Nerwica Lękowa Co zrobić? Moja historia...część 2

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

ot moja nerwica...

Avatar użytkownika
przez nirage 17 lip 2014, 22:33
Witam,
w krótkim skrócie... 12 lat walki. Sinusoida. Raz lepiej raz gorzej. Brałem już 10-siątki leków i po miesiącu / dwóch zwykle na zlecenie psychiatry odkładałem gdyż mój stan się pogarszał. Trudno przypominać mi sobie co brałem do tej pory - niemniej wszystko co padnie poniżej potwierdzę lub zaprzeczę. Moje paniczne lęki biorą się znikąd. Nawet najmniej stresujące sytuacje rozbijają mnie na kawałki = efekt - pewność, że umieram, wysoki puls (najwyższy zanotowany przez Holtera to 182, kolejny zanotowany 177). Ciśnienie z normalnego 120/80 wzrasta do 190/120. Panika, przerażająca panika! Gdybym miał siły to krzyczałbym ratunku... ale strach mnie paraliżuje na tyle, że boję się nawet zrobić krok. Drżenie całego ciała jak i drętwienie. Bóle - ostre chwilowe w różnych częściach ciała - także klatka, szyja, lewa ręka itp.... Stan potwornego zagrożenia. Byłem badany przez lata od stup do głów przez internistów, kardiologów, neurologów i nic nie znaleziono - a zastrzeżeniem, że powinienem udać się do psychiatry.
Obecnie co biorę od dłuższego czasu Seroxat 20 + Citabax 20 oraz od niedawna Chlorprothixen. W sytuacjach krytyczny wciągam bezno - a sytuacje podbramkowe są tragiczne i zdarzają się baaaaardzo ostatnio często. Przez pierwszy tydzień brania chlorprotixenu było mega śpiąco ale bez ataków.
Benzo - w tym przypadku xanax w górnej granicy ilościowej tj. do 4-5mg dziennie aby poradzić sobie. Czasami uda się prewencja - czasami niestety nei....

Proszę pomóżcie i podzielcie się swoimi doświadczeniami co do nerwicy lękowej podobnej do moich stanów i czym się leczycie / leczyliście.

Dodam że z 2-3 miesiące temu do farmakologi dołączyłem psychoterapię.

pozdr.
nirage
Są dwie drogi, aby przeżyć życie. Jedna to żyć tak, jakby nic nie było cu­dem. Dru­ga to żyć tak, jak­by cu­dem było wszystko.

Albert Einstein
Avatar użytkownika
Offline
Posty
25
Dołączył(a)
09 lip 2010, 15:28
Lokalizacja
p-ń

ot moja nerwica...

przez TylkoSteki 17 lip 2014, 22:45
witaj ja mam 17 lat i takie objawy mam ze to masakra. wszystko z objawow co napisalem rowniez mam . najgorzej sie boje szybkiego bicia serca jak i kolatania . wgl godzine temu po lewej stronie na plecach mialem paraliz na 10sek 1 raz to mialem i sie przestraszylem . wiec nie jestes sam . bralem sertagen i hydroksyzyne . sertagen pomoga po 3 tyg a hydroksyzyna z poczatku tylko . teraz nie biore lekow nawet jak mam ataki nie lubie sie faszerowac. na terapii 1 bylem w lutym a teraz ide jeszcze raz bo kurator mi kazal . pozdrawiam
Offline
Posty
116
Dołączył(a)
18 mar 2014, 13:00

ot moja nerwica...

Avatar użytkownika
przez nirage 18 lip 2014, 23:04
TylkoSteki napisał(a):witaj ja mam 17 lat i takie objawy mam ze to masakra. wszystko z objawow co napisalem rowniez mam . najgorzej sie boje szybkiego bicia serca jak i kolatania . wgl godzine temu po lewej stronie na plecach mialem paraliz na 10sek 1 raz to mialem i sie przestraszylem . wiec nie jestes sam . bralem sertagen i hydroksyzyne . sertagen pomoga po 3 tyg a hydroksyzyna z poczatku tylko . teraz nie biore lekow nawet jak mam ataki nie lubie sie faszerowac. na terapii 1 bylem w lutym a teraz ide jeszcze raz bo kurator mi kazal . pozdrawiam
dzisiaj byłem u nowego psychiatry. Zamiast Chlorprotixenu dostałem Sulpiryd 50mg - z info, że 2 razy dziennie. Jako, że Xanax nawet w dawkach 4mg przestał już na mnie działać poprosiłem o coś nowego, działającego mega mocno i szybko... Dostałem Lorafen 1mg z założeniem, że mam brać 1 sztukę w przypadkach ataku - gdyby nie starczyło to dorzucić jeszcze jedną. Cała reszta menu pozostała bez zmian. Citabax 20 + Seroxat 20.

Zobaczymy co dalej....
Są dwie drogi, aby przeżyć życie. Jedna to żyć tak, jakby nic nie było cu­dem. Dru­ga to żyć tak, jak­by cu­dem było wszystko.

Albert Einstein
Avatar użytkownika
Offline
Posty
25
Dołączył(a)
09 lip 2010, 15:28
Lokalizacja
p-ń

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Dość długi list... Całe moje życie.

Avatar użytkownika
przez DavidWebb 19 lip 2014, 21:55
Witam,

zacznę od tego, że tak na prawdę w pełni skonkretyzowałem swoje problemy jakiś rok temu. Wcześniej nie podejrzewałem, że z moim zdrowiem psychicznym może być coś nie tak. Zacząłem lekturę for, książek... Z obecnej perspektywy, dostrzegam jednak wiele nienormalności - począwszy od najwcześniejszego dzieciństwa, przez dorastanie, kończąc na chwili obecnej - czyli okresie studiów.

Piszę tego posta głównie dlatego, że szukam potwierdzenia pewnych przypuszczeń, liczę też na zdiagnozowanie (ogólne, rzecz jasna) problemów, w końcu - chcę zmobilizować się do podjęcia określonych działań i ewentualnego leczenia.
Bardzo długi czas w moim życiu tłumiłem swoje uczucia, wstydziłem się ich wyrażać, unikałem rozmów na tego typu osobiste tematy. Prawdę powiedziawszy, nigdy w życiu nie rozmawiałem z nikim o tego typu kwestiach. Postanowiłem jednak z tym skończyć. Efektem jest ten post. Wiem, że trochę się rozpisałem, ale postanowiłem wyłożyć kawę na ławę- tak jak jest. Będę niezwykle wdzięczny za wskazówki, pomoc itp. Być może ktoś skieruje moje życie, na trochę pozytywniejsze, dobre tory...


Mam 23 lata, wychowywałem się w rodzinie, w której niby wszystko grało. Niby, bo relacje moich rodziców były bardzo oschłe (względem siebie) i według mnie, tylko i wyłącznie z powodu mojej osoby, nie doszło do rozwodu. Po prostu ani moja matka, ani mój ojciec nie chcieli, żebym dorastał w rozbitej rodzinie. Często dochodziło do gróźb, krzyków, ale ostatecznie na tym się skończyło - rozwodu brak.
Taki układ zapewniał mi sporo pokazów kłótni i spięć, które siłą rzeczy obserwowałem/wysłuchiwałem. Brakowało natomiast objawów typowych dla normalnego małżeństwa - czyli wspólnych spacerów, wyjazdów, pocałunków oraz innych objawów czułości pomiędzy mamą i tatą. W stosunku do mnie, rodzice zachowywali się diametralnie inaczej. Dawali mi odczuć, że mnie kochają. Niczego mi nie brakowało, rodzice często sami rezygnowali z własnych przyjemności, po to bym ja miał czy to dobre jedzenie, wykształcenie, a także rozrywki. Co więcej, w wielu przypadkach potrafili zwalniać mnie z podstawowych obowiązków. Kiedyś byłem za to wdzięczny, teraz oceniam to jako przekleństwo. Nie było może tak, że jak nie chciałem iść do szkoły, to od ręki dostawałem zwolnienie od mamy. Jednakże, w tego typu sytuacjach rodzice wykazywali dużą tolerancję. Dodam, że rodzice w większości przypadków 'trzymali' mnie w domu. Nigdy nie puszczali mnie na kolonie, wyjścia z rówieśnikami były raczej wynikiem mojego zaparcia i spędzania czasu pod blokiem z kolegami. Rodzice pragnęli bym siedział w domu, czytał książki itp. Ich oziębłe relacje względem siebie powodowały, że nie było okazji do wspólnych, rodzinnych wypadów. Jestem jedynakiem, więc bardzo dużo czasu spędzałem sam - w pokoju. Uwielbiałem bawić się klockami, czytać gazety, grać w gry na konsoli. To najprawdopodobniej przekłada się na mój obecny stan, a mianowicie często czuję potrzebę bycia sememu. Co ciekawe, taka potrzeba silniej uaktywniła mi się dopiero 2-3 lata temu. Wcześniej szlajanie się ze znajomymi, imprezowanie itp. nie było dla mnie aż takim problemem. Dopiero ostatnio (w momencie gdy poszedłem na studia), straciłem kontakt ze znajomymi i tym samym studia stały się pretekstem do izolacji. Tak przynajmniej to teraz oceniam, bo obecnie nie czuję żadnej potrzeby do chodzenia na imprezy. Niestety taki stan rzeczy sprawia, że zaczynam odczuwać, że pogarszają się moje umiejętności interpersonalne... Boję się, że za jakiś czas ludzie uznają mnie za świra.

Na studiach poznałem wiele ciekawych osób, jednak nie nawiązuję bliższych relacji. Studiuję w weekendy, cały tydzień siedzę w domu... Powiem szczerze, że nie nawiązuję bliższych relacji z innymi ludźmi, ponieważ obawiam się, że mój charakter i osobowość nie wpisują się w tryb życia normalnego, młodego człowieka. Jestem spokojny, lubię ciszę, szybko się męczę (umysł), nocne imprezowanie kompletnie mi przeszło... Kiedy już widzę się ze znajomymi, zakładam swego rodzaju maskę i można pokusić się o stwierdzenie, że udaję 'normalnego' (czyli towarzyskiego, pozytywnego etc.) żeby mieć spokój. Często jednak wymyślam różne preteksty, by zwyczajnie zawinąć się w jakieś ustronne miejsce - iść na spacer czy posiedzieć na łące. Paradoksalnie, czasami gdy siedzę sam w pokoju, odczuwam ból i złość z powodu tej sytuacji. Dlaczego gdy dochodzi już do konkretnego kontaktu z ludźmi, włącza mi się kontrolka, która kieruje mnie do domu, gdzie robię posiłek i włączam film - siedząc oczywiście sam? Gdy tak siedzę sam, napadają mnie bardzo mocne lęki. Chodzi głównie o to, że boję się jak poradzę sobie sam w życiu, jak zachowam się, gdy będę musiał polegać na sobie, co zrobię, gdy siłą rzeczy będę musiał popaść w jakieś bliższe związki z ludźmi. Lęk przed bliższymi zażyłościami jest na prawdę ogromny. To samo tyczy się zobowiązań, odpowiedzialności...

Mieszkam z ojcem, mama pracuje od paru lat w Norwegii. Przyjeżdża co kilka miesięcy, mam z Nią stały kontakt telefoniczny. Są momenty, że chcę ruszyć w świat, znaleźć pracę, wynająć mieszkanie, usamodzielnić się. Czar jednak pryska, gdy przychodzi do realizacji tego planu. Obawa przed z jednej strony samotnością, a z drugiej strony przed kontaktem z ludźmi. To straszny potrzask... Tak na prawdę w pełni toleruję tylko rodziców i mojego psa, którego bardzo kocham. Ktoś powie, że to dziwne, ale to jedyne stworzenie na tym świecie (poza rodzicami), z którym trzymam szczerą, bliską relację. Pojawił się w domu, gdy miałem 10 lat, jest dla mnie jak brat. Tak więc mógłbym mieszkać z rodzicami i psem, jednak nie oszukujmy się - życie rządzi się swoimi prawidłami. Facet musi w końcu stanąć na nogi i zagospodarować swoje życie! No i właśnie - niby wiem co robić, a jednak straszliwy lęk paraliżuje moje ruchy w praktyce.
Nie mam złych relacji z tatą, jednak obaj jesteśmy małomówni. Nie mamy super więzi, mało rzeczy robimy razem. Z mamą (siłą rzeczy) widuję się rzadko. 2/3 dnia spędzam przed komputem. Pozostały czas to sport, który szczerze pokochałem. Pozwolił mi uciec w swój własny świat... W młodości byłem otyły, rówieśnicy mocno po mnie jechali, nie miałem pozycji totalnego wyrzutka, ale na pewno byłem obiektem drwin, ataków itp. Sport pozwolił mi się odbudować (schudnąć), jednak jak widać po obecnej sytuacji - tylko fizycznie. Wpadłem też w swego rodzaju obsesję, która dotyczy liczenia kalorii, nadmiernego przykładania uwagi do swojego wyglądu itp. Marzyłem, żeby wyglądać jak grecki heros, ale teraz zdałem sobie sprawę, że to niemożliwe. Czuję, że tracę jedyną rzecz, na której koncentrowałem się w 100% od paru lat... Tak czy owak, tryb życia, który polega na ciągłych ćwiczeniach fizycznych, jedzeniu tylko i wyłącznie w domu (koniecznie w samotności) i gapieniu się w ekran, chyba drastycznie pogłębił moje problemy psychiczne. Niby wiem jak z tego wyjść - wyłącz komputer, idź do pracy, rzuć obsesyjne podejście do jedzenia, przełam się w związkach międzyludzkich! Niestety, gdy przychodzi do realizacji tego planu, wszystko się chrzani. Nawet sama myśl o jego realizacji strasznie mnie przeraża. Najchętniej zaryglowałbym się w zamkniętym świecie i sam przeszedł przez życie. Rozmyślam też o wymianie mojego mózgu - zmianie myślenia, przełamaniu się w kontaktach z innymi itp. Niestety, dobrze wiemy, że obie opcje to fikcja i wytwór mojej łepetyny, w której panuje spory chaos.

Jeżeli chodzi o płeć przeciwną, to miałem parę prób, ale kończyły się porażkami. Często podbijałem do dziewczyn, które oczekiwały przebojowego, pewnego siebie faceta. Moja osoba początkowo je intrygowała (kwestia mojej gry, maskowania etc.), jednak każda kobieta po pewnym czasie potrafi prześwietlić faceta i wie, kim tak na prawdę jest. Zresztą, związek jako konstrukcja sama w sobie, też była dla mnie swego rodzaju idealizacją. Gdy zacząłem w praktyce nawiązywać bliższe relacje, spotkało mnie duże rozczarowanie. Tutaj znowu kłania się ta natrętna chęć bycia wolnym, uciekanie od zobowiązań, rozdźwięk wyobrażeń i rzeczywistości, ogólny lęk.... W tamtym roku spotkałem się z jedną dziewczyną - w moim mniemaniu miała to być kolejna, zwyczajna rozmowa. Druga strona myślała jednak o czymś więcej i skończyło się na zbliżeniu, które nie do końca wypaliło (z mojego powodu oczywiście, BTW. to był mój pierwszy raz). Mimo, że koleżanka nie miała pretensji i chciała kontynuować relację (próbować kolejnych zbliżeń), to ja zwyczajnie zerwałem kontakt. Nie jestem pewien dlaczego, ale wydaje mi się, że nie jestem w stanie być z kimś, kto nie podoba mi się na 100%. Możliwe, że zwyczajnie trafiłem na kobietę, która nie była w moim typie i teraz zadręczam się, wkręcając sobie do głowy, że nigdy nie będę w stanie stworzyć czegoś trwałego. Z drugiej strony coś jest na rzeczy, bo nie wyobrażam sobie spędzać większości dnia z drugą osobą - a to chyba podstawa związku. W konsekwencji tego wszystkiego, prawie zupełnie straciłem zainteresowanie płcią przeciwną, co parę lat temu było nie do pomyślenia.


Jak sytuacja wygląda dzisiaj?
Są wakacje, w mojej głowie panuje chaos, nie widzę żadnej konkretnej drogi dla siebie. Gdyby zabrakło moich rodziców, to myślę, że zupełnie bym ześwirował. Utrzymuję z nimi w miarę normalny kontakt i chyba jedynie to trzyma mnie przy życiu. Samobójstwo uważam za głupotę, ale bardziej wykluczam je z racji strachu przed dokonaniem samego aktu. Cały czas podkreślam, że boję się sytuacji, w której zostanę sam. Myślę jednak, że gdyby zabrakło mojej mamy czy taty, to taki akt wcale nie byłby wykluczony... Generalnie jest tak, że co jakiś czas czas napadają mnie tego typu myśli, analizuję wtedy swoją psychę, łapią mnie lęki etc. Co raz częściej, czuję wewnętrzny ból i obawy przed otaczającym mnie światem. Mam chwilę, że najchętniej usiadłbym na glebie i zaczął płakać. A jestem przecież dwudziestokilkuletnim chłopem... Sytuacja pogarsza się z miesiąca na miesiąc, bo jeszcze rok temu nie byłem tak zaizolowany, w dodatku mówiąc brutalnie - ześwirowany, zagubiony.

Zacząłem chodzić do kościoła, nawróciłem się. Obecność Boga w pewnym stopniu mi pomaga, nie czuję się taki samotny. Jednak ból cały czas jest obecny...

Nie wiem czy ma to jakiekolwiek znaczenie, ale mam słabe wyniki krwi. Podejrzenie niedokrwistości...

Na koniec pozostaje mi napisać chyba tylko jedno... Co się ze mną dzieje? Cóż mam dalej czynić? Jest dla mnie jakaś nadzieja?

Pozdrawiam.
David.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
19 lip 2014, 19:32

Dość długi list... Całe moje życie.

Avatar użytkownika
przez zima 19 lip 2014, 22:18
DavidWebb, nie widze problemu.
dostrzegam natomiast syndrom jedynaka.....
jestes mlody, wrzuc na luz.
specjalista ds. fobii społecznej, depresji i nerwicy.
propagator asertinu i trittico.
setralin [high speed resource] 200mg - 100 mg - 0 mg
trazodon [so good to back home] 75mg/ 0 mg
benzo one day dancer
live yourself.
watch, see your chances, live now.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2606
Dołączył(a)
17 mar 2013, 18:30

Cała moja historia.

Avatar użytkownika
przez braksił22 20 lip 2014, 20:04
Oho ho, sprawdzam tylko temat o Hipochondrii, a tutaj czeka na mnie post :)

Więc tak, po kolei:

Anemię prawie wyleczyłem do końca. Hemoglobina z 9,7 teraz jest na poziomie 16,1. Żelazo z 17 wskoczyło na 59. Ferrytyny jeszcze nie kontrolowałem. Ogólnie żelazo w tabletkach mój organizm tolerował przez jakieś 4-5 miesięcy, teraz nawet nie biorę, bo od razu ciągnie na kibel, biegunka, odwadnianie się. Staram się trzymać jakąś tam zbalansowaną dietę, unikać smażonego, pieczonego, ostrego i tłustego. Niestety czasami jest tak, że mimo iż trzymam tę dietę i biorę leki hamujące wydzielanie kwasów w żołądku, to i tak bóle wrzodowe wracają. Dzieje się to u mnie podczas nasileń innych objawów.

Głowa - właśnie muszę wrócić do mojego neurologa. Sporządziłem sobie dziennik choroby i opisałem tam wszystko począwszy od urazów, objawów przez badania i osobiste hipotezy. Przedstawię ten dzienniczek neurologowi i się zobaczy. Mam tylko pytanie, jeżeli byłem u niego rok temu, to czy teraz potrzebuję skierowanie? Czy mogę iść bez jako kontynuacja leczenia?

Tarczyca - eh, udało mi się uzyskać to skierowanie do endo (w końcu!), ale dopiero w listopadzie są zapisy na 2015 rok, więc trochę poczekam. Chyba że mnie po drodze jakieś pogotowie zgarnie z ulicy, zobaczą skierowanie, to może porobią badania od razu :P

Cukier - miałem robiony kilkanaście razy (jak nie lepiej). Nie ważne czy po posiłku czy też przed to zawsze jest w granicach 95-120. Moja babcia była cukrzykiem, mama nie, to całkiem możliwe, że i u mnie się cukrzyca rozwinie.

Ten język geograficzny to też dziwna sprawa, bo również pojawia się w trakcie nasileń wszystkich objawów. Wyczytałem (a jak! :P) że mogą to powodować hormony. Póki co nie uzyskałem odpowiedzi na to, a dla mojej lekarki wszystkie moje objawy są wywołane nerwicą i nie chce zbytnio kierować na badania. Mówiłem jej, że ja jestem świadomy swoich zaburzeń nerwicowych i że pewnie 90% moich dolegliwości to właśnie nerwica i że nerwicy też nie stwierdza się po zrobieniu morfologii i badania moczu, tylko po szerokiej diagnostyce i wykluczeniu chorób które mogą dawać takie objawy.
Tak jak Ty w tej chwili, kminisz nad swoim losem. Boisz się walczyć ze mną swoim wewnętrznym głosem. Padasz pod ciosem, paranoje Tobie niose, jak śmierć mam kosę w Twojej głowie sobie chodzę.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
171
Dołączył(a)
30 kwi 2014, 19:04

co to jest?moja historia (słysze mysli)

przez miler 20 lip 2014, 23:06
witam
pisze krotko zeby niezanudzac

zaczelosie od zapalenia tarczycy
wtedy pojawily sie pierwsze objawy

slysze glosy,a wlasciwie swoje mysli, mam wrazenie zewszyscy wkolo mnie komentuja ,mowia omnie -doslownie kazdy
siedze waucie obok ktrego ida ludzie a ja slysze ze rozmawiaja omnie
siedza ludzie na lawce pod blokiem a ja slusze jak rozmawiaja omnie .
itd,itd
mam mysli samobujcze i nawet ostatnio poloknelam mase tabletek bo slyszalam jak ludzie mowili zebym to zrobila

obawialam sie schizofremi ale podobno moze tobyc jakis rodzaj nerwicy

ktos mial podobnie?

psychiatra dal mi antydepresanty(to je polknelam wsszystkie)
i lek przeciwurojeniowy

pomocy
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
20 lip 2014, 22:51

Dość długi list... Całe moje życie.

przez tristezza 20 lip 2014, 23:46
Z tego, co piszesz masz sporą wiedzę o sobie samym, to bardzo dobrze. Musisz tylko wiedzieć jak to teraz wykorzystać. Polecałabym Tobie psychoterapię, poszukaj w swoim mieście czy jest jakaś poradnia na nfz.

Też miałam tak, że w okresie wczesnej dorosłości zdałam sobie sprawę, że moje życie nie przebiegało tak jak powinno. Niby wszystko w porządku, kochająca rodzina, ale tak naprawdę zawsze było coś nie tak. Takie rzeczy wychodzą właśnie, gdy stajemy u progu dorosłości i musimy wziąć życie we własne ręce.

Im więcej nad wszystkim rozmyślasz, tym gorzej. Mniej myśl, więcej działaj i nie zastanawiaj się, czy dane działanie ma sens czy nie. Ciągłe rozmyślanie nad swoimi stanami psychicznymi to mechanizm, z którego ciężko się wydostać. Na początek spróbuj małymi kroczkami, stawiaj sobie jakieś cele i próbuj je realizować. Z czasem jak zaczniesz odnosić małe sukcesy będzie Ci łatwiej osiągać te większe.

Jeśli chodzi o relacje z kobietami, nie masz się o co się martwić. Po prostu jeszcze nie spotkałeś kobiety swojego życia, jesteś bardzo młody. Ja osobiście, zanim się zakochałam też nie wyobrażałam sobie spędzać większość czasu z jakimś człowiekiem. Ogólnie nie lubię ludzi i jestem samotnikiem. Ale mój partner jest właściwie jedyną osobą, z którą mogłabym spędzać całe dnie.

Jeśli jesteś spokojny, lubisz ciszę, nie przepadasz za imprezami - po prostu zaakceptuj to i polub siebie takiego jakim jesteś. Ludzie są różni i naprawdę nie musisz być przebojowym, żeby być szczęśliwy. Akceptacja siebie to połowa sukcesu. Na pewno znajdzie się taka, której spodoba się Twoje usposobienie.

Postaraj się stopniowo wychodzić do ludzi. Z doświadczenia wiem, że im dłużej się izolujesz, tym trudniej jest potem wrócić do rzeczywistości. Mnie osobiście bardzo pomogło podjęcie pracy. Siłą rzeczy wyszłam do ludzi i nie miałam czasu na głupie rozmyślania, przez które mój stan psychiczny się pogarszał.
tristezza
Offline

co to jest?moja historia (słysze mysli)

Avatar użytkownika
przez Imipramina 21 lip 2014, 10:07
jak dla mnie mogą to być urojenia ksobne - same w sobie nie świadczą o schizofrenii, mogą pojawić się też w innych zaburzeniach np depresji
musiałby się wypowiedzieć psychiatra, jak on to widzi - co dostałaś przeciwurojeniowo?
Avatar użytkownika
Offline
Posty
317
Dołączył(a)
31 maja 2014, 10:59

co to jest?moja historia (słysze mysli)

Avatar użytkownika
przez lovely 21 lip 2014, 10:10
a jaką masz diagnozę?
gg 45603073
Avatar użytkownika
Offline
Posty
170
Dołączył(a)
17 gru 2012, 18:07

co to jest?moja historia (słysze mysli)

przez miler 21 lip 2014, 11:37
znalazlem taki wpis i jakbym czytal o sobie w 100000%

cytuje
chociaż np też jak słyszę rozmowy ludzi idących ulica czy jakiekolwiek odgłosy to mam wrażenie że dotyczą one mnie, cały czas czuję się komentowana, mam wrażenie, że wszyscy o mnie wszystko wiedzą(dotyczy to wydarzeń z mojego życia), często jak słyszę szum wody, czy jakiś szmer, wydaje mnie się że właśnie ktoś o mnie mówi. Czasami ktoś coś krzyknie a ja interpretuje to jakby krzyczał moje imię, albo do mnie.

A moje monologi ze sobą to pokaźna historia i mogłabym napisać książkę o własnych myślach. Zresztą nic dziwnego skoro żyje we własnym świecie przez 60% czasu wolnego i jestem pochłonięta analizowaniem i przeżywaniem rzeczywistości we własnej wyobraźni w postaci dialogów strasznie mnie to już przytłacza....

Początkowo panikowałam, że już wariuje, ze to schizofrenia, albo coś gorszego. Tak naprawdę samo zastanawianie się nad tym chyba jest wykluczeniem schizofrenii, bo jak ktoś słyszy głosy to wie że naprawdę to słyszy a nie nad tym się zastanawia. Lekarz powiedział, że to specyficzny rodzaj nerwicy, zresztą już o tym gdzieś czytałam..

-- 21 lip 2014, 18:54 --

oprucztego bardzo slaba samoocena
np uwazam,zejestem tepy,obrzydliwy, itp

bylem u psychiatry inarazie dostalem przeciwdepresanty ina urojenia
ide jutro-zobaczymy

-- 21 lip 2014, 20:54 --

przeciwurojeniowo mam rispolept 1mg
co do diagnozy jeszcze brak :(

-- 22 lip 2014, 20:55 --

no i nadal nic niewiem jedynie zwiekszona dawka do 2 mg :silence:
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
20 lip 2014, 22:51

moje problemy :(

przez turcotte 03 sie 2014, 13:01
Wiecie co, czasami myślę, że jakbym się zabił, to ludzie by się nawet ucieszyli z tego powodu i było by im lżej. Wszystkim było by lżej :(
Offline
Posty
226
Dołączył(a)
13 kwi 2014, 12:22

moje problemy :(

przez maala 03 sie 2014, 17:59
Hej turcotte, nie wiem ile masz lat ale może masz jeszcze czas żeby planować swoją przyszłość.

Przeczytałam Twój wątek i to co mnie zainteresowało to jak napisałeś, że to Ty nie chcesz być skrzywdzonym.

Ja też zawsze uciekałam od miłości, bliskości itd, mimo tego że chciałam i płakałam po nocach z samotności.
Wszystko dlatego żeby nie być znowu skrzywdzoną i odtrąconą.
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
03 sie 2014, 10:32

moje problemy :(

przez turcotte 03 sie 2014, 18:07
No może aż taki stary to ja jeszcze nie jestem, ale i tak uważam, że masakrycznie dużo czasu ze swojego życia zmarnowałem :(
No boję się, nie chcę już być skrzywdzonym. Chciałbym normalnie z kimś żyć, ale po prostu w to nie wierzę. Więc wolę uciekać. Pytanie tylko dokąd... :(
Offline
Posty
226
Dołączył(a)
13 kwi 2014, 12:22

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 10 gości

Przeskocz do