. Im szybciej zaczniesz, tym szybciej zakończysz ;)
Po trzecie, Twoje przeżycie tego stanu totalnego odcięcia, przypomniało mi historię Eckharta Tolle.
Polecam przeczytać wstęp jego książki pt. "Potęga teraźniejszości". Polecam także świetną pozycję: Louise L. Hay - "Mozesz uzdrowic swoje zycie". Obie książki dostępne tutaj: http://66.102.9.104/search?q=cache:xDVGU_dxnooJ:bartek.ironet.pl/e-books/index.php

Tylko od Ciebie zależy czy coś z tym zrobisz. Skoro napisałeś na tym forum, to jednak w głębi siebie, chciałbyś się wyleczyć.

Pozdrawiam 8)


Podpisuję się pod tym dwoma rekami! Piszesz też że gdybys próbował wyleżć ze swojej skorupy dostał byś wylewu, zawału... Narkomanom też się wydaje że umierają wychodząc z uzależnienia, też odczuwają fizyczny potworny ból. Dają radę. Utwalanie negatywnego myslenia powoduje takie stany jak Twoje. Terapeuci leki naprawdę powolutku moga pomóc ale trzeba przede wszystkim chcieć. I choć to bardzo trudne nie poddawać się mimo potwornego zmęczenia. Bo leczenie czasami trwa długo, bardzo długo. Można to zrobić. A Ty chcesz coć z tym zrobić bo inaczej nie pisał byś o tym :smile:
Offline
Posty
355
Dołączył(a)
26 lip 2010, 16:14
Lokalizacja
nad morzem

Re: Do czego doprowadziła mnie nerwica. Moja historia

przez circ 19 wrz 2010, 18:09
przegranyy napisał(a):Witam Wszystkich !

To mój pierwszy post na tym forum .
Chciałem opisać mój przypadek i pokazać Wam niestety na własnym przykładzie do czego może człowieka doprowadzić fobia społeczna/nerwica .

Post jest bardzo długi, więc jeżeli nie masz ochoty- nie czytaj.

Mam podstawy twierdzić, że mój przypadek jest bardzo rzadki, być może jestem jedyny z tak zaawansowanym problemem i wiem też, że nie ma już wyjścia z tej sytuacji . Przeglądałem setki stron zarówno polskich, jak i anglojęzycznych w poszukiwaniu podobnego przypadku jak mój - bezskutecznie.

Nie jest to żadna prośba o pomoc czy rady, bo wiem, że nic mi już nie pomoże, chciałem tylko ostrzec innych, że nie można tej choroby lekceważyć i myśleć , że sama minie. Ja niestety muszę pogodzić się z takim życiem.

Od dziecka byłem bardzo wrażliwy i podobno bardzo inteligentny ( słowa głównie nauczycieli ). Nie mogłem znieść jak ktoś np. się na kimś wyżywał, byłem także trochę przewrażliwiony na punkcie swojego wyglądu, ciężko mi było siebie zaakceptować. Ale oczywiście to nie jest jakieś wyjątkowe i pewnie dużo ludzi tak ma .

Pierwsze moje poważniejsze lęki zaczęły się kiedy przeniosłem się z jednego liceum do drugiego. Byłem bardzo niepewny siebie, nie radziłem sobie za bardzo z nową sytuacją. Szybko moją niepewność zauważyła klasa i oczywiście przestali mnie traktować poważnie, na porządku dziennym było wyśmiewanie i tak dalej. To jeszcze pogłębiło moje problemy i lęki, codziennie po szkole miałem doła i tylko w domu przed komputerem lub zajmując się jakimś hobby typu elektronika uspokajałem się. Aż do następnego dnia w szkole.

Szkołę jakoś przeżyłem i postanowiłem pójść na studia. Na uczelnię dostałem się bez problemu, decydowały punkty z matury i za oceny, a te były niezłe. Dojeżdżałem około 150 km co drugi weekend, zajęcia w soboty i niedziele.
Moje lęki na uczelni stawały się jeszcze silniejsze niż w liceum, doprowadzały mnie do takiego stanu, że nawet kilka dni po powrocie do domu „dochodziłem do siebie”.
Potwornie bałem się, że ktoś mnie zapyta, a ja dostanę ataku lęku. Jednak jeszcze gorszy był powrót do domu, bałem się chodzić w nocy po mieście, bałem się , że ktoś mnie napadnie, a ja zamiast się bronić dostanę ataku lęku.

Pamiętam, że ostatnie lata , kiedy czułem się jeszcze „normalny” , oprócz fobii społecznej, to mniej więcej pierwszy i trochę drugi rok studiów. Normalny w tym sensie, że moje emocje i uczucia były normalne, wiedziałem czego chce, po prostu normalnie przeżywałem życie, a lęk był tylko jego częścią, która czasami mi przeszkadzała.

Niestety to zaczęło się zmieniać. Lęki doprowadzały mnie do takiego stanu, że po prostu traciłem uczucia, emocje, zauważałem coraz częściej, że np. nie czuję tego, gdy komuś bliskiemu coś złego się działo, nie czułem też np. radości z zaliczonego egzaminu, nie zależało mi tak jak kiedyś na tym, że go zdam.

(.........)

Obecnie koje życie wygląda tak , że spędzam całe dnie leżąc przed komputerem, staram się nigdzie nie wychodzić, bo w każdym miejscu czuję się dziwnie i rodzice częściowo mnie utrzymują. Żałuję ,że się urodziłem, uważam, że takie buble nie powinny przychodzić na ten świat, niestety nie mam odwagi na samobójstwo i ciągle wierzę w boga i nie wiem co będzie potem. Najgorsze, że jestem młody , a całe życie przede mną , martwię się tym, że musze przeżyć jeszcze pewnie z kilkadziesiąt lat, ucieszyłbym się, gdyby dopadła mnie jakaś śmiertelna choroba; na pewno nie podejmowałbym leczenia. Boję się też , że kiedyś rodzice przestaną mnie utrzymywać i będę musiał iść do pracy, a to będzie się wiązało z jeszcze gorszym cierpieniem niż przeżywam teraz. Nie mam już nadziei ani na zmiany, wiem ,że przegrałem swoje życie na starcie, żałuję, że się urodziłem. O takich rzeczach jak małżeństwo, czy w ogóle związek , mogę tylko pomarzyć, może w następnym życiu…
Chociaż jak każdy pewnie marzyłem kiedyś o dziewczynie, miłości, po prostu normalnym życiu, jakie ma większość ludzi, niestety nie ja…

To tyle, jeżeli ktoś dotrwał do końca to gratuluję wytrwałości. Nie życzę nikomu podobnych przeżyć, dlatego leczcie to ścierwo w zarodku, dla mnie jest już za późno, ale dla Was na pewno jeszcze nie. Nie wiem czy wszystko idzie zrozumieć co napisałem, starałem się jak mogłem, ale rozumiem, że jak ktoś nie przeżył, może nie pojmować pewnych rzeczy.
Tylko proszę, nie piszcie, że zawsze jest nadzieja, że na pewno jest wyjście, ja wiem, że NIE MA. Nie mam zamiaru także iść do kolejnego psychiatry, który powie mi to samo co poprzedni, przepisze inny lek i nic z tego nie wyniknie.

Jeżeli kogoś zainteresowało co napisałem, jeżeli ktoś ma pytania - odpowiem

Pozdrawiam Wszystkich


Zauważ, że był to proces, który postępował i nie uchwyciłeś go na początku.

Tu świadectwo kogoś, komu pomogłam.

"Mam na imię Piotrek i chciałbym zaświadczyć o Bożej miłości do ludzi, która może wyrwać
człowieka z każdego bagna i z każdego zniewolenia.
Mam 24 lata. Moja przygoda z Panem Bogiem zaczęła się kiedy miałem lat 20. Po raz
pierwszy zawołałem wtedy do Niego o pomoc w moim zapadłym życiu.
Pochodzę z rodziny niewierzącej. Moja edukacja religijna zakończyła się właściwie na I
Komunii świętej i wydaje mi się że przez 12 lat w kościele byłem kilkanaście razy.
Kiedy byłem dzieckiem, moi rodzice kłócili się ze sobą; tata często wyjeżdżał za granicę,
tak że wychowywała mnie samotnie mama. Gdy miałem 13 lat, rodzice ostatecznie rozstali się po
burzliwej kłótni mojego taty z moim bratem, w której doszło do rękoczynów. Od czasu tego
wydarzenia mama i tata, a także tata i brat nie rozmawiają ze sobą. Mniej więcej w tym czasie
umarła moja jedyna już babcia (dziadków nie znałem) i popadałem w coraz większe przygnębienie.
Głęboko w sobie nie miałem żadnej wiary w sens i radość życia i nosiłem ogromne pokłady bólu,
co skutecznie maskowałem przed ludźmi. W poszukiwaniu wyjścia z cierpienia uciekałem w świat
komputerowy, bardzo pilną naukę, czytanie książek, upijanie się, czasem lekkie narkotyki,
masturbację, chroniczne spanie, budowanie sylwetki na siłowni i inne rzeczy. Mój stan psychiczny
pogarszał się. Kiedy zaczynałem studia bardzo nasilił się mój lęk przed ludźmi, chwilami bywał on
wręcz paniczny, tak że unikałem znajomych, abym tylko nie musiał z nimi rozmawiać, a kiedy do
tego dochodziło, starałem się udawać że wszystko jest w porządku. Najchętniej zostawałem w
domu i spałem. Żyłem pragnieniem skończenia się tygodnia zajęć na uczelni, abym mógł się
wreszcie na chwilę schować, nosząc w sobie ciągle przeświadczenie, że jeśli w końcu porządnie się
wyśpię, moje problemy ustąpią – a było zupełnie odwrotnie. Kiedy już nie mogłem z samym sobą
wytrzymać, mimo paraliżującego lęku, zgłosiłem się do poradni zdrowia psychicznego. Po terapii
grupowej nabrałem trochę chęci życia i rozpocząłem poszukiwanie sensu życia.
Na drugim roku studiów trafiłem na dwie osoby, które w przedziwny dla mnie, atrakcyjny
sposób mówiły mi o chrześcijaństwie, o Bogu, o Jezusie. Mimo rodzinnej niechęci do Kościoła, po
zetknięciu się z Pismem świętym, postanowiłem wybrać się do kościoła i zobaczyć co tam się
dzieje. Msza wydała mi się raczej śmieszna i niezrozumiała, ale po niej uklęknąłem pod krzyżem i
zacząłem płakać, prosząc Jezusa o pomoc w przytłaczającym mnie cierpieniu. Poczułem dużą ulgę
wewnątrz i jakieś oczyszczenie po tym płaczu. Zacząłem chodzić do spowiedzi i biegać do kościoła
niemal codziennie – niespotykaną dotąd w moim życiu, głęboką radość sprawiała mi szczególnie
komunia z Chrystusem. Straciłem upodobanie w grach komputerowych, alkoholu i narkotykach i
nareszcie odnalazłem siłę, która wyrwała mnie z nałogu masturbacji w tamtym czasie. Miałem
wrażenie, jakbym drugi rok studiów spędzał w niebie.
Moja wiara upadła jednak w wyniku trudnego dla mnie zetknięcia z moim, właściwie
nieznanym, tatą. Trzeci i czwarty rok studiów był dla mnie czasem wzlotów i upadków w wierze,
powrotów i pogłębień nałogów i depresji, następnych terapii, gdzie też wysyłali mnie spowiednicy,
zainteresowania buddyzmem; po raz pierwszy pojawiły mi się myśli samobójcze i zacząłem wyć i
płakać z bólu jak nigdy wcześniej; czułem się zamknięty i skazany na cierpienie we własnej
samotności. Gdy znów mój stan psychiczny nieco się poprawił, jakimś cudem znalazłem sobie
dziewczynę. Po kilku miesiącach związku, dotarło do mnie że wciąż tkwię w bagnie i cierpieniu, a
ten związek, oparty na obustronnym zaspokajaniu własnych pragnień, tylko je pogłębia. Zerwałem
go i zwróciłem się znów do Chrystusa o pomoc i prowadzenie w życiu.
W kwietniu 2008 „przypadkiem” trafiłem weekend modlitewny kursu Alfa. Tam miałem
okazję publicznie oddać swoje życie Jezusowi i zrobiłem to w sposób bardzo wyraźny. Przyznałem
przed Nim, że moja wiara jest bardzo płytka, a ja ciągle coś przed Nim ukrywam. Pomyślałem
sobie i krzyknąłem do Niego: „Jeśli faktycznie jesteś, to przyjdź dziś do mnie i zrób coś z moim
życiem!”. Chwilę później w wyniku modlitwy Andrzeja nade mną, osunąłem się na podłogę, tracąc
władzę w ciele. Czułem że przebaczam moim rodzicom i moim bliskim dzięki Chrystusowi, bo sam
nie byłem w stanie tego zrobić, a moje wnętrze wypełnia się pokojem. Wstałem jednak dość szybko
zmieszany sytuacją, że nagle leżę na ziemi.
Następnego dnia, kiedy modlono się nade mną, poczułem jakiś wielki wstręt do tej
modlitwy i próśb za mnie, ale postanowiłem ją przetrwać. Położyłem się na brzuchu i po chwili
zaczęły mi się trząść ręce, a następnie całe ciało. Wkrótce wymachiwałem rękami, nogami i
zerwałem się z krzykiem; na pytanie księdza powiedziałem wtedy że moim Panem jest Jezus
Chrystus. Nie wiedziałem co się dzieje, ale miałem ufność że jestem pod Bożym działaniem. Przy
drugim takim krzyku, otworzyłem oczy i powiedziałem że nie mam już siły, po czym położyłem się
na łóżku odpocząć. Miałem przekonanie że coś złego we mnie siedzi i będą potrzebne jakieś
egzorcyzmy, ale na ten czas ksiądz uspokoił mnie, żeby się tym nie przejmować, bo to było
odreagowanie stłumionych emocji.
Po zakończeniu weekendu czułem się radosny, wolny i z ochotą do modlitwy jak nigdy
dotąd w moim życiu. Miewałem jednak koszmary, budziłem się z poczuciem winy, wciąż nie
spałem dobrze i nadal nosiłem w sobie wielkie pokłady lęku. Stopniowo trafiało do mnie że wciąż
jestem zniewolony przez złego; że całe moje życie byłem zniewolony przez niego smutkiem,
zatrutymi schematami myślenia nałogami i depresją i że teraz zaczyna on ze mnie wychodzić pod
wpływem Jezusa Chrystusa. W lipcu pojechałem na tydzień Odnowy w Duchu świętym do
Lanckorony, gdzie to wszystko sobie uświadomiłem pod wpływem świadectw innych osób o
zniewoleniach. W czasie jednej z modlitw uwielbienia zaczęły mi się trząść ręce i wykrzywiać
twarz; straciłem ochotę do tej modlitwy. Zacząłem sobie powtarzać wersety z Pisma świętego o
tym, że Bóg chce mi pomóc; wiedziałem już że toczy się ważna walka duchowa o moje życie i
wbrew wszelkim odczuciom i reakcjom powtarzałem te wersety, zaglądając do Pisma kiedy je
zapominałem. Kiedy ataki te nieco się uspokoiły, usiadłem i zacząłem się modlić do Ducha
świętego, aby pokazał mi, co jeszcze mnie oddziela od pełni Bożej Miłości. Po pewnym czasie w
bardzo wyraźny sposób stanęła mi przed oczami moja babcia, która zmarła 10 lat temu; poczułem
ogromną tęsknotę za nią, żal do niej, za to że odeszła tak nagle i że nie jestem w stanie jej tego
wybaczyć. Długo siedziałem i płakałem. Kiedy się trochę uspokoiłem, modliłem się dalej o
pokazanie mi innych barier, które mnie oddzielają od kontaktu z Bożą Miłością. I pojawił się mój
tata, jako odległy, niedostępny i surowy. Podszedłem do Marka i Wojtka z prośbą o modlitwę,
mówiąc im co przeżywam.
Zespół modlitewny polecił mi wypowiedzieć słowa wybaczenia wobec mojej babci i mojego ojca i
tak też zrobiłem. W czasie modlitwy wpadłem w spoczynek w Duchu świętym, a oni nachylili się
nade mną i modlili. Po chwili zacząłem się znowu trząść, najpierw ręką, potem całym ciałem.
Następnie zacząłem kaszleć, wstawiennicy modlili się wtedy nad moimi płucami; a ja coraz
bardziej kaszlałem, niemal się dusić zacząłem. Po kolejnym, najgłębszym z takich wykrztuszeń,
kaszel ustąpił i coś mi się odblokowało w środku, w płucach. Wtedy wstawiennicy zaczęli
dziękować Panu. I tak chwilę leżałem. Po chwili zacząłem się głośno śmiać, ale jednocześnie
znowu kaszleć. Ekipa przybiegła i znowu się modliła nade mną, w wyniku czego uspokoiłem sie,
przestałem się śmiać i kaszleć. Wtedy usłyszałem, jakby z mojej trzęsącej się wcześniej najbardziej
lewej dłoni: "Jeszcze tu wrócę", na co odpowiedziałem: "Jezus Chrystus jest moim Panem".
Po chwili głowa zaczęła mi chodzić w różnych płaszczyznach, przy których robiłem
głębokie wdechy i wydechy. Czułem jakby przez te wydechy moje ciało zostawało uwalniane z
napięć i ran z różnych jego miejsc. Niektóre pozycje wykrzywienia głowy były dla mnie
nienaturalne, ale zabolało mnie tylko raz przy uwalnianiu czegoś z karku. Dłonie mi się otworzyły i
wzniosły w geście uwielbienia (wcześniej ręce ułożyły mi się na boki tworząc ze mnie figurę
krzyża).
Nagle zobaczyłem dziecko. Malutkie, bardzo radosne, trzymane na rękach przez kogoś,
kogo nie widziałem. Czułem że to ja jestem tym dzieckiem i że jest trzymane przez ojca. I nagle
zacząłem lekko kaszleć, jak niemowlę i dźwięk który ze mnie wyszedł przypominać zaczął płacz
dziecka, takie łeeeeeeee. Z ust wychodziły mi następnie słowa: ta-ta, tata, tatatatatata, tatuś, tylko
tatuś, tatuś wrócił. Czułem że uśmiecham się jak dziecko, i czuję bardzo wyraźnie obecność taty.
Zacząłem machać rękami i dotykać przedmiotów wokół mnie z dużą ciekawością. Bardzo
zapragnąłem pobawić się grzechotką i po chwili poczułem jak Tata daje mi grzechotkę a ja nią
macham z zadowoleniem. Usłyszałem że ktoś z grupy obok proponuje wyjście na spacer, na co
odpowiedziałem dziecięcym głosem: „A ja jeszcze nie umiem chodzić!”. Machałem mojemu Tacie i
cieszyłem się do Niego, a On cieszył się ze mnie. Bóg stał się moim Tatą, pokazał mi swoją Miłość,
a ja stałem się Jego ukochanym dzieckiem. Moje stare, bolesne, spętane nałogami życie umarło, a
urodziło się nowe, wolne, pełne Miłości, wdzięczności i poczucia bezpieczeństwa ze strony Boga
Ojca. Mojego odległego ziemskiego ojca zacząłem po tym nazywać tatą. Teraz dopiero poczułem
radość i wolność w najgłębszym osobistym obszarze. Z oczami na wierzchu przeczytałem następnie
3 rozdział Ewangelii św. Jana mówiący o powtórnym narodzeniu. Stało się ono dla mnie faktem
dzięki Zbawicielowi człowieka – Jezusowi Chrystusowi, który wyrwał świat z ciemności i przeniósł
do światła. Chwała Panu."


Byłam potem jego świadkiem bierzmowania.
Teraz pisze doktorat i bierze ślub za kilka dni. Jest szczęśliwy.
Offline
Posty
210
Dołączył(a)
16 wrz 2010, 16:05

Re: Do czego doprowadziła mnie nerwica. Moja historia

przez stefi 20 wrz 2010, 16:56
A do czego mnie doprowadzila...Mam dopiero 20 lat a przechodzilam juz przez taaaakie stany,ze glowa mała.
Przez caly sierpien zamiast korzystac z wakacji (dodam ,ze bylam zupelnie wyluzowana)to ja borykalam sie z moimi nowymi i jakze przyjemnymi objawami ,dzialo sie to zupelnie poza mna-czulam jakby w mojej glowie bylo tysiace szpilek,pozniej czulam juz to po calym ciele ,podwojne widzenie,kompletnie rozmazany obraz,niesamowita sennosc nawet po przebudzeniu,brak apetytu,czulam sie jakbym brala mocne narkotyki,zawroty glowy,trudnosc z chodzeniem i mowieniem trudnosci z koncentracja,otepienia,derealizacja siegnela zenitu,drzenie miesni(faktycznie bardzo zimno bylo na Krecie:),ogolne oslabienie ,wysoki puls i cisnienie,wrazenie spuchnietej twarzy,dretwienia po calym ciele przez cala noc musialam chodzic bo myslalam ,ze nie wytrzymam,zimne poty,glosy ,ktore slyszalam za dnia slyszalam w nocy,nawet mp3 nie moglam sluchac bo spiewak ,ktory nigdy nie falszowal zaczal falszowac,...i tak moge pisac i pisac o moich objawach,oczywiscie po powrocie zaczely sie kolejne wizyty u lekarzy,rezonans magnetyczny glowy,trafilam do neurologa i skierowal mnie do psychiatry !Od czego moj mozg tak wariuje?Przeciez bylam na wakacjach przez pierwszy miesiac bylo wszystko ok. a tu nagle z dnia na dzien takie objawy!
Wrocilam po wakacjach wyczerpana ,nie poszlam do szkoly ,z ktorej jeszcze sie nie wypisalam,zapisalam sie do szkoly dla doroslych(tylko moja mama o tym wie ) i kurcze nie powiem tego mojej rodzinie bo beda mowili ,ze z tlumokami chodze..Pomocy!!!!Teraz siedze w domu ,czuje sie jak 90 letnia staruszka ,mlodosc przez palce mi ucieka,nie mam towarzystwa a zawsze bylam bardzo towarzyska osoba i jeszcze w zyciu tak zagubiona nie bylam...
Offline
Posty
87
Dołączył(a)
13 paź 2009, 17:37

Re: Do czego doprowadziła mnie nerwica. Moja historia

przez M18 22 wrz 2010, 17:37
Po prostu nie wierzę, że istnieje ktoś dokładnie taki jak ja, mam dokładnie to samo, żyję jakby za szybą, ten stan jest ciągły nieprzerwany, nie widzę radości smutku, nic, teraz idę na studia ale sam nie wiem po co, chyba tylko po to aby zadowolić rodziców - zapisałem się na 2 termin bo były wolne miejsca na uczelni. Nie wiem co zrobię jak mi ich zabraknie, i tak teraz wstydzę się bycia sobą, mam świadomość że jestem bezużyteczny, że 99.9999(9)% ludzi na ziemi jest ode mnie lepszych bo właśnie spotkałem kogoś na równi ze mną - Ciebie Autorze tego postu.

Obecnie koje życie wygląda tak , że spędzam całe dnie leżąc przed komputerem, staram się nigdzie nie wychodzić, bo w każdym miejscu czuję się dziwnie i rodzice częściowo mnie utrzymują. Żałuję ,że się urodziłem, uważam, że takie buble nie powinny przychodzić na ten świat, niestety nie mam odwagi na samobójstwo i ciągle wierzę w boga i nie wiem co będzie potem.


Ten cytat jest po prostu wyjęty z moich ust.
Dodam jeszcze, że spotykając innych ludzi staram się z nimi nie rozmawiać bo po 1 i tak nie miałbym im nic ciekawego do przekazania, bo oni żyją w zupełnie innym świecie, ja za swoją szybą jedyny kontakt ze światem - komputer, nie prowadzę życia społecznego i jestem pewien, ze do końca życia będę samotny i pogodziłem się z tym, nie odczuwam już jakiejkolwiek potrzeby bliskości, miłości itp.
Dlaczego to piszę ? Bo przynajmniej teraz mam o czym.
Nie byłem u żadnego psychiatry, psychologa, bo nie mam na to odwagi, nie mogę się przełamać, prawo jazdy próbowałem zdać, po 3 oblanych egzaminach - każdy wyglądał tak samo, miałem takie stany lękowe, że moje ruchy były jak po porażeniu prądem, cały drżałem jakby z zimna i totalny film - jakby inna rzeczywistość.
Rodzice nie postrzegają mnie jako chorego bo nawet o tym nie wiedzą a ja nie chcę iść 4 raz na egzamin, a oni nalegają ! Nie mam pojęcia co zrobić i tak tego nie zrozumieją. Nie chcę znowu przeżywać tego samego 4 raz.
Do kościoła chodzę mimo mojej wielkiej fobii społecznej, która swój początek miała już w 5 klasie podstawówki czyli 9 lat temu ale sam nie wiem po co, nie odczuwam jakiejkolwiek potrzeby modlenia się bo obecności Boga też nie czuję ani wcale mi to nie pomaga, chociaż staram się w niego wierzyć

Nie wiem czy ktoś też tak ma ale mam wrażenie, że nie jestem człowiekiem, gdy patrzę na siebie w lustrze odczuwam coś w rodzaju zdziwienia ze zniechęceniem do siebie. Nie widzę w innych osobach ludzi tylko jakieś gadające przedmioty. Nie wiem jakim cudem znalazłem się na tym świecie i jak to możliwe że byłem tym najszybszym plemnikiem który zapłodnił komórkę jajową, przecież na moje miejsce mogły być miliony innych lepszych i użyteczniejszych ludzi. Dobra kończę to pisanie bo już sam zapomniałem co dalej chciałem napisać mam ogromne problemy z koncentracją, to chyba przez tą szybę, przez którą cały czas widzę świat, ahhh jak ja chciałbym zdjąć ją z moich oczu, z głowy ! poczuć wreszcie jak to jest żyć naprawdę a nie w jakimś komiksie !

[Dodane po edycji:]

Dodam tylko że właśnie jakiś czas temu bardzo cierpiałem psychicznie również przez całokształt mojego życia jak i ludzi ze szkoły którzy traktowali mnie jak powietrze, potrafiłem mieć doła przez cały tydzień non stop praktycznie leżeć i patrzeć się w ścianę aż pewnego razu poprosiłem, że chciałbym nic nie czuć no i viola tak też się stało.
M18
Offline
Posty
57
Dołączył(a)
01 maja 2010, 15:16

Do czego doprowadziła mnie nerwica. Moja historia

przez PiotrDumanowski1 16 lip 2013, 14:11
Mam taką samą sytuację co autor tego wątku. Straszne problemy z emocjami, brak ich czucia, bycie jakby poza ciałem, obok siebie, nierealność świata, dystans emocjonalny do ludzi, do bliskich, lęki, natręctwa, problemy z nauka, czytaniem itd. cała masa kłopotów...
A jaka przyczyna? Zablokowanie swoich uczuć, blokada emocjonalna; ściśnięty brzuch, uczucie spięcia pasem, ściśnięte plecy, napięcie, a raczej nie napięcie a odrętrwienie, poczucie bycia daleko od siebie itp. itd. ciągłe konflikty emocjonalne jak błędne koło... Terapie, psycholodzy, psychoterapeuci, leki itd...
W sumie kilka lat... blokady... I rozumiem to strasznie trudne...
Ale ... trzeba spróbować poczuć... Mniej więcej wiem w którym momencie swojego życia coś zablokowałem i stłumiłem w sobie, to już chyba jakiś mały plusik. Teraz pytanie jak to rozwiązać, co z tym zrobić? To jest we mnie i świadomość tego, że to mnie blokuje. Wejście w ten świat? Chyba tak... to trudne i łatwo się zagubić... ale jest szansa... Przyczyna? Osądzenie, że we mnie nie mogą być pewne emocje, walka z nimi, zwalczanie ich zamiast ich akceptacji i pracy z nimi... powolnej wytrwałej... Walka z nimi, walka ze sobą. Ponoć to z czym walczymy zrastamy się z tym na zawsze... Uczucia przyjemne: mi łatwiej odblokować chyba... pozwolić sobie na radość, wspomnienie przyjemne, pokój, miłość itd... gorzej jest z tzw. uczuciami przykrymi, chyba błędnie nazywanymi negatywne... Mam kłopot i to duży żeby pozwolić sobie na przezywanie złości, gniewu, nienawiści a czuję, że jest tego naprawdę dużo... Byłem tak wychowywany jako ułożony chłopiec, grzeczny i dobry... czyli np złość była zła i taka nieładna... Wskutek życia i problemów nagromadziłem w sobie mnóstwo złości, którą ciężko mi wyrazić, bo po prostu zastępuje ją zrozumieniem albo usprawiedliwieniem albo ugłaskaną dobrocią, ciężko mi się także przyznać przed sobą i pozwolić sobie na to, że we mnie jest tyle złości, nienawiści i gniewu, czyli czegoś co tak nie pasuje do mnie.... Ale chyba jest tego dużo i dopóki się na to nie zgodzę będzie to narastać we mnie, dopóki nie wyrażę, nie poczuję...

Odcięcie się od swoich emocji i uczuć to odcięcie się od siebie, swojego ciała, umysłu i duszy... to eleganckie samobójstwo i początek jałowej, wegetacyjnej egzystencji, życie obok siebie, przekonanie, że w danej sytuacji powinienem się złościć, bać się, cieszyć ale tego nie czuję więc radość lęk miłość ... rozumowa...... Ale trzeba spróbować poczuć... uczucia to potężna siła, bez uczuć nie warto żyć....

Piotrek
Posty
7
Dołączył(a)
13 wrz 2010, 17:24

Do czego doprowadziła mnie nerwica. Moja historia

przez Montexy 02 sie 2013, 23:00
Witaj, u mnie było to samo w sumie jest, lekarze zastanawiają sie nad tym problemem coraz bardziej, problem zablokował sie gdzieś w psychice w przeszłości ale ani Ty ani nikt inny nieda rady na nie odpowiedziec, pod warunkiem ze spedzisz u psychoterapuety caly tydzien i opowiesz mu o całym zyciu i znajdzie własciwie problemy, u mnie działa sposob magnez + tabletki ziołowe uspokajające, zmiany pojawiaja sie po 3, 4 dniach, wiec sa gorsze dni i dobre, nie warto popełniac zadnych samobójstw ani nic, Bóg dał zycie i trzeba to szanować i żyć, a ze akurat musimy nosić ten krzyż to wiesz ;) wiec doradzam tą kombinacje, naprawde jest dobra, tabletki Aflofarm o ile sie nie myle, tylko ziołowe i bardzo pomagają razem z magnezem.
Offline
Posty
18
Dołączył(a)
30 sie 2011, 12:56

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 15 gości

Przeskocz do