Nerwica Lękowa Co zrobić? Moja historia...część 2

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

Re: czy przez nerwice mozna nabawic sie padaczki prosze was

przez Amy Lee 26 mar 2008, 19:08
altman napisał(a):czy przez nerwice lekowa mozna nabawic sie padaczki

W nerwicy lękowej można sobie wmówić KAŻDĄ chorobę.

Natomiast nerwica i padaczka mają zupełnie inne przyczyny i podłoże, więc przeczytaj coś na ten temat (byle nie za dużo!), mozesz też zagadać do terapeuty na ten temat.

Trzymaj się i nie lękaj! :)
Amy Lee
Offline

przez patti1985 27 mar 2008, 00:03
mysle ze to Ci nie groźi... mam ten sam lęk.. czasem mnie czesie tak w srodku.. lekarz mi powiedział ze poprosttu puszcza mnie napiecie nerwowe ale napewno to nie bedzie padaczka.. pozdrawiam
Offline
Posty
56
Dołączył(a)
20 lut 2006, 23:15

przez patti1985 27 mar 2008, 00:30
Wiesz ta choroba jst bardzo sprytna.. zdaza sie tak ze gdy na psychoterapii dotykasz tematy które gdzies tam cie głeboko bola to tak jak bys jak podrazniał... i ona usilnie strasie sie bronic przez np. powrót lęku złe samopoczucie.. ja byłam trzy miesiace na oddziale psychoterapi <polecam super sprawa> i powiem przechodziłam pieklo lęk 100*razy mocniejszy dolegliwosci których jesdzcze nie miałam.. i pamietam co mi powiedział lekarz.. Ze mam w sobie takie Demony <nie wystrasz sioe> za dzwianmi i im bardziej zblizam sie z kluczami do dzwi zeby je zamkna cytm bardziej nerwica szaleje.. podejrzewam ze tak jest z Tobą.. teraz obecniesz skupiasz sie ze jest ZLE i wiesz ona nerwica sie tym zywqi cieszy sie ze chcesz zrezygnowac z pracy itp. rób swoje a po kilku tygodniach bedzie lepiej.. i nie przerywaj psychoterapi bo kto wie moze jestes blisko dojscia do tych drzwi.. a jesli jeszcze bedzie ciezej zawsze są leki.. Jesli bedziesz chciała ze mna pogadac zapraszam Cie na gg 816910
Offline
Posty
56
Dołączył(a)
20 lut 2006, 23:15

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Nie potrafie zrozumieć swojego zachowania.

przez wojtala 27 mar 2008, 13:55
Postanowiłem napisać na tym forum, gdyż wydaje mi się, że najbardziej odpowiada ono mojemu problemowi. Duzo opisów nerwicy pasuje do moich zachowań, stanów, jednak nie znalazłem tutaj nic na temat niektórych zachowań, które mi towarzyszą. Może troche o sobie. Jestem studentem 5 roku uczelni wyższej ekonomicznej w Poznaniu (studia dzienne) i oprócz tego pracuję na pełen etat w Warszawie. Jak widać czas mam mocno zajęty. Problem polega na tym, że nie jestem w stanie wogole mysleć o codziennym życiu tym co chcę robić i tym co robię. Moją głowe opanowały mysli o sobie, swoim problemie z własnymi uzależnieniami (słodycze, internet, pornografia, papierosy) a także o braku poczucia wartosci, sensie mojego życia a także braku czerpania przyjemnosci i satysfakcji z czegokolwiek. Problemy te caly czas zaprzątają mi głowę i jak tylko pomysle o pracy magisterskiej, którą mam pisać odraz czuje strach, przyspiesza mi oddech, zaczynam sie stresować, mocniej bije mi serce i nie jestem w stanie o tym mysleć. Od razu klade sie do łóżka i uciekam od problemu. Sądze, że to co koncze nie przyda mi sie, nie interesuje mnie wogole, nie znam sie na tym (seminarium wybrałem przypadkowo, mysląc kiedys ze bede chcial cokolwiek robić w tym kierunku. Teraz wiem ze nie bede chciał a wlasciwie teraz nie chce. Tak naprawde nie wiem co chce, a myslenie na ten temat sprawia ból, nie umiem dyskutować, staje sie agresywny, unikam rozmowy. Nawet w tym poscie widać jak nieskładne jest to co pisze, bo nie wiem od czego zacząć, co się bierze z czego i co jest ważne? :/). Nie musze więc dodawać, że nie poruszam sie do przodu z pracą mgr. a boje sie do tego przyznac przed promotorem bo zawsze udawałem ze jest ok i ze wszystko wiem (grałem takiego zdolniache co mu wszystko wychodzi). Teraz widze ze nie umiem sobie z tym sam poradzić ale boje sie to powiedziec. Doszedłem do wniosku, że te wszystkie mysli nie pozwalają mi normalnie działać. Podobnie jest z moją pracą, tą zawodową. Pracuję w finansach w dużej korporacji, co nie ma za wiele wspólnego z moimi studiami. Nie wiem dlaczego wybralem ten dział? Nigdy sie nie interesowałem finansami. Teraz wiem ze jestem tu bardziej ze strachu. Nie wykonuje swoich zadan doborze. Robie je tak żeby jak najszybciej odwalić i zająć sie mysleniem o problemach i w zwiazku z tym nicnierobieniem. Szefowa nic nie wie, ale to na pewno widać jak pracuję, a ja oszukuję ze wszystko jest OK a we mnie sie gotuje w srodku. Boje sie jej, ludzi z pracy bo wiem ze mogą mnie przyłapac na nicnierobieniu, albo siedzeniu w necie albo ciaglym zamyslaniu się. Jak tylko wchodzi ktokolwiek, odrazu zamykam pewne okienka na komputerze i otwieram to czym powienienem sie zajmować. Najgorsze jest to, że zdaje sobie sprawe ze nie umiem sobie pomoc, ale nie dopuszczam pomocy innych. Mysle ze to dlatego, ze nie chce zeby wyszlo na jaw ze mam problemy (chce robić karierę zawodową, musze sie rozwijać). Rodzice np. chcą mi pomoc ale ja odsuwam ich starania, nie chce ich pomocy jakbym im nie ufał choć jednak w glebi duszy chce żeby ktos mi pomogł. Tego własnie nie rozuemiem dlaczego nie daję sobie pomóc i chcę trwać w tym stanie??? To co opisalem to moje problemy codzienne, jednak wiem ze one wynikaja z czegos niedobrego co sie dzieje z moja psychiką. Inne objawy jakie mam to: brak poczucia wartosci, ciagly stres, nielubienie siebie i innych w zwiazku z tym, strach i wstyd za to co robię i wieczne tego ukrywanie. Chęc przypodobania się innym. Niechęc do wszystkiego. Nieumiejetnosc pracy i zjaęcia się czymkolwiek dłuże. Jakakolwiek praca umysłowa odrazu mnie stresuje itd. Zapisalem sie na psychoterapie, którą rozpoczynam. Chcialbym sie dowiedziec czy to tylko sprawa psychologiczna, czy potrzebuje też leków? Może wy cos na ten tamt powiecie? Czy macie jakies przemyslenia, czy ktos z Was ma podobnie albo spotkał się z podobnym przypadkiem?
Offline
Posty
46
Dołączył(a)
27 mar 2008, 13:27

przez ESTER 27 mar 2008, 19:04
patti1985 gdzie byłas na tej psychoterapii? W jakim miescie?
Bo ja też chciałabym na taką pójść. Ale po tej terapii lęki ci przeszły? :-|
ESTER
Offline

Czy to nerwica lekowa na wiosne???????

Avatar użytkownika
przez seeyou 27 mar 2008, 21:00
Witajcie. Mam na imie maciej, miesiac temu wybralem sie do psychiatry ponieważ nie moglem w nocy spać, budizlem sie mokry, rozczęsiony, przerażony, kilka lat temu chorowałem na nerwice ale mineła, zapisał mi Atarax ( hydroksyzyne) i brałem po pół tabletki przed snem jak sie lepiej poczulem to odstawiłem, ale pewne wydarzenie srawiło ze nagle przeraziłem sie zdenerwowałem zaczełem o tym myslec i znowu objawy wróciły, tylk ze w innej postaci, teraz jak wezme przed snem tabletke to po godzinie budze sie roztrzesiony z glupimi myslami ze zachwile postradam zmyłsy, a w dzień natrętne mysli mam ze moja dziewczyna stanie mi si.e obojetna albo przestane ja kochać czy ja znienawidze, w srodku czuje takie dziwne uczucie takiego mocnego napiecia, jakos nie potrafie cieszyć sie z zycia ostatnio bo boje sie ze casem wroca te leki w każdej chwili, co robić?? czy to moze przez to ze lek odstawiłem i zaczełem brac albo za mała dawka?? co mam robić pomozecie mi. pozdrawiam, jak by co to zapraszam na gg 776 47 82.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
18
Dołączył(a)
25 lut 2008, 16:15

Avatar użytkownika
przez Inez77 27 mar 2008, 21:50
Wygląda to na nawrót choroby /nie jestem lekarzem!/. Zgłoś objawy Twojemu psychiatrze i postaraj się nigdy nie zmieniać dawki leków ani ich odstawiać bez porozumienia z lekarzem. Trzymam za Ciebie kciuki.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
66
Dołączył(a)
23 wrz 2007, 22:24

Avatar użytkownika
przez Inez77 27 mar 2008, 22:03
Powiem Ci to czego nie chcesz usłyszeć: idź do psychiatry /na pewno nie ugryzie/ nikt nie musi o tym wiedzieć jeśli tego nie chcesz, nie potrzebne Ci jest skierowanie. To jedyna sądzę osoba, która powie Ci, czy leki są Ci potrzebne. Wiem jak męczące jest takie "tysiąc myśli naraz". Trzymaj się
Avatar użytkownika
Offline
Posty
66
Dołączył(a)
23 wrz 2007, 22:24

Avatar użytkownika
przez CzarnaZebra 28 mar 2008, 00:18
może ja się nie znam... ale moim zdaniem to wszystko jest normalne. Każdy kto ugrzęźnie w pracy której nie lubi tak pracuje. Niewłaściwy dobór tematu magisterki - to też się zdarza. A ze skutkiem tego jest stres, niezadowolenie z życia, zniechęcenie - to już jest normalne w 100%. Co tu ma dziwić?

Przede wszystkim musisz podjąć decyzję - zagryzasz zęby i bronisz swojej pracy, czy zaczynasz od nowa... Seminarium to jest tylko formalność, naprawdę możesz wymamrotać swoje bez zaangażowania a i tak dostaniesz wpis. Wszystko zależy od tego ile już masz napisane - jak mało to nie warto sie męczyć. Praca tez nie wyrok, w obecnej sytuacji bezrobocie w Warszawie Ci nie grozi.

Myślę że psychoterapia to jest aż nadto, wystarczyłoby pogadać z kimś do kogo masz zaufanie, ale nie chcę Cię zniechęcać - na pewno nie zaszkodzi. Jesteś po prostu na zakręcie, dokładnie wiesz z czego wynikają Twoje problemy i wszystko czego Ci trzeba to mocnego kopa który pomoże Ci to wszystko zmienić. Bo to co robisz to jest kręcenie się w miejscu. Byłam w podobnej sytuacji więc rozumiem jak to denerwuje, ale moim niefachowym zdaniem z Twoją psychiką wszystko jest w porządku.
Chyba że jest coś jeszcze - w takim razie rozwiń temat, pogadamy.

3maj się!
"Gdy gubię sny, jakby nigdy nie były, wysycha źródło mojej wielkiej siły"
Obrazek
Avatar użytkownika
Offline
Posty
347
Dołączył(a)
21 lut 2008, 02:15
Lokalizacja
Warszawa

Moja nerwica

przez anulek79 28 mar 2008, 11:54
Boję się wielu rzeczy. Boję się zasypiać. Boję się zostawać sama w domu. Nie może być ciemno, okna muszą być pozamykane. W nocy przenoszę do swojego łóżka któreś z dzieci, tak się boję leżeć.
Boję się jeździć tramwajem, wchodzić do przejść podziemnych. Nienawidzę swojej pracy. Cały mój dzień to jeden wielki atak lękowy.
Dopiero po wylądowaniu w szpitalu postanowiłam udać się po poradę do lekarza. Skierował mnie do neurologa. Pani doktor dość szybko stwierdziła u mnie nerwicę i lekką depresję. Przepisała leki. Dopiero zaczynam brać. Czuję się fatalnie, nie wiem co robić. Następna wizyta dopiero 7 kwietnia, a ja jestem sama w domu z dwójką dzieci i boję się, że coś się stanie, że coś sobie zrobię. Nie mam na nic ochoty. Chcę spać, ale się boję. Siedzę całymi nocami w oknie i patrzę na samochody. Zapalam wszędzie światło. Wszystko mnie swędzi, cała skóra. Nie mogę jeść, wmuszam w siebie każdy kawałeczek chleba.
Ironia losu... pracuję w przychodni, psychiatra siedzi trzy pokoje obok, a ja nie mam odwagi do niego pójść.
Ratunku!

[ Dodano: Dzisiaj o godz. 12:59 pm ]
właśnie zaczął działać Neurol... szkoda tylko, że to g... uzależnia, ale przynajmniej mogłam nawet spokojnie popracować
zapisałam się na psychoterapię, zaczynam we wtorek
będzie chyba dobrze
Offline
Posty
16
Dołączył(a)
28 mar 2008, 11:22
Lokalizacja
Warszawa

przez mariusz123567 28 mar 2008, 12:02
Czemu uwazasz, ze to z Toba jest cos nie tak, skoro wiesz, ze to choroba ? Nie potrafisz do tego podejsc z dystansem ? Tez mam obawy przez ta chorobe ,ze np. bede przebywal z dziewczynami to mi sie znudza, a to jest smiesnze bo z kumplami tez przebywam. Albo ze mi sie dziewczyna znudzi ale to nie jest zwiazane w zadnym stopniu z rzeczywistoscia...
Offline
Posty
144
Dołączył(a)
09 mar 2008, 17:00

przez anulek79 28 mar 2008, 12:36
sam się dodatkowo nakręcasz, czekając na kolejny atak
ja mam dokładnie tak samo, naprawdę nie warto
warto natomiast iść do swojego lekarza, zamiast czekać na cud, że może się polepszy nagle
Offline
Posty
16
Dołączył(a)
28 mar 2008, 11:22
Lokalizacja
Warszawa

przez anioaganiol 28 mar 2008, 17:56
Witaj.Doskonale Cie rozumiem, tzn mam nadzieje. Mam 33 lata i dwóch synow, jestm 3 lata po rozwodzie.
Powiem Ci tak - to co teraz odczuwasz MINIE, a wiem to , bo podobnie zylam z czyms takim przez jakis czas.
A to bylo tak; moj ex jest alkoholokiem i narkomanem w czasie naszego pozycia pil i cpal, oczywiscie nie bylo to wszystko od samego poczatku, tylko sukcesywnie w czasie sie pogarszalo, bardzo kochalam meza, lecz mialam tez dosc jego picia i cpania, zaczelam szukac pomocy i zaczelam terapie dla wspoluzaleznionych. Moimi objawami nerwicy bylo; lek przed snem , gdyz balam sie ze umre, wystarczylo ze polozylam sie i zamknelam oczy a mialam wrazenie ze gdzies spadam, ze umieram, to bylo straszne, zasypialam na siedzaco ogladajac tv, poza tym maialam dusznosci , jakbym miala kluche w gerdle i sie dusila, balam sie byc sama w domu w nocy, nagle szybkie bicie serca, suche poty, powiekszone zrenice. Meczylam sie z tym kilka lat, lecz w miedzyczasie podjelam terapie grupowa z psychologiem i pomoglo.
Dzis zasypiam bez problemu choc tv jest wlaczony, zostalo mi jeszcze popracowac nad hipochondria bo czasami pozwalam jej by mnie dopadla. Celowo pisze ze pozwalam bo wiem ze to ode mnie zalezy co bede myslec i jak bede sie czuc.
Pozdrawiam cieplutko i jestem dowodem ze mozna z nerwicy wyjsc bez lekow.
Gdy jest zrozumienie, nie istnieje wybaczenie.
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
28 mar 2008, 16:30

NA ROZSTAJU DRÓG

przez mermaid 28 mar 2008, 18:43
Witajcie,

Jestem tu na forum od niedawna.
Na wątku - leki -Lexotan pokrótce opisałam swoją historię nerwicy lękowej.
Dla tych co nie znajdą napisze krótko, że leczę sie już około 6 lat a sama mam 34 lata.
Jestem jedynaczką póżnych Rodziców i moje dzieciństwo było bardzo udane. Dostałam od moich Rodziców dużo miłości i wsparcia. Kocham ich nad życie. Jestem osobą bardzo rodzinną i mam dużo kochających krewnych.
Moja nerwica, tak myślałam do tej pory, wynikała z tego, że nie akceptowałam swojego wyglądu - w okresie dojrzewania, dużo urosłam i zrobiły mi się paskudne rozstępy na kolanach, udach, pośladkach i piersiach. Odebrałam to jako atak na moja kobiecość. Pomimo, że Rodzice zapewniali mnie, że to nic strasznego ja zamknęłam się w sobie i oddaliłam od świata. Od tamtej pory już nigdy nie byłam taka jak wcześniej. Zniknęła radość i chęć do życia. Zaczęłam się wstydzić swojego ciała. Na bok poszły krótkie spódniczki, spodenki. Zaczęłam ukrywać przed światem swoje niedoskonałości. Wiem, może ktoś powiedzieć, że jestem pusta, ale tak nie jest. W mojej głowie zaświtała destrukcyjna myśl, że skoro jestem taka szpetna, koleżanki w owym czasie nie miały rozstępów w 8 klasie podstawówki, to nie zasługuję na miłość i godne życie. Złowroga myśl stała się faktem.
Liceum, to pasmo niepokojów i lęków, pomimo bardzo dobrych wyników w nauce. Potem nieudane starty na stomatologię. Wszyscy się dziwili, w szególności profesorowie ze szkoły, że taka zdolna a się nie dostała na studia. To pogłębiło moją niską samoocenę.
Po dwóch latach od matury dostałam się na studia językowe do NKJO. Wytrzymałam rok. Znowu znane uczucie wstydu, że znowu nawaliłam. Rodzice w tym czasie, nie dali mi odczuć, że jestem do niczego. Wręcz przeciwnie. W kolejnym roku zrobiłam FCE a potem z drugą lokatą dostałam sie po raz kolejny do NKJO, tylko w inny mieście niż wcześniej. Nauka szła mi dobrze, chociaż w środku przytłaczał fakt, że jestem najstarsza w grupie a przez to gorsza. W trakcie pierwszego roku studiów umarł mi ukochany Tata. Jego śmierć bardzo przeżyłam. Nie wiem jak to się stało, że pomimo takiego wielkiego smutku zaliczyłam szczęśliwie rok. Na drugim roku przyszedł kryzys. Zaczęły się lęki przed zajęciami i ten paniczny strach czy podołam iść do przodu. Metodyka tak mi dała w kość, że postanowiłam wziąć dziekankę. Czułam w środku, że się gdzieś wypaliłam i nie dam dalej rady. Rok w oczekiwaniu na powrót na studia był bardzo ciężki. Straszne wyrzuty sumienia i niepokój co będzie dalej.
Powrót okazał się bardzo trudny. Inna grupa, wykładowcy i nieprzemijające wyrzuty sumienia. Po raz kolejny skapitulowałam. Postanowiłam zdać egzamin CAE aby nie tracić kontaktu z językiem.
W tym okresie poznałam chłopaka u kuzynów. Nie wiem czemu, ale nie spodobał mi się, mimo, że był przystojny i Pan prawnik. Postanowiłam jednak dać mu szansę, bo ludzi nie ocenia się po pierwszym wrażeniu. Tak myślałam wtedy. Bogdan okazał się bardzo agresywny w swoich zalotach , co zniechęcało mnie jeszcze bardziej do niego. Ponadto w ogóle mnie nie pociągał fizycznie. Mimo to brnęłam w to dalej. Nie umiałam stanowczo zerwać tej znajomości. Po pewnym nieprzyjemnym incydencie postanowiłam zerwać z Nim. Tak też uczyniłam. Na początku była wielka radość, a potem pierwszy, silny atak nerwicowy w autobusie.
Od tamtej pory moje życie nie jest już takie jak dawniej. Jest w nim lęk przed życiem i rozwojem. Nie zdołałam skończyć studiów(jest to mój wielki kompleks) i nie założyłam rodziny.
Bardzo mnie męczy to, że żyję już tyle lat w zawieszeniu.
Wczorajszy dzień przewrócił moje życie o 180%.
Jestem obecnie chora i kuruje się w domu. Będąc sama słyszałam dzwonek do drzwi, a po pewnym czasie telefon. Leżałam w łóżku zagrypiała, więc nie otworzyłam drzwi, ani nie odebrałam telefonu.
Po paru godzinach zadzwonił do mnie kolega, syn sąsiadów z pytaniem czy mam siostrę bliżniaczkę? Zamarłam. O co mu chodzi? Powiedział mi wtedy, że była u mnie osoba identycznie wyglądająca jak ja i pytała o mnie. Nie zastała mnie w domu, więc zasięgnęła informacji u jego ojca, który jak ją zobaczył to powiedział: XY nie rób sobie żartów, przecież Ty tam mieszkasz. Kobiecie towarzyszyło małżeństwo. Kiedy rozmawiałam z kolegą telefonicznie , moja Mama była już w domu. Po skończonej rozmowie, usiadła na łóżku i powiedziała mi, że zostałam adoptowana. Moją pierwszą reakcją była negacja. Cały mój świat legł w gruzach. Jak to możliwe? Przecież moi Rodzice byli dla mnie tacy kochani. Nigdy, nie odczułam, że nie jestem ich biologicznym dzieckiem. W całej rodzinie byłam ukochaną Moniką. Wszyscy Wujkowie, Ciocie, Kuzynowie byli ze mną bardzo zżyci. Szokiem dla mnie i dla Mamy było też to, że mam siostrę bliżniaczkę. Rodzicie adoptując mnie nie wiedzieli, że ją mam. Mama powiedziała mi, że gdyby wiedzieli, że mam siostrę bez namysłu by nas obie zaadoptowali. Miłości mieli dużo w swoich sercach. Jako rodzina adopcyjna nie wiedzieli też nic o moich biologicznych Rodzicach.
W międzyczasie sąsiad przyniósł zdjęcia i list od mojej siostry.
Tak to moja siostra bliżniaczka...te usta, oczy, figura...podobieństwo uderzające.
List, który otrzymałam był bardzo przyjazny. Okazało się, że zostało ona wcześniej ode mnie przysposobiona w rodzinie zastępczej. Zachowała swoje rodowe nazwisko i mieszka niecałe 40 km ode mnie mimo, że dom dziecka w którym wcześniej mieszkałyśmy był daleko od naszego miejsca zamieszkania.
Po przeczytaniu listu była we mnie mieszanka złości i radości. Skąd ona wie o moim istnieniu, skoro ja nie wiedziałam? Jak mnie znalazła? Dlaczego burzy mój i mojej rodziny spokój? Z drugiej zaś strony radość, że mam siostrę.
Mojej ukochanej Mamie podziękowałam za miłość jaką mi z Tatą dali. Powiedziałam, że nie mam żalu, że mi nie powiedzieli o adopcji. Jestem tak zżyta z rodziną, że jest ona moją "prawdziwą" rodziną. Sądzę, że z moja nadwrażliwą naturą mogło by mi to zrobić dużo szkody, gdyby było to powiedziane w nieodpowiednim czasie.
Może właśnie ten czwartek był tym momentem? Przepłakałam go cały. Wahałam się czy dzisiaj zadzwonić do siostry. Mama namówiła mnie żebym to zrobiła.
Obie byłyśmy niepewnie w rozmowie i ciekawe siebie. Okazało się, że siostra mieszka na stałe za granicą i jutro wyjeżdża. Znalazła mnie na portalu Nasza Klasa. Myślała też, że tak jak ona byłam przysposobiona. Nie wiedziała o moje adopcji.

Kochani, przepraszam, że się tak rozpisałam ale ta cała sytuacja spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Chciałam się z Wami tym wszystkim podzielić. Kto zrozumie "nerwicowca" lepiej jak nie drugi "nerwicowiec" :-).
Mam straszny mętlik w głowie. Nie wiem co mam dalej robić. Boję się też, że ta cała sytuacja mnie przerośnie i nie poradzę sobie z tym.

Pozdrawiam Was wszystkich najmocniej :-))).

Mermaid
Offline
Posty
38
Dołączył(a)
10 mar 2008, 13:30

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Baidu [Spider] i 9 gości

Przeskocz do