Nerwica Lękowa Co zrobić? Moja historia...część 2

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

przez Roshena 18 lut 2008, 12:48
musimy myśleć, że damy radę, że wyjdziemy z tego wszystkiego. To nie łatwe ale próbujmy twardzi nie mięczaki :) uchy do góry i do walki :) :D
Offline
Posty
22
Dołączył(a)
12 lut 2008, 18:00

Avatar użytkownika
przez MagdalenkaBMW 18 lut 2008, 14:07
Do walki... gorzej jesli ten stan utrzymuje sie non stop bez chwili wytchnienia,teraz ciut przeszlo ale wciaz wisi nade mna uczucie ze zaraz wroci,ze jest obok:(
Avatar użytkownika
Offline
Posty
28
Dołączył(a)
17 lut 2008, 15:38

przez aga2627 19 lut 2008, 08:22
to nie chodzi o to ze nikt tu nie chce sluchac ze ktos sie zle czuje i takie tam tylko chodzi o to ze wchodzi tu duzo osob ktore tu jeszcze nie byly a przy nerwicy wazne jest pozytywne nastawienie wiara w to ze da sie ja uleczyc wiadomo ze trzeba czasu bo "pracowalismi"" na nia cale zycie ale z takim podejsciem jak maja nie ktorzy to mozna wystraszyc nowych ja kiedy tu wchodzilam jakies 3 lata temu to przestalam tu zagladac bo jak czytalam nie ktore posty to mi sie objawy nasilaly i czulam sie gozej .Lecze sie juz 5 lat wiem ze nie jestem do konca wyleczona wlasnie zmienilam lek nie czuje sie najlepiej ale sie nie poddam wiem ze przez pierwsze dni mozna sie czuc gozej a puzniej to juz bedze z gorki . Wazne zeby nowe osoby wiedzialy ze na poczatku jest trudno ale trzeba sie pozytywnie nastawic na leczenie i nie czytac ze bralem czy bralam leki 3 czy 5 miesiecy odrzucilem mam nawrot a pewnie ze ma bo za krotko sie leczy ja biore 5 lat i jeszcze nie jest calkiem dobrze ale jest lepiej niz bylo a ci co pisza ze brali kilka lat i odrzucili i sie zle czuja to nie wiem czy wiedza ze mimo iz leki nowej generacji nie uzalezniaja to maja skutki uboczne przy odstawieniu w postaci dreznia leku kolatania serca itp ktore mijaja po ok 2 tyg. zreszta do odstawienia leku trzeba ""dojrzec"" trzeba wiedziec samemu ze tak to jest ten moment w ktorym chce odstawic lek bo czuje sie dobrze Exclamation
:))
Offline
Posty
21
Dołączył(a)
14 lut 2008, 17:57
Lokalizacja
GORZOW

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

przez mateuszzzz90 19 lut 2008, 11:59
Musze tutaj napisać że miałem okres w swoim życiu kiedy wyzdrowiałem niewiem jak to sie stało ale przeszło mi z dnia na dzień wmawiałem sobie rózne choroby bałem sie ze zaraz umrę ...mam dość szybko zabrała mnie do psychologa na początku nieczułem żadnej poprawy po bodajże 10wizytach poczułemsie jak nowo narodzony brałem jakieś lekkie leki psychotropowe ale też przez bardzo krótki okres. 3lata miałem bardzo sporadyczne ataki z którymi sobie łatwo radziłem aż do 28stycznia kiedy przy oglądaniu filmu wrócił mi lęki pomyślałem sobie że moge zrobić krzywdę moim bliskim itp...
jakoś poradziłem sobie z tą myślą ale przychodziły inne potem że zwariowałem a teraz że mnie opętało dzisiaj mam wizyte u psychiatry mam nadziej że z jego pomocą i pomocą psychologa wyjdę z tego czy ktoś z was miał podobne myślido mich ??
Offline
Posty
106
Dołączył(a)
12 lut 2008, 23:14

przez aga2627 19 lut 2008, 12:18
moze to nie ten film tak na ciebie zadzialal tylko wczesniej cos sie wydarzylo a przy ogladaniu tego filmu poprostu puscily ci nerwy pomysl o czym rozmawial;es wtedy z ta psycholog co takiego sie wydarzylo ze poczules sie lepiej ja tez przez te piec lat leczenia miewalam a nawet mam takie dni ze mam wrazenie ze moze znowu wraca ze cos sie dzieje ale staram sie czyms zajac odpedzic te durne mysli i po paru dniach jest ok a objawy o ktorych piszesz to mialam na poczatku leczenie dlatego wiem co przezywasz wiec nie daj sie mysl pozytywnie i napisz jak bedzie ci lepiej
:))
Offline
Posty
21
Dołączył(a)
14 lut 2008, 17:57
Lokalizacja
GORZOW

przez mateuszzzz90 19 lut 2008, 21:26
Jednak zaszła pomyłka i wizyte u psychiatry mam dopiero 8marca dzisiaj czuje sie chyba troszke lepiej nie miałem ataków lęku .... teraz jedyna myśl jaka mnie trapii i strasznie dołuje jest to że mnie opętało mam nadzieje ze szybko z tego wyjde
Offline
Posty
106
Dołączył(a)
12 lut 2008, 23:14

przez aga2627 19 lut 2008, 21:51
kurcze musisz sie czyms zajac ja tez na poczatku mialam takie mysli jak poszlam na targi medycyny i zobaczylam napis ze deprecja to opetanie jasne a bolaca pita to zapalenie pluc no i telewizja tez robi wode z mosgu dlatego ja ogladam tylko komediie i smieszne programy ja mam teraz wizyte 13 marca bo lekarka jest ciekawa jak sie bebde po nowym leku czula wiec trzym sie i nie daj sie:)))
:))
Offline
Posty
21
Dołączył(a)
14 lut 2008, 17:57
Lokalizacja
GORZOW

przez mateuszzzz90 19 lut 2008, 22:31
Aga sama wyzbyłaś sie tych myśli ??ile to trwało bo ja mam je od niedzieli od tamtego czasu też nie oglądam horrorów :Dhehe
Offline
Posty
106
Dołączył(a)
12 lut 2008, 23:14

Avatar użytkownika
przez ad2008 20 lut 2008, 01:06
A teraz moja historia...

Początek

Z nerwicą zmagam się już ładnych parę lat. Zaczęło się w czasie kiedy nie zaliczyłem 1 semestru studiów z związek z dziewczyną stopniowo zaczął się rozpadać... Siedziałem przez kilka miesięcy w domu, czasem gdzieś wychodziłem. W lecie rano zaczęły pojawiać się pojedyncze nieregularne uderzenia serca. Z dnia na dzień coraz bardziej się tego bałem. Serce - to o które tak zawsze się martwiłem... Nie potrafiłem nie myśleć o tym, że mi za chwilę może pojawić się nieregularne uderzenie.

Jednego lipcowego dnia chcąc oderwać się od złych myśli pojechałem z ojcem 100km poza miasto do jego kolegi (ja jako kierowca). Znów myśli... strach... coraz większy. W połowie drogi powrotnej z przerażeniem stwierdziłem że zaczynają mi drętwieć ręce. Po kilku minutach pojawiło się drętwienie nóg... i zaczęło się. Zaczął drętwieć mi kark, plecy, z przerażeniem zatrzymałem samochód i wyturlałem się z niego na ulicę czując że cały zaczynam drętwieć i tracić przytomność. 50km od domu. Daleko do większej miejscowości... środek pola... Po chwili wstałem (kręciło się w głowie okropnie), ojciec przerażony (zasiadł za kierownicą). Zatrzymywaliśmy się jeszcze 3 razy po drodze zanim dojechaliśmy na stację pogotowia ratunkowego. Tam odesłali mnie do psychiatry, zapisałem się też do kardiologa...

Pani psychiatra zbagatelizowała problem, dała mi coś na depresję i dowidzenia. Do kardiologa chodziłem kilkukrotnie - echo serca, EKG, USG, badanie średnicy żył, zastawek itd... i nic nie znaleziono. "Czy wszystko jest ok? mogę jeździć na rowerze?" - "Tak, oczywiście". Po tej wizycie kamień spadł mi z serca... Magnez, potas, witaminki i będzie ok.

Powrót do zdrowia...

W tym samym czasie zjawił się u mnie kolega ze szkoły średniej. Zaproponował mi pracę w firmie w której pracował i polecił studia zaoczne. Zostałem przyjęty do pracy, poszedłem na studia... Pierwsze dni na studiach to był koszmar - każdego ranka od 8 do 9 męczyły mnie nieregularne uderzenia serca. Później mijało... Zauważyłem że to ma związek ze stresem.. Po dwóch miesiącach arytmia minęła. Przyjemna praca, dobre wyniki w szkole. Od 16 do 22 w pracy. Weekend na studiach. Nie było czasu na myślenie...

Przyszło kolejne lato, wsiadłem na rower - przejechałem kawałek - faktycznie! Nic się złego z sercem nie działo. Zacząłem robić zdjęcia temu co mnie otacza. Rower, zdjęcia, koledzy, wyjazdy do innych miast i mimo powracających myśli o tym co było - nic nie było mnie w stanie "ruszyć".

Początek koszmaru

Jesień. Do pracy jeżdżę przez całe miasto w godzinach szczytu, horror. Jednego dnia jadę na rowerze, innego samochodem... Poniedziałek - piątek praca, weekend - szkoła. Dzień w dzień, bez urlopu, bez odpoczynku.

Wietrzny, deszczowy październikowy dzień. Wsiadam na rower, przjejeżdżam 500 metrów i nie mogę. Arytmia. Z każdym mocniejszym naciśnięciem pedała dostaję serię nieregularnych uderzeń serca... Zsiadam, doczłapuję się do domu na piechotę...

Sobota. Po szkole. Padał deszcz, kolega nie może uruchomić auta. "Popchnij proszę". Pcham z drugim kolegą, auto ruszyło, idę do swojego i horror - przez ponad minutę serce wali jak oszalałe nieregularnym tempem... Uspokoiło się. Wracam przerażony do domu. Boję się podejmować wysiłku. Boję się bać!

Sytuacja zaczęła się pogarszać kiedy w trakcie dojazdów do pracy zacząłem panicznie bać się skrzyżowań na którch nie było możliwości zjazdu. Bałem się że ten z tyłu zacznie na mnie trąbić jak nie wjadę a jeśli wjadę to będą na mnie krzyczeć ci którym zablokowałem drogę. Jednego dnia pomyślałem sobie "a co by było gdybyś się wystraszył w tym ogromnym korku i dopadła cię arytmia?". I od tej pory panicznie bałem się stania w korku. Wpadałem w panikę gdy wjeżdżałem w zakorkowaną drogę z barierkami i słupkami po obydwu stronach jezdni. Bez możliwości zawrócenia, skręcenia gdziekolwiek... Kilka razy nie byłem w stanie dojechać do pracy. Zacząłem wyjeżdżać wcześniej, było lepiej! Nie jechałem też drogami z których nie dało się zawrócić.

Niestety zauważyłem że próg strachu jaki powoduje wystąpienie arytmii był zmienny. Jadąc do szkoły mogłem wpadać w panikę i nic mi się złego nie działo ale ZAWSZE wracając do domu wystarczył niewielki strach, żeby zaczynał się horror.

Błędne koło... Boję się że się będę bał bo wtedy może wystąpić arytmia i wtedy jeszcze bardziej będę się bał.

Koszmar

Ku mojej uciesze zmieniono mi godziny pracy - od 19 do 3 w nocy. Podobało mi się to ... do czasu.

Od godziny 22 siedziałem już tylko sam w biurze. W magazynie do rana pracowali ludzie. Jednego dnia o godzinie 23 zadzwonił zdenerwowany klient z miejscowości odległej o 50km. "Nie dostałem towaru!!!". Zaczął bluzgać, krzyczeć... odłożyłem słuchawkę. Godzinę później był u mnie w biurze... Krzyki, przekleństwa, strach! Gdy klient pojechał ja nie mogłem się uspokoić. Poszedłem umyć naczynia żeby się uspokoić, później wyszedłem z biura i skierowałem się do toalety. Coraz większy strach... Noc... 10 km od domu... 5km do centrum... Serce wali jak oszalałe. Boję się ruszyć, boję się wrócić do domu "nie dam rady przejechać 10 km"... myślę że to już koniec... płaczę bo żal mi rodziców. Odnajduje mnie kolega magazynier zaniepokojony moją półgodzinną nieobecnością - ryczę jak małe dziecko, mówię co się ze mną dzieje, on mnie pociesza i trochę się uspokajam ale dalej wszystkiego się boję... W drodze powrotnej dopada mnie ogromna arytmia. Dojeżdżam do postoju taksówek, biorę taryfę i jadę do domu.

Znów wizyta u psychiatry. Lek na depresję plus Doxepina. To mi dało względny spokój. Odwiedziłem też jednego z lepszych kardiologów w mieście. EKG, USG, badanie średnicy tętnic, wymiarów ścianek komór serca. Dostałem lek na zmniejszenie ciśnienia. Nic nie znaleziono...

Teraz

Teraz żyję... sobie... Gdy dopadnie mnie nieregularne pojedyncze uderzenie serca to zwykle nie powoduje to wpadania w panikę. Biorę Seroxat - wróciłem do niego po półrocznej przerwie (wpadłem w panikę jadąc do pracy + arytmia).

Boję się wielu rzeczy... Nie ma mowy o wyjeździe dalej niż 10km od domu. Nie wsiądę do windy, do autobusu. Każda sytuacja która wywołuje lekki stres - u mnie wywołuje strach. Najbardziej boję się wpadnięcia w komunikacyjny korek w drodze do domu. Na szczęście mogę siedzieć w pracy do kiedy mi się podoba. Miejsce pracy - idealne - willa, ogród, własny duży pokój. Właściciele firmy - wspaniali ludzie, którzy akceptują moje problemy i przymykają oko gdy się spóźnię bo coś mnie psychicznie po drodze 'przyblokuje'. Mimo to przez okno widzę ogród... za ogrodem drogę... zakorkowaną od prawie dwóch lat przez remont 60 metrowego mostu, który mają remontować jeszcze rok (skandal... krajowa droga).

Panicznie boję się zakorkowanego całego miasta, co się już zdarzało (wykopane bomby, pozalewane ulice przez pęknięte rury wodociągowe). Dopadają mnie wtedy myśli - "co będzie jak się wystraszysz a możesz uspokoić się tylko w domu?". Ostatnio jak na złość o godzinie 16:30 w piątek wysiadł prąd w całej dzielnicy. "Prąd będzie za 2 godziny", słyszę w słuchawce. Robi się coraz ciemniej, za oknem gigantyczny korek. Nikogo prócz mnie nie ma w firmie. Mam do wyboru - siedzieć sam w ciemnym domu bez światła albo wracać do domu w ogromnym korku. Wybieram to drugie. Z paniki ratuje mnie ojciec który przez połowę drogi zagaduje mnie przez telefon.

Są dni kiedy nie myślę o strachu - mogę wtedy stać w korku przez dłuższy czas i nie wpadnę w panikę. Jednak gdy się przez pół dnia "podkręcam" wtedy zaczynam bać się najdrobniejszych rzeczy...

Chodziłem na psychoterapię prywatnie ale po jakimś czasie zauważyłem że odpowiadam 3 raz na te same pytania i to przez ponad połowę sesji. Zrezygnowałem. 60zł za godzinę - za dużo a nie widać sensu kontynuowania. Państwowy psychiatra odsyła mnie do psychologa, tam 4 miesiące czekania. Matka krzyczy na mnie że nie odwożę jej do siostry i siostry nie przywożę do nas i odwożę do jej domu. Nie rozumie że dla mnie to horror jechać przez pół miasta w korku. Zresztą... nawet korka nie musi być... też mogę wpaść w panikę... Rodzina? Tylko ojciec mnie rozumie. Matka mnie nie rozumie, babcia pije, wujek pije, dziadek pije - nie mamy normalnych świąt od kilku lat. Każda Wigilia to awantura, każda Wielkanoc to awantura, każde imieniny to awantura...

Zastanawiam się czy będę kiedyś normalny... Czy przejdę na piechotę dalej niż 700 metrów... czy wyjadę kiedyś z tego miasta i pozwiedzam kraj... czy zobaczę znów morze... czy znajdę miłość swojego życia i czy serce przestanie mi przypominać o sobie...

Ostatnio siostrze powiedziałem dlaczego nie zawsze mogę ją odwieźć do domu (każdy myśli że to przez moje lenistwo!). Ona powiedziała że też miewa lęki gdy mąż ma wrócić do domu - im bliżej do godziny powrotu - tym większy strach... Skąd ja to znam...

Ale wyszło długie... No nic. Jutro kolejny dzień, oby obyło się bez strachu, czego i Wam życzę... Dobranoc.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
61
Dołączył(a)
19 lut 2008, 23:17
Lokalizacja
Wrocław

Czy to nerwica? Jeśli tak, to co teraz?

przez eternia 20 lut 2008, 01:25
Witam serdecznie.

Pierwsze objawy pojawiły się jeszcze w gimnazjum, ale występowały rzadko i łatwo dało się je pokonać. Prawdziwe problemy przyszły dopiero w liceum, gdzieś na przełomie I/II klasy. Obecnie jestem w klasie maturalnej, co dodatkowo pogłębia moje lęki.

Co sprawia mi trudności? Wszystko, co wiąże się z kontaktem wzrokowym / słownym / fizycznym z innymi ludźmi. Objawy to trzęsące się ciało (w szczególności głowa i ręce), nadmierne pocenie, czerwienienie się, trudności w wysłowieniu się czy mętlik w głowie. Praktycznie cały czas w szkole czy w miejscu publicznym (gdzie widzą mnie inni ludzie) spędzam w ogromnym zdenerwowaniu, dopiero dom pozwala mi się odprężyć. Denerwuję się przy odpowiedzi w szkole, siedząc w autobusie, stojąc w kolejce itp. itd. Trzęsę się przy tym jak cholera! Jest po prostu masa sytuacji, które sprawiają mi problemy! Im więcej o tym myślę, tym jest gorzej... staram się opanować, a tylko pogłębiam swoje zdenerwowanie. Przez to boję się, że przy ustnej maturze po prostu stanę jak wryty i nie będę mógł wykrztusić słowa. A to już za niecałe 3 miesiące! Przez to też nie zapisałem się na prawo jazdy...

Wiem, że słowa nie oddadzą prawdziwej męki, ale to jest naprawdę okropne!

Muszę dodać, że problemów z nauką nie miałem nigdy, więc to na pewno nie jest przyczyną.

Dopiero niedawno przeanalizowałem, co ze mną jest nie tak. I że w końcu muszę coś z tym zrobić, inaczej dalej nie będę w stanie normalnie funkcjonować wśród ludzi i zrealizować swoich pomysłów/planów. Zacząłem więc szukać informacji na necie i tak właśnie trafiłem tutaj...

Więc proszę Was o odpowiedź na pytanie: od czego zacząć? Czy udanie się do lekarza rodzinnego, aby uzyskać skierowanie do psychologa jest dobrym pomysłem? Jak mam przekonywająco uzasadnić swoją prośbę, żeby nie robił mi z tym problemów? Boję się tego spotkanie jak ognia... w sumie jak każdej nerwowej dla mnie sytuacji...

Ja chcę po prostu żyć normalnie, tak jak moi znajomi:-(
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
20 lut 2008, 00:28

przez aga2627 20 lut 2008, 08:02
ad 2008 jak czytam twoja historie to mam wrazenie jak bym czytala jeden z przykladow ksiazkowych nerwicy lekowej gdzie facet mial takie objawy jak ty i po rozmowie z psycholog okazalo sie ze ma to zwiazek z rozstaniem z jego sympatia ale co bylo dalej to nie pamietam

[ Dodano: Dzisiaj o godz. 7:04 am ]
eternia najlepiej isc odrazu do psychiatry nie do rodzinnego bo rodzinny nie wiele moze
:))
Offline
Posty
21
Dołączył(a)
14 lut 2008, 17:57
Lokalizacja
GORZOW

glupi lęk

przez sebbastian 20 lut 2008, 18:52
moim problemem jest to ze jak ide po ulicy i widze jakis ludzi to odrazu zaczynam zle stawiac jedna noge, wydaje mi sie ze mam jakis kompleks czy cos takiego bo jak ide i nikogo nie ma przedemna to ide dobrze tylko najgorzej gdy ktos idzie przedemna bo wtedy mysle ze ta osoba patrzy sie na moja noge i zle ide to jest jakby skurcz miesni, jak mozecie to pomozcie dajcie jakies metody zebym o tym nie myslal bo to przeszkadza mi prosze o odpowiedz z gory dziekuje
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
20 lut 2008, 18:12

przez nana x 21 lut 2008, 00:36
Znalazłam pracę w Warszawie, wyjechałam, choć gdzieś w środku czułam opór. Było mi tam strasznie samotnie, dużo stesu, pochorowałam się, zdecydowałam ze wracam. i tak :

dzień przed powrotem ,miałam iść na „ słynny” Stadion Dziesięciolecia, popatrzeć co to za zjawisko, może kupić sobie jakieś spodnie, może coś mamie, do domu. Wstałam, umyłam się, zjadłam śniadanie. Dokańczałam pić kawę, już chyba nawet założyłam kozaki, aż poczułam że robi mi się słabo. Tak bardzo że musiałam się położyć. Nagle poczułam rozlewający się gorąc w klatce piersiowej, duszność. Panika, nie wiedziałam co mam robić. Wbiegłam na korytarz żeby sprawdzić jaki jest nr mieszkania, żeby podać na pogotowiu. Okropny lęk, co ze mną, co mam zrobić, jestem tu sama, co będzie jak przyjedzie pogotowie, jak mnie zabiorą do szpitala. Co mi w ogóle jest ?! Było mi słabo, miałam uczucie że za chwilę zemdleję. Chciało mi się wymiotować.
Sprawdziłam godz. przyjęć w przychodni i zdecydowałam się jechać, miałam nadzieję że jakoś tam dojadę bo przystanek prawie spod kamiennicy. Cały czas myślałam byleby tylko udało mi się tam dotrzeć, a potem to już nich się dzieje... jestem w „ bezpiecznym miejscu”, jakby co to się mną zajmą. Nie będę sama. Cały czas miałam zawroty i wrażenie mdlenia. Siedze na przystanku, autobus nie przyjeżdza, boję się że zaraz upadnę... pytam pana czy daleko stąd jest postój taksówek, okazuje się że daleko, że lepiej autobusem ma być zaraz, rzeczywiście jedzie, wsiadam- siadam. I sobie wyobrażam co będzie jak zemndleję. Co zrobi starszy pan z wypchanym plecakiem, siedzący naprzeciw mnie. Kto zadzwoni po pogotowie, czy kierowca zatrzyma autobus, czy inni pasażerowie się stłoczą się patrzeć co się dzieje. Denerwował mnie chłopak siedzący po przeciwnej stronie, jego spokój, beztroska, leniwe beznamiętne gapienie się w okno , potem wciąganie czapki na głowę, powolne wstawanie żeby wysiąść. A ja tu przecież prawie u-m-i-e-r-a-m. Śledzę ulice. Malborska , to już nie daleko, może uda mi się....Mijamy Szpital Grochowski, myślę może powinnam tu wysiąść, bo dalej mogę nie dojechać...Myślę że może mam stan przedzawałowy, może zawał. Nie chcę umierać, boję się...Dojeżdzamy, mijamy skrzyżowanie z Ostrobramską, jest! Zamieniecka, przystanek wysiadam. Ale teraz jak ja dojdę ?!! ja zaraz zemdleję, gorąc czuję, całkowita słabość. Boże a to tak nie daleko tylko przez potrójne światła i potem tylko kawałeczek. Przede mną jakieś dziewczyny- może poprosić je o podprowadzenie. ? Oddaliły się, może dam radę sama. Tyko jak przejdę przez te cholerne światła? Boję się że zemdleję na przejściu, na ulicy podczas przechodzenia na drugą stronę. Czekam na zielone, denerwuję się że tak długo światło nie zmienia się. Jest! udało mi się przejść przez światła. No teraz to już nie daleko. (W międzyczasie pojawiła się myśl- dlaczego nie mdleję a mam uczucie jakby to za chwilę miało się stać) Przyśpieszam kroku, prawie biegnę, jest!, wchodzę do przychodni... no tu jestem bezpieczna. Chce mi się siku, udaję się do WC, ale mam świadomość że ryzykuję, bo jak mi się coś stanie to szybko może nikt mnie nie znaleźć, bo kibel w bocznym korytarzu.
Ale udało się, wbiegam do rejestracji, cała mokra, wystraszona, wkurza mnie powolność pielęgniarki w szukaniu karty. Wchodzę do gabinetu. Padam na leżankę. Udało się dotarłam , teraz niech dzieje co chce. Mówię doktorowi że mi słabo, że za chwilę zemdleję, że mi duszno, że czuję gorąc w klatce piersiowej. Ten jak by nigdy nic, przegląda moją kartę, potem bierze patyczek i karze mi otworzyć usta...Jezu.... jak jestem zła- przecież ja prawie miałam zawał ten do mnie z patyczkiem. Palant, konował. No ale w końcu mnie zbadał, osłuchał,zmierzy ł ciśnienie ,popatrzył latarką w oczy. I mówi że niczego niepokojącego nie wykrył ani w sercu ani w płócach. Ja mówię mu że ledwo co tu dotarłam... że nie mam siły. Pyta mnie czy czymś się ostatnio zdenerwowałam. No... było coś. Mówi że te dolegliwości to być może na tle nerwowym.. Pytam co mam zrobić, ja nie wrócę do domu, nie dam rady. Zaprowadza mnie do zabiegowego, kładę się na leżance. Mam się uspokoić( huju ale ja miałam prawie zawał ). Przychodzi pilęgniarka, bada cukier – w normie. Rozmawia ze mną. Co jakiś czas zagląda lekarz, pyta czy lepiej. Trochę lepiej trochę nie. Mówię że dalej czuję gorąc w klatce piersiowej. On że w badaniu tego nie ma. Mówię że jak wyjdę mogę zemdleć, stracić przytomność. On na to że gdzyby tak miało się stać to badanie by wykazało jakieś symptomy. I pytam z niedowierzaniem: i j a nie zemdleję?. On -Na pewno pani nie zemdleje, zaświadczam że będzie wszystko w porządku. Częściowo mnie to uspokaja.
Uczucie mdlenia i gorąca przeszło, decyduję się iść. Minęły wcześniejsze objawy. Ale jestem trochę przerwżona tym co się ze mną działo. Mam ochotę na pierogi ze szpinakiem – wstępuję więc po drodze na plac Szembeka. Nie ma pierogów, spaceruję między stoiskami, czuję się normalnie. Kupuję turkusową chustę , myślę będę miała pamiątkę z bazaru Szembeka. Trochę obawiam się wsiąść do tramwaju... ale wsiadam jadę, robię zakupy na dole kamiennicy. W domu robię sobie cherbatę i się kładę. Nie mogę zasnąć, zimno mi. Chyba znów mam atak, staram się przeczekać- jak radził doktor. Powtarzam sobie jego słowa- Nic złego się nie stanie. Ale się boję, wstaję chowam komórkę z ładowarką do torby, żebym miała jak zawiadomić rodzinę gdzie jestem, jakby mnie zabrało pogotowie. Golę dokładnie ;) nogi, na wypadek gdybym miała leżeć w szpitalu. Wyjmuję klucz z drzwi gdybym nie była w stanie ich otworzyć jak przyjedzie właścicielka. Ciągle myślę o szpitalu, wyobrażam sobie jak mnie zabiera pogotowie. Gdzieś chyba w pół do trzeciej kładę się z powrotem do łóżka. Chyba zasypiam.

oto dzień, po któtym nic nie jest takie samo, wszystko sie wywróciło ;(

a było to nieco ponad rok temu.
Offline
Posty
58
Dołączył(a)
17 wrz 2007, 18:39

Avatar użytkownika
przez Jaśkowa 21 lut 2008, 01:17
nana x czytałam to z zapartym tchem a wiesz czemu bo tak wyglądał mój pierwszy atak paniki lęku tyle, że miał miejsce jeszcze dalej od domu bo w Anglii w Londynie w samym centrum miasta do którego pewnie już nigdy nie pojadę taki mam wstręt ;) i jak sobie przypomnę tego angielskiego konowała co mi chciał grypę wmówić i tym cholernym paracetamolem leczyć to mi się śmiać chce z perspektywy czasu choć wtedy pierwszą rzeczą o jakiej marzyłam to dopaść samolot albo najlepiej wehikuł czasu i śmignąć do domu!
nana x napisał(a):oto dzień, po któtym nic nie jest takie samo, wszystko sie wywróciło ;(

to prawda u mnie miało miejsce to prawie 6 lat temu i nic od tamtej pory już nie jest takie jak było..... ale czy to źle????
Jest taka cierpień granica za którą uśmiech pogodny się zaczyna
Avatar użytkownika
Offline
Przyjaciel forum
Posty
1157
Dołączył(a)
14 mar 2007, 23:13
Lokalizacja
stolyca&ząbki

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 44 gości

Przeskocz do